Tłumaczyła Ebony. Tekst nie został przeze mnie w żaden sposób zmieniony czy poprawiony.
Gdy umiera dzisiaj
Część pierwsza
Rozdział drugi
Grafitowo-zielone oczy studiowały uważnie rozgrywający się przed nimi bal. Izar czuł, jak stopniowo wzrasta w nim niechęć i znużenie. Jak kogokolwiek mogła bawić taka rozrywka? Liczył się tu tylko status społeczny, potęga i obnoszenie się ze swoim bogactwem i popularnością.
Chłopak przystanął obok zakąsek i oparł się o ścianę, obserwując tańczące pary oraz ludzi prowadzących konwersacje poza parkietem. Odbywał się właśnie wielki letni bal w Ministerstwie Magii. Kilka razy do roku Ministerstwo wydawało podobnie kosztowne przyjęcia, opłacając z kieszeni magicznym podatników absurdalne zagraniczne potrawy oraz jedwabie i diamenty, którymi udekorowana była cała sala.
W ogóle mu to nie schlebiało.
Niesamowite, jak daleko zaszedł podczas tych czterech lat w Hogwarcie.
Przybył do szkoły jako biedna sierota, niepewny, jaki czeka go los. Co prawda w kwestii bogactwa czy pochodzenia nic się nie zmieniło, ale poziom jego wiedzy nieprawdopodobnie wzrósł w ciągu czterech lat.
Nie zmieniła się także jego chłodna i zdystansowana postawa. Kontakty z pozostałymi uczniami utrzymywał tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne, do nikogo się również szczególnie nie przywiązał. Przez pierwsze dwa i pół roku Draco Malfoy był jego cierniem w boku, mruczącym "szlama" za każdym razem, gdy się mijali i próbującym ośmieszyć go na wszelkie możliwe sposoby. Jednak w związku z tym, że Izar nigdy nie dał się wyprowadzić z równowagi jego komentarzami, ten tępawy blondyn w końcu dał sobie spokój.
Niespecjalnie przeszkadzało mu bycie szlamą. Co prawda tak bliskie pokrewieństwo z brudnymi mugolakami nie było czymś, z czego mógłby być dumny, ale wiedział, że jest najlepszą szlamą, jaką kiedykolwiek widział świat czarodziejów. Albo przynajmniej będzie najlepszą szlamą. Nawet on nie był na tyle arogancki by nie przyznać, że musi się jeszcze sporo nauczyć.
Ponieważ faktycznie czekało go jeszcze wiele nauki. Tej nigdy zbyt wiele, zwłaszcza dla niego.
W zeszłym roku, będąc czwartoklasistą, zdał SUMy równolegle z piątoklasistami. Zrobił to na prośbę dyrektora Dumbledore'a, który potrzebował dowodu na to, że Izar gotów jest ominąć jedną klasę i przejść do rocznika wyżej. Podobny ewenement wydarzył się dotychczas tylko raz w historii Hogwartu. O dziwo, dokonała tego pewna Puchonka kilka dekad temu.
Nie był zaskoczony swoimi wysokimi wynikami. Nigdy nikomu nie powiedział, że zamiast rozpoczynać swój piąty rok nauki w szkole, zostanie szóstoroczniakiem. Jedyni ludzie, którzy zdawali sobie z tego sprawę byli pracownikami Ministerstwa, profesorami lub Niewymownymi.
Niewymowni...
Westchnął, szukając wzrokiem kilku Niewymownych rozsianych po sali. Niewielu wiedziało o nich coś więcej poza faktem, że pracowali w Ministerstwie. Izar znał ich wszystkich. Pod koniec czwartego roku jego nauki w Hogwarcie, tuż po zdaniu SUMów, zaproponowano mu pracę. Bardzo zaskoczyli go wtedy propozycją, by wyćwiczył swoją inteligencję w ich laboratoriach.
Zgodził się.
Magia i teoria magii od zawsze wielce go intrygowały. Ta oferta pracy spadła mu wprost z nieba. Podobało mu się stanowisko, na którym pracował, całymi dniami mógł eksperymentować ze swoimi ulubionymi dziedzinami.
Dyrektor zgodził się, by Izar podjął tę pracę, ale jedynie na okres wakacyjny. Piąty rok jego nauki - czy raczej szósty - miał się rozpocząć już za kilka tygodni, podobnie zresztą jak jego piętnaste urodziny. Obchodził je dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego. Czternastoletni Niewymowny... Bawiła go ta myśl.
Niestety, nadal musiał mieszkać w sierocińcu. Za każdym razem gdy tam powracał, jego nienawiść do mugoli wybuchała z nową siłą.
- Wydajesz się być znudzony, Izar. - Jakiś kuszący głos wdarł się w jego myśli.
Odwrcćił się i posłał krótki, lekki uśmiech niskiej dziewczynie stojącej obok.
- Daphne. - Mruknął ozięble, ponownie odwracając się w stronę polityków. Blondwłosa Ślizgonka z jego rocznika była jedną z trzech osób, które momentami tolerował. Przez większość czasu jednak po prostu działała mu na nerwy. Być może dlatego, że wydawała się rozumieć go najlepiej ze wszystkich ludzi i zawsze próbowała wyciągnąć go z jego zimnej, milczącej skorupy.
Nie był jednak zainteresowany nawiązywaniem przyjaźni, tym bardziej nie zamierzał stać się bardziej rozrywkowy na jej życzenie.
- Tatuś mówi, że przeskakujesz piąty rok i od razu zaczynasz szósty.
- Tak - odpowiedział krótko, poirytowany, że nie została w tej sprawie zachowana całkowita dyskrecja. Nie chciał, by powszechnie rozniosła się ta informacja. Ojciec Daphne, pan Greengrass, był pracownikiem Ministerstwa, a wraz z Lucjuszem Malfoyem był także członkiem komitetu administracyjnego Hogwartu.
Izar był całkowicie przekonany, że Lucjusz powiedział już o wszystkim Draco. Ten mały drań zapewne grasował teraz w tej sali, szukając go w zamiarze skonfrontowania go ze swoją wiedzą.
Nie czuł skrępowania z powodu ominięcia jednego roku. W zasadzie było mu to nawet na rękę, dotychczasowe zajęcia były tak niewymagające, że zwyczajnie go nudziły. Jednak problem, jaki mieli z tym inni uczniowi był dla niego zwyczajną stratą czasu, nie mówiąc o tym, jak nudne to było.
Przynajmniej nikt nie wiedział o tym, że Izar pracuje z Niewymownymi, oczywiście oprócz ich samych i Dumbledore'a. Nawet Minister nie chciał mieć z tym nic wspólnego i postanowił trzymać się jak najdalej od tej grupy pracowników Ministerstwa.
- Może zatańczymy? - spytała Daphne, opierając się o ścianę obok Izara. Oboje wiedzieli, że było to pytanie retoryczne, nie odpowiedział więc. - Ojciec mnie tu dziś przytargał, ja wolałabym zostać w domu i nadrobić trochę czytania - powiedziała beztrosko.
Chłopak zerknął na nią i zmrużył oczy, widząc jej drwiący uśmiech.
- Nie kpij sobie ze mnie - wymamrotał, odsuwając się od ściany. - Nie nabierzesz mnie, nienawidzisz czytać, za to kochasz te... odrażające zgromadzenia społeczne. - Wskazał ręką na czystokrwistą dumę czarodziejskiego świata.
Zaśmiała się lekko, a jej ciemnozielone oczy pojaśniały.
- Za to ty z pewnością wolałbyś zatopić swoje piękne oblicze w jakiejś zakurzonej księdze. - Również odsunęła się od ściany, zbliżając do Krukona. Jej oczy znajdowały się dokładnie naprzeciwko jego oczu, co dowodziło tylko, jak niskim był chłopakiem. Daphne była najniższą czarownicą na swoim roku, jednak nie ujmowało jej to atrakcyjności, nie sprawiało także, że wyglądała dziwacznie. - Co każe mi się zastanawiać... Co ty, Izarze, z wszystkim ludzi na świecie, robisz tutaj? Na ministerialnym balu, pełnym czystokrwistych czarodziejów, których tak nienawidzisz?
Wcale nie nienawidził czystokrwistych. Nie obchodziła go ich wyniosłość ani przekonanie, że stoją wyżej niż inni. Może i są bardziej czyści, ale na pewno nie lepsi. Najbardziej nienawidził mugoli oraz tych zrodzonych z niemagicznych ludzi. Nienawidził własnego gatunku, ale mimo to starał się dać z siebie wszystko i nadrobić tę niedoskonałość.
Postąpił krok naprzód i uśmiechnął się pod nosem.
- Jaka szkoda, że tatuś nie jest w stanie poinformować cię o wszystkim, prawda, Greengrass? - Powiedział na pożegnanie i odwrócił się, chcąc w końcu uwolnić się od niej i jej paplaniny.
- Jesteś mi winien taniec - rzuciła za nim miękko.
Jeszcze czego. Nie potrafił tańczyć, a nie zamierzał robić z siebie głupka i pozwalać, by to kobieta go prowadziła. Po prostu wiedział, że Daphne chciałaby prowadzić.
Lucjusz przysłuchiwał się gwarowi rozmów dookoła. Bez zdziwienia zauważył, że to Tom Riddle wydawał się przyciągać niemal wszystkich ludzi z tłumu. Większość z tych pracowników Ministerstwa nie była śmierciożercami i nie miała pojęcia, że ten wysoko postawiony polityk knuł przeciw nim za ich plecami. Unikanie go zresztą i tak byłoby bezsensowne. Lecieli do niego jak ćmy do płomienia.
Tom Riddle, niektórym znany także jako Lord Voldemort, piastował urząd starszego podsekretarza, a od czasu do czasu zastępował znajdującą się w schyłkowym stadium raka Amelię Bones na jej stanowisku dyrektora Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Do tej roli Tom przyjął formę około sześćdziesięcioletniego mężczyzny, o ciemnych włosach przeplatanych nitkami srebra i delikatnie starzejącej się twarzy. Oczy miał ciemne i przeszywające, choć nawet w połowie nie tak bardzo, jak jego naturalne.
Lucjusz wiele razy widział już prawdziwą formę Czarnego Pana, ukazującą się po zdjęciu czaru zmieniającego wygląd. W rzeczywistości nie przekroczył nawet o dzień trzydziestego roku życia, gdyż to właśnie w tym wieku stał się nieśmiertelny. Gęste, ciemne włosy nie zaczęły jeszcze siwieć, a na jego skórze nie można było dopatrzeć się ani jednej zmarszczki. I chociaż wielu zapewne uznałoby go za przystojnego mężczyznę, śmierciożerców o wiele bardziej pociągała siła jego potęgi i ideałów.
Zazwyczaj Tom Riddle, jako polityk, ze swobodą prowadził konwersacje i nie pozwalał, by ktokolwiek poczuł się pominięty. Dzisiaj jednak był rozkojarzony. I tylko Lucjusz wydawał się wiedzieć, gdzie Czarny Pan błądzi myślami.
Ciemne oczy z uwagą śledziły każdy krok zręcznej sylwetki Izara Harrisona.
Nie winił za to swojego Mistrza. Pomijając fakt, że Izar był zdecydowanie bardzo atrakcyjnym - żeby nie powiedzieć pięknym - chłopakiem, nosił się również tak, jak żadna z dotychczas znanych Malfoyowi osób. Z jego dumnego chodu wyczytać było można zarówno pogardę dla własnej osoby, jak i pewność siebie. Dwie postawy, które kompletnie się wykluczały. Jak można jednocześnie nienawidzić siebie, a przy tym czuć się pewnie i bezpiecznie?
Lucjusz nie widział Izara od czasu ich spotkania na peronie dziewięć i trzy czwarte, jednak Draco często wspominał o młodszym chłopcu w swoich listach.
Strach i obawa przed nową szkołą i nowym życiem zniknęły, na ich miejscu na nachmurzonej twarzy Izara pojawiła się inteligencja i dojrzałość. Pierwszy raz widział taką dojrzałość u tak młodego chłopca. Chłopca, który wyrósł na pięknego młodzieńca. Poruszał się z zabójczym wdziękiem, idealnie pasującym do jego drobnego i giętkiego ciała. Ciemne włosy układały się w naturalne fale, jednak kilka niesfornych kosmyków burzyło ten pozorny ład. Miał arystokratyczną twarz, którą do tej pory widywał jedynie u czystokrwistych czarodziejów. Wysokie kości policzkowe, lekko zapadnięte policzki oraz szczupła szyja, wszystko to wskazywało na pochodzenie z wyższych sfer. Jednak sam chłopiec przyznawał, że jest szlamą.
Ale te oczy...
Kwestia pochodzenia chłopca wzbudzała w Lucjuszu pewne podejrzenia, którymi jednak nie podzielił się z synem. Draco dowiedział się od Izara, że wychowali go mugole i to mu wystarczało.
Niemniej Malfoy był dumny, że jego Pan zainteresował się młodzieńcem. Izar posiadał wyjątkowy talent, jeżeli jego wyniki w nauce mogły o czymkolwiek świadczyć.
- Nazywa się Izar Harrison - wyszeptał cicho do ucha Czarnego Pana, gdy jego oczy ponownie zwróciły się w stronę chłopaka.
Tom uniósł brwi.
- Czyżby? - zapytał. Wyglądało na to, że pospolite nazwisko chłopca sprawiło, iż kompletnie stracił nim zainteresowanie. Na Lucjusza to jednak nie działało. Czuł, że coś ciągnie go w stronę tego Krukona. Chłopak byłby świetnym nabytkiem dla czarnej strony. Wiedział, że Czarny Pan też to czuł. Nie był głupcem, potrafił wyczuć potencjalnego poplecznika równie dobrze jak Malfoy.
Fakt, że zwrócił na niego uwagę, gdy tylko chłopak pojawił się w pomieszczeniu też wiele mówił.
- Tak, to zadeklarowana szlama - odpowiedział miękko Ślizgon, wyczuwając powody takiej a nie innej reakcji swojego Pana. - Posiada jednak niespotykane imię, a jego charyzma w ogóle nie wskazuje na wychowanie wśród mugoli... - Urwał, rzucając ostrzegawcze spojrzenie pracownikowi Ministerstwa, który bezmyślnie próbował się do nich zbliżyć. - Mieszka w sierocińcu.
To zwróciło uwagę Czarnego Pana. Lucjusz nie wiedział wiele o przeszłości Toma Riddle'a, jednak był pewien, że ta część jego dzieciństwa pokrywa się z dzieciństwem chłopca.
Bardzo trudno było mu zachowywać się normalnie w obecności Czarnego Pana, gdy znajdowali się wśród ludzi. Gdy Tom Riddle przeobrażał się w Voldemorta, nie akceptował żadnych oznak nieposzanowania czy bezczelności. W jego obecności nie wolno było rzucać nieprzemyślanych uwag. Nieraz śmierciożercy musieli zapłacić za swój brak respektu okazywany swojemu Panu w Ministerstwie. Trzeba było zapamiętać, że on zawsze miał nad nimi władzę, niezależnie od tego, czy wygląda aktualnie jak przyjacielski sześćdziesięcioletni polityk czy też złowrogi i diabelnie przystojny Czarny Pan.
- Mieszka w małym, zniszczonym, mugolskim sierocińcu św. Patryka w pobliżu Londynu. Wskaźniki adopcji są tam najniższe w całym regionie. - Lucjusz zerknął na swojego Pana, chcąc zobaczyć, czy ta wiadomość wywarła na nim jakieś wrażenie. Mężczyzna kiwnął głową, każąc mu kontynuować. - Wygląda na to, że rodzice pana Harrisona są nieznani. Osobiście uważam, że nie wygląda jak ktoś urodzony przez mugoli. Ten chłopak... to czysty geniusz.
Malfoy obserwował Izara, który właśnie oddalał się ze znużoną miną od panny Greengrass. Najwyraźniej był mocno znudzony.
- Niesamowite, Lucjuszu, ile uwagi poświęcasz chłopcu, który najprawdopodobniej należy do gatunku, który chcemy wymordować. - Mężczyzna zesztywniał słysząc te słowa. Zdał sobie nagle sprawę, że mógł nieco przesadzić w wyrażaniu swojego zachwytu nad zadeklarowaną szlamą. - Niestety, coś w nim przyciąga mnie z taką samą siłą, co ciebie. O ile nie większą...
Tom Riddle podniósł się z krzesła, rzucając Lucjuszowi chłodne spojrzenie, w którym jednak czaił się głód.
- Zapoznaj mnie z dzieciakiem.
Malfoy uśmiechnął się zdawkowo.
Izar wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął na jego tarczę. Jeszcze tylko kilka minut...
Owen Welder, jeden z Niewymownych, zmusił go do pojawienia się na ministerialnym balu na co najmniej dwie godziny. Z tego co Krukon wiedział, przyjęcie miało trwać całą noc. Jak ktokolwiek mógł przebywać tu pół doby i do tego dobrze się bawić?
- Panie Harrison... - jakiś głos wkradł się w jego myśli. Jeszcze zanim uniósł wzrok znad tarczy zegarka, który ukradł jednemu z dzieciaków w sierocińcu, wiedział już, kto przed nim stoi.
Musiały minąć trzy lata w Hogwarcie zanim zrozumiał, że aury, które potrafi wyczuć u innych ludzi są rezultatem jego umiejętności wyczuwania i wykrywania magii. Im starszy się stawał, tym bardziej rosła jego wrażliwość magiczna. Dobrym tego przykładem był fakt, że w wieku jedenastu lat nie wyczuwał w ogóle magii McGonagall, chociaż teraz całkiem wyraźnie czuł jej magię. Była potężną czarownicą, z bardzo jasną i czystą aurą, chociaż nawet w połowie nie tak potężną jak Dumbledore czy Severus Snape. Potrafił wyczuć nawet rosnącą siłą uczniów, a przedmioty w zamku nosiły na sobie magiczne ślady, sygnatury, które także odbierał.
Problem w tym, że nie czuł żadnej magii pochodzącej od niego samego. To go zaintrygowało i zmusiło do poszukiwania odpowiedzi. Wyglądało na to, że istniało jeszcze kilku wrażliwych na magię czarodziejów, których aury także nie mógłby wyczuć. Mimo to czuł silną potrzebę poznania własnej i postanowił zrealizować to w ten czy w inny sposób w przyszłości.
Na szczęście przebywanie w pobliżu Dumbledore'a pomagało mu nabrać w tym wprawy i nie trząść się tak ani nie słabnąć w obliczu wielkiej magicznej mocy. Po części tak bardzo interesował się magią i jej teorią, gdyż nakazywał mu to jego specyficzny dar. Uwielbiał dokopywać się do samego rdzenia magii, rozdzielać jej warstwy, studiować każdą cechę z osobna.
- Pan Malfoy - wymamrotał na powitanie. Zatrzasnął wieko swojego kieszonkowego zegarka, po czym wrzucił go do kieszeni.
Podniósł głowę i popatrzył na wysokiego i przystojnego blondyna stojącego przed nim, zwracając szczególną uwagę na rysy jego twarzy. Jedną z rzeczy, które nie zmieniły się w trakcie jego pobytu w Hogwarcie była przyjemność, z jaką studiował innych ludzi. Uwielbiał uważnie się im przyglądać, w poszukiwaniu słabych punktów i wad.
Wyglądało na to, że negatywny stosunek Draco do jego osoby nie wpłynął w zupełności na nastawienie jego ojca. Lucjusz przypatrywał mu się z taką samą uwagą, jaką poświęcał mu Izar. Mężczyzna obrzucił chłodnym wzrokiem jego całą sylwetkę.
- Do twarzy panu w tych szatach, panie Harrison, pasują do okazji. Rozumiem, że rada zaprosiła tutaj pana, chcąc pogratulować pomyślnego zdania SUMów i przejścia o rok wyżej?
Krukon zerknął na swoje zakupione z drugiej ręki szaty, wiedząc, że jest obiektem drwin. Nie miał pieniędzy, by zapewnić sobie jakieś przyzwoite ubranie. Wypłatę z Ministerstwa otrzyma dopiero pod koniec lata. A nawet wtedy prawdopodobnie większą część odda szkole - by spłacić część swojego długu.
Zwrócił wypraną z emocji twarz z powrotem na mężczyznę. - Coś w tym stylu, panie Malfoy. - Odchrząknął i cofnął się o krok. - A teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę już wracać do... domu.
Zanim jednak zdołał się odwrócić, ponownie poczuł znajome uczucie, które przyprawiło go o gęsią skórkę. Musiało pochodzić od kogoś o potężnej aurze, zbliżonej do Dumbledore'a, ale znacznie mroczniejszej. Powoli obrócił się w miejscu, by zobaczyć, która z zebranych osób emanuje taką siłą. Ze zdziwieniem zauważył, że mężczyzna stoi bezpośrednio za jego plecami.
Musiał zadrzeć wysoko głowę, by popatrzeć w oczy stojącego przed nim człowieka. Tym razem cofnął się o krok, nie chcąc wyglądać jak głupiec z tak dziwnie wykręconą szyją.
- Panie Harrison. - Do jego uszu dobiegł przymilny głos Lucjusza Malfoya. - Chciałbym przedstawić panu Toma Riddle'a, starszego podsekretarza Ministra Magii.
Po raz pierwszy od wielu lat, Izar nie wiedział co powiedzieć. Był zdumiony potęgą emanującą z nieznajomego. Oczywiście czytał w książkach o Tomie Marvolo Riddle'u. Mężczyzna był wspaniałym politykiem, odnoszącym wiele sukcesów. Widząc go na żywo dostrzegł, jak bardzo jest wysoki, oraz z jaką arogancją i pychą się nosi. Tak właśnie wyglądałby Dumbledore, gdyby nie był z natury tak łagodny i miły.
O dziwo jednak coś ciągnęło go do tego mężczyzny. Było to uczucie tak silne, że z trudem mógł je trzymać na wodzy.
Tom Riddle wyciągnął rękę, wyrywając Izara z osłupienia. Czuł się osłabiony całym wydarzeniem. Dlaczego ten mężczyzna, o sile zbliżonej do potęgi Dumbledore'a tak na niego wpływał? Nie czuł się tak od czasu gdy był pierwszoroczniakiem i po raz pierwszy wyczuł czyjąś magię.
Spodziewał się, że Riddle poda mu rękę, ten jednak zaskoczył go, chwytając go wyciągniętą dłonią za podbródek. Chociaż przez cały czas patrzył mu w oczy, ten gest zapewnił mężczyźnie niepodzielną uwagę chłopaka. Powoli, jak gdyby rozkoszując się tym widokiem, Riddle delikatnie przechylał jego twarz to w jedną, to w drugą stronę.
- Panie Harrison, miło mi pana poznać - wymruczał, chociaż w uszach Izara zabrzmiało to jak warczenie.
Wszelkie przemyślenia musiał jednak odłożyć na później. Teraz skupiał się na uczuciu, którego doświadczał w kontakcie ze skórą Riddle'a - czuł, jak gdyby między ich ciałami przebiegały małe wyładowania elektryczne. Coś tu nie grało. Ze zrozumiałych powodów wyczuwał potęgę drugiego czarodzieja, ale reakcja na nią zdecydowanie nie była normalna.
Ręka czarodzieja odsunęła się od jego twarzy, przebyła całą drogę wzdłuż prawego ramienia młodzieńca, aż w końcu zimne palce owinęły się wokół dłoni Izara. Krukon stał ogłupiały, podczas gdy polityk potrząsał jego raczej bezwładną ręką.
Odwrócił wzrok od Riddle'a i spojrzał zmrużonymi oczami na Malfoya. Na twarzy blondyna zobaczył zadowolony uśmieszek zrozumienia. Nie podobało mu się to... Jak gdyby mężczyźni dzielili między sobą jakiś sekret, o którym nie wiedział. Nie zamierzał godzić się na bycie ich zabawką tylko dlatego, że był młodszy i mniej szlachecki.
Zaczynał czuć poirytowanie i ostrożność. Dlaczego zawsze musi rozchodzić się o czystość krwi?
Wyrwał rękę z uścisku Riddle'a, czując, jak gniew uderza mu do głowy.
- W cokolwiek ze mną grasz, ja nie będę brał w tym udziału - rzucił do mężczyzny stanowiącego główne źródło jego frustracji. Bez strachu spojrzał mu w oczy. - Nie mieszam się w politykę i nigdy nie zamierzam. Przez wzgląd na to nie zamierzam podtrzymywać kontaktów z żadnym z was.
Kątek oka dostrzegł szokująco rude włosy Owena Weldera, dyrektora Departamentu Tajemnic. - Panie Welder! - podniósł głos, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Niewymowny był człowiekiem wysokim i dobrze zbudowanym, którego rude włosy ozdabiały całą twarz, formując się niżej w bujną brodę. Żywo przypominał Izarowi Hagrida, pół-olbrzyma z Hogwartu. - Jest już pięć po dziewiątej. Mogę już wyjść?
- Ach, mój chłopcze! - zaryczał mężczyzna, a wielki, zadowolony uśmiech ozdobił jego samolubną twarz. Zanurzył dłoń w kieszeni szaty, wyławiając z niej książkę. Rzucił ją Izarowi, który złapał ją jedną ręką. Wiedział, że był to świstoklik, który zabierze go z powrotem do jego uroczego sierocińca. - Widzimy się jutro - mrugnął do niego czarodziej, przepychając się naprzód i ściskając w ręce całkiem pokaźną czarę z winem.
Zanim Izar zdążył aktywować świstoklika, długie, zimne palce zacisnęły się na jego nadgarstku, a on sam został brutalnie przyciągnięty do siebie przez Toma Riddle'a. Wyczuwał jego gniew. Magia mężczyzna stała się bardziej gorąca i nieprzyjemna. Niewątpliwie powodem był brak szacunku, który okazał mu Krukon.
- Zapewniam cię, twoje przypuszczenia są błędne. Nie gramy z tobą w żadne gierki. - Ciemne oczy mężczyzny znajdywały się tuż przed jego oczami. Nikt wcześniej nie naruszył jego osobistej przestrzeni w taki sposób. Stwierdził, że nie potrafi odwrócić wzroku od tych oczu, zbyt zaabsorbowany wyzwaniem, które w nich dojrzał.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć - wyszeptał, próbując wyrwać rękę z uścisku Riddle'a. - Dlaczego marnujesz swoją ogromną, mroczną moc na bycie politykiem? Wyczuwam w tobie coś znacznie większego.
- To nie miejsce na takie rozmowy. - Mężczyzna puścił go w końcu, spoglądając na chłopaka z czymś w rodzaju podziwu na twarzy.
Ciekawość Izara znacznie wzrosła, gdy zdał sobie sprawę, że ten wcale nie zaprzeczył jego przypuszczeniom. Wiedział, że w wizerunku Riddle'a kryje się coś więcej i zdecydowanie chciał to poznać. W jego naturze leżała potrzeba wiedzenia wszystkiego o wszystkich, nie wystarczały mu szczątkowe informacje i domysły. Wyczuwał jednak także emanujące z mężczyzny zagrożenie. Był on nie tylko zagadkowym, ale także niebezpiecznym człowiekiem. Jeżeli nie będzie trzymał swojej ciekawości na wodzy, może znaleźć się niespodziewanie w sytuacji bez wyjścia.
- Obawiam się, że powinienem wracać już do domu - rzucił ostro, postanawiając nie wspominać, że sierocińcowi raczej daleko do tego miana.
Gdy Riddle w końcu uchylił nieco rąbka swojej osobowości, Izarowi trudno było wycofać się z rozmowy, nawet jeśli mogło to być śmiertelnie niebezpieczne. Nie lubił, gdy ludzie kryli się pod maskami, zwyczajnie dlatego, że i tak był w stanie każdą przejrzeć.
- Wiem, gdzie cię szukać.
To było zarówno ostrzeżenie, jak i obietnica. Riddle już o nim wiedział i wykorzysta tę wiedzę do swoich własnych celów. Izar skinął sztywno głową, chwytając świstoklik i stukając w niego różdżką. Poczuł, jak temperatura przedmiotu rośnie.
Miał tylko kilka sekund, ale wystarczyło to, by dostrzec drapieżny błysk w oczach mężczyzny.
Dlaczego miał wrażenie, że dał się złapać w pułapkę? Nie mógł jednak zapobiec uczuciu ekscytacji, które go ogarnęło. Przez całe swoje życie grał po bezpiecznej stronie. Odrobina ryzyka go nie zabije.
Poza tym zawsze urzekała go Czarna Magia.
- Do zobaczenia wkrótce - mruknął Riddle, gdy młody chłopiec zniknął.
