Dziękuję za wszystkie komentarze. Co do częstotliwości dodawania, wszystko zależy od tego jak wielkich poprawek będą wymagać rozdziały. Na razie zmian jest bardzo dużo. Obecnie jestem gdzieś w połowie rozdziału drugiego.
Tekst sprawdzony przez Aicyd. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję.
x x x
Rozdział Pierwszy
Nienawidzę
Gdy wysycha staw i ryby leżą
na wyschniętej ziemi, zwilżanie
jednym oddechem lub śliną nie
zastąpi wrzucenia ich powrotem
do jeziora. Nie ożywiaj ludzi
ideałami; wyganiaj ich na powrót
w Rzeczywistość; ponieważ sekret
życia tkwi w samym życiu, a nie
w doktrynach, które go dotyczą.
Anthony de Mello
Modlitwa Żaby
/Pół roku później./
Temperatura wzrastała z dnia na dzień. W powietrzu wyczuwało się nadchodzące lato. Egzaminy już się skończyły, a wyniki zostały ogłoszone. Hogwardzkie błonia zalane były uczniami odpoczywającymi w promieniach słońca. Nikt nie myślał o nauce. Teraz najważniejsze były plany na nadchodzące wakacje.
Harry przechodząc przez kolejny opustoszały korytarz, powoli kierował się w stronę gabinetu dyrektora. Postronnemu obserwatorowi mogło wydawać się dziwne, że ten wzywa go tuż przed końcem roku, ale Harry nie by zaskoczony.
Od tamtego wypadku Dumbledore wzywa mnie codziennie, zawsze powtarzając to samo:
„Robię to wszystko dla twojego dobra, mój chłopcze. Mam nadzieję, że to rozumiesz". – Zaczynało go już mdlić od wysłuchiwania tego rodzaju zdań. Z chęcią darowałby sobie przyjemność usłyszenia kolejnego pasjonującego monologu, niestety miał pełną świadomość, że nie może tak po prostu zignorować wezwania. Już dawno nauczył się, że dyrektor nie jest osobą, której można od tak po prostu odmówić. Dobrze wiedział, że jak z własnej woli nie przyjdzie na „herbatkę", to któryś z nauczycieli uprzejmie przekaże mu informację, że dyrektor prosił o sprowadzenie go.
Zatrzymując się przed kamienną chimerą, przymknął oczy, biorąc kilka uspokajających oddechów. Gdy wreszcie był pewien, że nie poniosą go emocje i znów nie zdemoluje gabinetu, wypowiedział hasło:
- Truskawkowy sorbet.
Przejście otworzyło się ze zgrzytem.
Wstępując na ruchome schody zastanawiał się, kiedy tak właściwie zmienił swoje nastawienie do dyrektora. Po namyśle stwierdził, że miał na to wpływ cały ostatni rok. Jeszcze w wakacje chciał rozmawiać z Dumbledore'm i móc opowiedzieć mu o wszytskim, ale potem… Każda z sytuacji w których dyrektor go zbył, czy też wystawił na niebezpieczeństwo, powoli zmieniała jego spojrzenie na świat. W konsekwencji też, z miesiąca na miesiąc zaufanie, którym darzył dyrektora, znikało kawałek po kawałku.
A po ostatnich wydarzeniach, nic z niego nie pozostało…
Gdy stopnie zatrzymały się nagle przed masywnymi drzwiami, uniósł dłoń, by zapukać, nim jednak się na to zdobył, usłyszał ciche „wejdź Harry". Nie zdziwiło go to. W ciągu kilku ostatnich tygodni, w czasie których był wzywany, jeszcze nie zdarzyło się, by swoją obecnością zaskoczył dyrektora. Podejrzewał, że z chwilą wypowiedzenia hasła przed chimerą, Dumbledore otrzymuje jakieś zawiadomienie o tym, kto do niego idzie.
W końcu od czegoś jest magia, czyż nie? – Krzywiąc się sam do siebie, wziął jeszcze jeden głęboki oddech i nacisnął klamkę.
Unikając spojrzenia w błękitne tęczówki, zajął miejsce przed biurkiem, jeszcze nim padło jakiekolwiek zaproszenie. Wpatrując się we własne ręce, milczał, czekając, aż on zacznie pierwszy. Sam nie zamierzał rozpoczynać z nim rozmowy. Nie widział w tym najmniejszego sensu.
To on chce ze mną rozmawiać, nie ja z nim. Zresztą po tym, co zrobił ostatnio, chyba nie myśli, że od tak przejdę nad tą sprawą do porządku dziennego? Jeśli liczył, że te codzienne herbatki, coś zmienią, to się mylił.
Nie odezwałem się dotąd do niego w czasie żadnej z nich i teraz również nie mam takiego zamiaru!
- Wiem, że wolałbyś teraz opalać się na słońcu i zastanawiasz się pewnie, dlaczego zaprosiłem cię tuż przed przerwą wakacyjną, jednak jest kilka rzeczy, które musimy omówić. Wierzę, że to rozumiesz Harry?
Gdy w pomieszczeniu zapadła cisza, Harry zaczął skręcać w ręce skrawek swojej szaty, całkowicie przy tym ignorując pytanie. Miał nadzieję, że w ten sposób, przynajmniej trochę wyprowadzi Dumbledore'a z równowagi.
Nie mogę z nim walczyć, ale nikt mi nie zabroni traktować go jak powietrze, prawda? – Harry uśmiechając się do siebie w duchu, czekał.
Minęła blisko minuta, nim dyrektor odchrząknął i zaczął kontynuować:
- Nie będę przed tobą ukrywał, że sytuacja w magicznym świecie staje się coraz bardziej napięta. Voldemort atakuje coraz częściej. Giną nie tylko mugole, ale i całe rodziny czarodziei. Społeczeństwo zaczyna panikować i z tego względu nadchodzące wybory nowego Ministra są niezwykle istotne. By uniknąć wprowadzenia na stanowisko któregoś z ludzi Voldemorta, nasz kandydat musi zyskać całkowite poparcie. Z tego względu konieczna jest twoja aprobata, mój chłopcze. Czarodzieje pokładają w tobie wiarę. W sierpniu odbędzie się debata i chciałbym, byś wtedy oficjalnie się wypowiedział na forum. Będziesz już mieć szesnaście lat, więc twoje wystąpienie zostanie uznane za istotne…
Wyłączył się, czując, że zaczynają puszczać mu nerwy. Wolał przestać słuchać, niż po raz kolejny sprawić, że któryś z drogocennych sprzętów dyrektora wyleci w powietrze.
Czarodzieje pokładają w tobie wiarę. – Mam zareklamować Ministra, by ludzie go poparli? Kogo? Knota, który nie umie nic zrobić poza pilnowaniem własnego tyłka? Który blisko pół roku uważał, że kłamię i Voldemort tak naprawdę tylko mi się przyśnił?
Czy Dumbledore wierzy, że od tak go posłucham?
- …Tak więc do czasu debaty pozostaniesz u wujostwa. Gdy nadejdzie czas, przyjdę po ciebie osobiście. Pamiętaj jednak, że nie wolno ci opuszczać domu ciotki. Teraz możesz już iść. Spakuj się. Tak jak mówiliśmy wczoraj, zabiorę cię na Privet Drive osobiście. Jazda pociągiem mogłaby być zbyt niebezpieczna. Mogłoby to narazić twoich przyjaciół, a także resztę uczniów. Spotkamy się na zewnątrz, pół godziny po uczcie. Do zobaczenia, Harry.
Gdy tylko padły słowa „do zobaczenia", podniósł się i nie oglądając za siebie, opuścił okrągły gabinet. Niemal zbiegając ze schodów, wypadł na korytarz, czując, że jak zaraz nie da upustu emocjom, to zwariuje. Kierując się ku jednej z nieużywanych klas, liczył tylko na to, by nie napotkać żadnego nauczyciela po drodze.
Docierając bez przeszkód na miejsce, z ulgą zatrzasnął za sobą drzwi. Ledwie pamiętając o tym, by wyciszyć pomieszczenie, zaczął na oślep rzucać czary na wszystko, co zwróciło jego uwagę. Kiedy w strzępy rozleciała się dziesiąta książka, a kilka z ławek nadawało się już jedynie na opał, osunął się przy jednaj ze ścian na ziemię. Starając się wyrównać urywany oddech, odgarnął z czoła lepiące się do twarzy kosmyki wlosów.
Dlaczego on tak mnie traktuje? Jak cholerną marionetkę, która nie ma prawa mieć własnego zdania? Przecież on nawet nie przyjmuje odmowy! Mam tańczyć jak mi zagra!
Nie zgadzam się!
- Nie zgadzam… tylko… jak niby mam mu się przeciwstawić? Z Voldemortem sprawa jest znacznie prostsza. Po nim wiem, czego mogę się spodziewać, ale Dumbledore zawsze ma coś w zanadrzu. Jak coś chce na mnie wymusić, wspomina o bezpieczeństwie innych… o tym, że ja mogę ich narazić…
Czemu wiecznie musi wzbudzać we mnie poczucie winy?- Bezsilnie uderzając pięścią w podłogę, podciągnął kolana pod brodę. – Dlaczego to akurat ja mam być za innych odpowiedzialny? Mam dopiero piętnaście lat, czemu więc nie mogę być jak inni? Chcę mieć takie problemy, jak Ron, który martwi się czy zdoła dostać bilety na rozgrywający się w sierpniu mecz.
Dlaczego Dumbledore mi to odbiera? – Przymykając powieki, starał się odgonić od siebie wszelkie myśli. Nie miał pojęcia ile czasu spędził, siedząc w ten sposób, gdy jednak zdecydował się wreszcie ruszyć, mięśnie zapłonęły w proteście. Chwytając się najbliższej ławki by nie upaść, syknął, powoli rozprostowując nogi.
- Przy następnej okazji zdecydowanie powinienem wyczarować sobie jakąś grubą poduchę pod tyłek – wyszeptał i wciąż klnąc na własną głupotę, zerknął na wiszący na bocznej ścianie zegar.
Szósta.
Do uczty wciąż pozostało trochę czasu, jednak miał coraz mniejszą ochotę, by się na nią udać. Perspektywa spędzenia dodatkowej godziny pod lustrującym spojrzeniem dyrektora, odbierała mu wszelki apetyt.
Opuszczając klasę, powoli ruszył w stronę wieży, rozmyślając nad tym jak przekazać Ronowi informację o tym, że nie pojadą razem pociągiem. Chociaż sam wiedział o tym już od tygodnia, jeszcze nie zdobył się na wyjaśnienie mu czegokolwiek. I prawdę mówiąc dalej nie miał pomysłu.
Najmniejszego.
Zresztą starał się odłożyć tą rozmowę na ostatnią chwilę. Dobrze wiedział, że Ron się wkurzy i będzie roztrząsał sprawę na okrągło.
Tak. Ron może i czasami jest dziecinny, ale jednak można z nim porozmawiać o wszystkim. W czasie ostatnich miesięcy bardzo się zmienił. Teraz nigdy nie wątpi w moje słowa. Hermiona w dalszym ciągu uznaje, że Dumbledore ma rację, ale nie on… Ron podchodzi do wszystkiego bardziej realnie.
I dlatego cieszę się, że jesteśmy przyjaciółmi.
- Witaj Harry. Wchodź, wchodź, wyglądasz na zmęczonego.
Przechodząc przez dziurę za portretem, prowadzącą do Pokoju Wspólnego, uśmiechnął się do siebie. Już dawno zauważył, że Gruba Dama traktuje go specjalnie. Nie pierwszy raz, tak jak teraz, wpuściła go bez hasła, choć zawsze działo się tak tylko wtedy, gdy był sam. Początkowo myślał, że to robota Dumbledore'a, potem jednak, gdy kątem oka zauważył jedno z jej zalotnych spojrzeń, wszystko stało się dla niego jasne.
Rozglądając się po pomieszczeniu, od razu dostrzegł Rona, wymachującego ręką nad głową. Dołączając do niego, opadł na jeden z wolnych foteli przed kominkiem. Wpatrując się w buzujący ogień, pozwolił mu zasypać się pytaniami.
- Gdzieś ty był? Szukaliśmy cię od kilku godzin! Czy ty wiesz jak się martwiliśmy? Hermiona właśnie poszła jeszcze raz sprawdzić korytarze! Co ty robiłeś przez tyle czasu?
- Byłem u dyrektora.
- Z tego co pamiętam, to miałeś się spotkać z nim o piętnastej! Nie wierzę, żeby trzymał cię tyle czasu, zresztą widziałem jak godzinę temu kierował się do Salonu Profesorów! Gdzie wtedy byłeś?
- Demolowałem klasę na trzecim piętrze.
- Ty… co?
Harry wzruszył ramionami i nie chcąc wdawać się za bardzo we wszystkie szczegóły, zdecydował się skierować myśli Rona na sprawę, o której i tak musiał mu jeszcze przed kolacją powiedzieć.
- Dumbledore uznał, że zbyt niebezpieczna byłaby dla mnie podroż pociągiem i sam mnie odwiezie na Privet Drive. Dziś po uczcie.
- Dziś? Nie żartuj! Przecież to chore! Jak jazda pociągiem ma być nagle niebezpieczna? - twarz Rona wykrzywił grymas. Harry musiał przyznać, że z taką miną Ron wygląda komicznie. – A próbowałeś zaprotestować? Może jakbyś go poprosił, to się zgodzi?
- On nie zmieni zdania.
- Ale przecież nie może cię zmusić!
- Może.
- To nienormalne! Teraz to i ja mam ochotę zdemolować którąś z klas. Przynajmniej Filch będzie miał zajęcie na wakacje!
Harry parsknął śmiechem po tych słowach. Czując jak napięcie z całego dnia powoli z niego uchodzi, wygodniej rozsiadł się w fotelu, wdzięczny Ronowi za to, że po raz kolejny stanął po jego stronie. Wpatrując się w wesoło buzujący ogień, marzył o tym, by czas się zatrzymał.
Chociaż na trochę.
x x x
Nakładając sobie na talerz ciasto, po raz kolejny pokręcił bezsilnie głową, zastanawiając się, w którym momencie właściwie uległ namowom przyjaciół i udał się na ucztę. Odgryzając spory kęs babki, jednym uchem przysłuchiwał się toczącym się wokół rozmowom. Sam nie wdawał się w żadną dyskusję. Bał się, że mógłby wtedy powiedzieć coś nieodpowiedniego. Był pewien, że każde jego słowo dotarłoby do uszu dyrektora. Tak, już dawno zauważył, że ten go najzwyczajniej w świecie pilnuje.
Jakby bał się, że jego drogocenna marionetka może uciec.
Gdy wreszcie ostatnie z deserów znikły, pożegnał się z przyjaciółmi i jako pierwszy opuścił Wielką Salę. Kierując się w stronę wyjścia, sprawdził jeszcze, czy aby na pewno ma w kieszeni zmniejszony magicznie kufer i klatkę. Hedwiga była na łowach, ale nie martwił się o nią. Był pewien, że znajdzie go wszędzie.
Będąc na zewnątrz, oparł się o mur zamku i z nostalgią rozglądał się po błoniach. Czekały go blisko dwa miesiące z wujem i chciał jak najpóźniej zacząć o tym myśleć. Zdawał sobie bowiem sprawę, że ten jak zawsze, postara się zgotować mu piekło.
W końcu jestem dla niego darmową siłą roboczą, więc czemu miałby przepuścić tego rodzaju okazję?
- Gotowy? Gdzie twój kufer?
Podskoczył słysząc nagle, tuż obok siebie, tak dobrze znajomy głos. Nie zauważył, kiedy Dumbledore się zjawił, a nie znosił być tak zaskakiwany. Odwracając się w stronę dyrektora, dotknął ręką kieszeni, pewien, że to posłuży za całą odpowiedź.
- Wszystko masz? To dobrze. Chodź. Pojedziemy powozem do Hogsmeade, a stamtąd teleportujemy się bezpośrednio na miejsce. - Nim słowa przebrzmiały na dobre, jeden z lśniących powozów zatrzymał się tuż przed nimi.
- Wsiadaj Harry.
Podążając bez oporu za dyrektorem, starał się nie myśleć o tym, co przyniosą kolejne dni. Nie myśleć o niczym. Droga dłużyła mu się jak jeszcze nigdy wcześniej i ulżyło mu, gdy wreszcie wysiedli i panującą ciszę przerwał spokojny głos dyrektora:
- Aligio! - zaraz potem wylądowali na Privet Drive.
x x x
Kiedy kilkanaście minut później, z łoskotem zatrzasnęły się za nim drzwi sypialni, wyciągnął swoje rzeczy z kieszeni, i czekając aż zaklęcie przestanie działać, opadł na rozklekotane łóżko.
Wciąż mając w pamięci wściekłą minę wuja, którą ten skwitował jego przyjazd, zaczynał się zastanawiać, kiedy znów będzie miał okazję zjeść cokolwiek. Z urywanych słów ciotki Petunii odniósł wrażenie, że właśnie zepsuł im jakieś plany i podejrzewał, że odpowiedzialność za to, spadnie na niego.
Bo, na kim innym mieliby się wyżyć? Przecież, ja jestem do tego osobą wprost idealną! Czyż nie?
Jeżeli miał być szczery, powoli zaczynało go to przerażać.
x x x
W rozdziale użyłam zwrot Salon Profesorów, ze względu na to, że sformułowanie Pokój Nauczycielski nie bardzo pasuje mi do realiów Hogwartu.
x x x
Koniec Rozdziału Pierwszego
