#Nessarose i Księga Kłamstw#
Rozdział pierwszy – Audeo i nadmiar wypieków
2 lutego 1999, Londyn
- Przykro mi – oświadczył Peter, jakby to wnosiło cokolwiek do sprawy.
No pewnie, że ci przykro. A jak mnie jest przykro to nawet sobie nie wyobrażasz, pomyślał Harry w duchu.
- Chodzi o to, że... – Peter odłożył łyżeczkę ostrożnie na bok i wyrównał róg serwety, co automatycznie spowodowało, że Harry nabrał ochoty na zrobienie bałaganu. - Wydaje mi się, że ty sam nie bardzo wiesz czego chcesz.
Cios poniżej pasa. W takich sytuacjach nie powinno się mówić prawdy, bo to trochę zbyt przygnębiające. Fakt, ze właśnie się z kimś zrywa powinien już wystarczać, ale nie, Peter zawsze musiał przedobrzyć. Cholerny perfekcjonista.
- Jesteś bardzo miłym facetem, ale ja potrzebuję kogoś, kto jest pewien, że chce być właśnie ze mną – kontynuował spokojnie Peter nie zważając na to, że po drugiej stronie stołu rozgrywa się właśnie tragedia w miniaturze. - Przy tobie nigdy nie byłem tego pewien.
Porażka. Harry najchętniej zapadłby się pod ziemię, albo przynajmniej zakończył już tę rozmowę.
- Harry?
Masz babo placek. Peter najwyraźniej oczekiwał jakiejś odpowiedzi.
- Ja... - Harry zaczął i natychmiast przystanął - cholera...to zabrzmi idiotycznie, ale rozumiem o co ci chodzi.
Nie było odpowiedzi. Harry uniósł głowę i spojrzał na swojego już wkrótce byłego chłopaka.
- Harry... - Peter potrząsnął głową i zawiesił głos, a Harry próbował nie brać tego za komentarz do swojej osoby jako takiej. Nie bardzo mu jednak wychodziło.
- Słuchaj, mam zaraz robotę.
Robotę. Cóż za nieeleganckie słowo. Zupełnie nie na miejscu w ustach kogoś takiego jak Peter. Harry pomyślał, że może to oznacza, że on nie jest jedyną osobą, której w tym momencie żołądek zwija się w dziwne wzory. Myśl ta poprawiła mu humor na całe pół sekundy. Dokładnie do momentu, kiedy usłyszał dalszą część zdania.
- Myślę, ze najlepiej będzie jeśli na tym zakończymy i damy sobie trochę czasu do namysłu.
Czasu do namysłu, też mi. Oboje wiedzieli, że nikt nie będzie się nad niczym namyślał. Harry nienawidził takich grzecznościowych formułek.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, wiesz gdzie mnie znaleźć.
Peter nie spojrzał nawet w jego stronę, zajęty metodycznym zapinaniem guzików palta. Wyglądało to tak, jakby nie mógł już się doczekać wyjścia na zewnątrz. Prawdopodobnie tak właśnie było.
- Pewnie – odpowiedział Harry głosem, który w zamierzeniu miał być nonszalancki, a w rzeczywistości brzmiał raczej grobowo.
Peter pożegnał się w tempie więcej niż ekspresowym i wyparował z pola widzenia. Harry został sam na sam z dwoma filiżankami kawy i dwiema porcjami szarlotki, co w pewien sposób czyniło całą scenę jeszcze bardziej żałosną.
Przez parę sekund Harry patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem i kontemplował popadnięcie w depresję. Po chwili jednak otrząsnął się i zajął konsumowaniem szarlotki. Koniec, końców, wychowano go na bardzo pragmatycznego młodego człowieka, a dobra szarlotka, za którą i tak trzeba będzie zapłacić, nie powinna się marnować.
Gdy skończył zajmować się pierwszym kawałkiem ciasta i zabierał się właśnie do drugiego, doszedł, chcąc nie chcąc, do wniosku, że może ta cała upokarzająca scena na forum publicum była bardziej korzystna niż mu się z początku wydawało. Bo prawda była taka, Harry dość często odkrywał prawdę o sobie pomiędzy kawałkami kruszonki, że Peter zaczynał go już trochę męczyć. No dobrze, może nawet nie trochę i nie zaczynał. Cały ten ich związek ciągnął się niejako z rozpędu. Spotkali się w szkole średniej, razem odkryli, że nie należą do adoratorów damskich wdzięków i razem postanowili stawić czoła światu. Przez cztery lata zdążyli jednak odkryć, że poza orientacją seksualną, to wspólnego mieli tyle, co nic.
Ale to nie miało tak wyglądać. Jeśli już ktoś kogoś miał tu rzucać, to powinien to być Harry, bo, i każdy mógł o tym zaświadczyć, Harry Black był równym facetem, a Peter Brook był jaki był. Pedantyczny, narcystyczny i do bólu przestrzegający zasad, czyli generalnie nudziarz. I, jak się przypadkiem składało, był też pierwszym chłopakiem, jakiego Harry w życiu pocałował, szczerze mówiąc jedynym, i diabelnie przystojnym blondynem o arystokratycznym profilu i kimś, kogo Harry'emu będzie najprawdopodobniej brakować.
Do diabła z tym wszystkim. Harry zapłacił rachunek, wyszedł na zewnątrz i trzy razy kopnął latarnię z całych sił. Po trzecim razie palce stóp zaczęły protestować i Harry ruszył w stronę domu, myśląc o tym, że bez depresji najwyraźniej się nie obejdzie.
Gdy dotarł na Grimmauld Place, numer 12, stanął przed drzwiami wejściowymi i przez jakiś czas nie mógł się zdecydować co ze sobą zrobić. Nie miał jeszcze ochoty wracać do domu.
Skupił się więc na analizowaniu fasady tego koszmaru każdego architekta, który czasami nazywał domem rodzinnym. Teoretycznie dom nie należał do jego rodziny, ale Syriusz już by go zdrowo obstawił gdyby usłyszał choć słowo na temat tego, że on i Harry nie są tak naprawdę rodziną, więc Harry z przyzwyczajenia myślał o tym domu jako o swoim dziedzictwie. Chociaż, jeśli miałby być taki zupełnie prawdomówny, musiałby przyznać, że najczęściej myślał o tym budynku jako o polu bitwy. Dom przy Grimmauld Place chciał być mrocznym, gotyckim domostwem a'la Rodzina Addamsów, a Syriusz Brenn chciał z niego uczynić miejsce ciepłe i radosne. Pogodzić się tego nijak nie dało i na razie wychodziło na to, że między Domem Brennów, a Syriuszem jest remis. Remis ten robił na większości przechodniów wrażenie z gatunku tych bardziej niezapomnianych.
Harry rzucił pożegnalne spojrzenie w stronę groźnie łypiącego gargulca pomalowanego na kolor wściekle różowy i podszedł do drzwi.
Od progu powitały go dźwięki jakiejś bliżej niezidentyfikowanej muzyki – Syriusz posiadał miliony najdziwniejszych płyt – i zapach niebezpiecznie przypominający świeżo upieczony chleb. Albo bułki. Albo jeszcze inny rodzaj pieczywa. Harry nie bardzo się na tym wszystkim znał, chociaż okazji do bliższego zapoznawania się z tematem miał aż za dużo. W jakiś dziwny sposób Syriusz zawsze usiłował przetłumaczyć zastępowanie Harry'emu rodziców na sprzątanie, gotowanie i domowe wypieki. Przez większość czasu Harry'emu wydawało się, że Syriusz ma bardzo mgliste pojęcie na temat tego, jak wygląda prawdziwa rodzina, co nie znaczy, że próbował protestować. Nie staje się na drodze tornada, a Syriusz Brenn to już prawie kataklizm. Może nie do końca naturalny, ale jeśli istnieje możliwość, że zostanie po tobie tylko sterta drzazg i jeden but, wtedy lepiej nie czepiać się szczegółów.
- Wróciłem – oświadczył Harry wkraczając do kuchni.
Syriusz wydał z siebie jakiś bliżej nieokreślony dźwięk znad krawędzi książki kucharskiej dla ambitnych, nie spoglądając nawet w górę, gdy Harry porwał ciepłą jeszcze bułkę i usiadł przy stole.
- Jak tam, dobrze się bawiliście z Peterem?
Syriusz zawsze zadawał takie pytania, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że w uszach Harry'ego brzmią one co najmniej obscenicznie. Ale to nie była jego wina, takie pytania, jak i pytania o szkołę, należały do żelaznego repertuaru rodziców i Syriusz usiłował tylko wypełniać swoją rolę. Może by coś zmodyfikował gdyby Harry raczył go poinformować o tym, że on i Peter to trochę więcej niż przyjaciele, ale zawsze kiedy się do tego zabierał, coś stawało mu na przeszkodzie. Najczęściej własny strach. Bo Harry nie wiedział, co by zrobił, gdyby Syriusz zrezygnował kiedyś z funkcji honorowego rodzica.
- Średnio – odpowiedział więc, nie wdając się w szczegóły, wbijając za to zęby w chrupiącą skórkę doprawdy zbyt smakowicie pachnącej bułki.
Najwyraźniej jednak coś było nie tak z jego tonem głosu, bo Syriusz wyjrzał spoza książki i zmarszczył brwi.
– Jak to średnio? – zapytał.
- No średnio. Nie sądzę, żebyśmy się często widywali w najbliższej przyszłości.
Syriusz zareagował niespodziewanie gwałtownie. Rzucił książkę na stół, jakby go parzyła i zerwał się z miejsca.
- Nie wierzę – oświadczył, mordując wzrokiem stygnące wypieki. – Ten nędzny wypierdek, ta żałosna imitacja istoty ludzkiej!
Harry nie bardzo wiedział, co sądzić o tej reakcji.
- Ten zainteresowany tylko sobą maminsynek! Ta źle wyżęta ścierka do podłogi!
Syriusz krążył po kuchni rzucając inwektywy w stronę, wszystko na to wskazywało, byłego chłopaka Harry'ego.
- Syriusz, uspokój się, to... – zaczął Harry usiłując ułagodzić swojego przybranego ojca i ocalić pieczywo przed pewną śmiercią.
- To co?- przerwał mu Syriusz, który nie wyglądał jakby miał zamiar się uspokoić. - Nie wierzę, że ta słabo odbita kopia prawdziwego faceta cię rzuciła! Za kogo on się ma!
- T..ty...ty... wiesz?
Harry'emu zrobiło się nagle słabo na sercu.
- O tobie i o nim? Oczywiście. Nie jestem przecież ślepy – odpowiedział Syriusz wykonując jakiś lekceważąco-wymijający ruch ręką.
Harry uśmiechnął się lekko do siebie. Syriusz wiedział i wszystko było w porządku. W obliczu czegoś takiego, Peter i jego odejście traciło na znaczeniu.
- Syriusz, Peter...nie musisz się złościć. Mnie chyba aż tak nie zależało.
Syriusz stanął i spojrzał pytająco na swojego chrześniaka
- Chyba?
Harry uśmiechnął się ironicznie.
- Jeszcze nie doszedłem do tego, co jest zranione - serce i duma, czy może głównie duma.
Syriusz prychnął i usiadł z powrotem przy stole.
- Jakbym słyszał twojego ojca – powiedział w końcu otwierając znów książkę. Harry zerknął na okładkę. „101 przepisów na łakocie z czekolady". O rany. Będzie musiał znów sprosić znajomych, bo jeśli zostanie sam na sam z tym, co Syriusz stworzy pod wpływem tej książki, to zwiększy swoją objętość co najmniej dwukrotnie przed końcem tego tygodnia, a to nie wchodzi w rachubę. Nawet jeśli nie ma już chłopaka, któremu mogłoby się to nie podobać. Co przypominało mu o głównym punkcie obrad.
- Czyli nie masz nic przeciwko? – zapytał, bo z Syriuszem czasami trudno było dojść do ładu.
- A o co chodzi? – zapytał Syriusz z roztargnieniem, jakby zdążył już zapomnieć o całej sprawie.
- No o mnie i...no wiesz.
- Słyszałeś może o tym, że jeśli się nie potrafi czegoś wymówić, to z pewnością nie powinno się tego uprawiać?
Harry spłonął imponującym rumieńcem.
Syriusz wydał z siebie westchnienie z tych bardziej teatralnych i ponownie odłożył książkę na bok, rzucając w jej stronę tęskne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko – powiedział łagodnie, łapiąc wzrok Harry'ego. - Tak długo jak jesteś zadowolony. Znosiłem Petera, prawda? – Brzmiało to, jakby Syriusz był z siebie niezmiernie dumny.
Harry przewrócił oczami. - No tak, to rzeczywiście było poświęcenie.
- Nawet nie wiesz jakie. Już samo to imię... – Syriusz zamilkł nagle, aby po chwili dodać, ze sztuczną wesołością. - No ale na szczęście ten rozdział mamy już za sobą. Mam nadzieję, że następny delikwent będzie bardziej strawny.
- Postaram się – odpowiedź Harry'ego należała do gatunku nieco sarkastycznych.
Syriusz w ogóle się tym nie przejął.
- Trzymam cię za słowo.
Uśmiechnęli się do siebie. Harry'ego ogarnęło znowu to ciepłe, miłe uczucie, które pojawiało się czasami gdy on i Syriusz dogadywali się szczególnie dobrze. Czuł wtedy, że są prawdziwą rodziną. Nagle Harry zmarszczył brwi.
- Syriusz?
- Hmm? – dobiegło go z drugiej strony stołu.
- Myślisz...Czy ty myślisz, że mama i tata też by zrozumieli? – zapytał Harry, czując się co najmniej dziecinnie. Bo w gruncie rzeczy jakie to miało znaczenie? Jego rodzice nie żyli od osiemnastu lat. Nawet ich nie pamiętał.
Przez twarz Syriusz przebiegło coś dziwnego. Po chwili Harry rozpoznał w tym ból. I prawie dokładnie w tym momencie, kiedy doszedł do wniosku, że najwyraźniej odpowiedź, jeśli nadejdzie, nie będzie mile widziana, Syriusz powiedział – Na pewno nic by to nie zmieniło. Oni cię uwielbiali.
Harry nie poczuł się wcale lepiej. Ta odpowiedź była trochę zbyt gładka i nadeszła trochę zbyt późno.
- Ale nie możesz wiedzieć...
- Harry – głos Syriusza przywołał go do porządku. Harry przełknął ślinę i spojrzał na mężczyznę, który go wychował i który w tym momencie wyglądał jakby bił się z jakimiś szczególnie nieprzyjemnymi myślami.
– Nie chciałem tego wygrzebywać, ale widzę, że bez tej rozmowy się nie obejdzie. – usłyszał w końcu Harry i nagle pomyślał, że może lepiej było nie drążyć tematu.
- Słuchaj, nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz. – rzucił pośpiesznie, usiłując nie patrzeć Syriuszowi w oczy.
- To nie tak. Po prostu... – Syriusz zatrzymał się i potrząsnął głową, jakby odganiał jakieś niesforne wspomnienia lub zmory.
- No dobra, ujmijmy to tak. Jestem pewien, że twoi rodzice nie mieli by nic przeciwko twoim skłonnościom, ponieważ nigdy nie dali mi odczuć, że mieli problem ze mną.
Syriusz patrzył na Harry'ego wyczekująco, a ten dla odmiany stracił mowę.
- O – wydusił z siebie po dłuższym namyśle. Był całkiem dumny z tego „o", brzmiało jak porządne, elegancki i okrąglutkie „o". Nie jakieś tam byle co. Co nie zmieniało prawdopodobnie faktu, że brzmiał jak osoba, której zabrakło słów i zmuszona była odwołać się do pojedynczych samogłosek.
- Właśnie. O – Syriusz wyszczerzył zęby w lekko złośliwym uśmiechu.
Harry poczuł się nagle strasznie niewdzięczną istotą. Syriusz wychowywał go praktycznie od niemowlęctwa, a on nawet nie wiedział, że jego przybrany ojciec skręcał w tę, a nie inną stronę. W ogóle o tym nie myślał. W życiu Syriusza Brenna nie było wprawdzie żadnych kobiet, ale nie było też żadnych mężczyzn. Nie było w ogóle życia osobistego. Raz czy dwa, Harry zastanawiał się czemu, bo Syriusz nie był jeszcze taki znów stary i nawet całkiem przystojny, ale nie dumał nad tym zbyt długo, bo kto by się zastanawiał nad życiem towarzyskim swoich rodziców, przybranych, czy nie, jeśli mógłby się zajmować własnym. A teraz nagle, bogatszy o ten jeden szczegół, Harry nie mógł się nie zastanawiać czy może życie towarzyskie Syriusza nie odbywało się w ukryciu. Słyszał o takich sprawach. No może nie do końca słyszał, a bardziej oglądał w paśmie dla kucharek, ale twórcy telenowel skądś musieli te wątki brać. Głowa Harry'ego wypełniła się nagle wizjami zakazanego romansu, który Syriusz ukrywał przed nim przez lata, bojąc się, że Harry nie zaakceptuje jego wyboru.
- Czy ty...? – zaczął, pełen najlepszych chęci i obiecując sobie, że cokolwiek usłyszy to i tak będzie pełen wsparcia. Będzie wcieleniem wsparcia. Potem pewnie będzie się musiał zgłosić do psychologa, żeby się z tych traumatycznych przeżyć wyspowiadać, ale co tam.
- Czy ja co? – zapytał Syriusz, nie czekając na to, aż Harry wyduka całość pytania.
- Czy ty masz kogoś? – dokończył Harry czując się człowiekiem niesłychanie odważnym.
Syriusz zamilkł i Harry w ekspresowym tempie przeniósł się ze stacji „zadowolony z siebie" na „śmiertelnie zmieszany".
- Przepraszam, nie powinienem był pytać – rzucił szybko i zerwał się od stołu, szykując w myślach rozliczne plany ucieczki. Syriusz był jednak szybszy i złapał go za rękaw nim Harry zdążył porządnie się wyprostować.
- Siadaj, sieroto jedna. Albo nie. Zrób mi najpierw herbaty. Będę potrzebował czegoś na ukojenie nerwów.
Harry potulenie skierował się w stronę blatu, na którym stał czajnik elektryczny w kolorze sepii zakupiony przez Syriusza w erze uwielbienia dla kolorów ziemi.
- Pamiętasz jak opowiadałem ci o tym, jak spotkałem twojego ojca w szkole z internatem? – usłyszał Harry nalewając wody do czajnika. - W tym samym okresie poznałem jeszcze jednego chłopca, zupełnie wyjątkowego chłopca. – Harry nie mógł nie zauważyć, jak głos Syriusza zmiękł przy ostatnim zdaniu. - Twój tata został moim najlepszym kumplem, moim bratem.
- A ten drugi chłopiec? – zapytał Harry wyjmując z szafki pudełko z herbatą i starając się brzmieć nonszalancko.
Syriusz znów zamilkł i Harry domyślił się, że jego ojciec chrzestny jest myślami bardzo daleko od ich kuchni.
- Chyba nie muszę ci tłumaczyć jak to jest gdy się dorasta i nagle odkrywa, że są chłopcy-kumple i są ci inni chłopcy. – nutka ironii powróciła na swoje miejsce w szeregu.
Harry uśmiechnął się pod nosem, chociaż pamięć podpowiadała mu, że doświadczenia te były bardziej traumatyczne, niż zabawne.
- Byłem przerażony, tak cholernie się bałem, że on się zorientuje i nie będzie chciał ze mną mieć nic do czynienia – Syriusz roześmiał się sam do siebie. Harry lubił ten śmiech. Oznaczał, ze wszystko jest w porządku. - Zupełnie niepotrzebnie.
Harry wykorzystał kolejną chwilę milczenia na zalanie herbaty.
- Pasowaliśmy do siebie, wiesz? Tak cholernie doskonale. – W głosie Syriusza było tyle emocji, że Harry bał się odwrócić. Nie wiedział co mógłby zobaczyć na jego twarzy.
Ostrożnie przeniósł filiżanki na stół. Gdy stało się jasnym, że Syriusz nie powie już nic więcej, Harry zebrał się na odwagę.
- Co się stało? Z tym chłopcem?
Syriusz sięgnął po swoją filiżankę i wsypał do niej trzy łyżeczki cukru. Miłość jego ojca chrzestnego do słodyczy przyprawiała Harry'ego momentami o ból zębów. No chyba, że dotyczyła tortów.
- Jest już poza moim zasięgiem – odpowiedział w końcu Syriusz. Ton głosu sugerował coś bliskiego śmierci, a może nawet ją samą.
- Kiedy?
- Dawno. Mniej więcej wtedy, gdy zamieszkaliśmy razem.
Syriusz zawsze używał takich sformułowań. Kiedy razem zamieszkaliśmy. Kiedy się przeprowadziliśmy na Grimmauld Place. Kiedy się do mnie wprowadziłeś. Nigdy słów typu – po tym, jak umarli twoi rodzice. Czasami gdy był bardzo zmęczony lub zdenerwowany, mówił „tamten dzień" głosem podszytym nienawiścią. Harry wiedział od zawsze, że 31 października 1981 był najgorszym dniem w życiu Syriusza Brenna, ale nagle uświadomił sobie, że może nie tylko dlatego, że tego dnia zginęli jego rodzice. Bo minęło prawie dwadzieścia lat, a Syriusz nadal brzmiał jakby to wszystko zdarzyło się wczoraj.
- I od tej pory nie było nikogo? – Harry nie mógł ukryć sceptycyzmu. Syriusz roześmiał się widząc jego wyraz twarzy i potrząsnął głową.
- Było parę żałosnych prób, ale szybko dałem sobie spokój – powiedział w końcu, uśmiechając się lekko do siebie, jakby myśląc o czymś, czego Harry'emu nie zdradził. – Nie mam ochoty się z nikim wiązać. Dobrze mi, tak jak jest. Z resztą, to już nie dla mnie.
- Ale... – Harry zaczął od nowa, ponieważ to nie była powieść i pierwsza miłość nie miała trwać wiecznie.
Syriusz spojrzał mu w oczy całkowicie poważnie i Harry zamilkł.
- Gdy twoi rodzice się pobierali, patrzyłem na nich i myślałem, że oni są dla siebie stworzeni – Syriusz uśmiechnął się do swoich myśli i Harry wiedział z doświadczenia, że musi odczekać chwilę nim jego ojciec chrzestny wróci do teraźniejszości. - I byli. A gdy znajduje się kogoś takiego, wtedy nie można zadowolić się już nikim innym, bo wszyscy mają braki.
Uśmiech Syriusz nabrał nagle gorzkiego podtekstu.
- Poza tym, wiem, że ciężko ci w to uwierzyć, ale z biegiem czasu człowiek się przyzwyczaja do bycia bez pary. No i nie jestem przecież sam. Mam ciebie.- Syriusz wstał od stołu i przechodząc, zmierzwił Harry'emu włosy, gestem, który ten dobrze pamiętał z dzieciństwa. - I uwierz mi, wychowywanie kogoś takiego, jak ty, to zajęcie w pełnym wymiarze godzin.
Ironia doczekała się odpowiedzi w postaci Harry'ego teatralnie przewracającego oczami.
- No to co? Tort czekoladowy na uleczenie zranionej dumy? – zapytał Syriusz machając Harry'emu przed nosem książką kucharską.
Harry chciał mu powiedzieć, że nie jest już dzieckiem i doskonale wie, że sprawy nie są takie proste i że umie rozpoznać, kiedy się przed nim coś ukrywa, ale powstrzymał go wzrok Syriusza. Harry zrozumiał, że Syriusz zakończył rozmowę i nie chciał dyskutować dalej.
- Czekoladowo-orzechowy? – zapytał więc z nadzieją, godząc się z tą zmianą tematu. - Ten z tym fajnym kremem karmelowym?
– Trzy godziny. Tyle się robi ten twój fajny krem karmelowy – poinformował go Syriusz z miną osoby, która cierpi na samą myśl o staniu w kuchni przez tyle czasu. Był całkiem przekonujący i gdyby Harry nie wiedział lepiej, mógłby się nawet nabrać.
- Wiesz, to chyba jednak jest złamane serce, a nie tylko duma.
- Doprawdy? – Syriusz spoglądał na niego sceptycznie.
- Tak. Z pewnością. To musi być serce. – Harry wstał i położył rękę Syriusza na swojej klatce piersiowej. – Czujesz? Nic. Zupełnie nie bije. Złamane.
- No nie wiem. Coś tam jednak stuka.
- To ostatnie podrygi. Początek końca – Harry przybrał minę zbolałego psa, która z niewiadomych powodów zawsze pomagała mu dostać czego chciał. – Nie odmówisz chyba skazańcowi ostatniego posiłku?
Syriusz nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Harry pogratulował sobie w duchu kolejnego zwycięstwa.
- No dobra, panie dramatyczny. Na górę, zajmować się czymś konstruktywnym, a ja zobaczę co się da zrobić w sprawie tortu.
Harry posłał mu szeroki uśmiech zwycięzcy i wykonawszy obowiązkowy skok po zaopatrzenie, te pyszne bułki nie mogły się przecież zmarnować, no i tort miał być dopiero za trzy godziny, wbiegł po schodach na górę.
2 lutego 1999, Hogwart
Severus Snape oparł się o oparcie fotela i zamknął oczy. Lochy Hogwartu pogrążone były w kompletnej ciszy. Nic dziwnego, jeśli pamięta się o tym, że ostatni Ślizgon opuścił te mury prawie trzy lata temu. Myśl o tym dniu nadal przynosiła ze sobą gorzki smak porażki.
Gdy rozpoczęła się druga wojna prawie wszyscy Gryfoni stanęli po stronie Dumbledore'a. Większość Puchonów pomaszerowała za nimi jak posłuszne owieczki. Ponad połowa Krukonów przeszła na stronę wroga, ale ci, którzy zostali walczyli za dwóch, żeby zmazać hańbę jaką zdrajcy przynieśli ich Domowi. Ślizgoni odeszli. Wszyscy co do jednego. W pewnym sensie, myślał czasem Snape, to był najgorszy moment w jego życiu. Stał na środku wspólnego pokoju i patrzył, zaciskając bezsilnie pięści, jak jego uczniowie pakują się i spokojnie wracają do domów, zostawiając oblężony Hogwart za sobą.
Snape starał się wmówić sobie, że nie spodziewał się niczego innego. Od początku wiedział, że w jego Domu będzie najwięcej tych, którzy przyłączą się do powracającego Voldemorta. Większość jego uczniów miała rodziców, którzy byli Śmirciożercami. Nigdzie indziej nie było aż tylu czarodziejów czystej krwi, nigdzie indziej nie hołdowano tak bardzo starym ideałom, a mimo to Snape nigdy nie przypuszczał, że opuszczą go wszyscy.
Gdy Anna Izabela Mazarin umarła we śnie tuż przed początkiem roku szkolnego dziesięć lat temu, Snape uznał to za dość dogodny zbieg okoliczności. Anna miała trochę zbyt skostniałe poglądy i nigdy nie ukrywała sympatii dla dokonań swojego ulubionego studenta, nawet jeśli okupione były one morzem niewinnej krwi. Albus Dumbledore wyznaczył Snape'a na jej następcę nie przez przypadek. Oboje wiedzieli, czemu właśnie on dostał to stanowisko. Kto inny niż nawrócony Śmierciożerca mógłby przekonać nowe pokolenie, że nie warto tracić życia dla Voldemorta.
Severus Snape rozpoczął swoją pracę stojąc u szczytu schodów i patrząc jak z łodzi wysypują się pierwszoroczniacy. Tacy młodzi, pomyślał, nic nie jest jeszcze stracone. Wziął ich wszystkich pod swoje skrzydła, opiekował się nimi, gdy nie było nikogo innego, trzymał ich stronę, gdy reszta nauczycieli patrzyła na nich podejrzliwie, nauczył ich wszystkiego co umiał. Zajmował się nimi wszystkimi po równo, ale nie mógł zaprzeczyć, że ci , którzy przybyli tamtego pierwszego roku jego urzędowania zawsze byli wyjątkowi. Prawie jak jego własne dzieci.
Gdy Śmierciożercy okrążyli Hogwart i posłali do Dumbledore'a wiadomość, żądając wydania wszystkich uczniów, którzy sympatyzowali ze stroną Voldemorta, jego „ulubione dzieci" kończyły właśnie siódmy rok nauki. I to oni pierwsi ruszyli do swoich kwater spakować rzeczy. To oni dali znak do odejścia. Tracey Davis, pół-krwi brunetka zawsze usiłująca wszystkim udowodnić, że jest bardziej przywiązana do tradycji niż każda wiedźma czystej krwi. Blaise Zabini, który przez siedem lat co tydzień słał listy do swojej pięknej, owdowiałej matki. Daphne Greengrass, która mając jedenaście lat oświadczyła Snape'owi z pełną powagą, że jest najwspanialszym czarodziejem na świecie. Theodore Nott, który nawet spać chodził z książką w ręku. Vincent Crabbe, który po kryjomu dokarmiał koty w kuchni i Gregory Goyle, który niestety z roku na rok coraz bardziej przypominał swojego gwałtownie usposobionego ojca. Millicent Bulstrode, która skrzętnie ukrywała zamiłowanie do koloru czerwonego i Pansy Parkinson, której dowcip ciął jak stal. A na koniec Draco Malfoy, który wyszedł ostatni i zamknął za nimi wszystkimi drzwi, nie odzywając się ani słowem.
Nikt i nic nie przygotowało Snape'a na tą chwilę. Ani na długie dni które nadeszły potem, kiedy samotnie przemierzał korytarze lochów. Nikt nie powiedział mu, że poczucie winy będzie go prześladować nocami, za każdym razem gdy usłyszy imię jednego ze swoich uczniów powiązane ze słowem Śmierciożerca. Nie spodziewał się, że będzie w kółko zastanawiał się gdzie popełnił błąd i ze nie będzie umiał zapomnieć, że kiedyś znał ich wszystkich, gdy byli jeszcze dziećmi i gdy nie było w nich jeszcze zła.
- Powinno się to zamknąć na dobre i przenieść wszystko na górę – głos wyrwał Snape'a z zamyślenia. Ktoś najwyraźniej postanowił pospacerować po jego korytarzu. Jakiś Gryfon sądząc po treści wypowiedzi.
- Jak możesz tak mówić? – drugi głos wydawał się lekko oburzony i bardzo żeński. - To też cześć Hogwartu – Hermiona Granger, pamięć Snape'a podsunęła mu uczynnie.
- Zimna i obślizgła część, moglibyśmy się obejść bez niej.
Hermiona Granger i Ron Weasley, zasugerowała podświadomość. Snape poczuł jak budzi się w nim napięcie. Co oni tu robili? Nie mieli prawa panoszyć się po jego domu. To była jego cześć zamku, tylko Ślizgoni mieli tu wstęp, a on był ostatnim z nich.
- Przygotowanie eliksirów wymaga niskich temperatur, tak samo jak przechowywanie większości składników – odpowiedziała Granger, w rzeczowy sposób, który nie poprawił Snape'owi za grosz humoru. - Lochy to najodpowiedniejsze dla nich miejsce.
- Może, ale i tak uważam, że można by coś z tym zrobić. Nie wiem po co w ogóle trzyma się jeszcze te wszystkie pozostałości po tej oślizgłej zgrai – Snape zacisnął palce na oparciu fotela. - Proporce, herby, wszędzie ich pełno.
Snape napiął mięśnie i wbił paznokcie jeszcze mocniej w obicie fotela. Wiedział, że unoszenie się z tak błahego powodu nie ma najmniejszego sensu. Zbyt wielu ludzi wygłaszało codziennie te same, albo i gorsze sądy. Zajęty walką z samym sobą, Snape nieomal przegapił wybuch świętego oburzenia ze strony Hermiony Granger.
- Ślizgoni są taką samą częścią historii Hogwartu jak i Gryfoni!
- Doprawdy? To czemu ich tu nie ma? Nic dobrego nie wyszło nigdy z tego Domu, wszyscy to wiedzą.
Wystarczy, pomyślał Snape wstając z fotela. Dość tych bzdur. Nie zdążył jednak nawet obrócić się w stronę drzwi, nim dobiegł go dźwięk jeszcze innego głosu.
- Co tutaj robicie? Nie powinniście się zapuszczać tak daleko.
Wilk. Pięknie. Cała gryfońska menażeria.
- Professor Dumbledore wysłał nas po belladonnę – odpowiedziała Granger. Weasley milczał, jak zawsze w tego typu sytuacjach. Tyle była warta słynna gryfońska odwaga.
- Mimo wszystko powinniście najpierw zgłosić się do profesora Snape'a zanim zaczniecie myszkować samodzielnie.
Czasami Snape zastanawiał się czy nie powinien porzucić swojej niechęci do Lupina. Z nich wszystkich to on okazywał mu najwięcej szacunku i zrozumienia. Zawsze spokojny Remus Lupin. Wilk w owczej skórze. A potem Snape'owi przypominało się z kim ma do czynienia i porzucał te niedorzeczne pomysły. Był Ślizgonem. Nie potrzebował uprzejmych słówek czy zrozumienia. Nie potrzebował nawet szacunku.
- Czy wiecie jak brzmi motto Ślizgonów? – zapytał nagle Lupin.
- Ślizgoni nie mają motta – padła szybko skądinąd błędna odpowiedź.
Snape wiedział do czego zmierza Lupin. Prawdopodobnie usłyszał, co mówili jego uczniowie i teraz będzie to próbował naprawiać. Ten pęd do czynienia dobra gdzie popadnie zawsze był jedną z tych cech, których Snape nie mógł znieść w Gryfonach. Nie przychodziło im nigdy do głowy, że nie wszyscy potrzebują pomocy.
- Mają – odpowiedział spokojnie Lupin. - Po prostu nie wypisują go na sztandarach, ale możecie pewni, że wszyscy Ślizgoni je znają. W tym Domu bardzo ceni się historię i sekrety.
Prawda. Gdy Snape pierwszy raz wkroczył do wspólnego pokoju Ślizgonów, zagubiony jeszcze wśród innych pierwszoroczniaków, powitał go widok Anny Izabeli Mazarin stojącej na środku w sukni czarniejszej jak śmierć. Spojrzała na nich jakby wiedziała o nich wszystko i zaczęła snuć opowieść. Gdy Severus Snape udał się wreszcie do swojego pokoju, miał oczy szeroko otwarte, głowę pełną historii o czasach dawno minionych i pewność, że w domu Slazara Slytherina osiągnąć może wszystko, czego zapragnie. Wiele lat później sam stał na środku pokoju i tłumaczył zasłuchanym dzieciom, co to oznacza być Ślizgonem i jakie zasady powinny im przyświecać.
- Audeo – powiedział Lupin gdzieś za drzwiami. – Śmiem – przez chwilę Snape zastanawiał się skąd Lupin to wie. Gdzieś w pamięci kołatała mu się świadomość, że Zdrajca miał rodzinę w Domu Ślizgonów, ale jak wszystko co dotyczyło tej postaci, myśl ta umknęła, nim zdążył jej się przyjrzeć. - Salazar Slytherin urodził się w czasach kiedy urodzenie przypisywało człowieka do określonej drogi życiowej – wykład za ścianą trwał dalej. - Był najprawdopodobniej najzdolniejszym i najpotężniejszym magiem swojej epoki, ale urodził się w nieodpowiedniej rodzinie. A mimo to, zamiast się poddać i dostosować, rzucił wyzwanie światu i przez wiele lat walczył praktycznie ze wszystkimi o należną mu pozycję. Część przesądów na jego temat bierze się z tego, że inni założyciele Hogwartu patrzyli na niego z niechęcią jako na osobę niższego stanu.
Snape pamiętał tą historię, jakby poznał ją dopiero wczoraj. Wszyscy Ślizgoni ją znali. Audeo wzięło się z tej części pamiętników Slazara Slytherina, które ocalono z pożaru podczas wojen Wielkiej Schizmy. Śmiem być lepszy niż wy wszyscy, napisał Salazar Slytherin na jednej z pierwszych stron. Audeo. Śmiem. Kwintesencja ślizgońskiej ambicji.
- Ale to nie ma sensu! – Granger miała najwyraźniej potrzebę wyrażania swojej opinii w sposób niezwykle głośny. - Przecież Salazar Slytherin był największym przeciwnikiem przyjmowania do Hogwartu uczniów mugolskiego pochodzenia. Czemu miałby to robić jeśli sam miał takie problemy?
Czasami niepełna wiedza jest jeszcze gorsza niż zupełny jej brak. Od jednego słowa do drugie. Od przypadku do przypadku. Od jednej pomyłki do drugiej. Powoli, krok po kroku, aż tysiąc lat później nawet Ślizgoni nie wierzą już, że Salazar Slytherin mógł być kimś więcej niż uprzedzonym fanatykiem.
- Założyciele Hogwartu pozwolili uczęszczać tu dzieciom mugolskiego pochodzenia, ale oczywiście tylko dzieciom odpowiedniego mugolskiego pochodzenia – Gdyby Snape słuchał uważniej, usłyszałby w tym miejscu nutkę czystego cynizmu zupełnie nieodpowiednią dla Gryfona. - Nic się też specjalnie nie zmieniło w postrzeganiu gorzej urodzonych czarodziejów. Slytherin był zdania, że powinno się najpierw przyjąć wszystkie dzieci urodzone w świecie czarodziejów, chociażby na miejsce tych mugolskiego urodzenia. I tak zaczęła się mroczna legenda o złym Slytherinie, który nienawidził Mugoli.
Snape nie usłyszał więcej z tego dialogu. Temat był zbyt drażliwy i sprowadzał jego myśli na tory, którymi nie powinny podążać. Wycofał się w głąb podziemi, zostawiając za sobą dwoje nierozważnych dzieci i wilka o zbyt łagodnym głosie. Miał pracę do wykonania. Lupin mógł być uprzejmy i spokojny, ale dużą część tego opanowania zawdzięczał regularnym dawkom eliksirów, które Snape przygotowywał na polecenie Dumbledore'a od niemal dwudziestu lat. To nie była skomplikowana formuła, chociaż trochę czasu zajęło mu wymyślenie takiej wersji, która nie kłóciłaby się z eliksirem Wilczego Jadu.
Gdy w korytarzu skończyła się już rozmowa, a nieproszeni goście zniknęli, Snape nadal precyzyjnie odmierzał składniki i dodawał je powoli do wywaru. Ze wspomnień powracały do niego słowa dawno zmarłego czarodzieja.
Śmiem być potężnym magiem. Śmiem być lepszy niż wy wszyscy. Śmiem przerastać własne urodzenie. Śmiem sięgać po wszystko, czego zapragnę. Śmiem dążyć do celu i osiągnąć go siłą własnych rąk. Śmiem być pierwszym i ostatnim.
Audeo.
c.d.n.
No, jeśli teraz nikt nie jest zaintrygowany, to definitywnie robię coś nie tak...
