2. POKONAĆ ŚMIERĆ II

Wbiegł do gabinetu, przeskakując nad ciałem nieprzytomnej dyrektorki. Nie miał czasu na budzenie jej, ani na rozmowę. Czuł narastający głód, który powoli przejmował władzę nad jego ciałem i umysłem. Wszystko w nim domagało się zbrodni, powoli opanowywał go gniew tak potężny, że w każdej chwili mógł wybuchnąć. Był również wściekły na dyrektora, na przyjaciół i na siebie za to, że musiał wrócić. Dlaczego do tego dopuścili? Co teraz z nim będzie? Czy będzie musiał zabijać i pożywiać się krwią innych? Słyszał o wampirach, które nie zabijają. Może dla niego też było wyjście?

Rozejrzał się prędko po gabinecie. Niewiele się zmieniło, ale nie chciał marnować czasu na podziwianie widoków. Podszedł do portretu Dumbledore'a. Dyrektor spał z uśmiechem na ustach. Harry'ego ogarnia jeszcze większa furia i irytacja. On cierpiał jak nigdy wcześniej, a ten starzec spał w najlepsze?! Gwałtownie potrząsnął jego ramą, powstrzymując cisnący się na usta krzyk. Po chwili Dumbledore otworzył oczy i rozejrzał się za tym, kto go zbudził. Kiedy dostrzega Harry'ego, uśmiecha się miło, a jego oczy migotają.

– Profesorze – szepnął Harry, siląc się na spokojny ton, a Albus otwiera nieco usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale chłopak mu przerywa. – Potrzebuję pomocy, profesorze.

– Harry... Mój chłopcze. Nie spodziewałem się, że cię jeszcze zobaczę – powiedział nad wyraz spokojnie. Harry parsknął w myślach, kompletnie zapomniał, że rozmawia z obrazem. – Z tego, co pamiętam, Minerva mówiła, że cię straciliśmy.

– Nie wiem, profesorze. Ja... Obudziłem się w grobie, prawie godzinę temu – wyjaśnił roztrzęsionym głosem. – Czuję... Sam nie wiem... Nie jestem nawet pewny, czym się stałem, ale jednocześnie mam pewność. Stałem się kreaturą potworem żadnym ludzkiej krwi! Jestem wściekły, pragnienie mnie zżera, chcę krwi! Nie wiem, co robić! To było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy, ale... Nie wiem. Nie wiem, co robić.

Głos Harry'ego był przyspieszony, pełny napięcia. Czuł, że zaraz eksploduje i zaczął krążyć po gabinecie, zerkając czasem na McGonagall. Zastanawiało go, dlaczego jeszcze się nie ocknęła. Zbyt wiele myśli zaczyna krążyć mu po głowie. Czekał na odpowiedź, która nie nadchodziła. Mijały sekundy, a może to minuty, albo godziny? Nieważne... Nie obchodziło go to. Chciał tylko zaznać spokoju i pozbyć się tego uczucia niszczącego go od środka. Pamiętał swoją śmierć. Nie tutaj powinien być.

Nie tutaj, pomyślał wściekle i uderzył zaciśniętą pięścią o biurko.

– Harry – odezwał się w końcu Dumbledore. – Myślę, że jesteś wampirem?

– Tak! Próbuję to panu wytłumaczyć! – krzyknął. – Czuję to. Stałem się potworem.

– Nie wierzę... Jak to się mogło stać? Nigdy bym się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

Harry warknął pod nosem. Widocznie wybrał złe miejsce, dyrektor nie potrafił mu pomóc. W końcu był tylko obrazem! Harry zacisnął pięści, znowu widział swoją bladą skórę.

– Pomyślmy lepiej jak to odkręcić. Ma pan jakiś pomysł? Zna pan kogoś?

Albus ze smutkiem pokręcił głową. Ciągle przyglądał się Harry'emu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chłopak nie potrafił domyślić się, o czym dyrektor myśli, jeśli w ogóle teraz myślał. W końcu namalowane na płótnie oczy Albusa zamigotały tak, jak za jego życia.

– Minerwa. Obudź ją. Myślę, że nie ja, a ona będzie w stanie ci pomóc. W jakikolwiek sposób.

Harry natychmiast wykonał polecenie. Kucnął przy niej i potrząsnął. Trwało to dłuższą chwilę, zanim otworzyła oczy i podniosła się na nogi. Miała nietęgą minę, oczy rozbiegane, a ruchy nerwowe.

– Och Albusie – szepnęła cicho, widząc, że ten spogląda na nią. – Miałam... Miałam dziwny sen. Wydawało mi się, że widziałam Harry'ego. Stał tuż przede mną w stroju, w którym go pochowaliśmy. Wydawało się to takie realne... Takie straszne.

Z każdym słowem Harry czuł nieznośne kłucie w piersi.

– To nie był sen, Minerwo – powiedział stanowczo Albus. – Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Wydaje mi się, że Harry potrzebuje pomocy, jakieś siły sprawiły, że wrócił do życia, ale nie jako człowiek.

– O czym ty mówisz, Albusie?! – spytała zdezorientowana i dostrzegła postać w tej ciemniejszej części gabinetu. Był odwrócony od niej plecami, nie widziała twarzy i miała wrażenie, że nie chce widzieć. – Albusie?

Albus sięgnął dłonią do czoła i przetarł je. Wyglądał na zmęczonego, mimo że był tylko obrazem.

– Harry wrócił, ale nie jest do końca człowiekiem. Posiada siebie, swoje wspomnienia, emocje i uczucia, ale... Stał się kimś innym – ciągnął dyrektor.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – odezwał się Harry, słysząc jego przeciągające się wyjaśnienia.

Minerwa McGonagall podskoczyła, słysząc ten dobrze znany jej głos. Słyszała go tyle razy, tak często, że nie sposób go zapomnieć. A teraz jego właściciel stoał w jej gabinecie. Młody mężczyzna, którego pochowała i sama wygłosiła mowę nad jego grobem. Wszyscy to widzieli i wszyscy pamiętają. To był najbardziej pochmurny dzień maja. Wtedy cały czarodziejski świat zamilkł. Ale to było cztery miesiące temu!

Patrzyła na niego długo, a później wolnym krokiem ruszyła w jego stronę. Ogarnęło ją dziwne uczucie i przyspieszyło serce. Jakby właśnie po raz pierwszy w życiu odkrywała coś niesamowitego, coś bezcennego.

– Proszę się nie zbliżać.

Zignorowała ostrzeżenie. Stała już tak blisko, że wystarczyło wyciągnięcie ręki, by go dotknąć. Chciała sprawdzić, czy jest realny, czy to nie sen lub halucynacja. Ale nie mogła odnaleźć w sobie tej siły. Nie wyciągnęła ręki, a zamiast tego spojrzała ponownie na portret jej poprzednika.

– Chcesz mi powiedzieć, że pan Potter stał się...

Zamilkła nagle.

Dumbledore skinął jej głową.

Harry wsłuchiwał się w ciszę i opanowywał rozkołatane nerwy. Nie czuł już takiego głodu jak wcześniej, ale ciągle coś nie było tak. Jego umysł nadal był zaćmiony, ale nie tak jak chwilę temu. Wyrównał oddech. W głowie pojawiły się wizje bitwy i przypomniał sobie już wszystkie szczegóły. Pamiętał nawet śmierć Severusa Snape'a i jego wspomnienie w myśloodsiewni. Wszystko wróciło.

Teraz zastanawiał się nad tą ciszą. Dlaczego milczą? Aż tak ich boli, że powrócił? Że Harry Potter, Wybraniec i zwycięzca Voldemorta wrócił do świata żywych? Tak bardzo ich to uderza? No tak, przecież to nienaturalne. Można powiedzieć, że go plugawi. Pewnie myśleli, że jest potworem. To jednak nie powód, żeby milczeć! Ponownie ogarnia go złość, którą lewo uspokoił. Odwrócił się, w jego oczach widać było tylko dwie żarzące się kule ognia, jak kiedyś w oczach Toma Riddle'a.

– Przestańcie milczeć – powiedział wściekle. – Nie potrzebuję waszego współczucia, chcę tylko pomocy. Wróciłem, stałem się potworem i muszę coś z tym faktem zrobić! Żeby ten potwór mnie nie opanował. Czuję go w sobie. Pomóżcie mi.

Wiedział to. Ta chęć ataku na wszystko i wszystkich. Nawet teraz chciał ruszyć na McGonagall, ale nie potrafił – była opiekunką jego domu. Nie byłby w stanie. Albus poruszył się niespokojnie i zaczął mówić.

– Harry, wampiry potrzebują...

– WIEM, CZEGO POTRZEBUJĄ! – Nie wytrzymał. Jego ryk poniósł się na cały gabinet. Miał dość czekania. Wszystko mu mówiło, żeby ruszał. Żeby wyszedł i nigdy nie wracał. Żeby zniknął. Ale jak? Jak tego dokonać? Widzieli go. Magiczny świat dowie się prędzej, czy później, więc to chyba nie ma już znaczenia.

McGonagall milczała, jakby nie potrafiła skierować do niego odpowiednich dla sytuacji słów.

– Źle zrobiłem przychodząc tutaj – stwierdził ze smutkiem. Pomylił się tak bardzo, że bardziej nie mógł. To stało się już dla niego jasne. – Nie możecie mi pomóc. Nie potraficie.

Albus patrzył na niego smutno, a twarz Minerwy wyraża tylko szok. Harry utwierdził się w swoich przekonaniach, że musi natychmiast wyjść. Już słyszy charakterystyczne pulsowanie krwi. Ten dźwięk uderza w bębenki jego uszu niczym głośna kapela rockowa.

Starał się na nich nie patrzeć, odwrócił spojrzenie i ruszył w stronę drzwi, pozostawiając za sobą zszokowaną dyrektor. Kierował się do wyjścia. Był zły i rozdrażniony, ale przede wszystkim czuł zawód. Zawiódł się na dwójce profesorów, którym ufał najbardziej. Jego świat, mimo że dopiero odzyskany, zaczął się sypać.Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się na błoniach.

W końcu dotarł na miejsce. Bieg był długi i dla zwykłego człowieka byłby bardzo męczący, ale on nawet się nie spocił. Spojrzał na wrzeszczącą chatę i wszedł do środka. Tutaj będzie musiał przetrwać kolejne dni. W ukryciu. Tak będzie najlepiej dla niego i wszystkich innych. Wchodząc po schodach cieszył się, że nie ma tu nikogo, bo już nie mógłby się opanować. Ta chęć była teraz wszystkim, miał ochotę ruszyć choćby do Hogsmeade i zrobić masakrę, ale zamiast tego otworzył drzwi do pomieszczenia.

Wkroczył tam powoli i szybko zasłonił wszystkie okna. Nie wiedział czy wampiry naprawdę są wrażliwe na światło słoneczne, ale wolał nie ryzykować. Jeszcze nie.

– O! A ty, kto?! – usłyszał zdziwiony krzyk i odwrócił się błyskawicznie. Czuł jak coś wbija się w jego dolne wargi i szybko domyślił się, czym to było. Jego własnymi kłami.

– A ty? – spytał odruchowo. Mężczyzna przed nim był barczysty i prawie o pół głowy wyższy. Miał szare oczy, podsiwiałe włosy i zmarszczki na czole. W jednej dłoni trzymał różdżkę. Harry przyglądał mu się oceniająco i wbrew sobie pomyślał, że żyła krwi wpadła mu w ręce. Zastanawia się tylko jak z jego siłami. Da radę go powalić czy przegra? Jego umysł ogarnął chaos.

Istniało tylko jedno pragnienie, które musiał zaspokoić bez względu na wszystko. Ruszył powoli w jego stronę i nie czekał na odpowiedź. Czuł bicie jego serca, było przyspieszone, ale bardzo regularne. Raz–dwa, raz–dwa, raz–dwa. I tak w kółko, niczym galopujący koń. Bał się go, widać to było po grymasie na twarzy. Harry uśmiechnął się, ukazując dwa mlecznobiało i ostre jak brzytwa kły, a jego ofiarę sparaliżował strach. Zaatakował.

Rzucił się na niego i nie czekając ani chwili, wgryzł się w jego ciało, nieco poniżej szyi. Nie miał czasu, żeby patrzeć, gdzie i jak dokładnie wbija swoje zęby, które przebijają skórę niczym dwie bezlitosne igły przekłuwające materiał. Był zbyt spragniony. Teraz jego pragnienie powoli gasło, a z oczu ofiary błyskawicznie znikało życie. Harry czuł ciepłą krew, rozchodzącą się po jego ciele, a jej metaliczny posmak pozostał mu na ustach. W końcu, kiedy w ofierze nie pozostała choćby kropla, Harry upuszcza jego ciało i sam pada na kolana.

Co ja robię?! – krzyknął panicznie w myślach, a strach potęgował się z każdą chwilą. – Co ja zrobiłem?! Zabiłem... Zabiłem go!

To nie ja! To ten potwór we mnie! Nie chciałem tego, naprawdę nie chciałem. Nie mogłem się zatrzymać, wszystko stało się tak szybko. To nie byłem ja!

Ciało mężczyzny osunęło się na podłogę niczym drewniana kukła.

Harry kuli się pod oknem, zaciska z żalem oczy, a w następnej chwili ogarnia go ciemność. Miał nadzieję, że to tylko zły sen.

*–*

Obudziło go palenie w szyi, jakby ktoś położył na niej płonącą żagiew. Odskoczył z sykiem i sięgnął tam ręką. Nie odnalazł śladów poparzenia, ale skóra nadal szczypała. Po chwili zrozumiał, że promienie słońca musiały przedostać się do pokoju i go zbudzić. Jednak był na nie wrażliwy. Chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, gdzie się teraz znajduje. No tak, to wrzeszcząca chata.

Jego wzrok przyciągnęło ciało po drugiej stronie pokoju. Podszedł do niego i zobaczył, że skórę ma bladą jak śnieg, a oczy są puste. Mężczyzna, którego imienia nawet nie znał, leży martwy. I to on jest przyczyną tej śmierci.

Ogarnął go żal i gniew. Próbował się powstrzymać. Naprawdę próbował, ale to nie było takie łatwe, jak z początku mógł o tym pomyśleć. Głód nie dawał mu spokoju, wszystko przyciemniła mgła, a później zdarzenia potoczyły się same. Usiadł na kanapę i starał się nie patrzeć na swoją pierwszą ofiarę krwi. Nie chciał więcej. Teraz nadeszły wyrzuty sumienia. Mógł zostać w gabinecie dyrektorki. Ale czy wtedy rzuciłby się na McGonagall? Nawet jeśli, to ona potrafiłaby się obronić. Ten mężczyzna nie potrafił. Zbyt się bał.

Czy nikt nie potrafił mu pomóc? Czy już zawsze będzie musiał zabijać, żeby żyć? Nie, nie żeby żyć. A przynajmniej nie, żeby żyć życiem, a raczej śmiercią.

Wstał, nie potrafiąc usiedzieć w miejscu. Ogarnęły go złe przeczucia. Było jasno, nie mógł wyjść na zewnątrz. Postanowił poczekać.

Słońce zaszło po godzinie, a on mozolnie ubierał swoją szatę. Ze zdziwieniem zauważa, że zaklęcia nie działają. Różdżka go nie słuchała, nie mógł nawet rzucić zwykłego reparo. Dziwne, to przecież właśnie dzięki zaklęciu wydostał się z własnego grobowca.

W końcu dotarł do sklepu ze świstoklikami. Zamówił jeden na pokątną, ale nie miał pieniędzy. Nie miał też magii, wszystko powoli tracił. Zostało mu tylko to pragnienie, które teraz było zaspokojone.

– Oddam panu te pieniądze – zapewnił, ale właściciel mu nie uwierzył. Trudno, żeby wierzył skoro Harry nie pokazał mu nawet swojej twarzy.

– Nawet nie wiesz, chłopie, ile razy to słyszę! Oddam pieniądze, tak, jutro, za tydzień, za miesiąc. Cierpliwie czekaj, oddam je. Nie! Nie masz pieniędzy, to wynoś się z mojego sklepu!

Harry wyszedł. Zatrzymał się dopiero przed trzema miotłami, ale wiedział, że tam nie będzie miało sensu. Jest wampirem, nie sądził, by mógł pić alkohol. Patrząc na ten pub, wróciły wspomnienia. Wraz z Ronem i Hermioną spędził tam wiele wspaniałych chwil. Żartowali, śmiali się i pili piwo kremowe. Dawne czasy, jeszcze za jego życia. Ron zawsze potrafił go rozweselić i wytrącić z równowagi, a Hermiona była od tego, żeby ich naprostować. Znowu spojrzał w stronę szkoły. Może powinien tam wrócić? Może McGonagall stworzy dla niego świstoklik? Chciałby się spotkać z przyjaciółmi. Z Ronem i Hermioną. Bardzo chciałby z nimi porozmawiać i posłuchać.

Teraz, gdy stał się potworem, gdy umyślnie lub nie, zabił człowieka, czuł się samotny. Odczuwał potrzebę rozmowy bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie trafi w jedną noc do domu Rona, nie pójdzie też do Wrzeszczącej Chaty – jest tam ciało jego ofiary.

Zaciągnął bardziej kaptur, wręcz chowając się w nim. Minął bramę i już zaraz stał przy głównym wejściem. Otworzył je i wszedł do szkoły. Wiele dzieciaków nadal chodziło po korytarzach. Uśmiechnął się słabo, na szczęście nie czuł już głodu. Ktoś musiał zapłacić, żeby te dzieci były teraz bezpieczne. Jakieś pierwszaki przebiegały przez korytarz i Harry rozpoznał wśród nich Mel. Ta również go poznała, bo zatrzymała się gwałtownie i odeszła od grupy koleżanek.

– Dobry wieczór, proszę pana.

– Dobry wieczór.

– Postanowił pan zostać w szkole?

– Jeszcze nie zdecydowałem. – Nagle odczuł chęć rozmowy. Może wcale nie musiał rozmawiać z Ronem i Hermioną, a właśnie z nią? Może Mel go wysłucha i mimo swojego młodego wieku zrozumie? – Wiele się ostatnio dzieje, ale Hogwart jak zawsze tętni życiem.

– To prawda – potwierdziła i kiwnęła ochoczo głową. – Nasza prefekt mówi, że mimo ostatnich wydarzeń powinniśmy być weseli i szczęśliwi. Żebyśmy nie okazywali smutku, a wzięli się za naukę i napełniali umysły wiedzą.

– Masz bardzo mądrą prefekt.

– Wiem!

– A gdzie się podział twój kolega?

– Lorcan? Pewnie siedzi w wieży i czyta o Quidditchu. Głupek, kiedyś się rozwali na tej miotle.

– Znam to. Moja przyjaciółka non stop mi to powtarzała. Ha... – W ostatnim momencie ugryzł się w język. – Hamujesz w powietrzu jak wariat, kiedyś wpadniesz i tyle z tego będzie!

– Grał pan w Quidditcha?

– Tak, grałem i to bardzo dużo. – Uśmiechnął się do siebie i wolnym krokiem ruszył przed siebie. Za sobą słyszał ciche pomrukiwanie koleżanek Mel, gdy ta ruszyła za nim. – Byłem nawet szukającym. Kochałem tę grę, ale jak wspomniałem, moja koleżanka nie. Zawsze się o mnie bała. O mojego przyjaciela też, chociaż to głównie dzięki niej dostał się do drużyny.

– Naprawdę? Jak to?

– Łączyło ich uczucie – wyjaśnił, a ona zaczerwieniła się mocno. – A jak jest z tobą, mała Krukonko? Oddajesz się w pełni nauce, czy masz też czas na zabawę i rozrywkę?

– Nauka zawsze na pierwszym miejscu! – krzyknęła wesoło i zasalutowała. Harry zaśmiał się cicho, bo wczorajszego wieczoru odniósł inne wrażenie. – Dlaczego nosi pan kaptur? Jesteśmy przecież w szkole.

– Wiesz, mam brzydką bliznę na twarzy, która... odstrasza większość ludzi. Wolałbym jej nie pokazywać – skłamał, choć blizna błyskawicy na pewno widniała na jego czole, ale z pewnością nie odstraszała. Raczej przyciąga.

Mel zrobiła smutną minę, ale zaraz się rozpromienia. Ta rozmowa, mimo że tak bardzo zwykła, sprawia Harry'emu wiele przyjemności. Odczuwał radość.

– Gdzie pan teraz idzie? Znowu do gabinetu pani dyrektor?

– Tak. Muszę z nią porozmawiać i... przeprosić. Wczoraj trochę się pokłóciliśmy.

– Oho, musiało być strasznie. Jak pani dyrektor krzyczy, to trzęsie się cały zamek. – Harry docenił żart i zaśmiał się wraz z nią. Widocznie ta mała już zdążyła poznać gniew McGonagall.

– Mel! – Harry zdębiał słysząc ten głos. Tak naprawdę był to głos, którego się nie spodziewał i którego nie chciał słyszeć jeszcze przez bardzo długi czas. Nie jest jeszcze gotowy na to spotkanie. Nie mógłby. – Mel, co ty tutaj robisz? Już późno, powinnaś być w dormitorium.

– Przepraszam, pani Ginny, ale zarozmawiałam się z tym panem. – Harry wciąż się nie odwrócił, tylko patrzył przerażony przed siebie.

– Tak? No to zmykaj do dormitorium, teraz ja „zarozmawiam" się z tym panem.

– Ale... – zaczyna, ale Ginny natychmiast ucisza jej protesty.

– Żadnego „ale". Wracaj do siebie, albo odbiorę twojemu domowi punkty.

– Do zobaczenia, proszę pana! – zawołała smutno i czmychnęła w stronę schodów. Ginny podeszłą do Harry'ego, ale ten szybciej ruszył i teraz szła kawałek za nim.

– Ej! Zatrzymaj się! Kim jesteś?

Harry wiedział, że jeśli się odezwie, to rozpozna jego głos, więc uparcie milczał. Nie mógł mówić. nie ważne, jak bardzo tego chciał. Nie wiedział nawet dlaczego się powstrzymuje.

Nie jestem gotowy, pomyślał.

– Ej, mówię do ciebie! Zatrzymaj się! Zatrzymaj się, albo walnę cię zaklęciem!

Chciał jej powiedzieć, żeby próbowała, ale zamiast tego szedł dalej. Ginny szła za nim, ściskając różdżkę.

Nie teraz. Nie jestem na to gotowy.

Domyślił się, że została prefektem i teraz nie zrobi nic bez konsultacji tego z dyrektorką, więc nie do końca wierzył w jej groźby. Dlaczego nie do końca? Bo nazywała się Ginny Weasley.

W końcu ujrzał chimerę prowadzącą do gabinetu, ale ta odskoczyła nim zdążył się zbliżyć. Natychmiast ujrzał McGonagall, która zatrzymała się gwałtownie, gdy go dostrzega. Za chwilę zauważyła też Ginny.

– Panno Weasley! – zawołała, udając zezłoszczoną. – Co pani tutaj robi?

Harry przyspieszył i wyminął starszą kobietę bez słowa. Zatrzymał się dopiero na schodach i nadstawił ucha. Musiał wiedzieć, czy jego tajemnica jest bezpieczna. Póki co, tylko dyrektorka wiedziała, że wrócił. Ona i Dumbledore.

– Patroluję korytarze – wyjaśnia Ginny. – I przy okazji spotkałam tego...

– Nie powinnaś się nim interesować – przerywa jej szybko. – Jest gościem naszej szkoły i nie chciałabym, żeby wydarzyło się coś niepożądanego.

– Co ma pani na myśli?

– Panno Weasley. – powiedziała przeciągle, tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Proszę się tym nie interesować. Jeśli będzie trzeba, poinformuję panią o wszystkim w odpowiednim czasie.

– Dobrze, ale kim on jest?

– Jeśli zechce ci powiedzieć, dowiesz się. Jeśli nie, ja nie jestem do tego upoważniona. Jego tożsamość ma pozostać ścisłą tajemnicą.

Harry wszedł do gabinetu. McGonagall nie wróciła i podejrzewał, że załatwia coś ważnego. Przez ten czas postanowił się rozgościć i odpocząć. Usiadł na kanapę, ale nie zrzucił kaptura. Jeśli ktoś by wszedł, mógłby go zobaczyć. Chciał odłożyć wieść o swoim powrocie jak najdłużej.

– Chłopcze! – Cichy głos wyrwał go z półsnu. McGonagall stała nad nim w towarzystwie Slughorna i jeszcze kogoś. Był to wysoki mężczyzna o bladej cerze. Harry wsłuchiwał się w chwilową ciszę i tylko dwa kołatania serc, a powinien słyszeć trzy. Oznaczało to, że stojący po środku mężczyzna jest taki jak on.

Wstał i ruszył mu naprzeciw, całkowicie ignorując mistrza eliksirów, starającego się uchwycić jego twarz spod ciemnej zasłony kaptura.

Wampir był wyższy od niego prawie o głowę, jego oczy przywodziły na myśl dwie bezdenne studnie, a ubrania były chyba żywcem wyjęte z epoki średniowiecza.

– Ten człowiek ci pomoże. Jest wampirem, jak ty – powiedziała McGonagall, próbując ukryć drżenie głosu. – Pomoże ci powstrzymać drzemiącą w tobie bestie. Nie musisz się obawiać, pomożemy ci.

– Dziękuję.

Jak widać, ten rozdział również przeszedł edit. Mam nadzieję, że jest lepiej. Dajcie znać jeśli widzicie jakieś błądy*