Dziękuję bardzo za komentarze. :) Jedziemy dalej. Całe opowiadanie składa się z około jedenastu rozdziałów, więc jeszcze trochę się w tym półsezonie będzie działo.
Beta-reading: Merryloon, Dana.
Pierwszym, co przywitało go w Rosji, był arktyczny chłód.
„Uroczo" — pomyślał, czując powiew lodowatego wiatru. Zdążył już zapomnieć jak bardzo potrafi dać się we znaki pogoda na północy tego kraju.
Przez moment sądził, że świstoklik ostro go zniósł, bo widział przed sobą tylko połacie śniegu i zbitą, gęstą ciemnozieloną ścianę tajgi, jednak kiedy się odwrócił, ujrzał zamek, położony na niewielkim urwisku. Był spory, ale nie ogromny, z kilkoma niewysokimi wieżami i jedną strzelistą, wybijającą się ponad pozostałe. Czerwona elewacja wyraźnie odcinała się od bieli zaśnieżonego krajobrazu. U stóp klifu rozciągało się jezioro, o tej porze roku pokryte grubą warstwą lodu.
Karkarow pewnie mógł mu załatwić świstoklik, który przeniósłby go bezpośrednio na dziedziniec, ale najwidoczniej chciał zrobić na nim odpowiednie wrażenie i dać mu okazję do ujrzenia Durmstrangu w całej okazałości. Bielika zamek nie interesował, najbardziej ciekawiła go ta kryta hala do treningów. Zawodnicy quidditcha potrafili co prawda wytrzymać zaskakująco dużo, ale trzydziestostopniowe mrozy jednak skutecznie zniechęcały do gry i żadne zaklęcia rozgrzewające nie były w stanie tu pomóc.
Przewiesił przez ramię swoją sportową torbę, rzucił zaklęcie na kufer, który uniósł się na kilkanaście centymetrów nad ziemię, gotów poszybować w powietrzu jego śladem, i ruszył w kierunku Durmstrangu. Po niedługim spacerze szeroką, starannie oczyszczoną ze śniegu drogą dotarł do bramy zamku. Musiały tu działać jakieś specjalne zaklęcia, bo przecież wszędzie dookoła pełno było ogromnych zasp. Po drodze minął nieco zrujnowaną wieżę, która z bliżej nieznanego powodu tkwiła samotnie pośród pustki w sporym oddaleniu od reszty zabudowań, i wybieg, gdzie marzło kilkanaście hipogryfów, zbitych w ciasną grupkę. Ożywiły się nieco na jego widok, a parę nawet podeszło do ogrodzenia, zapadając się po kolana w śniegu i ciekawie wyciągając szyje. Ukłonił im się na wszelki wypadek, pamiętając jak bardzo dumne są to stworzenia. W odpowiedzi uprzejme skinęły mu łbami. W oddali dało się dostrzec stadion, przysypany grubą białą czapą, ale dojścia do niego nie było. Widocznie nikt na razie nie zawracał sobie głowy drążeniem do niego tunelu.
Wejścia do zamku strzegły dwa kamienne smoki. Kiedy zbliżył się do nich, odwróciły ku niemu swoje rogate głowy, pochylając najeżone ostrymi kolcami szyje, jakby chciały mu się z ciekawością przyjrzeć.
— Kto idiot?* — odezwał się jeden z nich głucho.
Bielik mimowolnie przypomniał sobie pewnego kolegę, który przy pierwszym pobycie w Rosji, kompletnie nie znając języka, usłyszawszy to pytanie oburzył się, że go od idiotów wyzywają. Bogdan wiedział jednak, o co chodzi smokowi, zatem przedstawił się i po chwili usłyszał chrobot przesuwanych zasuw. Masywne, ozdobne wrota uchyliły się, wpuszczając go do środka. Przez niedużą salę wejściową i krótki przedsionek przechodziło się wprost do ogromnego holu. Wzdłuż trzech z jego boków ciągnęła się szeroka galeria. Prowadziły na nią wielkie schody znajdujące się na przeciwległym krańcu komnaty. W pobliżu nie widział żywego ducha. Było dopiero wpół do jedenastej, pewnie akurat trwały zajęcia. Rozejrzał się za jakąś zjawą, bo przynajmniej kilka musiało tutaj mieszkać, jak we wszystkich dużych skupiskach czarodziejów, ale nie dostrzegł żadnej perłowoszarej postaci dryfującej w powietrzu. Widocznie miały ciekawsze zajęcia niż przesiadywanie w sieni, w przeciwieństwie do jednego z duchów-rezydentów Akademii. Pełnił on funkcję odźwiernego i pilnował uczniów, by nie nanosili błota do środka. Ze zrozumiałych względów zawodnicy quidditcha znajdowali się na jego czarnej liście.
Bogdanowi nie groziło jednak błąkanie się po ogromnym zamku. Właśnie miał zagadnąć jeden z obrazów, przedstawiający rycerza, który usiłował namówić czarnego smoka do tego, żeby dał się osiodłać (sądząc po urażonej i zniesmaczonej minie stworzenia — bezskutecznie), gdy nagle ktoś wyrósł mu jak spod ziemi tuż za plecami. Odwrócił się zaskoczony i ujrzał chudego starca z resztką siwych włosów wokół łysiny, ubranego w roboczą szatę. Mężczyzna zareagował na widok trenera nieco osobliwie.
— Na Rasputina, o mało co pana nie przeoczyłem, a tylko na chwilę odszedłem! — Złapał się za głowę. — Zaraz, a jak pan tu wszedł? — zainteresował się nagle.
— Drzwiami — odparł odruchowo Bogdan, przez moment zastanawiając się, czy z jego znajomością rosyjskiego jest na pewno wszystko w porządku.
— A to ciekawe, zamek nie powinien wpuszczać nikogo, kto nie jest... — Starzec urwał, jakby właśnie w tym samym momencie uświadomił sobie, że wcale nie chciał tego powiedzieć. — Ach, mniejsza z tym. Ale gdzie moje maniery — zreflektował się. — Nazywam się Grigorij Antonowicz Jefensjewiej i jestem tu woźnym. — Zawahał się, sprawiając wrażenie, jakby czuł się nieco niepewnie w jego obecności. Bogdan postanowił to zignorować i po prostu wyciągnął rękę na powitanie.
— Bogdan Bielik.
Woźny uścisnął jego dłoń, wciąż jakby nieco onieśmielony. Po chwili jednak się otrząsnął i przypomniał sobie o swoich obowiązkach.
— Proszę zostawić bagaże u mnie, dostarczę je do pańskiej kwatery. Zaraz zaprowadzę pana do gabinetu dyrektora, na pewno już pana oczekuje...
Bielik, nim zdążył się obejrzeć, został pozbawiony swojego ekwipunku — sportowa torba zawierała jego prywatny dobytek i była dość lekka, natomiast pod ciężarem kufra mogłoby się ugiąć kilku silnych tragarzy, gdyby nie zaklęcia zmniejszające jego wagę. Zresztą żadnemu czarodziejowi nie przyszłoby do głowy nosić czegoś takiego, skoro bez trudu można to było przelewitować. Woźny jednak w pierwszym odruchu, najwyraźniej wciąż nieco wytrącony z równowagi obecnością trenera, spróbował podnieść kufer i prędko zrezygnował z tego zamiaru.
— Uch, co pan tam nosi, kamienie? — stęknął zaskoczony.
— Tylko trochę sprzętu sportowego — wyjaśnił Bogdan.
Woźny zerknął na bagaż z zainteresowaniem, najwyraźniej zastanawiając się cóż to może być za tajemniczy sprzęt, ale nie zadawał żadnych pytań. Wyciągnął zza pazuchy różdżkę i ostrożnie odesłał jego dobytek w kierunku uchylonych drzwi komnaty przylegającej do holu, która najwyraźniej pełniła funkcję dyżurki.
Gdy szli do gabinetu Karkarowa, woźny co i rusz zerkał na niego, aż w końcu na drugim piętrze nie wytrzymał i wypalił:
— Wie pan, ja od dziecka kibicowałem Piorunom. Pamiętałem jak w trzydziestym szóstym wygrali ligę, puchar i Puchar Zdobywców Pucharów. Potem czterdzieści pięć lat czekałem, aż to powtórzą. No i udało im się, kiedy pan ich trenował.
— To była wyjątkowa drużyna — powiedział Bielik. — Tichonow zbudował silny skład, ja tylko kontynuowałem jego dzieło.
Uśmiechnął się przelotnie, wspominając potrójne zwycięstwo prowadzonej przez niego drużyny. W następnym roku Pioruny ponownie wygrały ligę i obroniły tytuł w rozgrywkach o puchar kraju, ale na boiskach europejskich nie powtórzyły już sukcesu. Dwa lata później Bogdan zmienił barwy i zaczął trenować Wojowników z Wołgogradu, jednak Pioruny zawsze pozostały bliskie jego sercu, podobnie jak Krogulce z Kielc, w szeregach których debiutował.
Woźny wyraźnie się rozkręcił i nim dotarli pod drzwi gabinetu Karkarowa, zdążył streścić dwa ostatnie spotkania rozegrane przez jego ulubioną drużynę. Martwił się niskimi wygranymi Piorunów, które sprawiły, że Spartanie z Moskwy i Rudziki z Kazania zaczęli zagrażać ich pierwszej pozycji w tabeli. Bogdan, który starał się śledzić na bieżąco wyniki w rosyjskiej lidze, uspokoił go, że tracą niewiele bramek i to jest w ogólnym bilansie najważniejsze. Powinni zacząć się rozkręcać w drugiej połowie sezonu. Woźny wyraźnie się rozchmurzył.
Gabinet dyrektora znajdował się na czwartym piętrze zamku. Był bardzo przestronny i jasny. Wszędzie dało się dostrzec morskie motywy — na ścianach wisiały zdjęcia żaglowców, obok ogromnego dębowego biurka stał wielki globus, a za krzesłem dyrektora, pomiędzy regałami z księgami, znajdowała się przeszklona gablota z modelem trójmasztowej fregaty.
Karkarow powitał go bardzo uprzejmie, a potem odesłał woźnego po Meiera, który, jak wyjaśnił, miał go oprowadzić po zamku, pokazać halę treningową i generalnie służyć wszelką pomocą. Spotkanie z resztą kadry zaplanowano na drugą, zaś pracę z drużyną mógł zacząć już od jutra.
— Dotarł pan bez problemu? — zainteresował się dyrektor, gdy usiedli, żeby na nich zaczekać.
— Prawie. Trochę mnie chyba zniosło, bo wylądowałem na skraju tajgi.
— Ach, nie, to zupełnie normalne, zawsze używamy tego punktu, gdy ktoś pojawia się tutaj pierwszy raz. Nie mógłby się pan przenieść bezpośrednio. Zamek musiał najpierw pana zaakceptować jako nowego przybysza. Rozumie pan, zasady tajności... — Skubnął swoją kozią bródkę. — W międzyczasie może dopełnimy formalności...
Karkarow miał już naszykowane wszystkie dokumenty. Bogdan przeczytał całość bardzo uważnie, ale umowa była sformułowana przejrzyście i nie dało się w niej dostrzec żadnych haczyków. Kontrakt kończył się trzydziestego czerwca i zawierał możliwość przedłużenia na kolejny rok.
Dyrektor tak bacznie patrzył mu na ręce, kiedy składał podpis, że przez moment miał wrażenie jakby podpisywał cyrograf.
— No, stało się — powiedział, gdy tylko Bielik odłożył pióro. — Cieszę się, że zdecydował się pan objąć tę posadę. W panu cała nasza nadzieja — oświadczył uroczyście, starannie chowając dokumenty do teczki, która z kolei wylądowała w obszernej szufladzie biurka. Z drugiej wyciągnął flaszkę i dwa kieliszki. — Trzeba to oblać — oznajmił, nalewając wódkę, a Bogdan przypomniał sobie o rosyjskim upodobaniu do wznoszenia toastów przy każdej okazji i nastawił się, że będzie to pierwszy z wielu tego dnia. Cóż, gdy wzięło się pod uwagę jakie warunki klimatyczne tu panowały to strzelenie setki na rozgrzewkę nie wydawało się nawet takim złym pomysłem.
— Mam nadzieję, że nie uzna pan Durmstrangu za beznadziejny przypadek — zażartował Karkarow, gdy już wypili. W jego oczach jednak próżno było wypatrywać jakiejkolwiek wesołej iskry.
— Nie mogę obiecać panu pierwszego miejsca w tabeli — stwierdził Bielik, uprzedzając jego ewentualne pytanie o szansę na czołową pozycję, które prędzej czy później i tak musiało paść. Żaden poważnie traktujący swoją pracę trener nie złożyłby podobnej deklaracji chwilę po podpisaniu umowy. Na obecnym etapie, przed rozpoczęciem przygotowań i organizowania drużyny, przypominałoby to wróżenie z fusów w wykonaniu wróżbity, który nigdy w życiu nie wygłosił żadnej prawdziwej przepowiedni. — Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby Durmstrang stał się drużyną z prawdziwego zdarzenia.
Dyrektor przez chwilę rozważał jego słowa.
— Wobec tego, to nam musi na razie wystarczyć — podsumował, ale jego mina jasno wskazywała, że miejsce poza czołówką jest dla niego nie do pomyślenia. Zerknął na zegar wiszący na ścianie. — Na Rasputina, gdzież się ten Jefensjewiej podziewa? Powinni już dawno przyjść...
Woźny i Meier nadeszli po paru minutach. Okazało się, że stracili nieco czasu szukając się wzajemnie po całym zamku. Meier, przekonany, że Bogdan przybędzie o jedenastej, udał się do sali wejściowej, żeby zaczekać na niego w dyżurce woźnego. Gdy nie zastał tam Jefensjewieja, poszedł go poszukać. W tym samym czasie woźny usiłował znaleźć Meiera kolejno w jego własnych komnatach, na sali treningowej i w pokoju nauczycielskim, nim wreszcie natknął się na niego na klatce schodowej na trzecim piętrze, kiedy ten szedł do gabinetu dyrektora.
Meier przywitał Bielika jak starego kumpla.
— Cześć, kopę lat — powiedział, wymieniając z nim uścisk dłoni. — Zdecydowałeś się jednak wrócić do gry?
— Nigdy nie odszedłem — stwierdził Bogdan.
— Wiesz, w prasie branżowej różnie pisali... — stwierdził Meier, patrząc na niego z zainteresowaniem. Jeżeli Bielik czegoś unikał, to było to czytanie tego, co pisały o nim gazety i to samo doradzał swoim zawodnikom.
Spotkanie po latach stało się oczywiście kolejną znakomitą okazją do wypicia. Dyrektor wyciągnął z szuflady dwa kolejne kieliszki, a ponieważ był w znakomitym humorze to polewał szczodrze. W miarę jak zawartość butelki zbliżała się do dna Bogdan zaczął się zastanawiać, czy poza piciem jest coś dzisiaj w ogóle zaplanowane. Do abstynentów nigdy nie należał, ale jednak wolałaby już zobaczyć jak właściwie wygląda jego nowe miejsce pracy... Zanim jednak zdążył poruszył ten temat, uprzedził go Meier.
— To co, może rozejrzymy się po włościach? — zaproponował po którejś kolejnej kolejce, spoglądając pytająco na Karkarowa.
— A tak, świetny pomysł — zgodził się dyrektor. Zerknął na stos dokumentów piętrzący się na po prawej stronie jego biurka, jakby właśnie przypomniał sobie, że ma coś pilnego do roboty. — Proszę tylko pamiętać o zebraniu — dodał, sięgając po pióro.
Wyszli w trójkę razem z Jefensjewiejem, ale woźny szybko się pożegnał i wrócił do swoich zajęć.
— Tak naprawdę, to nie wierzę, że cię tu widzę. — powiedział Andreas, gdy zostali sami i niespiesznie ruszyli korytarzem.
— Prawdopodobnie by mnie tu nie było, gdybyś nie podsunął Karkarowowi mojej kandydatury — przyznał szczerze Bielik.
— A, daj spokój. — Meier zerknął przez ramię, jakby chciał się upewnić, czy nikt nie czai się za jego plecami. — Ja po prostu coś tam wspomniałem, po tym jak uciekł nam ostatni trener...
— Jak to uciekł? — zainteresował się Bogdan, zerkając jednocześnie na okazały gobelin z jednorożcem, który z dość smętną miną stał pod jabłonką, wpatrując się w niedostępne dla niego owoce. Gdy na tkaninie pojawił się różowo-żółty motyl i przysiadł na jabłku wyglądającym na wyjątkowo dorodne i dojrzałe, w oku jednorożca błysnęła nadzieja. Podszedł bliżej drzewa.
— Dostał korzystniejszą ofertę. W każdym razie ja powiedziałem, że teraz to by trzeba prawdziwego profesjonalisty, żeby drużyna jakoś zdołała się wygrzebać. No i jak tylko padło twoje nazwisko, to Karkarow zapalił się do tego pomysłu. — Meier spojrzał na niego z wahaniem. — Byłem pewien, że nic z tego nie będzie, bo od sierpnia minęło już trochę czasu i myślałem, że masz już nowe zatrudnienie.
Bogdan nic na to nie odparł, bo cóż mógł powiedzieć? Że po porażce z reprezentacją na jakiś czas stracił chęć, by zajmować się czymkolwiek, co było związane z quidditchem? Że był taki okres, gdy naprawdę zaczął wątpić w siebie i w sens tego, co robił? Pomogło mu jednak wparcie żony, która zawsze trwała u jego boku. Była dla niego najważniejszym człowiekiem, najszczerszym na świecie przyjacielem i najbardziej bezwzględnym krytykiem jednocześnie. W odpowiednim momencie przypomniała mu to, co sam zawsze powtarzał swoim zawodnikom — nie zawsze można wygrać, ale nigdy nie wolno się poddawać.
— Stadionu sobie na razie nie obejrzymy, bo cały jest zasypany, sam zresztą pewnie zauważyłeś po drodze. Na razie będzie musiała wystarczyć ci hala.
— Podobno jest tu jeszcze jakieś boisko.
— Tak, Resort Sport zafundował nam taki mały obiekt treningowy, w ramach promocji quidditcha wśród młodzieży. Zupełnie bez sensu, lepiej byłoby te same pieniądze przeznaczyć na remont...
— Jaki remont? Stadionu?
— Ach, nie, stadion jest w całkiem dobrym stanie. Ale sam zobaczysz, gdy dojdziemy do hali.
Bogdan zaczął mieć jakieś złe przeczucia, ale Meier nie powiedział już nic więcej. Zagadnięty, co robił przez ostatnie lata, bez oporu przyznał, że po zakończeniu współpracy z Piorunami tułał się po różnych klubach, nigdzie nie mogąc dłużej zagrzać miejsca i przeplatając to dłuższymi i krótszymi okresami bezrobocia. Odzwierciedlało to w sumie jego zawodniczą karierę — wystąpił parę razy w szwedzkiej reprezentacji juniorów, a w seniorach tylko raz. W rodzimym kraju z początku odnosił sukcesy, ale w Rosji grał głównie w drugoligowych klubach. Gdy wreszcie podpisał kontrakt z Piorunami, występował w ich szeregach niespełna pół roku — jego karierę przedwcześnie zakończyła poważna kontuzja.
— Tutaj jestem głównie od spraw technicznych, zajmuję się konserwacją sprzętu sportowego, utrzymaniem boiska, no i tej hali. Kiedy trzeba pomagam przy statku i Jefensjewiejowi. Po trochu wszystkiego, ale nie narzekam.
— A nie kusiło cię, żeby objąć posadę trenera?
— A gdzie ja tam — stwierdził Andreas z filozoficznym spokojem. — Każdy powinien robić to, do czego się nadaje. Ja mogę zbierać dane statystyczne albo naprawić miotłę, ale trenowanie to coś zupełnie innego.
Bez pośpiechu obeszli najważniejsze miejsca Durmstrangu. Bogdan słabo znał się na architekturze, ale Rosja z zamkami w ogóle mu się nie kojarzyła. Durmstrang stanowił jakby zaprzeczenie wszystkiego, czego można by się spodziewać na tych ziemiach, jeżeli chodziło o budownictwo. Wnętrza zamku były przestronne i wysoko sklepione. Ogromne wykuszowe okna wpuszczały sporo światła. Na kolumnach wyrzeźbiono subtelne motywy roślinne i inne ozdobniki, a u ich szczytów głowy gryfów. Najbardziej niezwykłe były jednak malowidła smoków na ścianach, ciągnące się wzdłuż korytarzy na wszystkich piętrach.
Meier nie potrafił powiedzieć mu zbyt wiele o historii zamku, ale potwierdził jego przypuszczenia, że wielokrotnie go przebudowywano.
— Tutaj ciągle były jakieś wojny czarnoksiężników. Nie wiem nawet czy im tego zamku nie rozwalili do cna w XVII wieku. Musiałbyś zapytać Woronowa, to tutejszy historyk. Tylko przygotuj się na to, że zrobi ci prawdziwy wykład.
Meier zaprezentował mu jednak zamek od praktycznej strony i pokazał, gdzie znajdowały się kwatery nauczycieli, a więc także i przydzielona mu komnata, jadalnia, pokój nauczycielski, infirmeria i ogromnych rozmiarów biblioteka, która wyglądała tak, jakby zajmowała co najmniej pół Durmstrangu. Architekci, którzy to projektowali, musieli nieźle zaszaleć z zaklęciami rozciągającymi powierzchnię. Uczniowskie dormitoria znajdowały się w zachodnim skrzydle, a większość sal lekcyjnych i gabinetów profesorów w jego wschodniej części. Na wewnętrznym dziedzińcu zamku wybudowano cieplarnie, wyglądające bardzo skromnie w porównaniu z tym, czym dysponowała Akademia. Przez szyby przebijała jednak ciemna zieleń iście tropikalnego gąszczu, więc najwyraźniej w środku pomieszczeń zapewniano roślinom odpowiedni klimat dzięki starannie rzuconym zaklęciom. Andreas potwierdził jego przypuszczenia. O szklarnie dbała młoda nauczycielska zielarstwa, która objęła posadę zaledwie trzy lata temu.
— Dziewczyna bardzo się stara i ma rękę do kwiatów. Sprowadziła nawet jakieś niezwykłe okazy z Hogwartu i z Beauxbatons, wszystko oczywiście na zasadzie wymiany. Od nas poszły jakieś duszące pnącza, które podobno zrobiły u nich furorę. Ale rok temu ta wymiana się urwała, bo żadna firma przesyłkowa nie chce już od nas brać roślin po tym jak te pnącza uwolniły się w transporcie i chciały udusić doręczyciela...
Gdy szli korytarzem na pierwszym piętrze, kierując się w stronę podziemi zamku, Bielik zauważył wydrapany na murze znak, który był doskonale znany każdemu czarodziejowi z Europy Wschodniej. Pionowa kreska przedzielająca okrąg wpisany w trójkąt.
— Co tu robi znak Grindelwalda? — zapytał zdumiony. Nagle wszystkie pogłoski o Durmstrangu jako o szkole silnie związanej z czarnoksięstwem nabrały zupełnie innego znaczenia.
Meier zerknął na symbol i przyznał z pewnym zażenowaniem:
— Ciemna plama na kartach historii szkoły. Nie myśl, że ktoś uznaje ten znak za powód do chwały — dodał prędko. — W czasie wojny Durmstrang znalazł się pod wpływem mało przyjemnych typów, ale ten symbol jest wcześniejszy. Grindelwald zostawił po sobie pamiątkę ze swoich szkolnych lat.
— Nikt nie próbował tego usunąć? — zapytał z niechęcią Bogdan. Polacy wiele wycierpieli w czasach, gdy Grindelwald dorwał się do władzy i jego nazwisko budziło równie negatywne konotacje jak wspominanie o Voldemorcie w Wielkiej Brytanii. Sam tego nie pamiętał, ale jeszcze przed jego narodzinami zginął jeden z jego wujów, zamordowany przez popleczników czarnoksiężnika.
— Żebyś wiedział, jak próbowali! Ale tego nie da się ruszyć, trzeba by chyba cały zamek po kawałku rozebrać...
Przez chwilę szli w milczeniu.
— Uprzedzając twoje ewentualne pytanie — tak, naucza się tu czarnej magii, wychodząc z założenia, że im lepiej uczniowie poznają jej aspekty, tym lepiej zrozumieją jakie niebezpieczeństwa wiążą się z jej stosowaniem. Nie można się przed czymś skutecznie obronić, jeżeli zna się to tylko w teorii. Rozumiesz? — Meier wyraźnie miotał się między lojalnością wobec instytucji, w której pracował, a obawą, że może go do siebie zrazić. Bielik tylko skinął głową, na razie przyjmując to wyjaśnienie do wiadomości. Ostatecznie niemal każdego zaklęcia, nawet pozornie nieszkodliwego, dało się użyć tak, żeby wyrządzić krzywdę drugiemu człowiekowi. To był tutaj zawsze newralgiczny temat, zapewne dlatego, że to, co rozumiano pod pojęciem czarnej magii na zachodzie, niekoniecznie pozostawało tożsame z poglądami na wschodzie. Polska tkwiła w tym wszystkim gdzieś pośrodku.
Krętymi schodami zeszli do podziemnej jaskini, gdzie cumował żaglowiec — chluba dyrektora. Teraz Bogdan mógł mu się przyjrzeć z bliska. Nie była to bardzo duża jednostka, ale miała smukły, zgrabny kadłub. Na czarnej burcie lśniły złote litery z nazwą statku — „Szkwał".
— Przydaje się, gdy mamy mecz wyjazdowy, chociaż nie każda szkoła ma akwen, na który można się teleportować. No to może jeszcze przejdziemy się do izby pamięci i potem już do naszej hali...
Komnata, w której zgromadzono nagrody i puchary za dotychczasowe dokonania Durmstrangu, znajdowała się na parterze. W centralnym miejscu ustawiono lśniący puchar z wygrawerowaną datą 1792. Bogdanowi ta data z czymś się kojarzyła, ale nie mógł sobie przypomnieć z czym. Andreas zauważył kierunek jego spojrzenia.
— To puchar Turnieju Trójmagicznego. Durmstrang był wtedy gospodarzem i wygrał. Nasz zawodnik jako jedyny trzymał się jeszcze na nogach po ostatnim zadaniu. Reprezentanta Beauxbatons pokąsała akromantula, a zawodnik Hogwartu nie dał sobie rady z mantykorą, czy tam na odwrót, w każdym razie obydwaj zmarli potem z powodu odniesionych obrażeń. Między innymi z tego powodu skasowano turniej i przechodni puchar został w Durmstrangu na stałe. Ostatnio chodzą słuchy, że Brytyjczycy chcą go wznowić, ale Karkarow się opiera. Nic dziwnego, nie w smak mu rozstawać się z pucharem.
Durmstrang mógł się też poszczycić całkiem bogatą kolekcją nagród za osiągnięcia w quidditchu. W oczy rzucało się złote trofeum za zwycięstwo w międzynarodowych rozgrywkach szkół magii, noszące datę 1974. Brakowało podobnych dokonań z ostatnich lat.
Gdy byli w drodze do hali, terkoczący dzwonek obwieścił koniec zajęć i na korytarze wysypali się uczniowie. Zerkali z ciekawością na towarzyszącego Meierowi trenera. Na niektórych twarzach błysnęło rozpoznanie. Ci lepiej poinformowani prędko dzielili się swoją wiedzą z innymi. Jakiś maluch, chyba z pierwszego roku, najwyraźniej podpuszczony przez kolegów, poprosił go o autograf. Reszta jednak trzymał się na dystans.
Kiedy dotarli wreszcie do sławetnej krytej hali, Meier ruchem różdżki zapalił lampy, dostarczające oświetlenia. Musiały tu działać potężne zaklęcia rozciągające powierzchnię pomieszczenia, tak jak w przypadku biblioteki. Obiekt był naprawdę ogromny, sprawiał wrażenie większego niż niejeden mugolski stadion piłkarski. Murawa wyglądała jak prawdziwa, a na sufit rzucono zaklęcie ukazujące niebo i odzwierciedlające panującą na zewnątrz pogodę.
— I jak ci się podoba? — zagadnął Andreas.
Bogdan przeszedł kawałek wzdłuż strefy technicznej, rozglądając się. Wszystko wydawało się w porządku, obręcze i linie wyznaczające granice boiska sprawiały wrażenie rozmieszczonych jak najbardziej prawidłowo, ale coś go tknęło, gdy usłyszał ton Meiera. Jakby wiedział on o czymś, co umknęło Bogdanowi, i był ciekaw, czy się zorientuje.
Bielik wyciągnął swoją różdżkę i płynnie zataczając ręką półkole mruknął:
— Specialis Revelio.
Na moment oniemiał.
A potem, wściekły, poszedł prosto do gabinetu dyrektora.
Karkarow chyba wyczuł, kto się zbliża. Co prawda, jego ton był w doskonały sposób obojętny, gdy „powiedział" proszę, słysząc pukanie do drzwi gabinetu, ale gdy Bogdan wszedł do środka, dyrektor nie podniósł na niego wzroku, udając, że czyta jakiś dokument.
— Nie lubię paru rzeczy, panie Karkarow — powiedział zimno Bielik, celowo pomijając tytuł dyrektora i lekceważąco traktują świetnie znaną mu zasadę zwracania się do przełożonych za pomocą imienia i otczestwa. Żadnego szacunku dla tego kutego na cztery nogi blagiera. — A jedną z nich jest gdy robi się ze mnie idiotę. Przecież ta hala trzyma się na słowo honoru!
Teraz Karkarow już musiał na niego spojrzeć.
— Poprzedni trener nie narzekał — zauważył obronnym tonem.
— Poprzedni trener zostawił Durmstrang na przedostatnim miejscu w tabeli, więc zapewne nie tylko w tej kwestii było mu wszystko jedno.
— Podpisał pan umowę — przypomniał mu Karkarow, dość szybko sięgając po koronny argument. — Chyba nie chce się pan wycofać przez taką błahostkę? — zapytał, doskonale wiedząc, że zerwanie kontraktu nie wchodziło w grę.
— Nigdy się nie wycofuję. Ale chyba nie sądzi pan, że mówię to dlatego, że obraża to mój zmysł estetyczny? Przecież to stwarza zagrożenie dla zawodników.
— Na bieżąco monitorujemy sytuację i jak na razie nic nam nie grozi. Tak, powinienem był pana wcześniej uprzedzić, ale niestety, jakoś mi to umknęło... — Posłał mu krótki, przepraszający i fałszywy do bólu uśmiech.
— A co pan uzna za sytuację zagrożenia? Sufit musi nam się zacząć walić na głowy? Z tego co widziałem, szkołę stać na inwestycje. Nie powie mi pan chyba, że remont hali byłby droższy niż utrzymanie tego statku, który stoi w dokach.
Karkarow szarpnął swoją kozią bródkę, najwyraźniej zastanawiając się, ile może mu zdradzić. Znów coś nałgać czy powiedzieć prawdę. Wszystko wskazywało na to, że w końcu wybrał rozwiązanie pośrednie.
— To nie jest taka prosta sprawa — powiedział wreszcie. — Jak pan myśli, ile lat ma Durmstrang? — Nie czekając na jego odpowiedź podjął po chwili: — Ponad osiemset. Konserwator zabytków nic nam nie pozwala tu ruszyć bez swojej zgody. Złożyliśmy oczywiście wniosek, jeszcze w zeszłym roku, ale utknął w jednej z komórek Ministerstwa. Próbowaliśmy popchnąć sprawę do przodu, ale wie pan, jak to jest. Kasę chętnie wezmą, ale żeby coś zrobili. Zapomnij. Pan pozwoli, że nie będę wdawał się w szczegóły, bo jak sobie o tym pomyślę, to mnie ciężka cholera bierze. — Skrzywił się i tym razem wydawało się, że mówi szczerze. Bogdan domyślił się, że pewnie dali w łapę odpowiedniej osobie, która rzecz jasna, pieniądze wzięła, ale wcale nie miała zamiaru nic zrobić. — Tak więc na razie musimy sobie radzić z tym, co mamy...
Gdy Bielik opuścił gabinet Karkarowa, myśląc sobie bardzo nieprzyjemne rzeczy o dyrektorze, głównym konserwatorze zabytków w rosyjskim Ministerstwie Magii i przy okazji o sobie samym, bo dał się podpuścić jak pierwszy naiwny, natknął się na Meiera. Czekał na niego, oparty o ścianę, a na jego twarzy było widać trochę rozbawienia, a trochę zaniepokojenia, bo widocznie nie spodziewał się, że Bogdan aż tak gwałtownie zareaguje.
— Wybacz, nie mogłem się powstrzymać. To już wiesz, dzięki czemu mam robotę. Te czary maskujące trzeba często odnawiać, no i pilnować, żeby te pęknięcia nie poszły dalej, ale jednocześnie niczego nie można naprawić... Nic tu się nie ma zamiaru zawalić, spokojna głowa, to nie jest ściana nośna.
— Jest jeszcze coś, o czym nie wiem? Stadion może też tak wygląda, co? Zawodnicy latają na Dębowych Gromach? — zapytał Bielik.
— Nie jest tak źle — roześmiał się Meier. — Wracamy? — zagadnął. — Chciałem ci jeszcze coś pokazać...
Bogdan zastanawiał się, czy prezentując typowe dla siebie poczucie humoru, Andreas będzie chciał go teraz zaprowadzić do schowka na miotły, wmawiając mu, że to jego przyszły gabinet, ale Meier najwyraźniej wyczerpał już limit żarcików na dzisiejszy dzień.
Biuro wyglądało zupełnie przyzwoicie. W kącie stał rzutnik, a obok niego leżała siatka z kaflami. Tłuczki przechowywano w specjalnej klatce, a znicze zamknięto w kasetce w szafce. Za biurkiem stał stojak z przypiętymi do niego planszami, przedstawiającymi rzut z góry na boisko pokreślone różnokolorowymi flamastrami, co najwyraźniej miało odzwierciedlać taktykę. Była to zapewne pamiątka po jego poprzedniku. Na stoliku pod ścianą stał całkiem spory model stadionu quidditcha. Kolorowe krążki reprezentowały zawodników. Bogdan na próbę poprzesuwał je na właściwe miejsca, niczym pionki na planszy do warcabów. Jednak w odróżnieniu od tej gry tutaj równie istotna jak pozycja była wysokość.
Do biura przylegał magazyn, w którym znajdowało się sporo całkiem przyzwoitych mioteł. Część z nich należała do uczniów, bo jak powiedział mu Meier, większość dzieciaków poważnie myśląca o quidditchu posiadała własne. Dostrzegł głównie sprawdzone rosyjskie konstrukcje — różne modele Gwiazd i Meteorów, a wśród nich, niczym rodzynek, tkwił samotnie tylko jeden Wicher. Nienajnowszy, miał za sobą parę sezonów, ale jego witki były idealnie proste, a rączka z jesionowego drewna wypolerowana i lśniąca. Bez wątpienia jego właściciel bardzo o niego dbał. Egzemplarze należące do szkoły stanowiły zbiorowisko mniej lub bardziej przestarzałych modeli, ale do ćwiczeń na lekcjach latania czy quidditcha podwórkowego wystarczały w zupełności. Meier zapewniał, że wszystkie są na chodzie i nie mają poważnych wad. Pomijając stan tej nieszczęsnej hali, wszystko wyglądało całkiem porządnie. Była nawet sala wykładowa.
Na koniec obchodu wrócili do gabinetu trenera. Bogdan pomyślał, że będzie tu musiał umiejscowić gdzieś dodatkowy sprzęt, który przywiózł ze sobą. Ciekawe, jak uczniowie, żyjący w kompletnej izolacji od mugolskiego świata, zareagują na jego pomysły?
— Zastanawiałem się, jak ci pomóc. Dobrze by było, żebyś miał jakieś rozpoznanie, ale jest cholernie mało czasu. Mamy trochę nagrań z poprzedniego sezonu, możesz sobie pooglądać, ale nie wiem, czy to ci się do czegoś przyda...
— W takich rozgrywkach składy zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale zawsze warto popatrzeć na przeciwnika.
— Tak właśnie myślałem. Dlatego mam coś lepszego z tego sezonu.
Wyciągnął z szafki przy drzwiach myślodsiewnię i ostrożnie postawił ją na biurku. Srebrnobiała mgiełka wypełniających ją myśli zafalowała, rzucając jasny poblask na wnętrze gabinetu.
— Powyciągałem sobie wspomnienia z meczów naszych z tego sezonu. Specjalnie wydębiłem myślodsiewnię od Karkarowa, żeby ci to pokazać, tydzień go o nią nękałem. Popatrzysz sobie, jak grają i jak wyglądają drużyny przeciwników. Na pewno więcej zobaczysz niż ja.
— Dzięki, to się naprawdę przyda — powiedział Bogdan. To rozwiązywało część jego problemów. Kiedy zgodził się przyjąć tę posadę, głowił się nad znalezieniem sposobu, by chociaż trochę poznać przeciwnika. Suche statystyki zazwyczaj niewiele mówiły, a zresztą na tym poziomie rozgrywek ich ilość zawsze należała do szczątkowej. W quidditchu klubowym można było powiedzieć, że ta czy inna drużyna ma jakiś określony charakter czy tradycję. W przypadku drużyn złożonych z bardzo młodych zawodników, wciąż jeszcze niedoświadczonych, nie dało się wystawić takiej opinii. Dobry trener mógł ich ukierunkować, ale sami też musieli włożyć w treningi dużo pracy, jeżeli chcieli myśleć o profesjonalnej karierze — był to kluczowy okres ich rozwoju.
Porozmawiali jeszcze trochę o ogólnej sytuacji drużyny. Znajdowała się w kompletnej rozsypce. Od początku roku przez skład przewinęło się pięciu szukających, co biorąc pod uwagę to, że meczów rozegrano dotychczas zaledwie dziewięć, było sporym osiągnięciem. Ostatnie spotkanie zakończyło się totalną katastrofą. Meier dość barwnie opisał wydarzenia, nie pomijając ani samobója, jaki na samym początku zafundował sobie Durmstrang (w zamieszaniu pod obręczami kafel odbił się od ogona miotły ścigającego, który chciał przyblokować przeciwnika i tym sposobem zrobił prezent konkurentom), ani dość żenującego wydarzenia, jakim było zderzenie się pałkarza z obrońcą. Obydwu zawodników zniesiono z boiska i już nie wrócili do gry. W takiej sytuacji wynik trzysta siedemdziesiąt do stu czterdziestu nie wyglądał może nawet tak źle.
— Najlepszy jest Dragograd — mówił Meier. — Jakoś wyjątkowo naszym nie leżą. Parę lat już tutaj pracuję, a regularnie nas obijają. Zresztą za moich szkolnych czasów było dokładnie to samo. Niektórzy nawet twierdzą, że to jakaś klątwa.
— Jeżeli jest tu jakaś klątwa, to tkwi w psychice — mruknął Bogdan. Widział dwa czy trzy mecze Dragogradu, gdy był trenerem klubowym w Rosji. Wtedy też prezentowali wysoki poziom — czyżby dobra passa tak długo się utrzymywała? — Kto ich teraz trenuje?
— Nazywa się Czernyszew. Mówi ci coś to nazwisko?
Bielik miał wrażenie, że gdzieś już je słyszał, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć gdzie.
— Tylko tyle, że to jeszcze jedna rzecz, którą trzeba będzie sprawdzić...
— No, pora na nas — oświadczył Meier, zerkając na wyciągnięty z kieszeni zegarek. — Trzeba już iść na to zebranie.
— Nie masz przypadkiem jakichś zaklęć do rzucenia, które sprawią, że moje miejsce pracy utrzyma się w jednym kawałku do jutra? — zapytał Bogdan, gdy wychodzili z gabinetu i jego wzrok padł na wyjątkowo okazałe pęknięcie biegnące po ścianie naprzeciwko.
— Najpierw zebranie, później hala. Przyznaj, beze mnie nie trafiłbyś do pokoju nauczycielskiego.
Przypisy
* Kto idzie?
c.d.n.
