Podczas gdy inspektor Lestrade stawiał swymi telefonami na nogi niemal każdy wydział Scotland Yardu, Molly Hooper siedziała przerażona w taksówce prowadzonej przez nieznanego jej mężczyznę.
- Czego chcesz od Sherlocka? - zapytała - I ode mnie?
Moran, bo tak się przecież przedstawił, zaśmiał się w dziwny sposób. Ten śmiech przypominał jej... Jima. Tak, to o Jimie pomyślała.
- Czemu wszyscy zamiast myśleć o sobie, myślicie o tym niewydarzonym intelektualiście? - spytał Moran, znów rzucając jej spojrzenie przez ramię. Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Molly milczała, zaciskając dłonie na fotelu. Nie mogła powstrzymać łez cisnących się jej do oczu, kiedy pomyślała o Sherlocku, przez którego zapewne doszło do tej sytuacji.
- Bez przesady. - do uszu Molly po raz kolejny dotarł śmiech kierowcy - Nie jestem chyba AŻ TAK przerażający, co?
Skrzywiła się. Nie, skądże - pomyślała - Porwałeś mnie, ale wcale nie jesteś przerażający.
Domyślała się, że pracował dla Jima. Przeszedł ją dreszcz, kiedy pomyślała, że prawdopodobnie właśnie on zlecił to porwanie. I być może będzie musiała stanąć z nim twarzą w twarz. Z tym Jimem, którego nieznała. Nie, nie z Jimem. Z Moriartym.
- Taka praca. - powiedział po chwili ciszy Moran.
Co to za człowiek? Jeśli bawiła go ta sytuacja, to musiał mieć nie po kolei w głowie. Ale jeśli był pracownikiem Moriarty'ego, Molly była pewna, że nic jej nie zdziwi. Sam Jim był z pewnością szaleńcem, to samo musiało tyczyć się jego podwładnych.
- Nie powiem ci nic o Sherlocku. Zresztą... nic nie wiem. - powiedziała nagle Molly. Moran zatrzymał samochód. Wysiadł z auta i podszedł do tylnych drzwi od strony Molly. W ręku trzymał kawałek materiału.
- Wiem, że nie chcesz współpracować - zaczął - I nie tego Moriarty od Ciebie oczekuje.
Bawił się szmatką, zwijając ją w sznur i od niechcenia uderzając nim w siedzenie tuż obok dłoni Molly.
- Właściwie to mógłbym teraz odurzyć Cię chloroformem, albo walnąć w głowę czymś ciężkim... Byłoby po problemie, ale wolę chyba załatwić to delikatniej. - powiedział, tym razem zupełnie normalnie, bez nuty obłędu, którą Molly od samego początku słyszała w jego głosie.
- Pochyl się. - powiedział stanowczo. Zrobiła, co kazał i poczuła, jak Moran przewiązuje jej oczy. Nie był nawet, o dziwo, szczególnie przy tym brutalny. Z drugiej strony, Jim też nigdy nie bywał brutalny, w żaden sposób. Może najgroźniejsi przestępcy tacy już są?
- Powiniennem był zrobić to wcześniej, Molly Hooper, ale kobiety lepiej wyglądają bez opaski na oczach.
Podczas gdy Sebastian Moran odjechał w sobie tylko znanym kierunku, nie tak daleko, na lotnisku Londyn-Gatwick wylądował samolot. Nie był to byle jaki samolot - lot był prywatny, prosto z Wiednia, a wszystko zostało opłacone i załatwione w taki sposób, że aby mógł na czas wylądować, przesunięto start innej maszyny.
Z samolotu wysiadły trzy postaci - dwóch mężczyzn i kobieta. W niedługi czas później wsiedli do czarnego samochodu z przyciemnianymi szybami i udali się w stronę centrum miasta.
Greg Lestrade nie miał pojęcia, co począć z tą sytuacją. Całą noc spędził - wbrew temu co zdążył wcześniej zaplanować - w biurze, non stop odbierając telefony i wykonując notatki. Teraz, kiedy Moriarty porwał Andersona, będą mieli więcej roboty. Chociaż nigdy za sobą nie przepadali, Lestrade dziwnie się czuł, myśląc o tym, że jego znajomy jest w rękach Moriarty'ego.
Godziny mijały, a nie było żadnych informacji dotyczących możliwego miejsca przetrzymywania Andersona. Gdyby tylko Sherlock tu był, od razu rozpracowałby wszystko, po jednej wiadomości i zdjęciu doszedłby do tego, gdzie jest porwany, potem na pewno odnalazłby Moriarty'ego i znalazł na niego jakiś sposób.
Mam nadzieję, że gdzieś tu jesteś, Sherlock - pomyślał Lestrade i wyszedł z biura, by odetchnąć świeżym powietrzem. Był potwornie zmęczony. Nie tak miała wyglądać jego sobota. Wolałby już chyba spędzić ją na kłotniach ze zdradzającą go żoną niż na rozwiązywaniu kryminalnej zagadki. Wiedział jednak, że nie ma innej możliwości, jak tylko przyjąć wyzwanie i liczyć na cud. Cud w postaci Sherlocka Holmesa, bo tylko on potrafiłby się tym zająć.
Udało mu się na chwilę odprężyć na ławce pod budynkiem. Niewiele brakowało, a przysnąłby na niej. Zadzwonił jednak jego telefon, a Lestrade wybudzony ze swoistego półsnu od razu po niego chwycił.
Na ekranie widniała ikonka wiadomości. Inspektor nie musiałby nawet jej otwierać, wiedział, kto był nadawcą. Mimo że w polu, w którym powinien znajdować się jego numer, widniał napis "Nieznany", Lestrade dobrze wiedział, czego się spodziewać.
Witam, inspektorze Lestrade - mówiła wiadomość - Od ostatniej wskazówki minęła doba, a wy niczego nie dokonaliście. Jesteście strasznie nudni. JM.
Do krótkiego tekstu dołączone były dwie fotografie. Na jednej z nich widniał wyraźnie zadowolony Jim, dzierżący w dłoniach czyjś dokument tożsamości, a na drugim kobieta z zasłoniętymi oczami i związanymi rękoma, siedząca w kącie jakiegoś pokoju. Lestrade od razu ją rozpoznał.
Dobry Boże, pomyślał, chowając telefon do kieszeni, przecież to Molly. Dlaczego ona? Skoro Moriarty chce Sherlocka, dlaczego nie porywa bliższych mu ludzi - Johna, pani Hudson, czy nawet jego samego?
Umawiał się z nią. To było dawno temu, ale Lestrade nigdy nie przestał współczuć tej biednej dziewczynie. Musiało być przykre odkrycie, że były chłopak nie jest w żadnym stopniu tym, za kogo się go miało. Zawsze współczuł jej też przez to, jak traktował ją Sherlock. Każdy dostrzegał, że jest w nim zadurzona, pewnie i on sam, co nie zmieniało faktu, że traktował ją paskudnie. Potrafił tylko prosić ją o pomoc, kiedy...
Lestrade zachłysnął się wciąganym powietrzem.
Sherlock nie był martwy, teraz był pewien. Anderson miał rację - ktoś pomógł Sherlockowi zniknąć, a kto to mógł być? Kto pracuje w kostnicy, kto wystawia akty zgonu ze wszystkimi informacjami, kto jest sam na sam z trupami i ma niezliczoną ilość czasu na badanie zwłok?
Odpowiedź na to pytanie była oczywista - Molly Hooper.
Jeśli faktycznie pomogła Sherlockowi sfingować własną śmierć, sama była teraz blisko utraty życia. Moriarty będzie chciał wyciągnąć z niej wszystko, co może wiedzieć.
Po to porwał też Andersona. To przecież on przez ostatnie dwa lata śledził każdy trop, mogący prowadzić do Holmesa, miał masę notatek, wycinków z gazet i zdjęć, dowodzących tego, że słynny detektyw nie zginął...
Lestrade westchnął ciężko. Wydawało mu się, że z każdą sekundą sytuacja staje się coraz trudniejsza, teraz jednak, gdy wszystko pojął, było mu łatwiej. Sherlock nie mógł przecież po prostu tak tego zostawić.
Mycroft Holmes siedział wygodnie w swym ulubionym fotelu i wpatrywał się w ścianę. Dotarły do niego już najświeższe wiadomości. Jeśli ostatnią porwaną była Molly Hooper, kto mógł być kolejny? Na pewno nie on sam, nie, był zbyt bezpieczny dzięki funkcji, jaką pełnił w państwie. Nikt nigdy nie miał szans dostać się do niego bez jego wyraźnej zgody, nie musiał się więc o to martwić. Obawiał się tylko, że jeśli jego brat nie weźmie się szybko do roboty, James Moriarty zapędzi się w swych zbrodniach i ciężko będzie to cofnąć, nawet ze wszystkimi pieniędzmi i możliwościami, jakie miał.
Starszy z braci Holmes wiedział dokładnie, jaka była rola panny Hooper w sztuce, którą odegrał Sherlock dla całej Wielkiej Brytanii. I czuł z tego powodu niepokój - nie bał się jednak o Molly. Bał się o swojego brata.
