W przygotowaniu...
Dość szybko zawodnicy podzielili się na kilkanaście grupek zbitych ze sobą, choć zdarzali się też samotnicy. Byli też tacy, którzy nie czekali i z zapałem ćwiczyli nowe ciosy na arenie.
Błękitny i czarno-czerwony jeż podeszli do dość sporej i nietypowej gromadki: Wiewiórki w niebieskim żakiecie, lisa posiadającego dwa ogony, czerwoną kolczatkę, różową jeżycę, srebrnego jeża, fioletową kotkę, nietoperzycę w dość obcisłym stroju, krokodyla z słuchawkami na uszach, wiercącą się nerwowo pszczołę i kameleona pogrążonego w skupieniu. Czarno-czerwony odezwał się:
- Gotowi?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Odparła kolczatka, wymachując rękoma.
- Wspaniale, Knuckles. Ale nie przesadzaj z tym wyjściem na arenę. - Dodał niebieski jeż z lekkim uśmieszkiem.
- Ja przesadzam?! Ja nigdy nie przesadzam! - Warknął Knuckles, unosząc groźnie zaciśnięte pięści.
- Panowie, spokojnie. - Mruknęła kotka, podchodząc do nich. W jednej z jej dłoni pojawiła się niewielka kula ognia. - Skupmy się na tym, po co tu przyszliśmy.
- Złotko, chciałaś chyba powiedzieć: Po co MY tu przyszliśmy? - Rozległ się głos za ich plecami. Zebrani odwrócili się i ujrzeli zielonego jeża w stylowych okularach przeciwsłonecznych oraz w skórzanej kurtce ze złośliwym uśmiechem. Obok niego stała lisica w pomarańczowo-białym stroju na suwak, mierząc resztę protekcjonalnym wzrokiem. Z drugiej strony jeża natomiast stała wiewiórka podobna nieco do tej, która stała w grupie. Różnica polegała na tym, że miała ona na sobie błękitny mundur, kilka odstających kosmyków włosów i dość ponure spojrzenie.
- Scourge... - Syknął błękitny jeż.
- Dokładnie, pchełko. - Nazwany Scourgem uśmiechnął się złośliwie po raz kolejny, ukazując błyszczący garnitur zębów. - Nie macie szans na wygranie tej nagrody. Usuńcie się więc z drogi i zostawcie to... Profesjonalistom.
- Mówisz o nas? - Dwa kolejne głosy dało się słyszeć za plecami. I znowu zebrani odwrócili się jak jeden mąż. Dwa jeże - Jeden wyższy w czarnej szacie, o czarno-żółtym futrze i z młotem na ramieniu, drugi - Niższy, w kurtce podobnej do kurty Scourga i biały jak śnieg.
- Eon i Luther... - Mruknęła wiewiórka. - Co to za zabawa bez was, prawda?
- Fakt, Sally. Bez nas trudno sobie wyobrazić dobrą zabawę. - Niższy z jeży, Eon uśmiechnął się delikatnie.
- Co nie zmienia faktu, że jesteśmy tu w charakterze rywali, a nie przyjaciół. - Dodał Luther ponuro, robiąc młynek swoim młotem tak jakby nic nie ważył.
- Ale i tak nie wygracie. - Błękitny jeż uśmiechnął się chytrze, jakby znał wyniki nadchodzących walk.
- Oni nie, my owszem. - I po raz kolejny wszyscy się odwrócili, by ujrzeć żółtego niedźwiedzia w nabijanych rękawicach oraz łasicę z schowanym za pas magnum.
- O, najemnicy się pojawili... - Mruknął kameleon.
- Powiedzieli prywatni detektywi! - Obruszył się niedźwiedź. Przez chwilę wszyscy mierzyli się w ciszy wzrokiem. Ciszę w końcu przerwał Scourge:
- No dobra. Niech wygra lepszy. - Grupa zielonego jeża minęła się z grupą centralną. - Czyli jedno z nas!
- Wolnego! - Wrzasnął za nim błękitny jeż.
- Ech, będzie ciężko. - Mruknął szary kot przystrojony w piracki ubiór. W przeciwieństwie do pozostałych spotkanych już zwierzopodobnych, ten miał zgoła ludzkie wymiary. Za pasem sterczała błyszcząca szabla oraz dwa pistolety. - Widzę tu samych mocnych przeciwników.
- Damy sobie radę, jak zwykle. - Odparł radośnie biały wilk bez jedngo oka w szkarłatnym mundurze. Jedna z jego rąk okuta była żelazem. - Jak zawsze dochodzisz do finału, zgarniasz nagrodę i świętujemy na "Navisie". Czym się martwisz?
- Chociażby Soniciem. - Odparł kot, nie przestając ponuro się uśmiechać. - Ten jeż i jego prędkość dźwięku.
- Nie takich przeciwników pokonywaliśmy. - Zawtórowała wilkowi brązowa kotka w płóciennej koszuli, skórzanych spodniach i zapiętą pod szyję peleryną. Za pas zatknięte były cztery sztylety i niewielki bicz. - Wolvington ma rację, kapitanie.
- Może i tak, Katarzyno, ale przezorny zawsze bezpieczny. - Odparł nazwany kapitanem. Chciał już rozpocząć kolejny wywód, gdy nagle na jego twarzy wykwitł nieprzyjemny uśmiech. - Le Rauxe znalazł sobie nowych goryli. - Syknął kot. Wolvington i Katarzyna odwrócili się. Z kierunku, który pokazywał ich kapitan zmierzał wysoki i chudy jak tyczka pies w purpurowym mundurze. Z jednej jego strony szedł mocarny tygrys z przepaską na oku, z drugiej - Słusznych rozmiarów kot z toksycznie zieloną papugą, która co chwila skandowała: "Arr! Kapitan Pazur! Arr! Kapitan Pazur!".
- Le Rauxe... Powtórzył Nataniel Pazur, cedząc zgłoski niczym sito.
- Proszę, proszę. - Odparł mu na to nazwany Le Rauxem. - Jakże znamienite towarzystwo. Aż dziwię się, jak was tu wpuścili. Prawdopodobnie ukradliście czyjeś wejściówki i w ten sposób dostaliście się tu. - Le Rauxe uniósł urękawicznioną dłoń i dźgnął palcem Pazura. - Twoja obecność w tym miejscu jest więcej niż niestosowna.
- Grzeczniej, chudzielcu. - Warknął Wolvington, chwytając za miecz. Goryle Le Rauxe błyskawicznie złapali za ostrza. Zapanowała niezdrowa cisza.
- Phew. Szkoda mi tracić autorytetu tutaj. Rozprawię się z tobą na arenie, Pazur. - Warknął pies, odwracając się na pięcie. Tygrys i kot z papugą posłusznie poszli za nim.
- Świat staje na głowie, żeby piraci - Nawet takie szumowiny jak Red Tail czy Joseph Marrow - Służyli Le Rauxowi. - Mruknął Wolvington, chowając szablę.
- Tak... To fakt. - Dodała Katarzyna.
- Panowie, dobrze że jesteście. - Przemówił jednooki goblin w przerdzewiałym pancerzu, wciąż obolały po uprzednim wykorzystaniu przez Wrexa w charakterze maczugi. - Sprawa jest jasna, że musimy wygrać. Podobno nagroda jest niewyobrażalnie wysoka. - Goblin przemawiał do dość niecodziennego zgromadzenia: Turianina, czaszkogłowego stwora, potwora z rozpiętym na grzbiecie mięsno-kostnym rządkiem kolców, humanoida z krowią czaszką zamiast łba, robotem do złudzenia przypominającym pewnego błękitnego jeża oraz mężczyzny w stroju bitewnym w nietypowym hełmie na głowie. - Jakieś problemy?
- Przeciwnicy. - Odparł robot, wskazując głową na zbiorowisko Mobian.
- Jak zwykle. - Dodał potwór z potwornym kręgosłupem.
- Nie sądzę, byśmy powinni się martwić. Jeden z nas z pewnością dojdzie do ćwierćfinałów, a stamtąd to już łatwa droga do zwycięstwa.
- Chyba raczej do powrotu w czarnym worku. - Odciął się czaszkogłowy. Rozległy się chichoty.
- Kwestionujesz moją siłę?! - Warknął goblin.
- Nie oszukuj się, Balor: , Fergard Stratoavis, Nekros Soulburner, Sam Stone... Co ty im możesz zrobić?
- Nocny ma rację. - Dodał stwór z kręgosłupem.
- Być może... Właśnie dlatego należy mieć szczęście... Albo samemu je sobie stworzyć. - Balor uśmiechnął się parszywie.
- Coś szykujesz, prawda? - Odezwał się turianin.
- Owszem. Ale na razie zostawię to w tajemnicy. To będzie taka mała... Niespodzianka. - Goblin uśmiechnął się parszywie raz jeszcze.
- Dobra, plan jest taki: Robimy rzeź i wracamy do domu. - Powiedział wesoło szary gnoll, opierając swój pokaźny młot na ramieniu.
- Wydoroślej, Genn. - Odparł drugi gnoll w szacie i rurami pod skórą. - Jesteśmy tu po coś, pamiętasz?
- No tak... Ale nie przeszkadza to urządzić rzezi. - Nazwany Gennem wciąż mówił tak, jakby nie miał nic wielkiego do zrobienia.
- Ech... Ty się nigdy nie zmienisz.
- A kogo to moje oczy widzą? - Dało się słyszeć rubaszny głos zza ich pleców. Gnolle odwróciły się i zobaczyły pandarena objuczonego niczym wół, orka w zbroi półpłytowej, Lodowego Upiora, dwójkę gremlinów - Jednego w okularach, drugiego w połatanym płaszczu, mężczyznę wyglądającego na ponad 80 - letniego dziadka oraz krasnoluda w złotej zbroi.
- A tośmy się dawno nie widzieli. - Stwierdził ork, wymieniając z gnollami przyjacielskie uściski. - Kojarzycie Chena, prawda? - Pandaren zamachał im przyjaźnie. - A to są Kardel i bracia Brimstone. - Krasnolud i gremliny ukłonili się. - A to Raijin. - Ork wskazał na dziadka. Genn i drugi gnoll spoważnieli.
- Ten Raijin?
- Tak, dokładnie ten. Król Żelaznej Pięści. - W środku nagle zrobiło się bardzo duszno. - A Nekrosa znacie. - Lodowy Upiór skinął im lekko głową.
Nieco dalej stała inna grupka: Ubrany na czarno chłopak z dwoma mieczami na plecach, rudzielec w stroju naukowca, chłopak z dredami bawiący się fantazyjnie wykutym sztyletem oraz czworo dziewczyn ubranych odpowiednio na biało, czerwono, niebiesko i zielono.
- Gdzie Brick, Bad i Boomer? - Zapytał cicho czarno ubrany jednej z dziewczyn.
- Powiedzieli, że stawią się "we właściwym momencie". - Odpowiedziała, odgarniając rude włosy.
- Idę o zakład, że tych amigos nie ma w promieniu kilkuset metrów od nas. - Mruknął chłopak z dredami.
- Znacie plan. Wygrać. Pomoc RRB bardzo się przyda. Na razie to tyle. Do zobaczenia na arenie. - Grupka rozeszła się. Zostali tylko ubrana na biało dziewczyna i chłopak ubrany na czarno. Postronny obserwator mógłby stwierdzić, że pasują do siebie jak ulał.
- Jak myślisz, uda się nam? - Zapytała niepewnie dziewczyna.
- A jest jakieś inne wyjście? Nie powstrzymało mnie 31 rywali, nie zrobiło tego rywali 63, więc ze 128 nie powinno być kłopotu.
- Casper... A jeżeli znajdzie się ktoś potężniejszy od ciebie? - Zapytała niepewnie białowłosa(Tak, miała białe włosy).
- Niby kto? Mój ojciec? - Zapytał nazwany Casprem. W tej samej chwili za jego plecami dało się słyszeć głos:
- Hej... Synu. - Casper odwrócił się. Ujrzał mężczyznę o rdzawoczerwonej grzywie z mieczami takimi samymi jakie posiadał chłopak. Do tego był opancerzony, choć był to pancerz skórzany.
- Hej... Tato. - Odparł syn niechętnie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Chwilę później mężczyzna podał Casprowi rękę, mówiąc:
- Niech wygra lepszy! - Chłopak uśmiechnął się lekko. Uścisnął prawicę ojca.
- Niech wygra lepszy! - Zawtórował mu.
- Żałosne. - Stwierdził lakonicznie wampir w czarnym płaszczu o niemalże idealnych rysach. Za pasem miał zatknięty sztylet, a w bladej dłoni ściskał laskę, z której emanowała silna moc magiczna. Tuż obok niego stał lisz w czarnym pancerzu i z dwoma mieczami, drugi lisz - Nieco bardziej "tradycyjny" oraz kolejny wampir, przygarbiony i z usłużnym wyrazem twarzy. - Nie ma tu absolutnie żadnego zagrożenia.
- Czy ja wiem, Vokialu? - Zawahał się lisz bojowy. - Wyglądają na mocnych. - Garbus przytaknął, mamrocząc "Tak, tak!".
- Nie ma powodu do obaw, Nesdro. - Odparł wampir. - Prędzej czy później to wszystko się skończy. Jak to mawiał Thant: "Cmentarze pełne są ludzi niezastąpionych".
- Co nie zmienia faktu, że kilku z nich naprawdę jest groźnych. - Mruknął drugi lisz, wskazując laską Lodowego Upiora. - Chociażby on. - Oczy Vokiala zwęziły się. Miał okazję spotkać się z Nekrosem. Wystarczy powiedzieć, że wrócił w kawałkach...
- Nie wiem, czy sobie poradzę. - Powiedziała niepewnym głosem kotka w lekkim, czerwonym pancerzu. Tuż obok niej stali niewielki pingwin w grubych jak denka od butelek szkłach i grubym błękitnym swetrze i gładko ogolony mężczyzna w beżowej bluzie i spodniach oraz czarnej koszulce.
- My mamy gorzej. - Powiedział pingwin. - Musimy być komentatorami, bo wcześniejsi komentatorzy postanowili sobie powalczyć.
- Właściwie to sami się zgłosiliśmy. - Zauważył mężczyzna. - Choć w sumie nasza praca ograniczy się do głośnego komentowania i zdzierania gardeł... Podczas gdy Kat mogą odciąć rękę.
- Yyy... Fakt. - Pingwin wycofał się ze swojego stanowiska, lekko speszony.
- Dzięki za słowa otuchy. - Stwierdziła kwaśno Kat, chwytając za swoją broń - Bambusowy kij bo.
- Na nas zawsze możesz liczyć. - Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Nieco dalej, dwie kobiety: Lisica i tygrysica syberyjska - rozmawiały przyciszonymi głosami.
- Boisz się? - Zapytała tygrysica.
- Trochę... Dziwisz mi się? - Odparła lisica, spoglądając w dół, czy wszystkie rzemyki zbroi zostały dopięte.
- Nie martw się. Ja też... Zróbmy to dla Carissy.
- Tak. Twoja siostra potrzebuje tej operacji i tylko nagroda za zwycięstwo może pokryć całą rehabilitację. - Kobiety uścisnęły sobie dłonie. - Powodzenia.
Nagle dało się słyszeć głos z głośnika:
- Wszyscy zawodnicy proszeni są do korytarza przedarenowego. A komentatorzy do kabiny komentatorskiej, migusiem! - Pingwin i mężczyzna skwapliwie ruszyli po schodach, gdy tymczasem cała reszta ruszyła dość ciasnym korytarzem. Gdzieś w środku pochodu dało się słyszeć zduszony głos Wrexa:
- Kto, k....a dał takie wąskie korytarze! Tu nie idzie oddychać!
