Betowała: Merryloon.
Dig skończył zakładać mu szwy, wykazując się wystarczająco dużym zrozumieniem, by na razie nie zadawać żadnych pytań. Lepiej niż ktokolwiek wiedział, jak czuje się żołnierz po misji, która zakończyła się w najgorszy możliwy sposób; gdy w sam środek ognia dostali się cywile. Odłożył nożyczki i igłę obok miski wypełnionej zakrwawionymi kawałkami gazy i wstał ze swojego miejsca. Po chwili w polu widzenia Olivera pojawiła się szara bluza. Przyjął ją, skinąwszy w podziękowaniu głową, i ostrożnie założył, starając się nie naruszyć świeżego opatrunku. Zimno, jakie odczuwał, było jednak tylko częściowo spowodowane chłodem panującym w kryjówce.
W tle szemrało policyjne radio. Docierały do niego zaledwie strzępy komunikatów, ale to wystarczyło, by nakreślić przygnębiający obraz sytuacji.
...do wszystkich jednostek... strzelanina... ofiary śmiertelne i ranni... poszukiwani podejrzani... Glades... jedna ofiara cywilna...
Jedyne, czego brakowało w raportach, to komunikat, że Arrow stał się wrogiem publicznym numer jeden. Zawsze był przekonany, że policji wystarczyło tylko dać dobry pretekst, by specjalna jednostka pościgowa natychmiast została wskrzeszona. Rozważał różne możliwe scenariusze, ale nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że naprawdę będzie winny.
...jedna ofiara cywilna...
Od dłuższego czasu Felicity dość bezskutecznie starała się udawać, że całą uwagę poświęca komputerom. Stukała nerwowo w klawiaturę, raz po raz myląc się i coś poprawiając, co poznawał po tym, jak często przerywała pisanie, gdy któryś z palców obsunął jej się na niewłaściwy przycisk; nietrudno było się domyślić, pod jakim kątem przetrząsa dostępne im zasoby. Skonfigurowała pod ich potrzeby oprogramowanie, którego Queen Consolidated używało do wyszukiwania i analizowania informacji biznesowych. Teraz, zamiast śledzić notowania giełdowe, indeksy i wiadomości ekonomiczne, ściągało wszystko, co dotyczyło interesujących ich spraw — zawartość baz danych policji i FBI, do których włamała się Felicity, artykuły prasowe, a nawet wpisy ludzi na twitterze i blogach. Informacje można było przefiltrować, używając odpowiednich słów kluczowych.
Wreszcie odwróciła się na kręconym krześle od monitorów. Oliver uniósł wzrok i napotkał jej zatroskane spojrzenie. Nerwowo obracała w palcach złoty wisiorek. Już jakiś czas temu zauważył, że zapewne nieprzypadkowo przypominał kształtem grot strzały. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to, co ta dziewczyna do niego czuje, od dawna przestało być tylko zauroczeniem. Nie robił jej jednak żadnych złudzeń. Traktował ją jak swoją drugą młodszą siostrę, trzymając jednocześnie na pewien dystans; prędzej czy później musiało do niej dotrzeć, że nie był odpowiednim kandydatem na wymarzonego mężczyznę życia. Felicity z trudem akceptowała niektóre z jego metod działania. Jednocześnie, czy to przez odrobinę cechującej ją naiwności, czy też poprzez pragnienie dostrzegania w innych dobra, chciała widzieć w nim bohatera. I tu właśnie pojawiał się podstawowy błąd.
Arrow nie nadawał się na romantycznego banitę rodem z legend o Robin Hoodzie. Nigdy nie mógł wyjść z cienia, choćby przez wzgląd na swoją kryminalną przeszłość. To Barry był prawdziwym bohaterem, jemu należał się splendor; Oliver mógł pozostać tylko wyjętym spod prawa mścicielem.
Wszystko jednak wskazywało na to, że już niezbyt długo.
Żałował, że wciągnął ją w tę obłąkańczą misję. Nie zrobiła nic złego, podobnie jak Dig i Roy, ale teraz przez niego cały zespół ludzi, którzy mu pomagali i wspierali go, znalazł się w zagrożeniu.
...jedna ofiara cywilna...
— Oliver, to, co powiedziałeś... — zaczęła Felicity, wypuszczając wisiorek z palców. Przełknęła ślinę i rzuciła szybkie spojrzenie na Diga, który właśnie zwijał ich podręczną apteczkę, jakby liczyła, że jakoś ją wesprze w wyciąganiu informacji. Na próżno; John za dobrze go znał. Wiedział, że próbując się czegoś bezpośrednio od niego dowiedzieć, raczej do niczego nie dojdzie. — O tym, co się stało... — dodała z naciskiem.
— Słyszałaś raporty — odparł Oliver bezbarwnym tonem, wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt.
— Nie interesuje mnie, co jest w raportach policji. — Podniosła się z krzesła, podchodząc bliżej. — Chcę to usłyszeć od ciebie. Oliver, spójrz na mnie — dodała błagalnym tonem.
Uniósł lekko głowę, zerkając na nią z ukosa.
— Nie licząc tych zastrzelonych bandytów, których nawiasem mówiąc, jakoś nieszczególnie mi żal, mówią o jednej kobiecie. Ale nie ma tam ani słowa o tym, jak zginęła...
Wstał ze swojego miejsca tak gwałtownym ruchem, że Felicity aż się odsunęła, lekko przestraszona. Odprowadziła go zmartwionym spojrzeniem, gdy odszedł parę kroków, usiłując zebrać myśli.
— Oliver, posłuchaj, stary... — Dig odezwał się tym swoim spokojnym, wyważonym tonem, który zawsze przydawał mu otuchy. — Wiem, że to nie jest łatwe, ale musimy wiedzieć, na czym właściwie stoimy...
Oliver przymknął oczy, pocierając nasadę nosa palcem wskazującym i kciukiem. Wiedział, że jego sprzymierzeńcy chcą po prostu usłyszeć jakieś wyjaśnienia. Jakiekolwiek. Ale jak miał im wytłumaczyć, co się naprawdę wydarzyło, skoro sam wciąż próbował to zrozumieć? Odkąd tylko wrócił do kryjówki pod Verdantem, nie robił nic innego, tylko wciąż na nowo odtwarzał w pamięci tę sytuację, usiłując pojąć, jakim sposobem mógł popełnić tak tragiczny w skutkach błąd.
— Miałeś rację, John... — odezwał się cichym głosem. — Powinienem był zostawić to policji. Było ich zbyt wielu, żeby to opanować... na zbyt otwartym terenie. Ale ci wszyscy postronni ludzie... — Zamilkł na moment. — Nie mogłem stać z boku — dodał z naciskiem. Nie chciał, by brzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiał. — Przynajmniej kiedy zaczęli strzelać do mnie, zmniejszyło się ryzyko, że ktoś postronny ucierpi — dodał gorzko.
Nie przewidział, że tej nocy jedyna ofiara cywilna zginie z jego ręki.
— Udało mi się zdjąć większość z nich — podjął — ale jeden... Rzucił się do ucieczki. A ja pobiegłem za nim...
Przed oczami znów miał ciemne zaułki, w które wpadł jeden z gangsterów Bratvy. Pozostałych zdołał unieszkodliwić — z przestrzelonym udem czy kolanem raczej trudno się biegało, więc miał pewność, że zajmie się nimi policja, która lada chwila powinna zjawić się na miejscu zdarzenia. Zupełnie odruchowo ruszył w pogoń za uciekającym mężczyzną. I to był błąd. Wpadł prosto w zastawioną przez niego pułapkę. Sam od lat należał do Bratvy, a zapomniał o podstawowej rzeczy — Rosjanie, przyparci do muru, byli zdolni do najbardziej desperackich i szalonych czynów.
Zaczął nerwowo chodzić tam i z powrotem, nie mogąc ustać w miejscu. Wiedział, że Dig i Felicity z coraz większym niepokojem śledzą tę wędrówkę. Ostatni raz widzieli go tak poruszonego, gdy okazało się, że Sara, uważana przez wszystkich za martwą, cudem wróciła zza grobu.
— No dobrze. Ten facet z Bratvy ucieka, a ty biegniesz za nim — głos Felicity przywrócił go do rzeczywistości. — Ale skąd w tym wszystkim wzięła się ta kobieta?
— W pierwszym momencie w ogóle jej nie zauważyłem — przyznał z trudem, czując, że coś dławi go w gardle. Niestety, jedną z wad jego kostiumu było to, że kaptur ograniczał mu pole widzenia. — Znalazła się na mojej linii strzału. A ja... Zwolniłem cięciwę...
Zebrał się w sobie i spojrzał na nich, przekonany, że jedyne, z czym może się zetknąć, to potępienie. Wzrok Diga sprawiał wrażenie tak samo spokojnego i taksującego jak zawsze, Felicity wydawała się bliska łez.
— Kompletnie nic z tego nie rozumiem — powiedziała, bezskutecznie starając się opanować drżenie głosu. — Przecież ty... Ty się nigdy nie mylisz — dodała. Zabrzmiało to tak, jakby to stwierdzenie należało do jednego z niepodważalnych praw rządzących uniwersum.
— Tym razem się pomyliłem — odparł martwym tonem. Opadł na krzesło, przygarbiając się i wbijając wzrok w swoje zaciśnięte dłonie.
— Oliver, dlaczego nie mówisz nam wszystkiego? — zapytał nagle Dig. — Powiedziałeś, że zwolniłeś cięciwę... ale nie powiedziałeś dlaczego. A wiem, że nigdy nie wypuściłbyś strzały, nie wiedząc, do kogo strzelasz. Gdyby było inaczej, od dawna byłbym martwy.
Prawie trzy lata temu, gdy Oliver podążał śladem ludzi z listy, na jego celowniku znalazł się Ted Gaynor, były dowódca Diggle'a z Afganistanu. John, przekonany o jego niewinności, przeszkodził Zakapturzonemu, gdy ten, stosując zwykłą metodę zastraszania, napadł w biurze na jego dawnego towarzysza broni i mentora. Dopiero później Dig uświadomił sobie, jak szalenie niebezpiecznie i głupie zarazem było zaskakiwanie z pistoletem Olivera, w momencie gdy ten trzymał w dłoni łuk. Do dzisiaj pamiętał, jak Zakapturzony szybkim ruchem porwał strzałę z kołczanu i odwracając się, w ułamku sekundy założył ją na cięciwę. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem; spojrzenie Olivera było pełne zimnej, ledwie stłumionej wściekłości, że pokrzyżował jego plany, i Dig przez bardzo krótki moment zastanawiał się, czy nie pomylił się w swojej ocenie tego człowieka i czy zaraz nie skończy z zielonym grotem wbitym w klatkę piersiową. Ale Zakapturzony zdołał się opamiętać. Nie chciał ryzykować i zamiast próbować wytrącić mu broń, strzelił wprost w monitor, który eksplodował snopem iskier, odwracając uwagę obecnych. Zaraz potem uciekł. Właśnie z tego powodu Dig nie miał najmniejszych wątpliwości, że Oliver zawsze miał pełną kontrolę nad tym, co robi. Dlatego tak bardzo nie pasowało mu, że mógł tak po prostu kogoś przypadkowo zastrzelić.
— Ta rana postrzałowa... — podjął Dig. — To był ten Rosjanin, prawda? Zaczaił się na ciebie?
Oliver mimowolnie dotknął swojego ramienia.
— Wtedy to się stało, prawda? — zapytała Felicity z jakąś nową nadzieją. — Więc to tak jakby... nie twoja wina?
— Czyja to wina, jak nie moja? — przerwał ostrzejszym tonem, podrywając głowę. — Podstawowa zasada: zawsze sprawdzaj swoje otoczenie. Krytykowałem Barry'ego, że nie jest w tym wystarczająco skrupulatny. A teraz... zrobiłem to samo — zamilkł, myśląc o tym, w jak okrutny sposób zakpił sobie z niego los.
Quentin wiedział, że to będzie długa noc. Cholernie długa, ciężka noc. Dlatego powinien jak najszybciej wziąć się do roboty i podjąć decyzję, jaką przyjąć strategię działania, zamiast wpatrywać się w opakowaną w foliową torebkę zieloną strzałę, leżącą przed nim na blacie biurka. Bezskutecznie. Wciąż przyciągała jego wzrok jak magnes.
Nie ulegało wątpliwości, że należała do Arrowa. Znał wygląd tych strzał na pamięć. Stalowy grot. Promień z mieszanki włókna węglowego i aluminium (na początku używał samego włókna węglowego, później to zmienił). Lotki z indyczych piór; prowadząca w oliwkowożółtawym kolorze, pozostałe dwie oczywiście zielone. Przez ostatnie lata policja nazbierała ich tyle, że mogłaby otworzyć sklep z akcesoriami łuczniczymi. Pudła z dowodami rzeczowymi zajmowały kilka obszernych półek w magazynie, a akta spraw dotyczących Arrowa ciągnęły się kilometrami. Tylko część danych była komputeryzowana, bo nowy, genialny system, na stworzenie którego przeznaczono jakąś absurdalnie wielką ilość funduszy, wciąż jeszcze nie działał. Całkowite wdrożenie odsuwało się z miesiąca na miesiąc, a w międzyczasie liczba teczek z dokumentami dotyczącymi Zakapturzonego zdawała się rosnąć w postępie geometrycznym. W końcu musieli przeznaczyć na archiwa dodatkowe pomieszczenie, żeby jakoś to wszystko pomieścić.
Lance sięgnął wreszcie po papiery, które leżały w dość bezładnej masie na brzegu biurka; co chwilę ktoś donosił mu coś nowego. Przez cały czas za drzwiami jego gabinetu trwała krzątanina. Do pracy ściągnięto wszystkie dostępne siły, nawet tych funkcjonariuszy, którzy już zakończyli służbę. Technicy wciąż pracowali na miejscu zdarzenia i wiele wskazywało na to, że jeszcze długą tam zostaną. Jedna ekipa przeczesywała w dalszym ciągu teren, druga weszła do warsztatu samochodowego należącego do Bratvy i odkryła arsenał, który wystarczyłby do uzbrojenia całej armii. Teraz wszystko zabezpieczali. Przesłuchania podejrzanych i świadków wciąż trwały, a dodatkowe patrole, które wysłano w teren, szukały zbiegłych członków gangów. Panowało totalne zamieszanie, bo nikt nie wiedział, ilu dokładnie zdołało uciec. Relacje były sprzeczne, a monitoring w tej części Glades prawie nie istniał, więc nie mogli wspomóc się zapisem z kamer.
Gdy Lance czytał wstępny raport, przez cały czas gdzieś z tyłu głowy towarzyszyła mu myśl, że to miasto musi być naprawdę popieprzone, skoro sam fakt, że coś takiego stało się zaledwie parę przecznic od posterunku policji, jakoś niespecjalnie go dziwił. Odłożył dokumenty i znów zawadził wzrokiem o strzałę, co nieprzyjemnie przypomniało mu o tym, że tak na dobrą sprawę jego podwładni powinni rozglądać się za jeszcze jednym przestępcą; tym, który nosił zielony kaptur.
Poczuł nagły przypływ gniewu. Nie miał najmniejszego powodu, żeby chronić mu dupę. Wiedział, że tak to się skończy, że kiedyś przez te jego łuki i strzały ucierpi ktoś niewinny. Rozwiązał specjalną brygadę pościgową, pozwolił mu działać w Glades, a nawet ręczył za niego, gdy od czasu do czasu z góry napływały sugestie, że dobrze byłoby jakoś ukrócić działania tego samozwańczego stróża sprawiedliwości. Dał się opętać tak samo jak Laurel, uwierzył, że go potrzebują. Teraz miał wreszcie solidny dowód na to, jak błędny był ten tok rozumowania. Wystarczyło wydać tylko odpowiedni rozkaz. Nikt nie będzie go kwestionował.
Wahał się przez moment, nim pod wpływem impulsu sięgnął do dolnej szuflady biurka. Z samego dna wyciągnął obszerną teczkę. Zawierała zbiór najważniejszych informacji o wyjętym spod prawa mścicielu... czy też samozwańczym bohaterze, jak częściej go ostatnio nazywano. Quentin przyglądał się przez chwilę rysunkowi, jaki został sporządzony krótko po tym, gdy Arrow pierwszy raz pojawił się w mieście. Szkic bardziej przypominał ilustrację do książki o Robin Hoodzie albo projekt okładki komiksu niż portret pamięciowy. Wyjął z teczki dokument z profilem psychologicznym, przypominając sobie całe zastępy lekarzy, z którymi konsultowano się w tej sprawie. Prześcigali się w coraz bardziej wydumanych teoriach, ględząc o ideach nadwartościowych i w zależności od specjalizacji dorzucając do tego parę innych schorzeń; nic, co pozwoliłoby im go schwytać. To, że facet jest szalony, Quentin wiedział i bez tego całego naukowego bełkotu. Teraz tylko potwierdziło się, że stwarzał śmiertelne zagrożenie.
Krótko mówiąc, Lance dość bezskutecznie usiłował przekonać samego siebie, że nic go nie obchodzi, co stanie się z Zakapturzonym. Zbyt długo z nim współpracował, by wciąż móc traktować go jak człowieka bez twarzy. Elementarna uczciwość nie pozwalała go skreślać, nie dając żadnej szansy na wyjaśnienia. Po prostu nie potrafił wyobrazić sobie, że Arrow nagle z premedytacją zabił osobę cywilną. Tylko tak naprawdę co to zmieniało?
Odsunął otwartą teczkę na bok i odszukał między papierami notatkę na temat ofiary. Udało już się ją zidentyfikować. Aileen Finley, dwadzieścia osiem lat. Przetarł twarz, nie mogąc opędzić się od myśli, że była tylko dwa lata młodsza od jego starszej córki. Doskonale potrafił wyobrazić sobie, co przeżywa teraz rodzina tej dziewczyny. Po tym, co stało się z Sarą, podobne sprawy zawsze były dla niego trudne.
Reszta zebranych wstępnie informacji prezentowała się nad wyraz skąpo. Pracowniczka biurowa dużej korporacji. Samotna. Mieszkała dosłownie o parę kroków od miejsca, w którym zginęła. W suchej, policyjnej notatce nie znalazło się miejsce na nic więcej. Żywi ludzie mieli imiona i nazwiska; swoje plany, nadzieje i oczekiwania. Martwi byli tego wszystkiego pozbawieni. Odtąd w policyjnych kartotekach Aileen Finley będzie figurować jako numer trzydzieści jeden. Kolejna osoba zamordowana przez Arrowa. O tylu wiedzieli, a Lance miał wszelkie prawo przypuszczać, że było ich więcej.
Decyzja, co należy zrobić, wydawała się rozpaczliwie oczywista...
Komputery w kryjówce pracowały z cichym szumem, bez ustanku poszukując wiadomości na temat strzelaniny. Ale nawet całodobowe serwisy informacyjne nie poświęcały jej zbyt wiele uwagi. W końcu chodziło tylko o Glades, a większość mieszkańców Starling najchętniej zapomniałaby o istnieniu tej dzielnicy. Prawie nie wspominano o zabitej kobiecie, tak jakby sam fakt jej śmierci był tylko nieistotnym drobiazgiem. Ludzie ginęli w Glades tak często, że stało się to niemal elementem codzienności. A Oliver mógł myśleć tylko o jednym — w innych okolicznościach Arrow zrobiłby wszystko, żeby dopaść zabójcę i doprowadzić go przed oblicze sprawiedliwości. Powinien sam oddać się w ręce policji...
Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z tego, że Felicity coś do niego mówi. Uniósł wzrok, spoglądając na nią pytająco.
— Wiem, że powiedziałam, że nigdy nie przyniosę ci kawy, ale... To nie jest kawa. Zresztą, kto piłby kawę o tej godzinie... — Oliver wiedział, że jej paplanina jest objawem zdenerwowania i nie miał jej za złe, że chce odwrócić jego myśli od tego, co się stało. Bezskutecznie usiłowała przywołać na usta blady uśmiech, podając mu parujący kubek zielonej herbaty. Jej zdaniem ten napój był najlepszym sposobem na wszelkie zmartwienia. Szkoda, że w tym przypadku nie mógł pomóc. Przygnębiająca świadomość nieodwracalności tego, co się stało, i trudny do wyrażenia, narastający niepokój i żal uciskały jego klatkę piersiową jak żelazna obręcz.
Ogrzał dłonie i upił mały łyk gorącego napoju, uciekając na moment od prześladującego go wspomnienia ciemnych zaułków Glades i mimowolnie przypominając sobie o swoim ojczymie. Walter, Brytyjczyk w każdym calu, dosłownie nie mógł żyć bez herbaty. W jego gabinecie zawsze roztaczał się mocny, intensywny aromat Earl Greya. Oliver z pewnym smutkiem pomyślał, że niesłusznie uprzedził się do Waltera. Ignorował wszystkie przyjazne odruchy, jakie ten względem niego przejawiał, gdy wciąż mocno zagubiony po swoim powrocie, próbował na nowo odnaleźć się w świecie, w którym wszystko było tak znajome i obce zarazem. Traktował go jak uzurpatora, człowieka z zewnątrz, który chciał zająć miejsce jego ojca. Z czasem stosunki między nimi stały się poprawne, ale nic ponadto. Jeden z wielu błędów, jakie popełnił. Oliver Queen miał wyjątkowy talent do niszczenia swoich relacji z innymi ludźmi. Ale to Arrow sprawiał, że kończyli martwi.
Siedzieli jeszcze przez jakiś czas w milczeniu, nim wreszcie Felicity zdecydowała się zadać pytanie, które musiało paść prędzej czy później. Rzuciła niespokojne spojrzenie najpierw na Diga, a potem na Olivera i zagadnęła niepewnym tonem, jakby obawiając się przełamać panującą ciszę:
— Co teraz będzie?
— Nie wiem. Ale wiem, co się stanie, gdy policja połączy wszystkie fakty — odparł Oliver, dziwiąc się jedynie, dlaczego jeszcze tego nie zrobili.
— Detektyw Lance... — zaczęła nieco bezradnie Felicity.
— ...jest przede wszystkim funkcjonariuszem policji. I zrobi to, co do niego należy.
— Gdyby chciał zarządzić obławę, to już by to zrobił — zauważył trzeźwo Dig. — Daje ci szansę. Gdyby poznał twoją wersję wydarzeń...
— Nie rozumiecie, że nie ma żadnej „mojej wersji wydarzeń"? — W głosie Olivera pojawiła się frustracja. — Ta kobieta nie żyje przeze mnie. Wiem, co chcesz powiedzieć, John. To samo, co kiedyś powiedziałem Royowi. Że nic, co zrobię, nie zwróci jej życia. I że to był tragiczny wypadek. Szkoda tylko, że to nie pomaga.
Ich obecność zaczęła mu nagle ciążyć. Jedyne, czego teraz pragnął, to zostać sam, ale musiał to powtórzyć co najmniej trzykrotnie, nim wreszcie przyjęli do wiadomości tę prośbę, czy raczej żądanie. Nie mogli nic dla niego zrobić i nawet jeżeli sami nie chcieli tego przed sobą przyznać, musieli zaakceptować tę nieprzyjemną prawdę. Wreszcie zaczęli zbierać się do wyjścia, ale dopiero po nowej porcji zapewnień, że Oliver nie ma zamiaru oddalić się z kryjówki.
— Dokąd według ciebie miałbym pójść? — zapytał nieprzyjemnym tonem Diga, przypominając tym samym, że w przeciwieństwie do niego oni posiadali normalne życie. John miał żonę i dziecko, a Felicity pracę, którą zaczynała za parę godzin i w której powinna pojawić się jako tako przytomna.
— Po prostu nie rób nic lekkomyślnego — rzucił jeszcze Dig na odchodnym. Klepnął go w ramię i ruszył do wyjścia.
Felicity zarzuciła na siebie płaszcz, ale zamiast pójść za Johnem, zatrzymała się jeszcze przy schodach. Odwróciła się, spoglądając na Olivera ze współczuciem, na które nie zasługiwał. Sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć coś pocieszającego i podnoszącego na duchu. Zapewnić, że wszystko będzie dobrze.
Ale obydwoje wiedzieli, że byłoby to kłamstwo.
Detektywi prowadzący sprawę zameldowali się w gabinecie Lance'a punkt o siódmej rano. Podobnie jak Quentin mieli za sobą zarwaną noc, ale przyzwyczajeni do takiego trybu pracy, obydwaj trzymali się całkiem nieźle. Jones zdał mu relację z dotychczasowych postępów w śledztwie, a potem płynnie przeszedł na temat Arrowa.
— Pismaki już zaczynają wietrzyć sensację — powiedział spokojnie. — Ktoś musiał puścić farbę, może świadkowie, którzy wezwali karetkę, może personel szpitala...
Jego partner, małomówny O'Brian, tylko podsunął kapitanowi dzisiejsze wydanie „Starling City Sentinela". Quentinowi wystarczył rzut oka na zapisany czerwoną czcionką nagłówek jednego z najbardziej popularnych lokalnych brukowców, głoszący o powrocie mściciela mordercy, by w zupełności domyślić się, co znajdowało się w treści artykułu. Zawsze go zadziwiało, że potrafili coś takiego wysmażyć i opublikować w parę godzin, nie mówiąc o wstawieniu na pierwszą stronę okropnie przerobionego w Photoshopie zdjęcia Arrowa. Musiało pochodzić z miejskiego monitoringu, bo było fatalnej jakości, której nie zdołała podnieść kiepska obróbka. Z czubka strzały, którą trzymał założoną na cięciwę, kapała krew. Krótko mówiąc, razem stanowiło to widok, jaki każdego grafika, mającego choć minimalne pojęcie o retuszu, przyprawiłby o ból zębów.
— Gdyby ktoś mnie zapytał, kapitanie — rzucił gdzieś w przestrzeń Jones — to powiedziałbym, że to był wyjątkowy niefart. Ale stało się to, co się stało i dłużej już chyba nie można... — Urwał, gdy dostrzegł ostre spojrzenie Lance'a, jasno mówiące o tym, że zapędził się za daleko. — Jakie rozkazy? — poprawił się szybko.
W tym samym momencie zadzwonił telefon. Quentin podniósł słuchawkę, mając niejasne wrażenie, że wie, kto znajduje się po drugiej stronie linii. Wysłuchał polecenia i rzekł tylko:
— Już jadę.
Wstał zza biurka, chowając do kieszeni komórkę i kluczyki do samochodu.
— Teraz ja muszę porozmawiać ze swoim szefem — powiedział do wciąż oczekujących na rozkazy detektywów. — Szukajcie dalej tych facetów od strzelaniny.
— A co z Arrowem? — zapytał Jones.
Wzrok Lance'a prześlizgnął się po zakrwawionym grocie strzały, która wciąż leżała na jego biurku.
— O nim porozmawiamy, jak wrócę — powiedział szorstko.
c.d.n.
