Dolina Godryka

31 październik 1995

Księżyc świecił jasno na rozgwieżdżonym niebie, oświetlając zarysy starego i zniszczonego domu. Piętro budynku zostało wysadzone tam, gdzie czternaście lat temu odbiło się śmiertelne zaklęcie. Dom został pozostawiony w opłakanym stanie jako pomnik rodzinny Potterów... jako znak przemocy i okrucieństwa, które rozdarło rodzinę.

Dumbledore szedł szybkim i pewnym krokiem w kierunku ruin domu. Jego długa broda rzucała srebrzysty blask w ciemności nocy. Pamiętnego 31 października, dokładnie czternaście lat temu, Lily i James Potterowie stracili życie. Dumbledore zawsze odwiedzał Dolinę Godryka od tego pamiętnego dnia, aby złożyć hołd osobom, które oddały życie za swojego syna. Noc była zimna, więc nie chcąc zmarznąć, przyspieszył kroku.

Starzec zawsze czuł się winny ich śmierci. Czuł, że powinien wtedy dalej nalegać, aby zostać strażnikiem tajemnic Potterów. Niestety, oni zaufali nie temu człowiekowi. Zaufali człowiekowi, który gotów był wydać ich Voldemortowi.

Dumbledore wpatrywał się w stalową, pomalowaną na czarno furtkę cmentarza. Przekroczył ją i wędrował między nagrobkami. Stanął naprzeciw epitafium zmarłego małżeństwa Potterów i wyczarował piękny wieniec, który owinął się wokół nagrobka, prezentując się z wdziękiem. Starzec rozmyślał o tragedii młodej i utalentowanej pary. Prawdę mówiąc, było to dwoje najlepszych uczniów, którzy kiedykolwiek chodzili korytarzami Hogwartu. Byli znanymi i zdolnymi ludźmi, którzy budzili w sobie zaufanie i szacunek wśród czarodziejów na całym świecie. Po ich śmierci setki czarodziejów i czarownic przyszło oddać hołd tragicznie zmarłej parze. Parze, która złożyła w ofierze swoje życia, by ratować syna, który stał się celem Voldemorta. Chłopczyk tej nocy pozbawił Czarnego Pana mocy.

Po kilku energicznych krokach, Dumbledore dotarł do bram domu Potterów. Popatrzył na pozostałości z tak pięknej niegdyś posesji. Szczątki domu były pokryte bluszczem, a żywopłot piął się dziko w górę. W przeciągu czternastu lat, trawa urosła tak, że sięgała talii starca. Gdzieniegdzie dostrzec można było rozrzucony niedbale gruz. Kiedyś tak piękny dom, pełen życia i nadziei, a teraz pusty i zimny. Biło od niego smutkiem, a także złymi odczuciami.

Ostrożnie wyciągnął dłoń i dotknął zardzewiałej furtki, czekając na wyłonienie się dziwnie wyrastającej spod ziemi drewnianej tabliczki na tyczce. Znów ją przeczytał, tak jak miał w zwyczaju robić. Dookoła zgrabnie wypisanych słów, opisujących co się wydarzyło w tym domu, widniały napisy pozostawione przez innych czarownic i czarodziejów, którzy przybyli, aby oddać hołd zmarłej parze. Widniały tam również słowa zachęty dla Harry'ego, opowiadające mu o tych dwóch dzielnych ludziach. Dumbledore czytał każde zdanie, będąc jednocześnie wzruszonym, że tak wiele osób wspierało młodego Harry'ego.

Nagle usłyszał ciche odgłosy dochodzące z wnętrza domu. Kto mógłby wejść do dawnej rezydencji Potterów? Wyciągnął różdżkę z fioletowej szaty.

- Homenum revelio! – powiedział cicho.

Para orzechowych oczu otworzyła się gwałtownie. Widział tylko ciemność. James Potter zamrugał, próbując dostrzec najcieńszy promień światła, aby udowodnić sobie, że to, co się tutaj dzieje, nie jest złudzeniem. Pierwsze, co dotarło do jego otumanionego mózgu, był fakt, że brak mu powierza. Wyciągnął ręce w górę, by ocenić gdzie się znajduje. Ku jego ogólnemu zdziwieniu, było to drewno. To znaczy, że został zamknięty w jakimś pudle...?

Czuł coś długiego i smukłego leżącego tuż obok jego prawej dłoni, sięgnął po kawałek drewna i już po chwili zdał sobie sprawę, że była to jego różdżka. Doskonale.

- Expulso! – Zawołał ostatkiem tchu.

Wieko trumny wystrzeliło w górę, a wraz z towarzyszącym hukiem warstwa ziemi wpadła do trumny w której się znajdował, przysypując go. Przedostawszy się przez warstwę ziemi, doszedł do wniosku, że jego nogi nie chcą być mu posłuszne w takim stopniu, w jakim byłoby to dla niego zadowalające. Z jego gardła wydobył się głośny dźwięk frustracji. Chwilowy letarg jaki go zniewolił, odstąpił miejsca zderzeniu brutalnej rzeczywistości. On umarł. Gdzie była jego rodzina? Jak to się stało, że żyje?

Chwycił mocniej trzymaną w dłoni różdżkę i stworzył szczeliny bo bokach tunelu, tak aby swobodnie mógł włożyć w nie stopy. Zadowolony z rezultatów, włożył magiczny patyk w zęby i zaczął wspinaczkę. Po kilku nieudanych posunięciach, które mogły spowodować, że znów znalazłby się w punkcie wyjścia, dotarł na szczyt i rozejrzał się. To był cmentarz. Za jego plecami stał nagrobek z białego marmuru, lśniący w blasku nocy, na którym napisane zostało jego i Lily nazwisko.

- Nie - szepnął, wpatrując się w nagrobek. Wydawało mu się, że jego serce na chwile przestało bić. - To niemożliwe.

Przełknięcie śliny stało się niemal niemożliwe poprzez utworzoną gulę w gardle. Sięgnął po różdżkę, machnął nią, powodując cofnięcie się gleby w dziurę i ułożenie się jej tak, jak wyglądała poprzednio. Potem poszedł szybkim krokiem, starając zapanować nad swoim szybkim oddechem, by szybciej znaleźć się w swoim domu, który był oddalony od cmentarza zaledwie kilka minut.

W końcu dotarł do domu, lecz z przerażeniem cofnął o krok, na widok tego, co po nim zostało. Cała dotąd zadbana oaza została zrujnowana. Po lewej stronie najwyższego piętra została dziura. Drzwi wejściowe zostały wyrwane z zawiasów.

Nie, nie, nie!" Powtarzał sobie gorączkowo w myślach. To był jego dom, jego azyl, bezpieczne schronienie! Wpatrując się w zniszczenia spowodowane silnym zaklęciem, coś nim wewnątrz wstrząsnęło. Jakby jego umysł rozważał możliwości zrobienia tak wielkich szkód. Jak Voldemort mógł zrobić coś podobnego? Nie miał wstydu! Jego dom został zniszczony doszczętnie, nie nadawał się do remontu.

Glizdogon.

Co się stało? Ile tortur Voldemort musiał mu zadać, żeby zdradził mu położenie domu Potterów ?

Ale... Mógł ich zdradzić...? Dobrowolnie? Co, gdyby był jego szpiegiem?

Serce Jamesa zamarło, kiedy uznał, że istniała całkiem prawdopodobna szansa na potwierdzenie tej tezy. Schował twarz w dłonie, starając powstrzymać potęgujący się gniew w głowie, poczucie zdrady... „Po wzięciu go pod swoje skrzydła w szkole... Miał prawdziwych przyjaciół, a pierniczony tchórz ich zdradził!"

James patrzył na szczątki domu, które pozostały po ataku. Myśli w jego głowie z każdą sekundą stawały się coraz bardziej pesymistyczne. Dom był dziwnie cichy, nienaturalny.

Lily i Harry mogli być... nie, nie pozwolił uformować się tej myśli do końca, odepchnął ja na dalszy plan. Absolutnie nie dopuszczał jej do akceptacji. Nie mógł uwierzyć w cichy, dokuczliwy głos w jego głowie, który mówił, że jego rodzina zginęła. Nie mógł uwierzyć, że właśnie został poniesiony ku otchłani przypuszczeń. Dwoje najważniejszych ludzi, wszystko co miał.

James, przekraczając próg, bez zastanowienia ruszył na górę. Jego serce waliło jak młot ze strachu, w nadziei, że zobaczy to, co chciałby zobaczyć - Lily i Harry'ego całych i zdrowych na górze. Wszystko wydawało mu się zamglone, prawdopodobnie z powodu łez, które wypływały z jego oczu. Spływały mu po policzkach, jednak nie zwracał na nie uwagi. Pokonując kolejny stopień, potknął się przed samym wejściem, będąc przerażony ilością zniszczeń. „To był mój dom". Serce mu pękło, gdy zobaczył, że został całkowicie zdewastowany. James wciągnął powietrze i zatrzymał się przy ostatnich drzwiach po lewej. Drzwiach, prowadzących do pokoju Harry'ego, ku prawdzie.

Stanął naprzeciw zamkniętym drzwiom, pozwalając, by zimny pot spływał mu po czole. Był przerażony widokiem jego największego strachu, strachu nie znalezienia Lily i Harry'ego wewnątrz pomieszczenia. Drzwi nigdy nie wydawały mu się tak straszne.

Wypełniony mieszaniną niecierpliwości, strachu oraz smutku, owinął palce wokół klamki, nacisnął ją i pchnął drzwi.

Kiedy przekroczył próg pomieszczenia, kolana się pod nim ugięły.