-Ktoś chce się z tobą widzieć, pani.
Te kilka słów wystarczyło, by bogini lwów i dawna wojowniczka Ra, Sachmet, obudziła się z drzemki, którą zawsze ucinała sobie przed codziennymi ćwiczeniami z bronią. Jako jedno z najbardziej wojowniczych bóstw musiała zachować formę, by w razie potrzeby móc stanąć w obronie swego imienia, swych wyznawców (obecnie mało prawdopodobne) lub, w ostateczności, całego świata (jeszcze mniej). Zastanowiła się, kto miał tyle odwagi, by przybyć do jej rezydencji w Duat akurat gdy miała chwycić chepesz w dłoń.
Powoli przeciągnęła się na swojej wygodnej kanapie, następnie zaś podniosła się i, przywołując swoje sługi ruchem dłoni, zawołała do majordomusa:
-Przekaż gościowi, aby zaczekał na mnie na dziedzińcu, gdzie- jej brązowe oczy zalśniły złowieszczo - zmierzy się ze mną. Chyba, że się boi, to niech odejdzie z podkulonym ogonem!
-Jak sobie życzysz.
Kiedy lwi sługa oddalił się, Sachmet rozpoczęła swój rytuał nakładania zbroi. Pozostałe lwie duchy, które nie chciały przeszkadzać swej bogini-opiekunce, opuściły pomieszczenie, tym samym pozwalając bóstwu rozebrać się bez skrępowania. Ściągnęła ona z siebie długą, charakterystyczną dla jej świątynnych przedstawień obcisłą suknię z bawełny (bardzo wygodną), zastępując ją zwiewną, lnianą koszulą, na którą nałożyła lekką, skórzaną zbroję, pokrytą lśniącymi łuskami z brązu dla dodatkowej ochrony. Gdy zawiązała rzemienie sandałów i poprawiła złotą opaskę utrzymującą w ładzie jej kręcone, czarne włosy, wyprostowała się i z wojowniczym wyrazem twarzy wymieszanym z ciekawością ruszyła na spotkanie tego, który ośmielił się wyjść jej na spotkanie.
Idąc korytarzem mijała wiele duchów, głównie poległych na wojnie i medyków, którym patronowała. Zmarli kłaniali się jej, przyglądając z zaciekawieniem - niecodziennie bowiem widzieli swoje bóstwo idące tak ochoczo na trening. Sachmet nie zwracała jednak na nich większej uwagi, skupiona na nadchodzącym spotkaniem. Coraz bardziej nurtowało ją, kto zechciał się z nią spotkać. Któż miał w sobie tyle ikry, by wyjść jej naprzeciw, gdy ona dzierżyła ukochaną broń? Miała zamiar zmiażdżyć tego kogoś jak robaka jeszcze przed walką... jeżeli nie okaże się dla niej godnym przeciwnikiem.
Jej obawy okazały się jednak bezpodstawne. Wyszedłszy na dziedziniec jej oczom ukazał się zgięty w ukłonie opalony młodzieniec, noszący podobnie do niej lekką zbroję. Jego głowę zdobiły nienaturalne dla zwykłego śmiertelnika kocie uszy, które na dźwięk jej stanęły w sztorc. Nie potrafił powstrzymać wstępującego na jego oblicze wojowniczego uśmiechu, dzięki któremu przypominał jednego z generałów dawnej armii Egiptu.
-Kogóż ja widzę! Plagg, dawno nie dostałeś ode mnie w bęcki.
-Ja również się cieszę, że cię widzę, pani.
-Na pewno...
Jako drapieżnik Sachmet potrafiła bardzo łatwo wyczuć silne emocje i obawy, dlatego jedno spojrzenie wystarczyło, by wiedzieć, że kwami chciał czegoś. Pragnął tego tak bardzo, że zapomniał o nałożeniu barier energetycznych! To zachowanie nie było podobne do Plagga, którego znała z czasów chwały Egiptu. Uznała jednak, że poczeka do zakończenia ich pojedynku na poznanie przyczyny jego nieuwagi.
Zaatakowała pierwsza. Ostrza chepeszy ze stali meteorytowej zderzyły się, krzesząc błękitne iskry. Wojownicy rozpoczęli szalony taniec wokół siebie, pełen skoków, gwałtownych ruchów i rozemocjonowanych spojrzeń. Obydwojgu, choć z zupełnie odmiennych przyczyn, zależało na zwycięstwie, a walczyli tak zaciekle, jakby toczyli bój na śmierć i życie. I choć żadne z nich nie mogło odnieść śmiertelnej rany ni trwale utracić zdrowia, zdawało się, że każdy cios może zakończyć się klęską przeciwnika. Wraz z upływającym czasem rosło zainteresowanie służby, która przerwała swoją pracę, aby przyjrzeć się pojedynkowi bóstwa i równemu mu kociego ducha zniszczenia.
Gdy po godzinie zaciętej walki pojedynek wciąż pozostawał nierozstrzygnięty, Sachmet zauważyła coś dziwnego. Plagg, który zazwyczaj emanował wielką siłą, determinacją i wolą zniszczenia wszelkiego stworzenia (przynajmniej w jej obecności), nie wydawał się być w swojej normalnej formie. Chociaż dotrzymywał jej tempa - ba, nawet ją zaskakiwał nowymi atakami - w jego ruchach nie było cienia niszczącej potęgi, którą wszechświat go obdarzył. Coś się działo; coś, co w znacznym stopniu mogło wpłynąć na losy ludzkości. I mimo że nie przejmowała się słabymi ludźmi, widok kwamiego w tak złej kondycji sprawił, że zechciała przerwać starcie. Dla jego własnego dobra.
Jednakże ta chwila zawahania sprawiła, że, po raz drugi w historii ich pojedynków, przegrała. W ułamku sekundy kwami zniszczenia znalazł lukę w jej obronie i wytrącił chepesz z jej dłoni, odsłaniając jej klatkę piersiową na potencjalnie śmiertelny cios. W jego podkreślonych kohlem oczach zabłysła iskra złośliwości i radości z wygranej.
-Pani, nie spodziewałem się takiego wyniku starcia- powiedział, podając jej broń. -Zostałem zaskoczony.
-Nie tylko ty- prychnęła, gdy wytarła twarz ręcznikiem.
Chwilę później twarz bogini przybrała charakterystyczny wyraz drapieżnika polującego na swoją ofiarę. Służba pałacowa natychmiast oddaliła się, pozostawiając bóstwo z gościem, który lada moment mógł stać się jej zdobyczą. Plagg jednak nie przejął się tym, jednym kęsem pochłonął spakowany wcześniej camembert i zwrócił się ku Sachmet.
-Dziwisz się, pani, dlaczego nie nałożyłem barier ani nie jestem tak silny, prawda?
-Tak. Co ci to wyjawiło?- zapytała, choć sama, niestety, znała odpowiedź.
-Twoja chwila zawahania. I fakt, że sama przed chwilą zdjęłaś bariery.
-Jakiś ty spostrzegawczy... A teraz, Plaggu, wyjaśnij mi, po co tutaj przybyłeś, jeśli ci miłe twoje istnienie.
Kwami zignorował jej groźbę, lecz udzielił odpowiedzi.
-Pani, przybyłem tu z prośbą o błogosławieństwo.
Bóstwo wyszczerzyło zęby w wyrazie zrozumienia.
-Wiesz, że mam do ciebie słabość, gdyż tylko ty potrafisz mi dotrzymać kroku. Ty i twoja główna patronka, Bastet, ale cieszy mnie fakt, iż zaryzykowałeś utratą głowy i pojawiłeś się akurat w godzinach mojego treningu. Udzielę ci-
-Czy pobłogosławisz mego podopiecznego?
Z zaskoczenia włosy Sachmet nastroszyły się, wyswobadzając spod złotej opaski i nadając jej wygląd niemal całkowicie lwi. Nie... Plagg chyba postradał zmysły! Lubiła go, owszem, jednakże prośba o błogosławieństwo dla takiego człowieka - człowieka! - wydawała się jej tak abstrakcyjna, że aż niemożliwa. Prawdą było, iż czasem zsyłała błogosławieństwo na niektórych najwaleczniejszych wojów i lekarzy, ale błogosławieństwo dla obcego...? Z jej źródeł wynikało, że ów człowiek nawet nie wiedział o jej istnieniu!
-Zanim sprawisz, że pochłonie mnie Duat pozwól, że ci wyjaśnię, pani. Sama zauważyłaś, że nie jestem wystarczająco silny. Mój pierścień nie był od dawna konserwowany, a to od niego w dużej mierze zależy moja moc. Muszę wspierać Czarnego Kota - jest najlepszym Kotem, jakiego miałem od stuleci. jednak nie dam rady tego zrobić bez twojej pomocy, jako że mistrz Fu niezbyt chce współpracować. Owszem, zaopatrzył Adriena w magiczny camembert dla mnie, ale mój podopieczny nie może podejmować żadnych decyzji, a Biedronka cały czas to robi... a dodatkowo może korzystać z pereł, które zostały stworzone specjalnie pod kątem kwami stworzenia. (I tak, wiem, mógłbym go zaprowadzić na miejsce do mistrza Fu, jednakże jest z tym mały problem, bo jesteśmy bezustannie śledzeni przez jego ojca...)
-Chcesz, abym udzieliła mu błogosławieństwa.
-Tak.
-Sam nie możesz go w pełni wspierać.
-Zgadza się.
-A czy zna się on chociaż na walce?
-Oh tak, pani. Potrafi walczyć, od dziecka trenuje szermierkę, a odkąd został Czarnym Kotem nauczył się również walki innymi brońmi oraz sztuk walk. Jestem pewien, że nie będziesz nim zawiedziona. I tak, pani, on czytał mitologię egipską i wie, kim jesteś. Nie jest ignorantem- uśmiechnął się, widząc jak bóstwo zdziwiło się jego czytaniem w myślach.
Sachmet nie myślała wiele więcej - kwami zaciekawił ją (i chciała zrozumieć, dlaczego Plagg nazwał ostatniego Czarnego Kota najlepszym od stuleci). Powietrze rozgrzało się, ona sama zalśniła światłem tysiąca słońc.
-Plaggu! Przyprowadzisz swego podopiecznego do mnie w noc pełni księżyca! Przekonamy się, czy zasługuje na moje błogosławieństwo!
