Obudził się zziębnięty na plaży mrucząc coś pod nosem. Miał na sobie tylko spodnie i koszulę. Był boso. Hak nie był zamontowany do jego dłoni, o czym przekonał się próbując się na nim podeprzeć i runął w piach. Spojrzał na marny kikut jego ręki i poczuł ścisk w trzewiach. – Przeklęty Piotruś pan! Okaleczył go na całe życie. Tak bardzo chciał mu wypruć flaki. Ale gówniarza nie było tu już od wielu miesięcy. A może nawet lat. Stracił już rachubę. Usiadł zrezygnowany na plaży i wpatrywał się z odległości w swój piękny statek. Miał zdobywać obce lądy, a nie kotwiczyć tutaj. Może gdyby jutro nad ranem zebrał tą leniwą załogę, mógłby to osiągnąć. Popłynąć przed siebie i nigdy nie wrócić do tego zielonego przylądka. Postanowił, że tak uczyni. Ale dziś po raz ostatni przejdzie się po tej ziemi. Pożegna się z tym znienawidzonym lądem.

#

Wbiegł na plażę. Nie było statku. Panika wewnątrz i radosne głosy dobiegające zza jego pleców.

– James! James! Znaleźliśmy Migotkę ukrywała się pod zielonym pniem. Zobacz! - na plażę wbiegło trzech chłopców. Najmniejszy z nich trzymał w ręku wróżkę. Wcisnęli mu ją w dłoń i pofrunęli śmiejąc się figlarnie. Hook trzymał teraz w dłoni małe stworzenie patrzące na niego z uwagą. Miało na sobie seledynową sukieneczkę i jasne blond włosy. Z jej twarzy wyzierały na niego wielkie fioletowe oczy, o ile oczy malutkiej wróżki w ogóle można ocenić jako wielkie. Poruszała skrzydełkami śmiejąc się i śpiewając. Mam obie dłonie, pomyślał, gdy złocisty pył rozniósł się po jego palcach. Mam obie dłonie. Uśmiechnął się do siebie. Poczuł jak ziemia umyka mu spod stóp. Jak unosi się w powietrzu. Zaśmiał się teraz donośnie i poszybował w niebo. Mógł teraz zrobić wszystko. Po chwili wirowania w powietrzu spojrzał na wróżkę, którą wciąż trzymał w dłoni.

– Kim jesteś? - zapytał

– To ja, Migotka James, nie wygłupiaj się, walnąłeś się w głowę?

- Gdzie jest Piotruś? - pomyślał mściwie , że teraz go znajdzie i dopadnie. Już teraz nie będzie musiał się starzeć na tej przeklętej wyspie. Miał w posiadaniu swoją własną wróżkę. – Prowadź mnie do Piotrusia Pana! – rozkazał i puścił stworzenie.

– Jakiego Piotrusia? Nigdy kogoś takiego nie było w Neverlandii. – usłyszał zdziwiony głos elfki. I runął w dół.

#

Po godzinnym marszu dotarł pod stare wielkie drzewo nieopodal strumienia. Pochylił się by nabrać wody, jednak jedna ręka nie dawała takich możliwości. Woda spływała między jego palcami. Na dłoni zaś zostawały tylko resztki płynu. Pochylił się i zanurzył usta w strumieniu, uważając by nie wpaść do niego. Upokarzające. Nie radził sobie z prostymi czynnościami. Tak przywykł już do haka, że nie pamiętał jak radzić sobie bez niego. Zmęczony tym wyczynem usiadł na ziemi opierając swoje spocone plecy o duży kamień. Patrzył w niebo i przeklinał tego bezczelnego gówniarza za swoje niedole. Nagle na kamieniu, tuż przy jego ramieniu usiadła stara wróżka. Już miał odruchowo powiedzieć : „Nie ma czegoś takiego jak wróżki", gdy spojrzał na niewielkie stworzenie. Olbrzymie fioletowe oczy gapiły się na niego z ciekawością. Zmarszczył czoło i zmrużył oczy. Skąd on zna to spojrzenie? Cień rozpoznania przemknął przez jego głowę. A potem poczuł się ciężki niczym ten głaz przy którym usiadł. I zasnął.