Obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Zanim zdążyłam unieść głowę i otworzyć oczy zamachałam rękoma w powietrzu w poszukiwaniu pięknego aromatu. Nie dorwałam kubka, ale wyczułam coś twardego. Otworzyłam jedno oko. Tym czyś okazała się noga człowieka, którego na pewno nie spodziewałam się spotkać po przebudzeniu. Jestem mistrzynią dobrego wrażenia, a więc z ciężkim westchnieniem usiadłam na cholernie niewygodnej kanapie, poprawiłam spadające z mojego ramienia ramiączko czarnego topu i spojrzałam w oczy Albusa Pottera.

- Dzień dobry, to dla mnie? – wyciągnęłam ręce w stronę kubka z kawą który trzymał przed sobą. Zamiast mi go dać, sam pociągnął duży łyk i odstawił kubek poza zasięg moich rąk na stoliku za swoimi plecami. – Złośliwiec. – mruknęłam i ponownie opadłam na kanapę, bo poczułam zbliżające się mdłości.

- Złośliwiec, miło mi. – powiedział. – A ty kim jesteś?

- Jestem Vera-daj-mi-tej-cholernej-kawy-Wood.

- Widzisz, Vera, miałem wczoraj naprawdę kiepski dzień. Trójka idiotów rozwaliła mi salę. Dwoje z nich się oparzyło i wylądowało w Skrzydle Szpitalnym, musiałem tłumaczyć się McGonagall dlaczego mam tak tępych uczniów. Następnie musiałem nadzorować ich szlaban jak tylko wyszli ze Skrzydła. Zmarnowałem na to trzy godziny z mojego życia, które miałem przeznaczyć na sprawdzanie prac tych bezmózgowców. Myślałem że to koniec mojej udręki, ale wtedy o czwartej trzydzieści rano, gdy już myślałem, że mam spokój, odezwał się pijany Jamie. I zostałem z nieprzytomną dziewczyną o której nikt mi nic nie powiedział poza tym, że jest „ekstra".

- Merlinie, Złośliwcu, daj mi kawy i już mnie tu nie ma.

- Byłoby fajnie, gdyby to było takie proste, ale nie wiem czy nadążasz, jesteśmy w Hogwarcie. Jeśli chcesz zniknąć, to zdecydowanie trochę ci to zajmie.

- Och. – mruknęłam. – W takim razie naprawdę potrzebuję tej kawy, no i może trochę twojego prysznica. Potem zniknę, obiecuję.

- Prysznic jest tam, a kawy już nie mam. – powiedział i zostawił mnie na kanapie.

- Milutko.

Prysznic pomógł trochę. Na tyle, żebym nie wyglądała jak inferius. Dzięki niemu byłam też w stanie w miarę przytomnie transmutować gumkę do włosów w szczoteczkę do zębów co naprawdę poprawiło mój nastrój. Odświeżanie mojego stroju poszło mi już gorzej, bo zostałam bez bluzki. Boso, w spodniach i staniku wyszłam z łazienki i skierowałam się tam, gdzie zostawił mnie Albus.

- Hej, Złośliwcu, miałbyś coś przeciwko temu, żebym pożyczyła od ciebie jaką koszulkę?

Szczoteczka prawie wypadła mi z rąk, gdy za Albusem zobaczyłam coś dużo mniejszego od niego z burzą rudych włosów.

- Złośliwcu, hę? – coś dużo mniejszego przepchnęło się koło Albusa, który zrezygnowany zamknął drzwi i odwrócił się w moją stronę z mordem w oczach. – Jestem Lily, jego siostra.

Przerzuciłam szczoteczkę do drugiej ręki i uśmiechnęłam się do niej szeroko. Każdy kto oprócz mnie jest w stanie wyprowadzić Złośliwca z równowagi ma u mnie plusa.

- Cześć, Lily. Jestem Vera. Vera Wood.

- Wood? Jak Oliver Wood? – spytała. Przesunęłam spojrzeniem po jej koszulce Puddlemore.

- Ten sam. – mrugnęłam, na co Lily zachichotała.

- Ruda, wypad, ale już. – Albus zaciągnął ją za rękę do drzwi.

- Jiz, Albus, wyluzuj, przecież ci jej nie ukradnę. – uśmiechnęła się do mnie spod jego ramienia. – Złośliwcu.

Zanim zdążył coś odpowiedzieć już jej nie było.

Albus odwrócił się w moją stronę i chyba miał zamiar krzyczeć, ale zdezorientował go widok mojego czarnego, koronkowego biustonosza w rozmiarze 70 C. Lub jego zawartość. Albo cały pakiet.

- Mam przez ciebie totalnie przerąbane, Vera Wood, a nawet cię nie znam. – przesunął dłońmi po twarzy.

- Hej, przecież nic się nie stało. Do niczego nie doszło, a jeśli pożyczysz mi jakąś koszulkę to zaraz mnie tu nie będzie. – wzruszyłam ramionami. Może i jestem szalona ale zdecydowanie nie uśmiecha mi się pozostawanie w pomieszczeniu sam na sam ze wściekłym Potterem.

- Wiesz kto to był? – warknął.

- Twoja siostra, wielka sprawa. – rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym założyć. Na fotelu leżała sportowa kurtka, którą porwałam i zarzuciłam na siebie.

- To była moja młodsza, upierdliwa, wtrącająca we wszystko nos siostra! Która pobiegła zapewne wysłać list do moich rodziców i babci Molly i napisać im, że znalazła półnagą córkę swojego idola w mojej sypialni. A oni tam pewnie za chwilę zaczną spiskować i zanim się obrócę wszyscy się zbiegną i będą planować imiona dla przyszłych dzieci moich dzieci!

- Jak ciebie słucham, to zaczynam się zastanawiać czy ty naprawdę jesteś z tej samej rodziny co James – zapięłam kurtkę i skierowałam się w stronę drzwi za którymi przed chwilą zniknęła Lily.

- Co to ma znaczyć? – złapał mnie za ramię gdy otwierałam drzwi.

- Merlinie, Potter, wyluzuj, to tylko jedna noc z twojego życia, a dramatyzujesz jakby przydarzyło się nie wiadomo co. – warknęłam, bo zaczęłam się już denerwować jego złościami. – Proszę, uwalniam cię od mojego towarzystwa. Żyj sobie dalej w spokoju. Dziękuje za przenocowanie. – Zrzuciłam jego rękę ze swojego ramienia i prawie wybiegłam na korytarz.

- Pieprzony Złośliwiec.

Teraz nie dość że miałam kaca to byłam wkurzona.

Zanim dotarłam do Hogsmeade skąd mogłam się teleportować do domu minęła dobra godzina. Godzina podczas której doszłam do wniosku, że Albus Potter to gbur nad gburami. Zmęczona tymi przemyśleniami teleportowałam się przed drzwiami do mieszkania mojego i Bibiany, gdzie prawie wpadłam na wychodzącego Hugona. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż ja, co było naprawdę niesprawiedliwe.

- Hej, jesteś w końcu. Bibi jeszcze śpi, nie chciałem jej budzić, ale muszę iść odebrać Benjiego od rodziców. – Hugo zmierzwił włosy i przyjrzał mi się bliżej, gdy ściągałam buty w przedpokoju.

- Chyba nie muszę się pytać gdzie spędziłaś noc. – spojrzałam w jego stronę a jedyne co zobaczyłam to ogromny uśmiech na jego twarzy.

- Co? – spytałam całkowicie zdezorientowana.

- Wiesz, że masz na sobie ulubioną kurtkę treningową Ala z jego imieniem i nazwiskiem napisanymi wielkim literami na plecach?

- Co? – spytałam ponownie i zrzuciłam z siebie kurtkę, żeby zobaczyć czy to prawda.

- Łoh! Vera, ostrzegaj biednego faceta! – Hugo udawał że zasłania oczy.

Kompletnie zapomniałam że pod kurtką miałam na sobie jedynie stanik.

- Merlinie, to dlatego wszyscy na mnie patrzyli jak przedzierałam się do wioski?! Ugh.

Zostawiłam śmiejącego się Hugo w przedpokoju, a sama zamknęłam się w swoim pokoju, gdzie schowałam głowę pod poduszkę i przysięgałam kolejny raz w życiu, że więcej już nie piję.


Postanowiłam spędzić sobotę bardzo pracowicie, po trochę z zasadą mamy, że na kaca najlepsza jest praca. Otworzyłam okno w mojej małej pracowni i wpuściłam do środka trochę światła. Zaostrzyłam ołówki i zabrałam się do szkicowania budynku który właśnie kupiłam i miałam zamiar wyremontować. Nadawałam odpowiednie kształty i wymiary pomieszczeniom, jednocześnie zapisując liczby na specjalnym pergaminie, który znajdował się obok. Popijając czarną kawę zaprojektowałam trzy lokale na parterze.

Czując że ból głowy zniknął, postanowiłam zostawić papierzyska w spokoju i zabrać się do czegoś poważniejszego. Przymocowałam do bioder pas z potrzebnymi narzędziami i z kolejnym kubkiem kawy w jednej ręce, a moim magicznym pergaminem w drugiej, wyszłam na zewnątrz i z uśmiechem popatrzyłam na budynek naprzeciwko mnie.

Był w okropnym stanie. Odpadające tynki, wybite okna, lekko pochylony do przodu. I beznadziejnie tani, jakby jego bliskość do Ulicy Pokątnej została niezauważona. Wydałam na niego mniej, niż ojciec na swoją nową kolekcjonerską miotłę, więc śmiem twierdzić, że ubiłam niezły interes. Potrzebowałam kilku intensywnych dni, paru ludzi z różdżkami i dużo litrów kawy, żeby doprowadzić go do stanu używalności, a potem będę właścicielką trzech lokali i czterech apartamentowców do wynajęcia.

Odłożyłam kubek na parapet i zaczęłam sporządzać listę tego, co koniecznie musi być zrobione. Pod zniszczonym, zakurzonym dywanem znalazłam najpiękniejszy parkiet jaki w życiu widziałam, co uczciłam małym tańcem radości. To chyba najlepszy z interesów do jakiego się do tej pory zabrałam. Postanowiłam się tym pochwalić Bibi, więc wysłałam wszystkie narzędzia do studia, a sama przeszłam się do Dziurawego Kotła, gdzie moja przyjaciółka pracowała jako kelnerka i barmanka.

- Dziś jest twój szczęśliwy dzień, panno Bibiano! – wrzuciłam do buzi garść orzeszków ziemnych.

- Proszę cię. Nie wiem jak trafiłam wczoraj do domu. Mam kaca nie z tej ziemi. Przespałam może cztery godziny, obudziłam się zwinięta w koce tak mocno, że spadłam z łóżka i nabiłam sobie siniaków zanim się z nich uwolniłam. Potem okazało się że jakimś dziwnym trafem zdążyłam się wczoraj rozebrać do bielizny, czego sobie absolutnie nie przypominam. Złamałam szczotkę próbując rozczesać to kłębowisko na głowie i musiałam użyć potrójne Reparo, żeby ją poskładać w całość. Od kilku godzin użeram się z durnymi klientami, a głowa pęka mi tak bardzo, jakby miała się zaraz rozsypać.

- Wprost uwielbiam słuchać twoich opowieści. I znam odpowiedź na jedno z twoich pytań. – powiedziałam mieszając łyżeczką w kubku gorącej herbaty, którą postawiła przede mną Bibi. – Hugo zabrał cię do domu. Zasnęłaś w jego ramionach zaraz po wyjściu z klubu. Co było całkiem przyjemne do patrzenia. No wiesz, wy dwoje, razem, ty w jego ramionach. Zachwycałabym się nad tym bardziej, ale byłam pijana i zanim się ogarnęłam was już nie było, a ja James i Rose zostaliśmy bez podwózki.

- Och. Hugo.

- Nie wiem co się działo dalej, ani jak skończyłaś w samej bieliźnie, ale spędził w naszym mieszkaniu cały wieczór, bo spotkałam go jak wychodził gdzieś około siódmej rano, gdy sama wróciłam.

- Vera, gdzieś ty była?

- Dzięki, że się w końcu tym zainteresowałaś. – prychnęłam.

Trzasnęła mnie szmatką po ramieniu. – Mów.

- Dziwnym trafem wylądowałam w Hogwarcie u niejakiego Albusa Pottera.

- Co?!

- Tak, też byłam tym zaskoczona.

- Ale jak to?

- Nie wiem. Ostatnie co pamiętam, to James który coś mówił o wezwaniu „Aliego", a potem chyba straciłam wizję. Obudził mnie zapach kawy, której nie dostałam. Znajdowałam się na cholernie twardej kanapie Pottera, który zdecydowanie nie był zachwycony moja obecnością.

- Merlinie, ty to zawsze wpakujesz się w jakieś historie.

- Wiem, ale to nie jest koniec! – roześmiałam się. - Postanowiłam wziąć prysznic, ukraść kawę i ewakuować się do domu. To naprawdę prosty plan, ale że byłam na okropnym kacu nie poszło mi tak fenomenalnie jak się można spodziewać. Ze szczoteczką do zębów w ustach, w spodniach i staniku poznałam jego siostrę.

- Poznałaś Lily?

- Całkiem sympatyczna osóbka. Nie żebym zdążyła z nią porozmawiać, ale wydaje się fajna. – wzruszyłam ramionami. – W przeciwieństwie do jej cholernego brata, który wyrzucił ją za drzwi i zaczął się na mnie drzeć i panikować i mówić coś o jakichś listach i dzieciach. Dlatego stamtąd uciekłam.

- W spodniach, staniku i ze szczoteczką do zębów?

- Widzisz i tu jest kolejna śmieszna sytuacja.

- Mów!

- Wzięłam z jego fotela jakąś kurtkę i wyszłam. I tak szłam i szłam przez ten zamek, bo ten idiota mieszka aż na siódmym piętrze, rozumiesz? Nauczyciel eliksirów i mieszka na siódmym piętrze! I gdy tak szłam i mijałam milion ludzi i wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli, to myślałam, że to dlatego, że no wiesz, jestem stara, błąkam się po korytarzach i mam skacowane oczy. Ale to nie to! Gdy minęłam się z Hugonem uświadomił mi, że miałam na sobie jakąś słynną kurtkę Albusa Pottera. Oznakowaną na plecach i najwidoczniej znaną w świecie, sądząc po tych reakcjach.

- Poczekaj, bo muszę to podsumować. Obudziłaś się w Hogwarcie u Albusa, będąc półnago poznałaś jego siostrę, a potem w jego kurtce, która nie wiem czy wiesz, jest jakimś talizmanem dla niego, szłaś przez cały zamek i wszyscy cię widzieli?

- No, w skrócie to chyba tak wyglądało. Znaczy wiesz, dodałabym jeszcze trochę jego gburowatości do tej opowieści, ale reszta by się zgadzała. – odstawiłam pusty kubek na blat. – I nie wiem o co chodzi z tą kurtką. Kurtka to kurtka.

- Poczekaj chwilę. – odeszła na chwilę żeby obsłużyć dwójkę klientów, ale zaraz szybko do mnie wróciła, jednocześnie wysyłając zamówienie różdżką prosto do kuchni, gdzie urzędowała jej szefowa, Hannah. – Hugo opowiadał mi o tej kurtce. Podobno Albus ma do niej straszny sentyment. Jak mówiłam, to coś w rodzaju jego talizmanu i nigdy się z nią nie rozstaje. Kiedyś dla żartów ktoś z jego rodziny mu ją ukradł, nie wiem jak to się dokładnie skończyło, ale chyba jakąś mega kłótnią.

- O kurtkę? – prawie, PRAWIE zaniemówiłam.

- To dziwna rodzina. Raz ojciec Hugo wyprowadził się z domu na cztery miesiące, bo Hermiona wyrzuciła jego kapelusz Armat z Chudley.

- A ja myślałam, że to moja jest porąbana. – pokręciłam głową.

- Wiesz, że jak tylko Albus się dowie o tym, że masz jego kurtkę i wszyscy cię w niej widzieli, to masz totalnie przekichane? - Tym razem to ona pokręciła głową. – Co zamierzasz?

- Zamierzam mieć z tego niezły ubaw. – uśmiechnęłam się do niej i przypomniałam czemu właściwie się tu pojawiłam. – A teraz wróćmy do tego, dlaczego dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień.

- Mój szczęśliwy dzień? Niby dlaczego?

- Bo patrzysz na właścicielkę budynku w którym znajdzie się twoja restauracja! I co ty na to? – wzięłam jej dłonie w moje. – Wiem, że chcesz to zrobić sama, że to twoje wielkie marzenie, ale bądźmy realistkami. Gobliny po raz dziewiąty odrzuciły twoje podanie o kredyt i nie masz zamiaru brać pieniędzy od mojej rodziny, chociaż tato z milion razy chciał ci się odwdzięczyć za tyle lat użerania się ze mną. – Bibi zaśmiała się, ale widziałam, że potrzebuję czegoś więcej, żeby ją przekonać. – A ja właśnie kupiłam ten ogromny budynek naprzeciwko mojego studia, co jest niecałe pięć minut drogi od centrum Pokątnej. I zamierzam go odnowić i wynajmować. I moja droga przyjaciółko, mam zamiar wynająć ci jeden z trzech lokali.

- Naprawdę? – miała łzy w oczach, a ja nigdy w życiu nie czułam się lepszym człowiekiem niż teraz.

- Masz prawo wyboru, ale ja na twoim miejscu wzięłabym ten po prawej. Zmieści się tam kilkanaście stolików i długi bar, za którym postawisz dla mnie niezłego przystojniaka. Za głównym pomieszczeniem jest miejsce na trzy łazienki, składzik, małe biuro i to, na czym ci zależy najbardziej na świecie, czyli ogromną kuchnię całą tylko dla ciebie.

- Nie mogę w to uwierzyć. Jesteś niewiarygodnie wspaniała, Vera Wood. – uścisnęła mnie mocno i popłakała się ze szczęścia.

- No przecież wiem! – przewróciłam oczami i poklepałam ją po plecach. - A jak będziesz się zajmować tym wierzeniem, to mogłabyś upiec tartę cytrynową? Mama zmusiła mnie do obiadu z rodzinką i sobie jej zażyczyła.


Bibi miała rację, co do tego, że pan Złośliwiec będzie wściekły. Spotkałam go przed drzwiami do mieszkania, gdzie przestępował z nogi na nogę i rzucił mi mordercze spojrzenie jak tylko wyszłam na zewnątrz. Z niechęcia musiałam przyznać, że cały ubrany na czarno, ze zmierzwionymi włosami i lekkim zarostem wyglądał mega seksownie. Co mnie wkurzyło, bo to naprawdę beznadziejne, żeby taki wygląd był opakowaniem durnego charakteru.

- Co tu robisz? – spytałam, chociaż dobrze wiedziałam, że przyszedł po tą całą kurtkę. Zamknęłam za sobą drzwi i z ciastem w rękach zaczęłam schodzić po schodach nic sobie nie robiąc z jego pomrukiwań.

- Mam ochotę cię zabić, Wood. Mam ogromną ochotę cię zabić.

Przewróciłam oczami i pokonałam kilka kolejnych schodów zanim złapał mnie za ramię i przycisnął do zimnej ściany.

- Jeszcze przedwczoraj miałem całkiem normalne i spokojne życie, jeśli nie liczyć tych półgłówków których uczę i upierdliwej rodziny. A potem zmuszony byłem zająć się dziewczyną, która była tak nieprzytomnie pijana, że nie potrafiła powiedzieć mi gdzie mieszka. Musiałem ją zabrać do zamku, gdzie Irytek od razu to zauważył i postanowił powiadomić o tym wszystkich. Potem na wpół rozebrana postanowiła uciąć sobie pieprzoną pogawędkę z moją donosicielską siostrą! – mocniej zacisnął rękę na moim ramieniu. – A żeby tego było mało, musiałaś oczywiście paradować po zamku w MOJEJ kurtce, co razem z opowieścią Irytka dla tych gówniarzy równoznaczne jest z tym, że mam z tobą jakiś pieprzony romans. Ale wyobraź sobie, że to nie jest koniec, bo wiesz co mnie dzisiaj obudziło? Sowy, obudziły mnie sowy, każda z nich z listem. Chyba wszystkie kobiety z mojej rodziny pytały się o ciebie! A potem spędziłem dwie godziny na szukaniu twojego adresu!

Wyrwałam ramię z jego uścisku bo zaczynało mnie już boleć. – Czy ktoś ci kiedyś powiedział, Złośliwcu, że strasznie dramatyzujesz?

- Dramatyzuję? Ja dramatyzuję? A co powiesz na to, że moja babcia zaprosiła mnie na obiad razem z TOBĄ, bo pragnie poznać moją KOBIETĘ.

- Może gdybyś naprawdę miał jakąś kobietę, to nie byłoby całej tej szopki.

- Nie denerwuj mnie jeszcze bardziej, dziewczyno, bo w końcu nie wytrzymam i ci coś zrobię. – złapał mnie za rękę i pociągnął do wyjścia z budynku. – A teraz pójdziesz ze mną do nich i powiesz, że to jedna wielka pomyłka, bo one nie dają mi spokoju i nie chcą uwierzyć w moją wersję wydarzeń.

- Naprawdę byłoby zabawnie poznać twoją rodzinę, ale tak się składa, że mam już plany na tą chwilę.

- Mam gdzieś, czy masz jakieś plany.

- A ja, wyobraź sobie, mam gdzieś twoje plany. – chciałam się aportować, ale ten idiota złapał mnie za rękę i prawie się wywróciłam, ale na szczęście mnie złapał. Szczęście, a zarazem nieszczęście, bo rękę oparł na ścianie obok drzwi do mojego rodzinnego domu, gdzie znajdował się dzwonek. Zanim zdążyłam wywinąć się z jego ramion drzwi otworzyły się i stanął w nich mój tato. Zmierzył spojrzeniem mnie, Albusa, a potem jego ramię wokół mojej tali i powiedział:

- Nie wiedziałem, że kogoś przyprowadzisz, Vera. –wyciągnął rękę w stronę Pottera, który chyba zaniemówił. – Jestem Oliwer, jej ojciec. A ty jesteś?

Albus wciąż zaskoczony całą sytuacją uścisnął dłoń mojego ojca. – Albus Potter, miło mi.

- Wejdźcie do środka. – tato otworzył szerzej drzwi. – Zaniosę ciasto do kuchni. – zabrał z moich rąk tartę o której kompletnie zapomniałam i zniknął w środku.

- Zamknij buzię, Złośliwcu, bo zaraz połkniesz nargla.

- Czy mówiłem już dzisiaj, że mam ochotę cię zabić?

Zaśmiałam się tylko i weszłam do domu zostawiając go samego zanim zamieni słowa w czyny.