- Chyba zaczynam żałować, że zapytałem.

- Ja żałuję, że wsiadłem z tobą do samochodu, a już w ogóle, że próbowałem nas wypchnąć z tego błota.

- Żałuję, że ubzdurało mi się pojechać po baterię do laptopa w taką pogodę skrótem przez las. Żałuję, że namówiłem cię, żebyś pojechał ze mną.

- Żałuję, że się zgodziłem. Jakbym nie miał nic ciekawszego do roboty w sobotnie przedpołudnie.

- No właśnie. – Stiles przez chwilę stukał palcami w kierownicę. – No właśnie. Nie martw się, zapomnimy szybko o tym strasznym dniu.

- Mam nadzieję.

- I nikomu nic o tym wszystkim nie wspomnimy.

- Na pewno nie.

- To zostanie między nami.

- Do czego właściwie zmierzasz?

- Eee… Co? Ja do czegoś zmierzam?...

Derek poprawił się na siedzeniu. Stiles zerknął na jego krocze i zrobiło mu się gorąco.

- Przestań! Mówiłem ci, że to auto jest zbyt małe, żebym zignorował twój zapach.

- Nic z tym nie mogę zrobić! Nie wyłączę się od tak!

Nagle Derek znalazł się tuż przy nim i zacisnął dłoń na karku chłopaka.

- Pomogę ci. Ale jak ktokolwiek się o tym dowie, zabiję cię.

- No i znowu mi grozisz. Dlaczego cią…

Stiles nie dokończył, bo Derek przycisnął wargi do jego ust we władczym, namiętnym pocałunku. Pocałunku, który usunął z głowy nastolatka resztki koherentnych myśli. Pocałunku, który trwał i trwał, raz spłycając się, raz pogłębiając. Język Dereka robił niesamowite rzeczy z językiem Stilesa. Z ust chłopaka wyrwał się jęk, któremu zawtórowało warknięcie z głębi gardła wilkołaka. Stiles uniósł dłoń i dotknął policzka Dereka. Policzka, który jeszcze przed chwilą nosił znamiona jednodniowego zarostu, teraz zaś był mocno zarośnięty. Syn szeryfa pomyślał o sile Dereka-alfy i to wystarczyło, żeby stwardniał jeszcze bardziej.

- Igrasz z ogniem – syknął wilkołak, przerywając nareszcie pocałunek dla zaczerpnięcia oddechu.

- Ogień ma chyba więcej niż 103,8.

- Teraz mam jakieś 110*.

Stiles objął Dereka, przesuwając dłońmi po jego plecach. Pod palcami poczuł twarde kręgi. Nagle Derek oparł dłoń o jego brzuch, a potem zsunął ją niżej i ścisnął Stilesa za krocze.

- Ło, ło, łoo!... – wyrwało się nastolatkowi, który bezskutecznie próbował uciec przed natarczywym dotykiem alfy. – Nie wiem, czy to dobry pomysł, no wiesz… ja…

- Wiem i nie martw się, nie zrobię ci krzywdy. Na razie, Stiles.

- O-okej – wydukał chłopak do wtóru dźwięku rozsuwanego rozporka. – O rany, ojeju… O matko, o bogowie…

I nagle Derek cofnął się, wracając na swoje siedzenie. Stiles spojrzał na niego zdumiony.

- No chodź do mnie – wymruczał alfa.

- W sensie, że na kolana?...

- Tak, Stiles.

Chłopak ostrożnie przeszedł między siedzeniami i znalazł się na udach Dereka. Wilkołak miał potężną erekcję rozpychającą bawełnę jego slipów.

- Nie wiem, na serio, nie wiem…

- Nie zrobię ci krzywdy – powtórzył Derek.

- Na serio ci nie ufam.

- Zrozumiałe. A teraz zamknij się.

Derek wyciągnął z bielizny swoją nabrzmiałą męskość. Stiles oparł się jedną ręką o okno, drugą wsparł o sufit. Zamknął oczy. Poczuł rękę Hale'a na swoim kroczu i po chwili jego własne spodnie zsunęły się nieco niżej. Nabrał ze świstem powietrza w płuca. Uniósł powieki i spojrzał w dół akurat w momencie, kiedy Derek wziął w dużą, silną dłoń dwa twarde, pulsujące członki. Jego ciepła ręka zaczęła poruszać się w górę i w dół. Stiles pomyślał o tym, jak o nieco „wytuningowanej" wersji masturbacji.

Palce Dereka dobrze wiedziały, co robią, bo pieszczota była niesamowita. Stiles czuł wokół siebie gorącą, gładką skórę. Jego nos wypełnił mocny, piżmowy zapach potu Dereka; uszy zaś jego własne pojękiwania i warkot wilkołaka. Kiedy czuł, że jest blisko, zacisnął palce na dłoni Dereka, z której ruchami jeszcze kilka razy zjechał w dół i przesunął się w górę po obu członkach, zanim ta wreszcie znieruchomiała. Stiles doszedł w sekundę lub dwie po alfie. Jego palce zalało znajome lepkie ciepło.

- Tapicerka… - wyszeptał głosem drżącym od orgazmu. – Uważaj na tapicerkę…

Derek zawarczał w odpowiedzi.

Kiedy już uspokoili serca i oddechy, Stiles opadł na swoje siedzenie, dopinając spodnie. Derek wytarł brzuch swoją koszulką i zaczął się ubierać.

- Przestało padać – stwierdził.

- Ale błoto nie przestało być.

- Zostawimy tutaj samochód. Wrócimy, jak wszystko wyschnie.

- Mamy zostawić tu mój samochód?

- Tak. Jak chcesz możesz zostać z nim. Ja idę. To tylko z pięć kilometrów do miasta.

- Aż pięć kilometrów?

- Obiecałem, że nie zrobię ci krzywdy, ale jak dłużej posiedzę z tobą w tej ciasnocie, nie ręczę za siebie. I nie ręczę za siebie, jak komuś o tym wypaplasz. Zwłaszcza Scottowi.

- Nikomu nie powiem. Komu miałbym się chwalić, że… no wiesz? Z facetem? Phi! Ja na pewno… Hej! – zawołał, bo oto Derek otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz prosto w mokry, pachnący świeżością las. – Nie zostawiaj mnie!

KONIEC

[*ok. 43,5 Celsjusza.]