Tego, co przed chwilą usłyszałam z ust mojego ojca się nie spodziewałam. Zamurowało mnie. Och, nie tylko mnie, mój ukochany mąż stał również w zastygłej pozie z rozdziawionymi ustami. Jedyna różnica była w tym, co nas tak zszokowało. Mnie fakt, iż Charlie zabłysnął przed Cullenami swoją wspaniałomyślnością, proponując im by zostali rodzicami zastępczymi dla mojej córki Renesmee (zawsze uważał, że powinna udawać pokrewieństwo z rodziną Swan), Edwarda fakt, że w ogóle takie rozwiązanie narodziło się w jego słabym, ludzkim mózgu.

– Więc jak mam teraz do ciebie mówić mamusiu? Bello, moja bratowo? – Usłyszałam z jej ust. Zaśmiałam się odruchowo, choć wcale do śmiechu mi nie było. Zaczęłam w panice (mój wampirzy mózg panikował! Kolejna wada wrodzona) wyobrażać sobie jak mogłoby wyglądać moje życie z perspektywy bycia dla własnej córki bratową. Moje pięcioletnie dziecko było już nastolatką. Według przelicznika wiekowego stworzonego przez Carlisle'a, miała siedemnaście lat. Z bólem w sercu przyznałam przed samą sobą, że nie dane było mi nacieszyć się małoletniością mojego jedynego dziecka.

Z zamyśleń, które zdawały się trwać wieki, a nie setne ułamki sekundy, wyrwało mnie nagłe zniknięcie Edwarda. Pozostawił przy mnie tylko drobiny kurzu unoszące się nad podłogą pod wpływem wibracji powietrza. Wampirza szybkość nawet po przemianie była dla mnie czymś fenomenalnym. Moje ulepszone spojrzenie zarejestrowało męża stojącego z posępną miną przy naszej Nessie. Jęknęłam cicho zorientowawszy się, że nie jesteśmy w pomieszczeniu sami. Charlie piastował miejsce na fotelu i znając mojego ojca uważnie obserwował nas wszystkich. Nawet po tylu latach spędzonych w towarzystwie Cullenów nie darzył ich większą dawką zaufania niż kogokolwiek innego w naszym miasteczku. Było to smutnym, ale jakże oczywistym, faktem. Podświadomie wyczuwał, że musi trzymać ich na dystans. Wszyscy mieszkańcy stali po bezpiecznej stronie oddzielonej niewidoczną granicą instynktu samozachowawczego, trzymając się od moich bliskich z daleka. Każdy człowiek, tylko nie ja. Jestem inna, byłam i zapewne będę. Kolejne wnikliwe spojrzenie na ojca. Nie umiejscowił dłoni na kaburze, zapewne nie zauważając nienaturalnie szybkiej zmiany położenia u swojego zięcia. Był człowiekiem! Jego ludzkie oko nie mogło zaiste zarejestrować takiej szybkości. W tym aspekcie mogłam odetchnąć z ulgą. Widok lica Edwarda stojącego za Renesmee był bolesny dla oka.

– Nie umiałbym cię traktować jak siostrę! – powiedział, zaciskając dłonie. Znałam ten gest, znałam mojego męża i wiedziałam, że cierpi. Fakt iż jego dziecko, pierworodne i jedyne, ma teraz być jego siostrą był dla chłopaka trudny do zaakceptowania. O ile w ogóle był w stanie przystać na takie rozwiązanie.

- Jesteś moją małą Nessie! - Głos miał przesycony miłością wymieszaną z ogromem cierpienia. Widok jaki nam zaserwował cisnął łzy do oczu, w przenośni oczywiście. My nie umieliśmy płakać w sposób znany ludzkości.

– Córką rówieśniczką! – Emmett potrafił jak nikt inny zamieniać wszystko w żart i okazję do śmiechu. Wszyscy się uśmiechnęli, tylko nie ja. I oto znów kolejna sytuacja przypomniała mi o tym, że jestem starsza od Edwarda. Jednak w tym wszystkim można się było dopatrzeć jednego plusa, byłam starsza od własnego dziecka! Zakładając, że już zatrzyma się na tej siedemnastce.

– Edwardzie, to chyba najlepsze rozwiązanie! – westchnęłam ciężko.

– Wiem, co nie znaczy, że mi się podoba! – odparł wywracając oczami. Nie skapitulował jeszcze, o tym też dobrze wiedziałam. I wiedziałam jeszcze o wielu sprawach, które trzeba będzie załatwić.

– Tato, wiem, że jesteś przedstawicielem prawa – zaczęłam niepewnie, kierując się w stronę szeryfa. – Sam wiesz, że potrzebne nam będą nowe papiery dla Renesmee – ciągnęłam dalej, wzbudzając tym samym ciekawość pozostałych zebranych w salonie.

– Nie jestem w stanie załatwić papierów adopcyjnych! – Skrzywił się niezadowolony. Widocznie nie pomyślał o tym drobnym szczególe swojego planu. Edward uśmiechnął się w zadowoleniu. Stał pod ścianą z tym swoim kpiarskim uśmieszkiem. Zawsze chciał, by wszystko było po jego myśli.

– Ty nie, ale ja tak! – odpowiedziałam ojcu, lecz łobuzerski uśmiech posłałam ukochanemu. Nie ukrywał swojego niezadowolenia. Zdawało mi się czy usłyszałam jego ciche ostrzegawcze warknięcie?

– Córeczko, jeśli to jest nielegalne to nie... a zresztą, to moja wnuczka! – Charlie najwyraźniej bił się w myślach ze swoim policyjnym sumieniem.

– Jest ktoś taki jak Jason Janks! – odparłam tajemniczo, przygryzając przy tym wargę. Moje spojrzenie powędrowało ku Alice i Jasperowi.

– Bello, pozwól, że ja się tym zajmę! – Jazz ożywił się momentalnie. Uśmiech na jego przystojnej twarzy zdradzał jego zamiary.

– Ani mi się waż! Zestresujesz Scotta i zamiast papierów adopcyjnych dostaniemy coś innego, albo w ogóle nic! – wykłócałam się, dobrze wiedząc, że facet boi się mojego szwagra jak samego diabła.

– To niebezpieczne dla Ciebie Bello! – O nie, mój mąż tylko czekał na takie słowa brata. Zresztą wątpię, żeby Hale nie powiedział tego celowo i z premedytacją.

– Jasper to załatwi! – zawyrokował mój ukochany heros. – Mamy inne zmartwienia na głowach! Trzeba zapisać Nessie do szkoły! I w ogóle inne takie tam! – Starał się mnie odwieść od wyjazdu do Seattle.

– Od tego ma nowych rodziców! – odparłam złośliwie. – Sam powiedz jak by to wyglądało gdybyśmy poszli do naszego liceum i zapisali tam nasze dziecko???

– Ehh! I tak nie pojedziesz! – Machnął ręką, wiedząc, że mam rację.

– Kochanie, umiem o siebie zadbać! Już nie jestem małym, kruchym człowieczkiem! – odparłam rozbawiona jego zaciekłością i od razu zamilkłam wiedząc, że palnęłam straszną gafę.

– Jak to nie jesteś człowiekiem? – Charlie spojrzał na mnie, jakbym właśnie wyszła ze statku kosmicznego. – Nic więcej nie mów! Nie chce wiedzieć! – dodał z dużo mówiącym spojrzeniem, które skupiło się na Edwardzie.

– Tato, to taka przenośnia tylko! – Za wszelką cenę próbowałam wszystko sprostować.

– Belli chodziło o to, że już bardziej uważa na siebie! Jak sam zauważyłeś twoja córka od ponad pięciu lat nie wylądowała na izbie przyjęć! - doktor postanowił całą sprawę obrócić w żart, czyli moim kosztem.

– Uwierz, że to mnie bardziej niepokoi, niż cieszy! – odparł brunet, drapiąc się po głowie.

– Jutro pojadę do Janksa! – Jasper postanowił zmienić temat mojej nienormalnej normalności, czując, że szeryf zaczyna się stresować w naszym towarzystwie.

– Niech Ci będzie! – Machnęłam ręką. Edward się rozpromienił. – Pojedziemy razem! – dodałam, dobitnie patrząc na swoją miłość, która posyłała mi właśnie mordercze spojrzenie.

– Jedziemy w trójkę! Nie puszczę mojej bezbronnej żony samej! – rzekł, grając przed Charliem, a faktycznie robił mi po prostu na złość.

– Tak, bezbronna to ona jest rzeczywiście! – parsknął Emmett, masując odruchowo całe prawe ramię. Od mojej przemiany co tydzień siłowaliśmy się na ręce i nie muszę chyba dodawać, że moja siła nowonarodzonego na niczym nie straciła. Jedyne co traciło na sile to ego bruneta.

– Kiedy zapisujemy małą do szkoły? – zapytał szeryf Swan, chcąc mieć najwyraźniej wszystko zapięte na ostatni guzik.

– Jak tylko załatwimy dokumenty! – przypomniał mu Edward. – Ten ostatni akt urodzenia i paszport Renesmee, a raczej Vanessy Wolf, już nam się nie przydadzą. – Tym razem to mój mąż się zagalopował. Tata spojrzał na niego z groźną miną.

– Jaka niby Vanessa Wolf?

– To długa historia – odparł wymijająco, nerwowo stukając w stół. Esme posłała mu błagalne spojrzenie typu: "ja naprawdę lubię ten antyk". Fakt, niby tylko stukał palcami, ale wtajemniczeni wiedzieli, że za chwilę w miejscach uderzania pojawią się głębokie wgniecenia.

– Nigdzie mi się nie spieszy! – odparł, po czym rozsiadł się wygodniej w fotelu. Założył nogę na nogę i rozejrzał się po zebranych.

Ukradkowo zerkaliśmy na siebie, robiąc to bardzo dyskretnie, niezauważalnie dla ludzkiego oka.

– Powiedzcie mu. Dziadek ma prawo znać prawdę! – Renesmee wzruszyła ramionami, po czym skierowała swe kroki ku niemu i usiadła na oparciu mebla. – Tylko darujcie mu szczegóły, dziadek ich nie lubi! – dodała, klepiąc go po ramieniu.

– Dokładnie! Lepiej bym sam tego nie ujął! - Uśmiechnął się do wnuczki. Bardzo ją kochał, tak jak my wszyscy. – Więc? Które z was wyjawi mi ten sekret dla którego musieliście jej wyrobić te dokumenty? – Zlustrował nas spojrzeniem po kolei. Nie zdziwiło mnie, kiedy zatrzymał spojrzenie na zięciu i zachęcająco kiwnął głową.

– On akurat tato miał w tym najmniejszy udział! – zabrałam głos.

Nie mogłam patrzeć na Edwarda, kiedy przeżywał prawdziwe umysłowe męki. O czym ten Charlie do cholery myśli, że mój mąż ma minę, jakby prowadzili go na ścięcie?

– Ooo – jęknął cicho.

Najwyraźniej sam się zganił za przedwczesne wyciąganie wniosków w swoich myślach. Edward uśmiechnął się nieznacznie.

– Wiesz, że Nessie jest inna niż pozostałe dzieci - zaczęłam niepewnie. Nawet jako wampirzyca wystąpień przed publiką obawiałam się najbardziej na świecie, pomijając namacalne zagrożenia oczywiście. - Nie urodziła się w szpitalu, tylko w tym domu. To Edward pomógł jej przyjść na świat. Ze mną było już krucho i musiał wtedy zaaplikować mi to coś, dzięki czemu nie odwiedzam już izby przyjęć w szpitalach. Następnie wynikło wielkie nieporozumienie w sprawie Nessie i musieliśmy wyrobić jej te wszystkie dokumenty, żeby razem z Jacobem mogła uciec. No wiesz... ehmm... mieli nas odwiedzić tacy... powiedzmy znajomi z Włoch, a oni raczej nie byli pokojowo nastawieni, po prostu zastosowaliśmy taki środek zapobiegawczy, żeby naszemu dziecku nie stała się krzywda! – Starałam się jak mogłam, aby zabrzmiało to logicznie.

– A niby jakim cudem masz znajomych we Włoszech? - Ojciec wbijał we mnie podejrzliwe spojrzenie. – Nigdy tam nie byłaś!

Cholera, jakby nie mógł już doczepić się tego, co naprawdę zaaplikował mi mój mąż. Teraz musiałam się tłumaczyć z tego, że mam znajomych we Włoszech, którzy na domiar złego bardzo chcieli mnie zabić. Druga sprawa, musiałam się przyznać do tego, że go po prostu okłamałam. Świetnie!

– Wiesz, nigdy to ja nie byłam w Los Angeles – odparłam, a mój idealnie wampirzy głos załamał się. Twarz Charliego przybrała niezdrowy, purpurowy odcień. Zaczynał się gotować z nerwów. Spojrzał na mnie i na Alice z wielkim wyrzutem.

– Jak mogłaś mnie okłamać, Bello?! – wybuchł.

– Chroniłam cię – broniłam się. – No dobrze, bałam się, że zamurujesz mnie w moim pokoju jak Ci tylko powiem, że poleciałam z Alice do Włoch! – westchnęłam zrezygnowana, widząc, że nie kupił tej wersji z jego ochroną.

Zapadła chwila krępującej ciszy. Charlie analizował w głowie fakty, poszło mu to nawet szybko jak na ludzkie możliwości.

– Czy wy do reszty oszaleliście???!!! – prawie krzyknął na mnie i Edwarda. – Zapomniałaś młoda damo, że twój ojciec jest szeryfem? Zrobiłbym porządek z tymi łotrami! – uniósł się podenerwowany.

– Ta jasne! – prychnęła Rosalie po cichu tak, że tylko my ją usłyszeliśmy. Przeczesała dłonią swoje długie blond włosy i kiwała z rozbawieniem jednym z kosmyków.

– Tato, to nie żadne tam łotry, których mógłbyś zaaresztować - uspokajałam go, zniżając swój ton głosu. – Myślisz, że czemu Billy wyciągnął cię do La Push? Ciebie też musieliśmy uchronić. Nikt związany bezpośrednio ze mną nie był wtedy bezpieczny! – dodałam z wyrzutem.

– Powiedziałaś, że oni przybyli z Włoch. To ma coś wspólnego z waszym kilkudniowym wyjazdem tam po Edwarda? – spojrzał na mnie i na Alice.

Wyglądał jakby za chwilę miał się zagotować na samo wspomnienie tamtych wydarzeń, ale bardziej na wspomnienie tego co mu przed chwilą powiedziałam. Poniekąd jednak byłam z siebie dumna, uwierzył w tę historyjkę z wyjazdem do Los Angeles w celu ratowania mojego najdroższego. No, wtedy ex-lubego, bo jakby nie patrzeć zerwał ze mną pół roku wcześniej. Charlie uwierzył mi – najmniej wiarygodnemu kłamcy na świecie, to dopiero rewelacja!

– Nie Charlie. Nie do końca! – odpowiedziała miło Alice i uśmiechnęła się pocieszycielsko. Ojciec się troszkę rozluźnił. Miał słabość do ciemnowłosej Cullen i wcale tego nie ukrywał. Nie umiał nawet okazać jej złości, jaką poczuł dowiedziawszy się, że dziewczyna wywiozła mnie na inny kontynent. Pomijając drobny szczegół, że poszła na łatwiznę mącąc mu najzwyczajniej w świecie w głowie – Wtedy naprawdę życie mojego brata było dosłownie w rękach Belli – dodała, patrząc na mnie z miłością, jakby po raz milionowy chciała mi za to podziękować.

– Moja teoria na ten temat wygląda tak – rzekł z powagą Swan, wychylając się torsem do przodu, jakby chciał mieć na nas lepszy widok. – Wasi przyjaciele z Włoch to mafia! Twój mąż coś przeskrobał, nie wnikam co! Oni się wściekli i chcieli zakończyć jego żywot. Alice poprosiła cię, żebyś poleciała z nią go ratować, albo nie wiem, zapłacić okup. Tamci się zgodzili, ale zażądali więcej pieniędzy i zapowiedzieli wam wizytę. Pewnie nie mieliście tyle pieniędzy i nie zapłaciliście a oni zagrozili wam, że zrobią coś Nessie jak nie spłacicie długu.

Teoria Charliego zamiast przerazić rozbawiła nas wszystkich. Oczywiście nikt nawet się nie uśmiechnął, przynajmniej tak, żeby to zauważył. Gdyby z boku stał niezależny obserwator z pewnością stwierdziłby, że mój ojciec opowiada nam jakiś film o La Cosa Nostra.

– No poszedłeś innym tropem Charlie! – westchnęła Nessie, wzruszając ramionami.

– Więc mi to wytłumaczcie, ja lepszego wytłumaczenia na wasze spiski nie mam! – odparł niezadowolony, że jego teoria wzięła w łeb.

– Volturi, ci Włosi, to gorsza banda niż mafia, tato! – zaczęłam z wyrzutem. – Edwarda musiałam ratować, bo chciał się zabić. Już Ci kiedyś tłumaczyłam ten skok z klifu w La Push. Pomyślał, że popełniłam samobójstwo. Moje idiotyczne posunięcie poruszyło lawinę zdarzeń o których nawet nie chce mi się wspominać! – Otrząsnęłam się z niesmakiem. – Oni darowali życie mojemu mężowi, ale postawili jeden warunek: muszę stać się taka jak oni, albo mnie zabiją, bo znam ich sekrety! Potem zaszłam w ciążę i jak oni się o tym dowiedzieli to się rozgniewali i chcieli nas ukarać! Wszystkich bez wyjątku! – opowiedziałam całą historię, wyrzucając z siebie słowa niczym karabin maszynowy. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Daliśmy mu chwilę, żeby przeanalizował fakty.

– Co jak co! Dobrze, że jesteś teraz kim jesteś! I nadal nie chcę wiedzieć KIM! Bo jako dawna Bella pakowałaś się w naprawdę poważne tarapaty! – złapał się za głowę. – Ale przecież stałaś się inna! Czego się zatem doczepili? – Tej kwestii nie pojmował. Podejrzewam, że wielu rzeczy nie pojmował.

– Stałam się! Ale oni myśleli, że Renesmee jest taka jak my! Nie wolno robić tego dzieciom. Nie wiedzieli, że przyszła na świat kiedy byłam jeszcze czło... kiedy byłam normalna! – wytłumaczyłam najprościej jak potrafiłam, darując ojcu szczegóły na temat: "nie wolno robić tego".

– I mam rozumieć, że wszystko jest już okej skoro sobie pojechali? - Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.

– Tak jakby! – Zrobiłam taką minę, jakbym była dzieckiem i coś przeskrobała.

– Tak jakby? – zachęcał mnie, świdrując wzrokiem.

– Oni chcą mnie, rodziców i Alice! – Wyręczyła mnie Nessie, spoglądając smutno na dziadka. – Ale nie martw się, wszystko się niedługo ułoży! – dodała ze szczerym uśmiechem, że nawet ja jej uwierzyłam.

– I nie przyjadą tu? – wolał się upewnić.

– Nie! Nie sądzę! – odpowiedziała zadowolona. – Dostali ostatnio niezłą nauczkę! – dodała rozpromieniona.

– Zakończmy już ten temat! – Edwardowi zaczęło się pewnie robić niedobrze, podobnie jak mi, na samo wspomnienie tamtych wydarzeń.

– Racja! Za dużo wrażeń jak na jeden wieczór! – przytaknął Carlisle. – Jutro Esme pojedzie z Nessie do szkoły, a wy w trójkę do Seattle! Tylko proszę, nie zachowujcie się jak dzieci. – Spojrzał na nas z wymownym spojrzeniem.

– Nie martw się, nie pozabijamy się ustalając kto będzie rozmawiał z tym całym Janksem. – Mój słodki ukochany był taki ugodowy.

– No nie wiem!? – Pokręciłam tylko głową. – Jasper wydaje się być jakoś wrogo nastawiony! – Udałam oburzenie.

– Bello! – zganił mnie ojciec.

– Żartowałam tato! – Uśmiechnęłam się tylko.

Na tym zakończyła się nasza rodzinna narada i po chwili radiowóz szeryfa odjechał. Zostaliśmy sami i w końcu mogliśmy przestać udawać.

– Charlie świetnie daje sobie radę, nie uważacie? – Nessie uśmiechnęła się rozpromieniona.

– Rzeczywiście, jak na takie zmiany w swoim życiu przyjął to w miarę dobrze – przytaknął doktor, zerkając przez okno.

– Wybierzcie się lepiej na polowanie przed jutrzejszym wyjazdem! – poradziła Rose. – Jak nie siebie, to możecie rozerwać tą szumowinę przez przypadek! – dodała, opierając się o swojego partnera. Emmett posłał jej pełne rozbawienia spojrzenie, zapewne chciałby to zobaczyć.

– Dobry pomysł – przytaknął Hale.

Fakt, ostatnio nie mieliśmy czasu na takie podstawowe potrzeby naszej wampirzej egzystencji. Musiałam przyznać, że piekło mnie w gardle okropnie, nie wspominając o oczach, które przybrały już barwę głębokiej czerni.

– Może wybierzemy się teraz? – zaproponowała Alice z wdzięcznym uśmiechem.

– Czyli, że jedziesz z nami? Miałem nadzieję, że tak sobie tylko to rozważasz! – Skrzywił się z niesmakiem pan „czytający w myślach". – Ten gościu nie musi wiedzieć ilu nas jest – dodał z wyrzutem.

– Zawsze możesz zostać. – Zaśmiała się perliście, robiąc piruety. – Ktoś jedzie! Zagadka dla rodzinki. Nie widzę, a czuję.

– Alice! – Renesmee posłała jej ganiące spojrzenie. – To mój chłopak! Wyrażaj się! – dodała, kręcąc głową.

– Jacob! – odburknął Edward. – A ty młoda damo nie szalej! – dodał surowym tonem.

– Dobrze braciszku! - odparła rozbawiona, po czym ucałowała go w policzek.

– Ja nie dam rady – zawył. – Nie umiem być jej bratem.

– Dobrze ci idzie kochanie! – szepnęłam mu do ucha. – Będziesz po prostu bardzo nadgorliwym i nadopiekuńczym bratem! – dodałam bezproblemowo.

– Ale trafiłam do zaborczej rodzinki. Nie ma co. Ale lepiej być tu, niż w domu dziecka gdzieś na Alasce czy Grenlandii! – zachichotała.

Przed domem zatrzymał się samochód Blacka. Wystarczył tylko jeden sygnał klaksonem a nasza nastolatka, niczym w porywie namiętności, wyskoczyła przez okno – jako, że była to najkrótsza droga do ukochanego oczywiście. Kto by miał czas schodzić jak cywilizowany pół człowiek – pół wampir po schodach?

– Ehh, te dzieci! – zaśmiała się Esme.

– Proszę mamo, daj sobie na wstrzymanie! – rzekł kwaśno Edward, kładąc nacisk na "mamo". – Bello, wracajmy do siebie! – poprosił zrezygnowany.

– Dobrze - zgodziłam się. – O której jedziemy? – spojrzałam na Jaspera, ten zaś na Edwarda, a ten na Alice. Wyglądało to komicznie.

– O 10.00 rano! – odpowiedzieli chórkiem. Alice to zobaczyła, a Edward wyłapał wizję w jej myślach. Dlatego zawsze uwielbiałam patrzeć jak grają w szachy. To były najdłuższe i najbardziej monotonne ruchy na planszy. Jedno czytało w drugim. Koniec był jednak taki sam, Alice zawsze rzucała planszą i odchodziła zdenerwowana. W drodze do domu postanowiliśmy jednak zapolować i zmniejszyć ryzyko tego, że jutrzejszego dnia pozbawimy kogoś życia. Tym bardziej, że nie miałam jeszcze na koncie człowieka. I bardzo się starałam, żeby tak pozostało. Nasyceni po zgładzeniu kilku jeleniowatych mogliśmy wrócić do naszego małego, przytulnego domku.

– Kochanie, powiedz mi, o czym myślał Charlie? Wiesz, wtedy gdy wypaplałeś się o tych dokumentach? – Stanęłam przed nim i zajrzałam głęboko w jego piękne, miodowe oczy. Skrzywił się.

– Miał kilka założeń, jedno gorsze od drugiego! – Westchnął z miną cierpiętnika.

Współczułam mu. Niby fajna i przydatna rzecz to całe czytanie w myślach jednak... No właśnie, wiesz więcej niż chciałbyś czasem wiedzieć.

– Aż tak źle? – Spojrzałam współczująco, przejechałam dłonią po jego delikatnym policzku, a on uśmiechnął się delikatnie.

– Najpierw pomyślał, że chcę zabrać małą daleko, a ciebie znowu tu samą zostawić – zaczął z grymasem bólu wymalowanym na jego boskiej twarzy. Och, ten mój mąż, mimo że nasza córka wygląda na nastolatkę to dla niego nadal była malutką Nessie.

– Oszalał! – oburzyłam się. – Jak on w ogóle może tak myśleć?

– Następnie bardzo mocno zakorzenił sobie tę całą sprawę z mafią. Stanowczo za dużo telewizji! – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Czy Carlisle wygląda jak Don Corleone? A ja jak jego żołnierz? – zamyślił się.

– No co Ty. Do pięt wam nie dorastają – zachichotałam. – Mój ojciec ma wyobraźnie co? – Przytuliłam się do niego bardzo mocno.

– Poniekąd też jestem mordercą – westchnął ciężko.

– Znowu zaczynasz gadać głupoty Edwardzie – zganiłam go. – Jesteś najbardziej błyskotliwym, urokliwym i przystojnym mordercą jakiego znam – szeptałam mu do ucha.

– Bello!

– No tak, zapomniałam. I najlepiej całujesz ze wszystkich morderców na świecie – przekomarzałam się z nim, dobrze wiedząc, że nie lubił kiedy świadomie przeinaczałam jego słowa.

– Mam żonę wariatkę! – Poddał się magii naszych pieszczot.

Renesmee została na noc w La Push. Tradycyjnie mój ukochany mąż zrobił z tego powodu wielką awanturę. Dobrze wiedziałam, że nie darzy sympatią Jacoba. Tolerował go, ale nic po za tym. Zachowywał się dokładnie tak, jak Charlie w stosunku do niego. Jezu, czy wszyscy ojcowie mają tak poprzestawiane w głowach? O my biedne córki, jakiż to nas los spotykał. Wywnioskowałam niedawno, że Edward po prostu jest zazdrosny. Wilkołak, który zagościł w sercach jego dwóch dam życia, to było dla niego zbyt wiele. Narzekał, że jego perełka będzie mieszkała w psiarni, której mieszkańcy latają po lesie nago. Ależ on był uprzedzony. Nawet nie wiedział jak bardzo był podobny do tej osoby której tak nienawidził. Jake bardzo często używał w stosunku do rodziny Cullen niestosownych wyzwisk typu: "pijawki", "krwiopijcy". Na szczęście opanował się od kiedy i ja zostałam jedną z tych "pijawek". Opanował się, albo po prostu bał się, że poprzestawiam mu kilka kości twarzy. Wystarczył mu ten jedyny raz, kiedy rzuciłam mu się do gardła. Biedny Seth, ładnie go pokiereszowałam wtedy. Co jak co, ale mógł siedzieć na miejscu, zamiast bronić swojego przyjaciela przed jego rozjuszoną przyjaciółką, która dopiero co stała się wtedy wampirem. Kiedy tak o tym rozmyślałam poczułam w sercu (a raczej w miejscu gdzie kiedyś było) dziwną pustkę. Brakowało mi Blacka, brakowało mi mojego przyjaciela, brakowało mi tych wszystkich rzeczy, które razem robiliśmy. Starałam się wspominać tamte chwile jak najczęściej, by nie zatarły się w moim nowym umyśle (niekoniecznie lepiej funkcjonującym jak zauważyłam). Rosalie opowiadała mi kiedyś, że ludzkie wspomnienia mogą być wyraźne, jeśli dostatecznie dba się o to, by o nich nie zapomnieć. Starałam się co wieczór wracać pamięcią do najwspanialszych chwil swojej śmiertelności. Do momentu kiedy pierwszy raz ujrzałam Edwarda, do naszej rozmowy na polanie, kiedy wyznał mi miłość, do powrotu z Włoch. To wtedy zrozumiałam, że kocha mnie tak, jak ja kocham jego. Dzień naszego ślubu, pobyt na wyspie Esme, ciążę... o tak, ten okres był najwspanialszy, mimo tego, że umierałam, że cierpiałam fizyczne męki, czerpałam z tego siłę i nieopisaną radość, że noszę w sobie część ukochanego, że dam życie istocie, która poczęła się z wielkiej, nieopisanej wręcz miłości. Mimo że od tamtych wydarzeń minęły lata, pamiętałam je, jakby miały miejsce ubiegłego dnia. Ciężej było mi wspominać Jacoba, którego zawsze raniłam i którego zawsze kochałam, mojego Parysa, przyjaciela – brata, który sprawił, iż po odejściu Edwarda nie stoczyłam się na samo dno emocjonalnej otchłani. Przyjaciela, który zawsze mnie bronił i mimo swej wrodzonej awersji do wampirów stanął z nimi ramię w ramię do bitwy z nowonarodzonymi z Seattle. Bitwy o moje życie. Zawsze o mnie walczył, nawet z Edwardem. O moje serce, które od zawsze było przeznaczone dla jego jedynego, naturalnego wroga. Jakby losy moje, Edwarda i Blacka były już dawno temu przypieczętowane, szykowane dla nas od bardzo, bardzo dawna.

Przeznaczenie to najlepsze określenie na to co czułam, jakbym urodziła się tylko po to, by być z Edwardem.

Następnego dnia, równo o 10.00, pod nasz mały, uroczy domek podjechało żółte Porsche. Alice zniecierpliwiona trąbiła w nieskończoność, by dać nam znać, że już się zjawiła ze swoim ukochanym. Zupełnie tak, jakby było to dla nas zaskoczeniem, jakbyśmy nie byli z Edwardem parą wampirów o wyostrzonym zmyśle słuchu. Byłam już gotowa do wyjścia w momencie, kiedy wyjechali z garażu, tylko Edward przeciągał wszystko w nieskończoność. Brakowało jeszcze tego, żeby zaczął sprawdzać czy zakręciłam gaz w kuchence, jakbym jej w ogóle dziś używała. Niby krew miałam sobie na niej podgrzać? Nie korzystałam z kuchni w ogóle, chyba że w domu była Renesmee. A w domu bywała ostatnio tylko gościem, co rzecz jasna nie podobało się jej ojcu, tym bardziej że wiedział gdzie jest i, o zgrozo, z kim. Dla mnie nie stanowiło to żadnego problemu. Byłam szczęśliwa widząc Jacoba i moją córkę takich zakochanych. Ten widok dusił we mnie poniekąd wyrzuty sumienia związane z Indianinem. Bolało mnie jedynie to, że cierpiał Edward.

– Edwardzie, czy mógłbyś już zaprzestać tych niepotrzebnych oględzin naszego domu? - zapytałam z wyrzutem, stojąc w drzwiach wejściowych, obserwując jak mój mąż zagląda do garderoby.

– Sprawdzam czy wyłączyłaś żelazko kochanie! – odparł, udając, że bardzo go to interesowało. – Nie chciałabyś przecież zastać naszego prezentu ślubnego obróconego w zgliszcza – dodał z udawanym przerażeniem.

– Nie wiem czego Ty się tak obawiasz – odburknęłam. – Jak nie chcesz jechać to zostań! A nóż kwiatki w pokoju Renesmee zwiędną! Załamałaby się – drażniłam go. – No Edwardzie, chyba mi nie powiesz, że zapomniałeś ich podlać?! – udałam oburzenie, zakrywając usta z niedowierzaniem.

Kolejny odgłos klaksonu zmieszał się z drapieżnym pomrukiem silnika sportowego wozu. Miałam wrażenie, że Alice za chwilę wjedzie ze zniecierpliwienia swoim wozem w drzwi, za którymi właśnie stałam. Jak nic posłałabym jej cacko od razu na złomowisko. W przeciwieństwie do drewnianych drzwi mnie na pewno by nie staranowała. Byłaby niepocieszona również z innego powodu. Założyłam dziś specjalnie na ten wyjazd piękną, zieloną sukienkę, którą kupiła mi na ubiegłą gwiazdkę. Kreacja pięknie się komponowała z brązowym, króciutkim płaszczykiem, kolejnym prezentem od szwagierki. Fakt, iż zniszczyłaby to ubranie wprowadziłby ją, z całą pewnością, w ogromny smutek. Edward na szczęście przestał już pokazywać fochy i mogliśmy spokojnie wyjść.

– Najpowolniejsze wampiry jakie znam! – zawyła Alice, wychylając głowę przez szybę. – I pomyśleć, że mój brat jest niby najszybszy z nas! – zadrwiła, po czym spojrzała na mnie i szeroko się uśmiechnęła.

– Nie miałam co na siebie włożyć. – Wzruszyłam obojętnie ramionami, widząc jej chorą satysfakcję tym, że ubrałam się w coś od niej. Jakby nie patrzeć wszystko co miałam w swojej garderobie kupiła Alice, ale fakt, ta sukienka była prezentem, bardzo drogim zresztą i bardzo eleganckim.

– Bello, wyglądasz jak bizneswoman! – Uśmiechnęła się naprawdę zadowolona z mojego widoku. – Oby poprawa gustu pozostała u ciebie na resztę twojej nieśmiertelności! – dodała już bez takiego entuzjazmu.

– No nie wiem – odparłam z lekkim uśmiechem, w obawie, że na nowo zacznie krytykować mój gust, albo jak sama uważała jego całkowity brak.

– Wsiadajcie! – ponaglał nas Jasper, wysiadając z auta, by przepuścić nas na tylnie siedzenia. Widać było, że spieszno mu na to spotkanie z dawno niewidzianym znajomym.

Ledwo zamknął za sobą drzwi, a dziewczyna z piskiem opon ruszyła spod naszego ganku, zostawiając za sobą chmurę pyłu. Wcisnęło mnie trochę w oparcie. Zapewne gdybym była jeszcze człowiekiem zwymiotowałabym.

– Nie wiecie czy Nessie już wróciła? – zapytał Edward nagle, przerywając nieprzyjemną ciszę, która panowała od naszego wyjazdu. Alice z niedowierzaniem odwróciła się do tylu.

Gdyby zrobiła to sześć lat temu darłabym się w niebogłosy. Na liczniku wskazówka wahała się między 150 a 180 km/h, a ona jakby nigdy nic odwraca się plecami do kierunku jazdy i zaczyna wypytywać mojego męża. Teraz rzecz jasna mi to nie przeszkadzało. Nie musieliśmy w ogóle patrzeć na drogę, instynktownie omijaliśmy wszelkie przeszkody. O, na przykład tę wielką, potężną ciężarówkę ominęła z dokładną precyzją, patrząc na siedzącego z tyłu brata zamiast na drogę.

– A co, ty niby wczoraj się urodziłeś? – Wpatrywała się w niego, jakby zapadł na jakąś dziwną chorobę psychiczną. – Dobrze wiesz co u niej słychać! Wszystkim nam przecież majstrujesz w głowach, no może nie tak od razu wszystkim! – dodała, patrząc na mnie z wesołym uśmiechem. Nagle auto skręciło gwałtownie w prawo.

– Cholera, kto wypuszcza na drogę takich powolnych kierowców? - Wywróciła oczyma, nie spuszczając jednak z brata swojego poirytowanego spojrzenia.

– Nie wiem co u niej słychać! – odparł ponuro. – Od jakiegoś czasu staram się nie wchodzić w jej myśli! – dodał z kaprysem.

– Ale ty jesteś uprzedzony! – westchnęłam ciężko. – Przestań się w końcu tak czepiać tego Jacoba! – skarciłam go.

– Oj, ktoś tu najwyraźniej nie może poradzić sobie z zawartością czyjejś pięknej główki! – zaśmiał się Hale, odwracając do nas.

– Dajcie mi spokój! – syknął, przeczesując swoją gęstą czuprynę bladą jak śnieg dłonią. – W każdej wychwyconej myśli widzę tylko tego psa! – jęknął.

Zrobiło mi się go żal.

– Na pewno myśli o czymś innym! – pocieszał go brat.

– Nie bardzo! – mruknął. – Jakby robiła to celowo! Naprawdę nie widzę nic innego, nie wspomnę już, że słyszę również tylko o Jacobie! – dodał podenerwowany.

– Ja to nic nie widzę! – odparła Alice, jakby chciała pocieszyć braciszka.

– Dziwne, nie? Z nami nie masz problemu!

– Może dlatego, że, jak już wcześniej mówiłam, nie miałam do czynienia z mieszankami genetycznymi, wilkołaków też przecież nie widzę! – dodała z poirytowaniem.

– Albo nic nie widzisz, bo od zawsze przy małej kręci się ten kundel! - mruknął Edward, sycząc delikatnie. Posłałam mu mrożące krew w żyłach spojrzenie.

– Daruj sobie te wyzwiska! – poprosiłam już łagodnym tonem.

– Wiesz Bello, Edward może mieć rację! Chociaż nie wiem czy byłabym w stanie wytrzymać z Nessie w jednym pomieszczeniu dłużej niż godzinę! – dodała, pocierając automatycznie skroń. Popatrzyliśmy na nią z niedowierzaniem.

– Co miałaś na myśli? Drażni cię towarzystwo mojego dziecka tylko dlatego, że jest inna? – Edward powoli tracił cierpliwość, wyglądał wtedy nawet sexownie. Rysy jego twarzy stawały się bardziej zaostrzone, usta zaciśnięte w jedną całość wyglądały bardzo zmysłowo i to jego spojrzenie, przeszywało na wylot, pieszcząc każdą komórkę z osobna.

– No co ty? – oburzyła się. – Mam przy niej tylko straszne migreny – wyjaśniła.

– Alice – westchnął przepraszająco. – Nie wiedziałem. Przykro mi, że tak na ciebie naskoczyłem! – Ucałował siostrę w czoło.

– Nie powtarzaj tego błędu! – ostrzegł go Jasper z wymowną miną. – Póki co, tylko tobie przeszkadza towarzystwo osób które są inne! – dodał z przekąsem.

– Jakbyś miał córkę, to byś wiedział o czym mówię! – Machnął ręką, po czym oparł głowę o szybę.

– Wszyscy traktujemy twoje dziecko jak swoje własne, więc wiem jak to jest mieć dziecko! – poprawił go. – Powinieneś być bardziej wyrozumiały – prychnął rozbawiony.

Edwarda to zaintrygowało. O dziwo to ja zorientowałam się do czego pije Hale, a nie mój wszystkowiedzący mąż.

– Wyrozumiały? – burknął z niedowierzaniem, że brat w ogóle coś takiego powiedział.

– Spójrz na swoją piękną żonę i sam sobie odpowiedz! – Wzruszył ramionami i odwrócił się do przodu, podobnie zrobiła Alice.

– O co mu chodzi? – Spojrzał na mnie. Nie musiałam odpowiadać, bo najwyraźniej sam na to wpadł. – Ja to całkiem inna sprawa! – rzekł bratu. Jasper nie odpowiedział.

Do samego Seattle nikt już się nie odezwał. W mieście pokierowałam Alice gdzie dokładnie miała jechać. Gdy byliśmy już na miejscu spojrzeli na mnie niepewnie, czy aby na pewno nie pomyliłam drogi.

'Halo!!! Byłam już wampirem jak tu przyjechałam! Zapomnieliście, że mamy pamięć topograficzną?' – wołałam w myślach.

Chyba nie pomyśleli, że i w tym sektorze mój mózg był wadliwy?

'Nie, na pewno nie Bello' – pocieszałam się.

Sama dobrze pamiętałam jaka byłam zdziwiona położeniem kancelarii Scotta. Zamiast willowej dzielnicy spodziewałam się przecież nowoczesnej budowli, której sam James Bond by się nie powstydził.

– To tu! – Uśmiechnęłam się, wskazując na szyld zdobiący budynek. – Nie róbcie ze mnie takiej gapy! – poprosiłam błagalnie.

– Bells, no co ty! – odrzekł Hale z rozbawieniem. – Idziesz z nami czy zostajesz? - Spojrzał na brata, który nadal opierał swoją głowę o szybę. Jakby zamarł w tej pozycji.

– Idę, na wypadek gdyby ta szumowina chciała nas wykiwać! - odparł bez większego entuzjazmu.

– Wątpię, żeby na widok Jaspera facetowi chciało się cokolwiek! – odparłam rozbawiona. – I pamiętajcie, ja z nim gadam, a wy cicho! – spojrzałam na trójkę ostrzegawczo.

– Bello, jak możesz? – oburzyła się Alice. – Jestem przecież nieszkodliwa! – Uśmiechnęła się słodko.

– Właśnie o tym mówię! Nie posyłaj mu takich uśmiechów, facet umrze z rozkoszy! – Puściłam jej porozumiewawcze oczko. Nasi ukochani westchnęli tylko z politowaniem.

– Wampirzyce! – Edward wzniósł dłonie ku niebu w teatralnym geście.

– Nie martw się kochanie, on nie jest w naszym stylu! – Pocałowałam go w policzek. Jasper wysiadł z wozu, odchylając siedzenie byśmy mogli wyjść.

– A co jest w waszym stylu? – Hale zaśmiał się, opierając o żółtą maskę Porsche.

– Preferujemy przystojniaków – zachichotałam, wychodząc z wozu z gracją godną gwiazdy filmowej.

– I zwierzęta – mruknęła brunetka z udawaną rozkoszą.

– Dwie godne siebie wariatki – skwitował mój luby, zamykając za sobą drzwi, po czym objął mnie w talii. – Prowadź zatem nasza pani negocjator! – pocałował mnie siarczyście w szyję i skierowaliśmy się do budynku.

Biuro nie zmieniło się ani trochę od mojej ostatniej wizyty. Nadal urządzone było na beżowo z jasnozielonymi akcentami, jedynie zawartość wbudowanego w ścianę akwarium powiększyła się o cztery drobne okazy. Spostrzegawczość wampirów była porażająca.

– Pani Cullen? – dobiegł nas kobiecy głos zza biurka.

– Witaj April. – Uśmiechnęłam się pogodnie, nawet zadowolona z faktu, że mnie zapamiętała. Spojrzałam w lustro wiszące na ścianie. No tak, jakby mogła zapomnieć taką kobietę jak ja? Wyróżniałam się przecież z tłumu. – Jest może Pan Scott? – zapytałam niepewnie.

Jasper posłał mi spojrzenie pełne politowania. Zapewne gdyby to on miał rozegrać to spotkanie wparowałby od razu do gabinetu Jasona i bez ogródek kazałby mu wyrabiać dokumenty na wczoraj.

– Będzie za 10 minut – odpowiedziała grzecznie. – Poczekają Państwo? – zapytała lękliwie, poprawiając papiery na swoim biurku.

– Tak – odparł Jasper oschle.

Nie potrzebny był dar Edwarda, by wiedzieć co sobie Hale myślał. Jakiś nędzny człowieczyna kazał mu po prostu czekać, zamiast dzwonić do szefa by gnał do biura w pośpiechu.

– Napiją się Państwo czegoś? – April była naprawdę miła. Cóż, wiedziała, że jestem jedną z tych priorytetowych klientów o których trzeba bardzo dbać.

– Dziękujemy April! Wracamy właśnie z restauracji – odparła miło Alice, siadając na wygodnym krześle obok swojego ukochanego. Z Edwardem usiedliśmy obok nich.

Kobieta obserwowała nas mimowolnie, przyglądała się nam bardzo uważnie. Zapewne była pod takim samym zachwytem jak ja, kiedy po raz pierwszy w szkole ujrzałam rodzeństwo Cullenów. Uroda i gracja wyróżniały ich spośród innych uczniów. Było to dla mnie wciąż niedorzeczne, że JA, Isabella Swan, hm… Cullen, byłam równie idealna co oni.

– I niby kto tu zaraz kogo pożre wzrokiem – zaśmiałam się cicho, obserwując dyskretnie jak jasnowłosa wbija pożądliwe spojrzenie w mojego męża. Och, miałam ochotę rzucić się jej do gardła, choć wiedziałam, że nie stanowi dla mnie najmniejszego zagrożenia.

– Tak, nasz Edward to prawdziwy łowca ludzkich serc – zaśmiała się rozbawiona brunetka, bawiąc się dłonią ukochanego.

– Bzdury! – odparł mój mąż, po czym skierował swoje spojrzenie na kobietę i posłał jej jeden z tych swoich zniewalających uśmiechów. Sekretarka z wrażenia upuściła ołówek, który z wielką namiętnością przygryzała w wargach.

– Widać, że nie masz serca! – szepnął Jasper. – Kobieta zaraz dostanie zawału, albo rzuci się na Ciebie z zamiarem sami wiemy jakim! – dodał, wyczuwając w jakim stanie emocjonalnym znajduje się jedyny człowiek w pomieszczeniu.

– Ale jej tętno galopuje! – zdziwiła się Alice pełna podziwu. - Dziwne, że serce nie wyskoczyło jej jeszcze z klatki piersiowej! – dodała zdziwiona tym faktem.

Gdybym była ciepłokrwista zapłonęłabym zapewne rumieńcem, mój kochany mąż spojrzał na mnie pożądliwie. Ja też doskonale pamiętałam jak zachowywało się moje ciało kiedy Edward był blisko, kiedy mnie całował, jak musiałam pamiętać o tym, żeby nie przestawać oddychać z wrażenia.

– Nie torturuj jej – poprosiłam. – Zalewne zaprzedałaby duszę samemu diabłu by móc Cię w tej chwili pocałować – dodałam rozbawiona.

– Ona wie co mówi chłopie. – Hale rozluźnił się całkowicie, zapominając o tym jak bardzo chciałby pastwić się nad Scottem.

– Ja tylko oddałam swoją duszę Edwardowi – sprostowałam, patrząc z wielką miłością na swojego Boga. – Co tam, ja mu ją siłą wepchałam. – Zaśmiałam się.

– Bello... – Spojrzał na mnie błagalnie.

– Już tu jedzie! – Podniosła się nagle Alice z dziwną miną, jakby z przerażeniem, a później z niedowierzaniem.

– Scott? – wolał się upewnić Jasper, obnażając swoje piękne zęby.

April patrzyła na nas jak na czwórkę uciekinierów ze szpitala w którym pokoje nie mają klamek.

– Charlie tu jedzie! – wydukała każde słowo bardzo dokładnie.

– Narwany głupek! – syknęłam, uderzając dłonią w stolik.

Pech chciał, że złamałam go na dwie idealne części. Recepcjonistka jęknęła wystraszona. Bracia Cullen spojrzeli na mnie z wyrzutem.

– Wiem, jestem żałosna – mruknęłam, oszczędzając im tego. – April, zapłacę za ten stół. – Machnęłam dłonią w jej stronę. Patrzyła na mnie jak na potwora z filmu science fiction. Jejku, ja tylko złamałam stół, wielkie mi halo, no może żelazne okucie wygięło się nienaturalnie, ale tego z takiej odległości nie mogła przecież dostrzec.

– Złamałaś stół Bello! – wymamrotała Alice.

– Wielkie mi coś. – Wzruszyłam ramionami. – Nie moja wina, że był akurat pod ręką, a mój ojciec to jakiś wariat! – lamentowałam po cichu, by dziewczyna za biurkiem, zresztą całkiem skołowana, nas nie usłyszała.

– Normalne kobiety twojej postury nie łamią potężnych stolików ot tak sobie! – przypomniał mi Jasper.

– Lepiej weź jej zrób seans! – poradziłam mu, ponieważ April zaczynała cała dygotać ze strachu. – Przydałby się nam ktoś w rodzinie do usuwania pamięci – dodałam z grymasemm patrząc na sekretarkę, która nadal wpatrywała się na mnie z niedowierzaniem.

– Bello, mówiłam Ci odstaw sterydy! – Alice powstrzymywała się, żeby nie parsknąć śmiechem. Super, znowu dostarczyłam rodzinie powodów do śmiechu, już widziałam jak Emmett pokłada się na podłodze z rozbawienia kiedy mu to opowiedzą. Wszystko przez Charliego. Właściwie, po jaką cholerę on tu do nas jechał?

– Nierozważny głupek! – Swoją myśl powiedziałam najwyraźniej na głos, bo skomentował ją mój mąż.

– Coś jednak jest z tym dziedziczeniem w genach. – Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie.

Hale na całe szczęście opanował całą sytuację sprawiając, że kobieta się uspokoiła. Pomagał mu jednak Edward, który najwyraźniej na złość mi zaczął adorować blondynkę. Jasper jednak nie kazał mu się oddalić i przyzwolił na jego niecne gry. Zdrajca! Niby dawali mi nauczkę za moje nierozważne zachowanie, a sami zachowywali się teraz jak dzieci.

– Są beznadziejni! – skwitowała Alice, kładąc swoją dłoń na moim ramieniu.

Byliśmy tak zajęci całą sprawą z udobruchaniem sekretarki, że umknęło nam, iż ktoś właśnie stanął w drzwiach.

– Ehm! – dobiegło nas chrząknięcie.

To był komendant policji, Charlie Swan we własnej osobie. Miałam ochotę po prostu go zagryźć!

– Po coś tu przyjechał tato? – syknęłam, podchodząc do niego szybko. Musiałam się naprawdę kontrolować, by nie znaleźć się przy nim w wampirzym tempie. Tego April by już na pewno nie zniosła, ojciec podejrzewam również.

– Muszę mieć rękę na pulsie! – odparł, zerkając ukradkiem na złamany stół. – Tak jak myślałem, nie umiecie nawet spokojnie nic załatwić! – spojrzał na Jaspera z wyrzutem. Jak zwykle zbyt szybko wyciągał wnioski.

– To nie... – Nie dał mi nawet dokończyć, ponieważ jego wzrok przykuł niecodzienny obrazek

– Dlaczego on trzyma tamtą kobietę w objęciach? – oburzył się, wskazując bezceremonialnie w stronę sekretarki i mojego męża.

– To nie... – Znowu nie pozwolił mi skończyć. Zaczęło mnie to już irytować.

– Co wy kombinujecie? Miało odbyć się spokojnie! A wy już zakładników bierzecie? Ciekawe co by się tu stało gdybym nie przyjechał? – oburzył się, patrząc na nas rozgniewanym wzrokiem.

– Ta tutaj na pewno by nie zemdlała! – odparł poirytowany Edward, podtrzymując April, która w momencie wzmianki o zakładnikach po prostu odleciała.

– Ojej! – Charlie zrozumiał, że trafił straszną gafę. – A co z tym stolikiem? – Próbował się ratować.

– Reakcja twojej córki na wieść o tym, że do nas jedziesz! - odparł Hale, niezadowolony z takiego obrotu sytuacji.

– Jak wy to niby?

– Coś na styl takiego naszego KGB! – Uśmiechnęła się tylko Alice. Ojcem aż drgnęło.

– Kim wy do cholery jesteście? Jasnowidzami, czy co?

– Tak jakby, ale tylko ona! – odparłam, chodząc wściekła po pomieszczeniu. – Jakbyś choć raz w życiu mógł się nie pchać w nie swoje sprawy! – dodałam z wyrzutem.

– To moja wnuczka, więc i moja sprawa! – skwitował ostro. – A pan to kto? - najechał na kogoś, kto właśnie stanął w drzwiach i wydał z siebie cichy jęk.

– O jasna cholera! – dobiegło mnie przerażenie w głosie, który już kiedyś słyszałam.

– Witam Pana, Panie Scott! – Uśmiechnęłam się przyjaźnie, odwracając się w stronę drzwi. – Przepraszamy za to, że nie daliśmy znać Panu o naszej wizycie, ale nie było czasu. To sprawa niecierpiąca zwłoki! – wyjaśniłam, patrząc jak niewysoki, krępawy mężczyzna zerkał na nas z nieukrywanym przerażeniem. Nie wiedział czy się odezwać, czy nie. Spoglądał na każdego z nas z osobna, najdłużej zatrzymując się na policyjnym mundurze. Odruchowo zrobił krok w tył.

– Nie radzę Jason! – ostrzegł go Jasper. – On nie jest tu służbowo! – wyjaśnił.

Scottowi najwyraźniej ulżyło. Niepewnym krokiem podszedł w naszą stronę.

– Nic jej nie jest, zemdlała tylko! – wyjaśnił Edward, zapewne czytając facetowi w myślach. – Niech sobie biedaczka odpocznie! Stolikiem proszę się nie martwić i doliczyć koszty do naszego rachunku – dodał z przepraszającym uśmiechem.

– Do-dobrze! – wyjąkał. – Zapraszam zatem do mnie! – Wskazał na wielkie drzwi w głębi korytarza.

– Ty zostań z sekretarką tato! I tak już zrobiłeś zbyt wiele zamieszania! – rozkazałam mu, po czym chwyciłam męża za rękę i poszliśmy za resztą.

Gdy zamknęły się za nami drzwi biura mogliśmy spokojnie zająć się tym, po co tam pojechaliśmy.

– Dzień dobry Pani Cullen, Panie Jasper! – przywitał się. Głos drżał mu ze zdenerwowania. – I Państwu również. – Spojrzał na pozostałą dwójkę.

– Witaj Jason! – odparł Hale bezbarwnie. – Mamy do ciebie pilną sprawę! – Nachylił się nad biurkiem tak, że mężczyzna odruchowo cofnął się z fotelem do tyłu.

– Jasper! – warknęłam ostrzegawczo. – Panie Scott, nie wiem jak pan to zrobi, ale najpóźniej za trzy dni muszę mieć nowy akt urodzenia, paszport i papiery adopcyjne! – poinformowałam go w taki sposób, iż doskonale wiedział, że nie przyjmę odpowiedzi przeczącej.

– Och – odetchnął nagle, co zbiło nas wszystkich z pantałyku. – Już myślałem, że coś nie tak było z tymi ostatnimi dokumentami! – Najwyraźniej się rozluźnił, o ile w jego przypadku mógł sobie na to pozwolić w obecności Jaspera.

– Udało się nam z nich nie skorzystać! – rzekł Edward zadowolony z tego powodu. – Potrzebujemy tych papierów dla siedemnastolatki, może być to samo nazwisko co ostatnio, jedynie imię ma pozostać zmienione na Renesmee! – poinformował zleceniobiorcę, który popatrzył na nas z niedowierzaniem.

– Rodzice adopcyjni to Carlisle i Esme Cullen! – Jasper wbijał w niego swoje złote oczy. – Zapisz to sobie najlepiej! – dodał złowrogim tonem.

Super, to ja miałam się wszystkim zająć, a ci dwaj bawią się w dobrego i złego glinę.

– Proszę zdjęcie! – Wręczyłam mu fotografię córki, którą trzymałam w portfelu. Automatycznie przeniósł wzrok na Edwarda, dziewczyna ze zdjęcia była bardzo do niego podobna.

– Czy to siostra tej małej Vanessy Wolf? – zapytał zaciekawiony, wpatrując się zacięcie w zdjęcie.

– Nieważne! – mruknął mój luby. – Zjawimy się tu za trzy dni! – dodał, świdrując go spojrzeniem.

– Załatwię wszystko na jutro! – odparł z pośpiechem.

– Radzę nie opuszczać Stanów! – ostrzegł go niezadowolony. – Chyba, że mam tu wezwać tego pana który cuci April? – dodał z sarkastycznym uśmieszkiem.

– Inaczej sam się tobą zajmę! – warknął Jasper. - Masz załatwić te papiery! Nie chcesz chyba, żeby nasze relacje uległy pogorszeniu prawda? – dodał chłodno.

– Ależ nic z tych rzeczy! – Mężczyzna poluzował sobie odruchowo krawat. Serce waliło mu jak młot, a stróżka potu spłynęła po skroni.

– No to załatwione! – Uśmiechnęła się pogodnie Alice, która do tej pory nie zabrała nawet głosu tylko spacerowała po pomieszczeniu, oglądając wszystko dokładnie. – Zjawimy się o 12 w południe! – dodała miło.

– Nie wiem czy do tej pory

– Wiem, że Pan zdąży na czas! – weszła mu w słowo. – Myślę, że możemy wracać już do domu. Jazz, podaj Jasonowi resztę potrzebnych mu informacji, a my poczekamy na zewnątrz – dodała, wskazując nam drzwi.

– Do widzenia! – pożegnałam się, po czym w trójkę wyszliśmy na hol.

Charlie siedział obok sekretarki i coś jej tłumaczył. Kiedy nas zobaczyła uśmiechnęła się tylko przepraszająco. Dopiero przy radiowozie powiedział nam jak zdołał uspokoić rozhisteryzowaną kobietę, która na własne oczy widziała jak filigranowa nastolatka łamie potężny mebel na pół.

– Wcisnąłem jej bajkę, że jesteście z FBI. – Wzruszył ramionami, jakby to nic nie znaczyło. – Przyjechaliście na jakąś tam kontrolę i tyle, a Bella miała po prostu zły dzień – dodał z głupim uśmieszkiem.

– I kupiła to? – Edward nie mógł najwyraźniej uwierzyć w to, że mój ojciec ma takie dziwne usprawiedliwienia naszej obecności w biurze Scotta.

– Od razu – odparł dumnie. – I widzisz córeczko, że jednak się na coś zdałem? – Poklepał mnie po ramieniu.

– Tak, jasne! – odparłam ponuro. – To już spokojnie możemy wracać do domu - dodałam dosadnie.

– A jak poszło u was? – Puścił moje polecenie mimo uszu. – Załatwiliście wszystko? – Spojrzał na nas z zaciekawieniem.

– Tak. Wszystko załatwione Charlie! – Uśmiechnęła się miło Alice. – Możesz już wracać. My poczekamy jeszcze tylko na Jaspera i też się zbieramy – skończyła wypowiadać zdanie, gdy jej ukochany wychodził już z budynku.

– Jedziemy! – rzekł zadowolony.

Całą drogę powrotną do Forks zastanawiałam się czy dobrze rozgrywamy tę całą sprawę z moją córką. Zaczynałam mieć podobne obawy jak mój mąż, bałam się stracić tę świadomość, że Renesmee może nie być już moja. Dobrze wiedziałam, że nic nie zmieni faktu, iż jest moim rodzonym dzieckiem, które kochałam nad życie. Smuciło mnie jedynie to, że dla otaczającego mnie świata być nią po prostu nie może. Ogarnęła mnie fala rozpaczy, mimowolnie napięłam wszystkie mięśnie swojego ciała. Dawno nie robiłam już tego co właśnie zamierzałam zrobić. Nagle, z impetem, coś co było przeźroczystą błoną przeleciało przez przednią szybę wyścigowego wozu Alice. Niepewnie dotknęłam dłoni Edwarda, który już obejmował moją delikatną, bladą twarz.

– Robisz to kiedy jesteś bardzo szczęśliwa, albo gdy bardzo cierpisz – szepnął z rozgoryczeniem, przenikając mnie swoim spojrzeniem pełnym bólu.

Już czytał w moich myślach. Patrzyłam na niego ze smutkiem wypisanym na twarzy, obserwowałam jego choć najmniejszą reakcję na to, co słyszy i widzi. A krzyczałam, potwornie krzyczałam z bólu, z rozpaczy, jakbym na zawsze miała stracić swoje jedyne dziecko – dziecko, którego nie dane mi będzie już nigdy mieć.

Zaciskał mocno szczękę, jego boskie oblicze było napiętnowane moim cierpieniem. Westchnął ciężko nie puszczając jednak mojej twarzy ze swoich objęć. Był taki ciepły, miękki, nie taki jak mój dawny Edward. Nie wiem jak to się mogło stać, ale przez moje myśli przebiegły z szybkością godną światła wspomnienia, moje ludzkie wspomnienia. Jeszcze nigdy nie były tak wyraźne, jakby ktoś odtworzył w mojej głowie film wideo. Nie! Takich szczegółów nie zarejestrowałoby żadne urządzenie stworzone ludzką dłonią. Widziałam twarz ukochanego, przedstawiałam ją w myślach swoimi udoskonalonymi zmysłami, jednak taką, jak widziałam ją ludzkim okiem. To było nie do opisania, jakbym materializowała uczucia. Edward ścisnął moją twarz mocniej, jakby chciał przedostać się całym sobą do mojego umysłu. Nic nie powiedział, nie oddychał. Jedynie z szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się głęboko w moje, robiłam to samo, jakbym starała się przez nie dostać do jego wnętrza, do jego duszy. Kolejny slajd: materializowałam uczucia związane z dotykaniem i podziwianiem faktury jego skóry. Porównać to mogłam do widoku oceanu, którego fale uderzały z mocą o klify i kojące promienie purpurowego słońca zanurzającego się w otchłani lodowatej wody, jęknęłam cicho. Ten widok zaparł mi dech. Edward zaczął delikatnie kołysać się do przodu, mruczał jakby w ekstazie. Kolejny slajd: podróż poślubna. Obraz nagle rozpłynął się z impetem, zastąpiło go nagłe pojawienie się stada motylków. Czułam jak delikatnymi skrzydełkami muskają każdą część mojego wnętrza. Edward zaczął ciężko oddychać, miałam wrażenie, jakby się zachłysnął powietrzem, bo dotychczas nie odetchnął ani razu, jakby niedoszły topielec zaczerpnął pierwszy haust powietrza, a kolejne z ogromną zachłannością, mimo iż jego płuca nie radziły sobie jeszcze z jego przyswajaniem w tak dużej mierze. Kolejny slajd: leżałam w lesie. Drgnęłam na ten widok, poczułam przerażenie, zmaterializowało się widokiem Renesmee – naszej Renesmee, która powoli rozpływała się w nicość. Kolejny slajd: ciemność, przerażająca i nieopisana pustka z której wyłaniał się Edward.

'– Co to było?' – usłyszałam w swoich myślach. Nie był to jednak mój głos, tylko niespokojny baryton mojego najdroższego. – 'Nigdy, przenigdy, nie widziałem czegoś takiego. Bello, ty tak cierpisz, tak kochasz.' – Te słowa błądziły w mojej głowie niczym gwiezdny pył gdzieś w przestrzeniach wszechświata.

'– Nie wiem, chciałam tylko' – odpowiadałam niemo swojemu rozmówcy.

Przez chwilę poczułam się jak kiedyś, o zgrozo, gdy miałam te omamy, gdy wariowałam kiedy mnie opuścił. Nagle dłonie Edwarda szybko oddaliły się od mojej twarzy, zrobił to z takim odruchem, jakbym go parzyła. Popatrzałam na niego zdezorientowana. Był w takim samym szoku co ja. Miałam nadal omamy, czy on naprawdę siedział skulony, próbując wcisnąć się w najbardziej odległy zakamarek tylniego siedzenia? Poczułam ogromny ból, to moja tarcza wróciła z podwójną siłą jaką ją od siebie odepchnęłam. Rzuciło mną do tyłu, poczułam tylko jak ktoś mocno chwyta za moją dłoń, głowę odrzuciło mi gwałtownie w tył. Miałam wrażenie, że za chwilę po prostu odpadnie. To był Jasper, przerażony Jasper, który trzymał mnie tak kurczowo, jakbym miała za chwilę wypaść przez tylnią, malusieńką szybę. Boże, mało brakowało, a moja tarcza faktycznie uderzając we mnie z takim impetem wyrzuciłaby mnie na zewnątrz.

– Co to niby było? – Pierwszy raz w swojej wampirzej jak i ludzkiej egzystencji ujrzałam blondyna w takim stanie. Był po prostu przerażony. On!

– Edward, co z wami? – Alice była bardzo zmartwiona. – Zachowujecie się od godziny jak nawiedzeni – dodała zlękniona, patrząc na brata. Podążyłam jej spojrzeniem.

Cullen nadal siedział wbity w siedzenie, nogi miał podkulone i obejmował je swoimi umięśnionymi ramionami. Nie widziałam jego twarzy, która schowała się między kolanami. Nie mogłam jednak uwierzyć, że od chwili odepchnięcia tarczy minęła już godzina, miałam wrażenie, jakby to zdarzenie miało miejsce zaledwie minutę temu. I jak zdołałam tyle czasu odpychać od siebie swoją barierę ochronną?

– Bello? – Hale powoli puszczał moją dłoń. – Nie umiem nazwać nawet tego co wyście koło siebie wytworzyli, jakby was tu nie było, jakby pozostała tylko po was mgła. Nie, to nie to – panikował, nie mogąc zinterpretować nastrojów jakie nam towarzyszyły.

– Edwardzie! – Alice wołała piskliwym głosikiem, niczym małe dziecko któremu zabrano ulubioną zabawkę. – Bello, coś ty mu zrobiła? – Patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Czytał mi w myślach – wyszeptałam, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, byłam sparaliżowana strachem, niepokojem i Bóg wie czym jeszcze. Para spojrzała na mnie z niedowierzaniem, później na brata.

– Zatrzymaj się w lesie! – dobiegł mnie głos Jaspera i już było po wszystkim, odleciałam. Chwila. Od kiedy to wampiry tracą przytomność do jasnej cholery?

Poczułam niepokojący ogień w klatce piersiowej, po czym oślepiło mnie jaskrawe światło. Odezwał się we mnie instynkt.

'– Broń się, broń się przed nieznanym.'

Nim się ocknęłam, kucałam już gotowa do skoku, do ataku. W głowie kłębiły mi się myśli skąd zaatakują, kto zaatakuje? Przez to jaskrawe światło byłam oszołomiona, nie widziałam nic oprócz niego. Nagle poczułam mocne uderzenie w twarz. Zbiło mnie to z tropu całkowicie, wydałam z siebie ostrzegawczy warkot, odsłaniając rządek bielusieńkich i ostrych jak brzytwy zębów.

– Oszalała! – wzburzył się znajomy głos. – Ocknij się! – krzyknęła Alice, po czym znowu poczułam jej dłoń na swojej twarzy. Miałam najzwyczajniej w świecie ochotę odgryźć jej tę rękę.

– Alice uważaj! Nie potrafię zdefiniować w jakim jest stanie! – Usłyszałam niepewność w głosie jej ukochanego.

'Gdzie był Edward? Gdzie my byliśmy? Weź się w garść dziewczyno!' – karciłam się w myślach, starając się za wszelką cenę przedrzeć swój wzrok przez oślepiający blask. Udało się. Zobaczyłam przed sobą niezadowolonych znajomych. Alice trzymała dłonie blisko ciała, nogę miała wystawioną o krok do przodu. Nie wiedząc dlaczego, przyjęłam bliźniaczą pozę.

– Moje drogie panie, wyluzujcie! – Jasper miał nieprzenikniony wyraz twarzy.

Atak? Nie mogłam uwierzyć, moja przyjaciółka oczekiwała ataku z mojej strony, przybierając gotowość do ewentualnej obrony. Gdybym tylko założyła w swoich myślach taki ruch bez wątpienia rzuciłaby mi się do gardła w obronie siebie i ukochanego. Otrząsnęłam się z obrzydzeniem na samą taką ewentualność.

– Nie musiałaś mnie bić! – poskarżyłam się z wyrzutem, obracając tyłem do nich, tak by nie widzieli jak jest mi głupio z powodu swojego zachowania. Jak mogłam w ogóle szczerzyć zęby na własną rodzinę? Postradałam zmysły, czy co?

– Nie musiałaś na nas syczeć! – odparła smutnym tonem. Zanim skończyła zdanie byłam już przy niej i przytuliłam mocno.

– Przepraszam, nie wiem co się stało! – szeptałam, nie ukrywając swojego zszokowania tym co mi się przytrafiło.

– Opowiedz nam wszystko po kolei, bo Edward uciekł! – Hale był poirytowany naszym zachowaniem. – Co wy robiliście w samochodzie? – zapytał podejrzliwie, po czym przytulił ukochaną mocno do swej piersi.

– Gdzie on uciekł? – Prośba blondyna była w tej chwili stanowczo na drugim planie.

– Wróci! - odpowiedziała Cullen. - Najwyraźniej potrzebował chwili odosobnienia! – wyjaśniła, patrząc na mnie z wyczekiwaniem, bym jak najszybciej wyjaśniła to co zaszło między nami.

– Powiedziałaś, że czytał ci w myślach! – zaczął z niedowierzaniem Jasper.

– Zafrina nauczyła mnie – zaczęłam niepewnie, nie wiedząc czy mogę im zdradzić swój sekret – nauczyła mnie jak odsunąć od siebie swoją barierę ochronną.

– Tarczę? – wtrącił się. Skinęłam głową na znak zgody.

– To miał być taki prezent dla Edwarda. – Spuściłam wzrok. – Dzisiaj było jednak inaczej. Nie wiem jak to zrobiłam, ale materializowałam swoje ludzkie uczucia – ciągnęłam dalej, bez jakiegokolwiek zaangażowania.

– Często tak robicie? – Alice nie ukrywała zdziwienia moim wyznaniem. – To znaczy, czy on często ci siedzi w głowie?

– Nie! To dla mnie bardzo męczące i chyba trochę niebezpieczne – odparłam.

– Chodzi ci o siłę z którą to coś wraca, prawda? – Jasper zapewne pomyślał o moim niedoszłym wypadnięciu przez tylnią część Porsche.

– Tak. Wcześniej nie było z tym problemu, ale od około czterech lat staram się tego nie robić, to naprawdę bardzo boli, nie tak bardzo fizycznie jak psychicznie. Zastanawiam się właśnie czy to, że odleciałam nie było spowodowane właśnie tym! – wyjaśniłam, posyłając im kolejne przepraszające spojrzenie.

– Więc, co pokazałaś mojemu bratu, że zachowuje się jak pensjonariusz szpitala w którym nie ma klamek? – Alice stąpała z nogi na nogę ze zdenerwowania. Ależ się w nią już wcięły te ludzkie odruchy. Ja stałam ciągle bez ruchu.

– Jak już powiedziałam, materializowały się moje ludzkie uczucia, te obrazy były bardziej ostre niż moje aktualne wspomnienia. - Zniżałam na nowo wzrok, wbijając go w ziarenko piachu. – Chciałam tylko, żeby wiedział, że go rozumiem, że czuję taki sam strach i ból co on - tłumaczyłam się w pośpiechu. – I wtedy usłyszałam jego myśli – wycedziłam.

– Co? – Jasper spojrzał na mnie jakbym przyleciała spodkiem z kosmosu i wylądowała tuż przed nim.

– Słyszałam je! Myślałam, że to kolejne wspomnienia, te kiedy mnie zostawił i miałam omamy słuchowe, odpowiedziałam mu na jego pytania i wtedy on się tak gwałtownie ode mnie odsunął i wróciła ta cholerna tarcza, i straciłam przytomność – lamentowałam, naprawdę lamentowałam.

– Omamy? – wolał się upewnić Hale. – Było z tobą aż tak źle? – Spojrzał ze współczuciem.

– Wątpię czy byłbyś w stanie mi wtedy pomóc - mruknęłam smutno.

– Czytałaś w myślach Edwarda! – Była w prawdziwym szoku. – Teraz się nie dziwię dlaczego tak zareagował – dodała, a na jej twarzy pojawił się uśmiech oznaczający wielką ulgę. Spojrzeliśmy na nią ciekawi jej teorii.

– Dlaczego? – Tylko to byłam w stanie z siebie wydobyć.

– Bello, ty się zmieniasz, zyskujesz najwyraźniej nowe zdolności! – ucieszyła się.

– Nie sądzę! – zgasił jej zapał blondyn. Spojrzała na niego niezadowolona. – Moim zdaniem oni wytworzyli między sobą jakąś specjalną więź! Nie umiem tego nawet opisać, mało tego, mój umysł nie jest w stanie tego pojąć! – wyjaśnił z niedowierzaniem, przyglądając mi się uważnie.

– Moim zdaniem to był czysty przypadek. – Wzruszyłam ramionami. – Lepiej pomóżmy otrząsnąć się z tego Edwardowi! – dodałam, naprawdę martwiąc się o ukochanego.

– Jest już u Carlisle'a! – Uśmiechnęła się Cullen zadowolona. – Zamierza mu się zwierzyć z waszych problemów – wyjaśniła.

– To my je mamy? – Naprawdę się zdziwiłam. Jasper, chcąc nie chcąc, uśmiechnął się w rozbawieniu. – No tak, nie często zdarza się, żeby twoja żona czytała ci w myślach – dodałam zakłopotana.

– Jedźmy! – rzekł Jasper, już po raz drugi tego popołudnia.

Alice usiadła ze mną z tyłu, na wypadek jakbym znowu źle się poczuła. Na szczęście obyło się bez kolejnych ataków omdlenia i chęci rzucenia się rodzinie do gardeł. Jedyne co, to byłam śmiertelnie przestraszona spotkaniem z Edwardem i zmierzeniem się z tym co nas dosięgło. Mimo iż od naszego postoju w lesie do Forks było zaledwie 20 km miałam wrażenie, że droga ciągnie się w nieskończoność.

– Wysiądę tutaj! – rzekłam stanowczym głosem kiedy zjeżdżaliśmy z asfaltu na drogę w głąb lasu, która prowadziła do domostwa Cullenów. – Muszę się przygotować na konfrontację z Edwardem, nie jestem teraz na to gotowa! - szeptałam jak najciszej, mając tą świadomość, że domownicy mogą mnie słyszeć.

– Dobrze! Pamiętaj, że nie stało się nic złego! To co nowe zawsze może nas przerazić! – Pocieszała mnie przyjaciółka, całując w policzek. – Zazdroszczę ci Bello – dodała tajemniczo, po czym wyszła z wozu by usiąść z przodu obok ukochanego.

Nie miałam ochoty na pytanie jej o to, po prostu oddaliłam się najszybciej jak to było tylko możliwe.

Swój dziki bieg zakończyłam dopiero tuż przed granicą wyznaczoną paktem z wilkołakami. Coś wewnątrz mnie kazało mi kierować się do swojego dziecka, zapewne instynkt macierzyński – potężna sprawa. Biłam się w myślach, czy zostać i mieć poczucie bezpieczeństwa, czy może powinnam iść prosto do La Push, zobaczyć swoją córkę oraz spotkać tam swój koniec, swoją śmierć. Dobrze wiedziałam, że nawet wstawiennictwo mojego przyjaciela Jacoba i Nessie nie ocaliłoby mnie przed resztą sfory. Jak to określił kiedyś Paul: "układ to układ". Stałam niczym marmurowy posąg w strugach deszczu, nawet nie pamiętam kiedy zaczął padać, jakby mnie to co najmniej w jakimś stopniu interesowało. Nie przypuszczałam, że kiedyś stanę przed ponownym wyborem: śmierć albo życie, jednak tym razem śmierć oznaczała koniec, a nie początek. Za co los tak mnie karał, że musiałam wybierać między Edwardem a Renesmee? Czy Bóg aż tak mnie potępił za to jakiego wyboru dokonałam? Myślałam, że za chwilę umrę z rozpaczy. Ech, umieranie... Czymże miało być? Wolałabym umrzeć niż stracić Edwarda i córkę. Czy o to właśnie chodziło? Czy ktoś odgórnie skazał mnie na śmierć za życia? Nie chodziło mi wcale o aspekt fizyczny, bo w tym przypadku przecież nie byłam okazem zdrowia (bez bijącego serca trudno nim było być), lecz o tę część duchową, którą tak przejmował się mój ukochany.

– Kocham cię Edwardzie – szepnęłam, wysuwając prawą nogę do przodu by zrobić decydujący krok. – Nie mam już duszy więc i ciało mi niepotrzebne – mamrotałam jakby w letargu. Dokonałam wyboru między ukochanym a dzieckiem, dla samej siebie już i tak byłam martwa.

– Co robisz głupia wariatko!!! – dobiegł mnie z tyłu krzyk Edwarda.

– Żegnaj – wymamrotałam, po czym ciężar ciała przeniosłam na drugą nogę w celu całkowitego przejścia na stronę wilków. Złapał mnie z całej siły za talię i cisnął mną niczym szmacianą lalką o ziemię. Rozległ się głośny huk w momencie, w którym moje kamienne ciało spotkało się z mokrym podłożem.

– Czy ty postradałaś zmysły? – darł się na mnie, krążąc wokół. – Życie ci niemiłe? – nagle upadł przede mną na kolana. - Pomyślałaś o mnie i o Renesmee? O Jacobie i mojej rodzinie? Naszej rodzinie! – głos mu się łamał, a głowę spuścił ku ziemi.

– Myślałam o naszym dziecku. Nie umiałabym bez niej żyć – szlochałam w sposób zarezerwowany tylko dla naszej rasy. – Myślałam o tobie, o wszystkim. Co to za życie? – krzyknęłam zrezygnowana.

Edward wbił dłonie w mech.

– Ostrzegałem cię – usłyszałam jak wyszeptał to z bólem.

Tak wiele razy ostrzegał mnie przed konsekwencjami wampirzej egzystencji, przed utratą bliskich, przed wyrzeczeniami.

– Nie o to mi chodzi. – Otrząsnęłam się nagle, jakby ktoś potraktował mnie paralizatorem. – Ona odejdzie, ona nas kiedyś zostawi – gadałam jak w transie.

– I niby ja tu jestem od melodramatyzowania. – Zaśmiał się gorzko. – Kochana, kocham cię, nie zostawiaj mnie – błagał, chwytając mnie za ramiona.

– Przepraszam – wyjąkałam, jakby to było jedyne słowo jakie znałam.

– Wracajmy do domu – powiedział gdy już nieco ochłonęłam. Czułam się głupio, postąpiłam nierozważnie i tak ludzko bezmyślnie. Czas zacząć nowe życie.