Marzenia za nami, czas zetknąć się z rzeczywistością... Dziękuję bardzo za komentarze i śledzenie, mam nadzieję, że druga część tekstu się spodoba.

Ariana


Rzeczywistość

Następnym dwóm dniom towarzyszyło poczucie zawieszenia. Sherlock większość czasu przesypiał, żeby podgoić rany i wyleczyć katar. Pozostałe godziny poświęcał informacjom o siatce terrorystycznej, które Mycroft w oczywiście dyskretny sposób podrzucił mu na biurko.

Sherlock siedział więc i przeglądał dokumenty, nad którymi zwykle w pewnym momencie przysypiał. Niby już było po wszystkim, niby wrócił do Anglii, ale wciąż czuł się obco. Już w Londynie, ale jeszcze nie w domu. Potrzebował poczuć miasto na nowo, zaznajomić się ze zmianami, odetchnąć spalinami. Obejść stare kąty, odwiedzić przyjaciół...

To ostatnie sprawiało, że tylko zmęczenie i obrażenia po Serbii powstrzymywały Sherlocka przed zostawieniem wszystkiego w diabły, z papierami Mycrofta na czele, i odwiedzeniem Johna na Baker Street. Czuł, że nie po to tułał się po świecie przez ostatnie dwa lata, by teraz być skazanym na cztery ściany domu brata i jego nieczęste towarzystwo. Mycroft po wyjeździe miał spore zaległości w biurze i praktycznie z niego nie wychodził, a nawet na wieczór zabierał sobie jakieś zaległe raporty i sprawozdania do przeczytania. Nie, żeby Sherlock miał ochotę na pogawędki przy herbatce.

Dusił się w tym domu, chciał już wyjść i w końcu wrócić, ale musiał przyznać bratu rację, gdy ten wspomniał, że jeśli wybierze się w takim stanie na Baker Street, z całą pewnością doprowadzi panią Hudson do histerii. Dał więc sobie dwa dni na odpoczynek, a potem zażądał fryzjera. Rzeczywiście, jeśli chciał wyjść do ludzi, musiał doprowadzić się do porządku.

Siedzieli w gabinecie w piwnicy, mrocznym i dość paskudnym, jak dla Sherlocka, miejscu, każdy w swoim świecie. Mycroft drążył problem groźby ataku terrorystycznego na Londyn i dawał bratu do zrozumienia, że żarty dawno się skończyły i sprawa jest poważna. Sherlock natomiast cieszył się drobnostkami. Spodnie garniturowe, koszula... Boże, jak on dawno nie miał normalnej, dobrze leżącej koszuli! Nawet, jeśli ta obecna była o pół rozmiaru za duża, żeby dało się swobodnie ukryć opatrunki.

Mycroft oczywiście musiał poruszyć temat wyjazdu do Serbii, w jakiś taki mało elegancki sposób wytykając bratu brak podziękowań. Tym samym zwrócił uwagę Sherlocka na szczegół, który przedtem mu umknął. Rzeczywiście, był wdzięczny za ratunek, za to, że Mycroft przywiózł go z powrotem do domu... ale jednocześnie uświadomił sobie z goryczą, że przecież brat mógł go wyciągnąć wcześniej, zamiast patrzyć, jak go katują. Owszem, Mycroft miał na to swoje usprawiedliwienie, i może nawet Sherlock zgodziłby się z nim, gdyby zwykłe oparcie się na krześle nie było mordęgą.

Raz zepsutego nastroju nie dało się już uratować. Mycroft namolnie i nudno naprowadzał rozmowę na nurtujący go problem ataku terrorystycznego, a Sherlock co rusz odbijał w bok. A to koszula, a to znów, gdy już nie wytrzymał, pytanie o Johna...

Tak jak detektyw się spodziewał, starszy brat zgromadził dla niego komplet informacji o przyjacielu i jego aktualnych poczynaniach. Na wierzchu dokumentów widniało zdjęcie, zapewne najnowsze, jakie tylko mieli. Sherlock wykrzywił się na widok barbarzyństwa, jakim były bujne, ale nudno, równiutko przystrzyżone wąsy na twarzy Johna, i zbył lekceważąco kolejne nagabywania brata.

Zaraz potem Mycroft zrewanżował mu się, rzucając błahą uwagę. Johna już nie ma na Baker Street, poszedł do przodu. Sherlock był już dość opanowany, by pokryć prawdziwe emocje nonszalancką odpowiedzią, ale przez moment poczuł się, jakby ktoś usunął mu nagle spod stóp jedną z chodnikowych płyt. Jak to, Johna nie było na Baker Street? Jak mogło go tam nie być? Przecież Sherlock wracał, wracał do domu, do Londynu, na Baker Street do Johna, jedno z drugim stanowiło całość.

Do tego usłyszał jeszcze jedno. Kolejną uwagę brata, wypowiedzianą tonem, jak gdyby komentował pogodę za oknem, co byłoby o tyle trudne, że ponury gabinet okien nie posiadał. Mógłbyś wziąć pod uwagę, że możesz nie być mile widziany. Co za bzdura! Przecież zamierzał w końcu spełnić prośbę Johna i przestać być martwym, jakże mógłby nie być mile widziany? To z pewnością kompletna samotność brata źle wpływała na jego postrzeganie ludzi, bo przecież przyjaciół to on nigdy nie miał, a teraz dodatkowo Sherlocka nie było w Londynie bite dwa lata...

Nie, Sherlock nie zamierzał pozwolić, by brat zepsuł mu tę radość. Przemęczył do końca rozmowę i powtórnie zapewnił, że zajmie się problemem terrorystów... jak tylko spotka się z Johnem, w końcu potrzebował go do pomocy.

xxx

Próbował, naprawdę. Być może to kwestia silnych środków, które Sherlock zażył przed wyjściem, by móc względnie funkcjonować, ale z jego starań niewiele wyszło. Przebranie za kelnera, namalowany wąsik, francuski akcent... To wszystko miało trochę rozładować atmosferę, a nie sprawić, że wymarzony powrót zaczął się od rozczarowania. John Watson nie rozpoznał Sherlocka, więcej – on nawet nie popatrzył na kelnera pomagającego mu w wyborze szampana. Zawód był bolesny, ale nie tak, jak to, co wydarzyło się chwilę później, gdy doktor w końcu spojrzał.

Jedno uderzenie. John stuknął głucho pięścią o stół, a Sherlock gotów był do panicznej ucieczki i trzeba było całego samozaparcia, by pozostał w miejscu. A zaraz okazało się, że próby obrócenia sytuacji w żart spełzły na niczym. Sherlock poleciał przez pół sali, pchany przez Johna, i był zbyt sparaliżowany, by choćby próbować się bronić. Nie, żeby miał jakiekolwiek szanse.

Zabolało. Nie chodziło nawet o to, że upadek pozbawił go oddechu, czy że jego plecy były ledwie co przyschniętą mozaiką skaleczeń, a żebra z fioletu zaczynały przechodzić w zieleń, nie chodziło nawet o to, że ktoś praktycznie podniósł go z podłogi, zanim zostali wyproszeni... Najbardziej zabolało to, że to nie kto inny jak John, jego przyjaciel, używał wobec niego fizycznej przemocy, tak świeżo po wydarzeniach z Serbii.

Sherlock chciał mu powiedzieć. Chciał wyrzucić z siebie to, czego nigdy w życiu nie powiedziałby przy Mycrofcie, chciał podzielić się doświadczeniami ostatnich dwóch lat, tymi dobrymi, a nielicznymi, ale też tymi, które pozostawiły po sobie krwawe ślady blizn, bólu i niedoboru wszystkiego.

Nie mógł. Milczał, gdy szli ulicą do najbliższej knajpki, a John szedł tak, jakby w każdej chwili mógł obrócić się i znów go uderzyć. Wyrobione przez ostatnie dwa lata nawyki sprawiały, że w Sherlocku wszystko krzyczało o ucieczkę, ale on tylko podążał za przyjacielem, spragniony normalnego ludzkiego kontaktu, bo przecież nie mógł tak nazwać tych kilku dni w towarzystwie Mycrofta.

A potem Sherlock znów powiedział o słowo za dużo, czy może powiedział coś źle – John znów go uderzył. I teraz także Sherlock nie zrobił nic, by próbować się bronić. Najpierw poleciała strącona szklanka, a on zaraz za nią. Tym razem nikt nie pomógł mu wstać, bo Mary, dotąd zaskakująco nieporuszona całą sytuacją, usiłowała uspokoić Johna. Sherlock podniósł się, kryjąc grymas bólu, bo najpewniej zasłużył sobie na to. Najpewniej – bo nie miał pewności. W tej chwili nie wiedział już, co zrobił źle czy co miałby zrobić, żeby John przestał go nienawidzić.

Przez moment Sherlock łudził się, że było lepiej. Stali, bo nie zaryzykowałby oparcia się plecami o cokolwiek, przy barze kolejnej knajpki i rozmawiali, a John nawet odpowiedział na pytanie o wąsy. Krzyczał, owszem, ale Sherlock widział w jego oczach skrzętnie skrywany uśmiech. Więc może jednak John chociaż troszkę cieszył się z jego powrotu? To go zmyliło, pozwolił sobie na zbyt wiele swobody. Sherlock wiedział, że doktor za nim tęsknił, że tęsknił za wspólnymi przygodami, ale John nie był jeszcze gotowy, by ktoś powiedział mu to prosto w twarz. A już zwłaszcza, by zrobił to on.

Tym razem Sherlock stracił chwilę z życiorysu. W jednej chwili stał i rozmawiał, w następnej leżał na podłodze i przez jeden upiorny moment myślał, że zaraz spadnie kolejny cios, a szorstki głos będzie po serbsku domagał się odpowiedzi. Dopiero potem dostrzegł, że to towarzyszka Johna pochyla się nad nim i podaje mu chusteczkę. Po co? Ach, tak, to ciepłe spływające za kołnierz to krew z nosa...

Mary była intrygująca. Po tym, jak Sherlock przeszkodził im w oświadczynach, miała pełne prawo zrobić awanturę, tyle to nawet on wiedział. A ona zamiast obrazić się czy też zażądać od Johna, by natychmiast wyszli, trzymała się na uboczu i wtrącała się tylko wtedy, gdy John za bardzo tracił panowanie nad sobą. Teraz także została i wyszła dopiero razem z Sherlockiem, mimo że doktor wypadł z knajpki chwilę wcześniej i usiłował złapać taksówkę. Była zupełnie inna niż przelotne partnerki przyjaciela, ale też żadnej z nich John nigdy nie próbował się oświadczać. Interesujące.

Nim jednak Sherlock miał okazję porozmawiać dłużej z Mary, John zatrzymał taksówkę i oboje odjechali, a detektyw został na chodniku z pokrwawioną chusteczką i obietnicą Mary, że spróbuje udobruchać partnera. Stał przez moment, a potem poszedł powoli ulicą, zastanawiając się, co dalej. Spotkanie z Johnem pozostawiło ślady, i nie chodziło nawet o rozbity nos, a o tę kompletną bezradność wobec zachowania przyjaciela... O ile mógł jeszcze nazywać Johna w ten sposób.

Co dalej? Mógł oczywiście wrócić do brata i przyznać się do porażki, spróbować przypomnieć sobie, jak się pracowało w Londynie przed Johnem, ale tego wieczoru potrzebował zobaczyć kogoś, kto ucieszy się na jego widok. Przecież nie tylko dla Johna skakał dwa lata temu...

Molly była pierwsza. Sherlock pojechał prosto do niej, zahaczając tylko o łazienkę przed znalezieniem patolog, żeby nie wystraszyć jej wyglądem. Przemknęło mu nawet przez głowę, że powinien był zobaczyć się z nią przed spotkaniem z Johnem, ale z drugiej strony miał teraz do kogo pójść, gdy było źle. Tak jak wtedy...

Przynajmniej w tym wypadku spotkanie potoczyło się tak, jak przewidywał Sherlock. Owszem, zaskoczył ją, bo nie odezwał się słowem, nawet nie napisał smsa, że przyjdzie, ale Molly tylko uśmiechnęła się do niego, przyjaźnie i szczerze, i to było to, czego potrzebował. Porozmawiali i przez tę chwilę wszystko było tak, jakby Sherlock nigdy nie wyjechał... No, prawie. Obraz Molly sprzed dwóch lat psuł jedynie pierścionek, który denerwował Sherlocka, nawet nie dlatego, że Molly się zaręczyła, a dlatego, że znów Mycroft miał rację. Nie tylko John poszedł naprzód... Wobec tego Sherlock zrezygnował z pierwotnej chęci powiedzenia jej choćby ogólnie, gdzie był i skąd wracał. Po spotkaniu z Johnem czuł, że jej także nie powinien... nie miał prawa przeszkadzać.

xxx

To był długi wieczór. Długi i chłodny, a choć trafiły się miłe momenty, jak spotkanie z Molly i z Gavinem, pozostawił po sobie głównie rozczarowanie i poczucie straty. Sherlock dowlókł się na Baker Street, gorzko wspominając własne radosne uwagi, wygłaszane jeszcze rankiem w gabinecie brata. Pójść na Baker Street, wyskoczyć z tortu, John będzie zachwycony. I ta cierpka odpowiedź brata, zdegustowanego jego radością. Weź pod uwagę, że możesz nie być mile widziany.

– Niech cię szlag, Mycroft – wymamrotał pod nosem Sherlock, niespiesznie wchodząc po schodach, zmęczony i obolały. Pani Hudson, po pierwszym odruchu potraktowania go patelnią, śmiała się i płakała na przemian, ściskała i łamała ręce nad jego wyglądem. Sherlock pozwolił jej na to, chłonąc całą serdeczność, ale leki przestawały działać, plecy bolały, a on sam kiwał się ze zmęczenia. Jutro zajmie się siatką terrorystyczną dla brata, dziś chciał tylko wrócić do domu... Co okazało się nie do końca możliwe.

Pani Hudson zaścieliła mu łóżko, wciąż coś mówiąc, i czasem nawet zmuszając go do odpowiedzi. Sherlock słuchał, niezbyt rejestrując treść, a raczej chłonąc sam głos. Jednak ledwie starsza pani nacieszyła się jego obecnością i wyszła, detektyw jedynie zrzucił płaszcz i buty i zagłębił się w pachnącą pościel. Wciąż potrzebował snu.

Tej nocy na Baker Street paliły się wszystkie światła.

Koniec