- Drentwota!
Hermiona nawet nie zauważyła najmniejszego drgnięcia wymierzonej w nią różdżki, a jednak jej zaklęcie odbiło się od Śmierciożercy i trafiło w pobliską latarnie krzesząc iskry.
- Na Merlina, opanuj się Granger, bo będziemy mięli przez ciebie kłopoty! – Syknął, idąc w jej stronę.
-Jacy my? Petryficus…
Różdżka Hermiony poszybowała w powietrzu prosto do jego rąk. Patrzyła z przerażeniem, jak cienki kawałek drewna wiruje w powietrzu, by zakończyć swój lot w dłoni Mistrza Eliksirów. Więc na tyle zdało się sześć lat nauki? Tylko tyle dało jej ćwiczenie zaklęć i zdawanie egzaminów najlepiej w tym stuleciu? Choć powinna być przerażona, w klatce piersiowej czuła tylko palący wstyd i zawód.
Tymczasem Snape uśmiechał się drwiąco przypatrując się jej zabawnej minie.
- Wejdziesz do środka, czy oczekujesz specjalnego zaproszenia? – Prychnął wskazując dziewczynie furtkę w niskim płocie.
Otrząsnęła się z szoku i spojrzała na niego.
- Chyba nie mam wyboru – mruknęła.
- Nie, nie masz – wycedził i popchnął ją lekko w stronę wejścia.
Ruszyła szybko, zadzierając głowę wysoko do góry.
„Zupełnie jak na pierwszym roku" – pomyślał uśmiechając się ironicznie.
Otworzyła sobie drzwi, by znaleźć się w przestronnej, przytulnej sieni, w której panował półmrok i lekki zaduch. Powinna się bać, krzyczeć, bronić. Powinna być, chociaż zaniepokojona. Jednak z nieznanych jej przyczyn ogarnął ja dziwny spokój. Czyżby omamił ją jakimś czarem? Czuła się zupełnie dobrze i myślała trzeźwo, tak jak zawsze. Po prostu wszelkie konkluzje i beznadzieja sytuacji, w której się znalazła nie robiły na niej żadnego wrażenia. Podejrzewała, że powodem dobrego samopoczucia była jej niezachwiana wiara w zwycięstwo dobra i własne umiejętności. Przecież tyle razy ich trójce udało się uniknąć ostatecznej klęski… Tylko teraz nie było z nią Harry'ego, ani Rona. Pozwoliła zaprowadzić się do schludnego saloniku i usadzić na jednym z dwóch przysadzistych foteli, skierowanych przodem do kominka.
- Gdzie jest człowiek, który miał na mnie czekać? – Zapytała chłodno.
- Siedzi koło ciebie, Granger.
Hermiona rozejrzała się, najwyraźniej oczekując, że zobaczy gdzieś związaną i zakneblowaną postać.
- Nie ma tu nikogo poza nami – stwierdził Snape, przyglądając się dziewczynie ze swoim najsławniejszym uśmiechem na ustach.
- To pan…
- Iście gryfońska spostrzegawczość.
-Może choć raz darowałby pan sobie swoją zwiędłą elokwencję i powiedział, o co w tym wszystkim chodzi?
-Zaskakuje mnie paki bezczelność, zważywszy na zaistniałą sytuację – odparł cicho.
-Tak się składa, że to ja jestem w posiadaniu twojej różdżki, Granger i to ja, z nas dwojga służę Czarnemu Panu. Siedź, więc spokojnie i słuchaj, jeśli nie chcesz, by twoja sytuacja uległa drastycznemu pogorszeniu.
Hermiona umilkła na chwilę, a jedno spojrzenie w jego czarne, bezlitosne oczy, wywołało u niej dreszcze. Od jego postaci wiało przejmującym chłodem i dziewczyna zmieszała się nieco.
„Gdzie podziała się ta gryfońska odwaga?"– Pomyślał Snape. – Jak zwykle znikła przy pierwszym podmuchu wiatru."
-Masz mi coś jeszcze do powiedzenia czy pozwolisz mi zrobić to, co zostało mi polecone?
- Zabił pan Dumbledore'a! – Warknęła niespodziewanie.
- Zabiłem – odpowiedział spokojnie, jednak uśmiech spełzł z jego twarzy, – na jego własne polecenie.
- Jak to?
- Granger! Spodziewałem się po tobie, choć odrobiny inteligencji i domyślności!
- Skoro już pana zawiodłam, to może mogłabym liczyć na jakieś wyjaśnienia? Chyba należy mi się…
- Granger, czy ty myślisz, ze ktokolwiek będzie się martwił tym, co ci się należy? Masz wykonać zadanie, a potem wyrzuca cię na złom, tak jak…
- Pana – dokończyła cicho Hermiona.
- Ty to powiedziałaś – prychnął, wrzucając leżący na stoliku papier do kominka.
-Co będzie z tymi wyjaśnieniami, profesorze? – Zapytała cicho.
Dopiero teraz poczuła strach. Bardziej przerażał ją jego spokój i ponura ironia, niż krzyki i groźby. Może dlatego, że po oprawcy spodziewała się raczej brutalności niż melancholii?
- Panna –Wiem-To-Wszystko wreszcie spokorniała– sarknął.
-Skoro chcesz słuchać, to słuchaj, nie mam zamiaru odpowiadać na miliony pytań. Zadaj jedno, a cię uciszę.
Zaprezentowała swoją pokaźną różdżkę.
-Tym – dodał.
Skinęła lekko głową, patrząc na niego z lękiem. Była sama. Tak bardzo bezbronna, jak to tylko możliwe. Jak mogła zachować się tak głupio? Gdyby tylko ktoś wiedział, gdzie się teraz znajduje…
Z gorączkowych rozmyślań wyrwał ja głos profesora.
- Dyrektor był chory. Nawet ty musiałaś to zauważyć, Granger. Ta dłoń… to była klątwa. Pewnie Potter coś ci mówił na ten temat.
Skinięcie.
- Umierał. Nie udało mi się powstrzymać rozprzestrzeniania się jej na cały organizm. Poprosił mnie… Nie. Rozkazał żebym skrócił jego cierpienia, jeśli zajdzie taka potrzeba. W to wszystko wplątał się jeszcze młody Malfoy dufny i głupi.
-Myślał, że tak łatwo jest zabić! – Dodał po chwili z pogardą.
- Pan jakoś potrafi – stwierdziła sucho.
- Granger! Nie wystawiaj na próbę cierpliwości Śmierciożercy! Pamiętaj, że cię ostrzegałem! Jeszcze jedno słowo…
-To nie było pytanie – stwierdziła. – Nie zadałam ani jednego.
Sama nie wiedziała, co pcha ją do tak bezsensownego zachowania. To tylko ja pogrążało. Ten człowiek mógł wszystko. Ona miała jedynie swój głos.
- Pochlebia panu tytuł i władza, jaką pan nade mną zyskał –stwierdziła.
- Skończysz swoje głupie słowne zagrywki Granger, czy mam cię uciszyć w inny sposób?
- To pański dom, pańska różdżka, ja również w pewnym sensie do pana należę, póki trzyma pan moją własność. Proszę uczynić według własnego uznania.
- Tego jeszcze nie było – Snape wychylił się ze swojego fotela, tak, że jego oczy znalazły się dokładnie naprzeciwko jej własnych – żeby uczeń wydawał mi pozwolenie.
- Nie jestem już uczniem, profesorze.
- Od dzisiaj jesteś.
- Takie zadanie przeznaczył mi Dumbledore?
- Pośrednio. Ma pani szpiegować dla Zakonu, jednak potrzebny jest powód, wyjaśnienie, dla którego tu jesteś.
- Szpiegowanie jest chyba czymś takim.
- Nie rozumiesz, Granger. Potter nie może się dowiedzieć, że ja stoję po jego stronie.
-Czemu?
- Granger, odkąd zdecydowałaś się wypełnić wolę Dumbledore'a powinnaś wyzbyć się zwyczaju pytania, „czemu". Jego pobudki nigdy nie były dla nikogo jasne. Takie otrzymałem instrukcje: Potter ma o niczym nie wiedzieć. Czy nie wydaje ci się, że Czarnego Pana zdziwiłby fakt, że mimo zamordowania największej miłości mugolaków, wszyscy nadal mnie kochają?
- Ma pan rację – przyznała niechętnie.
-To oczywiste – prychnął.
- Już kilka tygodni temu poinformowałem Czarnego Pana, że przyjaciółka Harrego Pottera zaczęła trzeźwo patrzeć na sytuację, w jakiej się znalazła i mimo że pochodzi z mugolskiej rodziny, jest gotowa przyłączyć się do niego i szuka ze mną kontaktu.
- Czyli…
- Muszę przygotować cię na spotkanie z Czarnym Panem, najlepiej, jak mi się to uda. On na razie tylko rozważa moją propozycję i nie może wiedzieć, że tu jesteś.
Mówił poważnie, odsuwając na bok swój zwyczajowy cynizm.
Po co ja mu jestem potrzebna profesorze? Ma wielu lepszych…
- Uwierz, że nie chodzi tu o twoje specjalne atuty, Granger. Jesteś przyjaciółką Harrego Pottera. Ja nie mogę już szpiegować. Teraz twoja kolej.
- Mam do nich wracać?
- A jak to sobie wyobrażasz?
- Czy teraz…
- Nie, Granger. Dzisiaj nocujesz w pokoju gościnnym, w moim domu.
- Czy odzyskam…
-Kiedy będziesz stąd odchodzić, lub będzie ci skrajnie potrzebna. Nie mogę mieć pewności, czy nie zachce ci się wrócić do Nory z trofeum.
Prychnęła lekko.
- Nie ufa mi pan?
- A mam do tego podstawy? Ty także mi nie ufasz Granger.
- Ufam panu.
-To, czemu cały czas ze zdenerwowania zacierasz ręce?
Nic już nie odpowiedziała, skierowała się prosto do wskazanego jej pokoju i wypakowawszy kilka rzeczy, które schowała do zmniejszonej magicznie torby. Rzuciła się na łóżko, które okazało się całkiem wygodnym. Mimo wszystko czuła się dość bezpiecznie w tym wielkim, ciemnym domu, z Severusem Snape'm za ścianą. Znowu czekała ją jednak bezsenna noc. Kolejne sprawy do przemyślenia. Czy mogła mu wierzyć? Choć rozsądek krzyczał na alarm, intuicja podpowiadała jej, coś zupełnie przeciwnego. Z jakiegoś powodu chciała ufać, że Mistrz Eliksirów ich nie zdradził i, że rano nie obudzi się w towarzystwie Syriusz Black'a.
„Gdy stąd wyjdę będę miała mnóstwo czasu do namysłu" – powiedziała sobie.
„Jeśli stąd wyjdziesz" – dodawało jakieś złośliwe zwierzątko wewnątrz jej głowy.
Miał rację nie ufała mu. Cały czas podejrzewała, że prawdziwy „Zaufany Człowiek Dumbledore'a" leży związany w piwnicy. Jednak tak, jak mówił nie miała innego wyboru. Skoro już wpakowała się w tę kabałę, musiała z niej jakoś wybrnąć, a żeby to zrobić musiała spędzić tę noc w domu Nietoperza.
Przeraziły ją niektóre wypowiedziane przez niego słowa. O wyrzucaniu na złom. O tym, że teraz ona stanie się podwójnym agentem, na jedno skinienie palca starego człowieka, który nawet nie chciał podać powodów swojej decyzji… Najstraszniejszy w tym wszystkim był fakt, że Snape mówił prawdę.
Tak przynajmniej jej się zdawało. Jednak… Czy powinna zwątpić w zmarłego dyrektora człowieka, który zrobił dla nich wszystkich tak wiele, a uczynić to na rzecz wiary w lojalność zdrajcy i mordercy?
Usłyszała jak w sąsiednim pokoju zaskrzypiało łóżko i ten dźwięk wyrwał ją z ponurych przemyśleń. Zrozumiała, że bez względu na wszystko, musi przetrwać tę noc. Może ja przespać lub czuwać, bez szans na obronę. Jeśli Severus Snape chciałby ja zabić lub skrzywdzić w jakikolwiek inny sposób, zrobiłby to już dawno. Jeśli będzie chciał oddać ją w ręce Lorda Voldemorta, nie będzie mogła nic na to poradzić. Pełna złych przeczuć opadła na poduszki i zamknęła oczy.
Sen przyszedł, jak zawsze.
