Rozdział 2

W weekend przyjechał Mycroft. Napili się we trójkę herbaty, a potem John zostawił tych dwóch przy omawianiu polityki, a sam wybrał się do kliniki. Doktor Heartless przywitał Johna jak starego znajomego. Poszli do kafeterii, żeby omówić najpilniejsze sprawy. W gabinecie Johna ogarniał strach: wszystko wydawało się zbyt poważne, zbyt oficjalne.

John zamówił kawę americano i rogalik, a po chwili zastanowienia poprosił o zapakowanie jeszcze dwóch na wynos. Hamish i tak wie, gdzie on pojechał, a rogaliki były jedynym, co godziło go z istnieniem kliniki. Mycroft też mógłby raz jeden odpuścić sobie wieczystą dietę. John uśmiechnął się do siebie, zastanawiając się, czym ci dwaj aktualnie są zajęci.

John spotkał się z Mycroftem po upadku Sherlocka dopiero wtedy, gdy podjął tę ważną decyzję. Uznał, że Mycroft powinien wiedzieć. W pewnym sensie potrzebował jego błogosławieństwa.
Mycroft bardzo schudł, ale poza tym się nie zmienił: ten sam parasol, wyrazista mimika, potrafiąca przekazać wszelkie odcienie niezadowolenia. Pierwsze, co przyszło Johnowi do głowy, kiedy zobaczył Holmesa starszego to „zapięty na wszystkie guziki". Mycroft był taki również wcześniej, lecz teraz było to jakoś silniej odczuwalne. W jego oczach mignęło to samo zdumienie, jak u Johna, kiedy ten spotkał Molly. „Ty wciąż jeszcze istniejesz?" Widocznie John był dla niego czymś w rodzaju dodatku do Sherlocka. Jego współlokator, jego doktor, jego Watson. Oddzielnie John zwyczajnie nie miał prawa egzystować, dla Mycrofta był pustym miejscem, ale jednak zgodził się na spotkanie.
Kiedy John oznajmił mu, co chce zrobić, przez twarz Mycrofta przebiegł skurcz. John nie mógł pojąć, co to było: ból? Obrzydzenie? Czy po prostu gniew?

Mycroft rzucił gwałtownie:
- Nie możesz. Nie masz prawa. Nie pozwolę na to.

I dodał:

- Sherlock był jedyny w swoim rodzaju. I nigdy nie będzie inaczej.
A potem wsiadł do swojego czarnego samochodu i odjechał. John później długo jeszcze oczekiwał konsekwencji. Myślał, że Holmes będzie mu przeszkadzać, może nawet grozić, coś zrobi... Nic takiego się nie wydarzyło. Może Mycroft nie uważał Johna za zdolnego do przeprowadzenia takiego przedsięwzięcia, a może w głębi duszy chciał, żeby John postąpił po swojemu.
Przyszedł dwa tygodnie po pojawieniu się Hamisha. Zastygł w korytarzu, nie próbując wejść na piętro. Był dziwnie zmatowiały, wyszarzały, jego włosy nie były już tak rude jak John zapamiętał, garnitur miał koloru kurzu, choć dalej wyglądał jak prosto spod igły. Mycroft patrzył na swoje dłonie, złożone na rączce parasola.
- Pozwolisz mi go zobaczyć? – Jego głos brzmiał spokojnie i pewnie, ale było to pytanie, nie stwierdzenie.

Mycroft oddałby za Hamisha życie. John był spokojny, kiedy zostawiał syna z Holmesem. Czasem nawet wydawało mu się, że Mycroft kocha Hamisha mocniej niż sam John. To były głupie myśli.
Mycroft starał się nie powtarzać swoich błędów. Czasami w jego tonie pobrzmiewały nuty, które przypominały Johnowi ich spory z Sherlockiem, lecz Mycroft ani na chwilę nie zapominał, że Hamish to nie Sherlock. Zrobiłby wszystko, co tylko możliwe, by Hamish nie nazwał go arcywrogiem.
- John, mam dobre wieści – powiedział doktor Heartless, kiedy usiedli przy stoliku. John uśmiechnął się z ulgą. Od dawna nie słyszał dobrych wieści. – Ponadnormatywny wzrost potrwa jeszcze około półtora roku, a potem, według naszych prognoz, tempo spadnie o sześćdziesiąt procent. W pełni unormuje się w ciągu dwóch lat, plus minus trzy miesiące.
- Ile będzie miał?

- Wiek pokwitania. Gratuluję. – Doktor Heartless uśmiechnął się współczująco.

John zajęczał i zakrył twarz dłońmi, jednak serce mocno mu biło z radości. To się skończy. Wszystko będzie dobrze. Jeszcze trochę cierpliwości i burzliwy wzrost Hamisha się unormuje. John będzie miał syna nastolatka, ale przynajmniej Hamish nie zestarzeje się na jego oczach.

xxx

John doskonale pamiętał tamtą okropną rozmowę. Wiedział, że jej nie uniknie, ale miał nadzieję, że nastąpi ona dużo, dużo później. Szczerze mówiąc, John w ogóle o tym nie pomyślał, kiedy podejmował decyzję, a później już nie miał do tego głowy.
Jednak w rok po pojawieniu Hamisha to się wydarzyło.
John robił kolację, a chłopiec przyszedł do kuchni, usiadł za stołem i odezwał się ponuro:

- Nie jestem głupi.
- Wiem – uśmiechnął się John, odkładając pęk selera naciowego. Odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko. – Co się stało?

- Nie jestem głupi – powtórzył Hamish z uporem. – Opowiedz mi wszystko.

Johnowi zaschło w gardle.

- O czym mówisz? – zdołał wykrztusić.
Pod uważnym spojrzeniem Hamisha John poczuł się jak podły kłamca. Te przejrzyste szaroniebieskie oczy nigdy przedtem nie wydawały się tak chłodne, tak samo jak i jego głos. Straszne, kiedy dziewięcioletni malec mówi takim tonem.

- Będziesz wypierać się do ostatka, tak? - Hamish zmarszczył brwi. - Jak sobie chcesz. Opowiedz mi o mamie.

- Co chcesz wiedzieć?

- Gdzie ona jest?

- Ona... – Gardło Johna tak się zacisnęło, że ledwo mógł mówić. – Jej już nie ma.
- I nigdy nie było – podsumował Hamish.

- Nie mów tak.
- Gdzie są jej fotografie. Czemu nie ma ani jednej?
„Dlatego, ze on nienawidził paparazzich, a żeby sfotografować go ot tak, dla siebie, nigdy się nie domyśliłem" – pomyślał John. Westchnął drżąco.
- Hamish, proszę, porozmawiamy o tym innym razem.

- Nie. Teraz.
- Nie męcz mnie.

- Jak miała na imię?

John zmrużył oczy. Zdążył już zapomnieć, jak bezlitosny potrafił być Sherlock. Nie chciał płakać, nie chciał straszyć Hamisha. Zresztą, ten chyba nie wystraszyłby się łez. Jednak John nigdy nie płakał przy nim i nie zamierzał tego robić. Zrobił głęboki wdech i otworzył oczy. Hamish patrzył na niego, stanowczo zaciskając wargi. Inkwizycja i inspektor Scotland Yardu w jednej osobie. „Przesłuchanie długo nie potrwa – zrozumiał nagle John. - On już wie".

- Przecież sam już zrozumiałeś?

- Domyślałem się od kilku miesięcy. Ale zrozumiałem do końca wczoraj, podczas badania w klinice.

- Podsłuchałeś lekarzy?

- Po prostu zestawiłem fakty, John – rzekł Hamish wyrozumiale.
- Nie nazywaj mnie tak!

- A jak?

To zabolało.

- Wiesz, jak.
- Nie wiem. Wyjaśnij.

- Mów do mnie jak wcześniej. „Tata".

- Ale ty nie jesteś moim tatą. W sensie biologicznym.
- A co to za różnica? – wyszeptał John.

Hamish złożył koniuszki palców pod podbródkiem. Kiedy John zobaczył to po raz pierwszy, zalała go fala zgrozy i zachwytu. Teraz już przyzwyczaił się do tego gestu.

- Nawet nie jestem do ciebie podobny - powiedział Hamish. - I nic dziwnego. Nie miałeś nic wspólnego z moim pojawieniem się na świecie. Najwyżej za to zapłaciłeś. Powinienem nazywać cię „nabywcą" lub „właścicielem", bo przecież mnie kupiłeś - to byłoby logiczne.

John jeszcze nigdy nie był tak bliski tego, by uderzyć dziecko.

- Czemu tak się do mnie odnosisz? – zapytał, wziąwszy się w garść. Hamish jakby tego nie usłyszał, tylko rozważał dalej:

- Pani Hudson pewnie ją znała. Mówiłeś, że od dawna tu mieszkasz, a pani Hudson uwielbia plotki. Na pewno starała się dowiedzieć, co się u ciebie dzieje, a to znaczy, że ją znała. Ta dziewczyna była twoją żoną albo właśnie chcieliście się pobrać? Inaczej byś się nie zdecydował na coś takiego, to bardzo po twojemu. Ona miała ciemne włosy, i loki, i pewnie była wysoka. Pewnie zabawnie razem wyglądaliście. Powinny być jakieś fotografie, prawda? Ludzie się fotografują razem, kiedy ze sobą chodzą. Albo te zdjęcia zniszczyłeś, albo schowałeś. Jeśli ona umarła – myślę, że umarła – to ich nie podarłeś ani nie spaliłeś, są schowane. Skrytka, nie tutaj w mieszkaniu, bo bym już ją znalazł. U pani Hudson albo u jakiegoś przyjaciela. Nie u Molly, bo ona ci się nie bardzo podoba i ty byś się wstydził prosić o coś takiego dziewczynę. Nienawidzisz jak się nad tobą litują, a ona by się na pewno litowała. Zostaje Mycroft. Nigdy nie byłem u niego w domu. Na pewno zdjęcia są u niego. – Hamish zamilkł na chwilkę, dumając o czymś. A potem wypalił prosto z mostu: - I tak je znajdę. Lepiej zaoszczędź mój czas.
- Rzeczywiście oszczędzę twój czas – westchnął John. – Nie ma żadnych zdjęć.

Hamish łypnął z niedowierzaniem.

- Może kilka w Internecie albo w starych gazetach, ale osobistych nie mam. Mycroft powinien mieć jakieś stare albumy, jeśli chcesz popatrzeć. Rozumiem...
- Mycroft! No oczywiście! – krzyknął Hamish z zapałem. – Krewny! Brat, tak? Teraz rozumiem, dlaczego...

John przerwał mu ostro:

- Nie. Nie dlatego. On kocha ciebie jako ciebie. Nie jako pamięć... o tamtym człowieku.

Hamish parsknął wzgardliwie, następnie spojrzał na Johna, ze zdumieniem unosząc brwi.

- „O tamtym człowieku"? Nie powiedziałeś „o niej", co byłoby logiczniejsze w danej sytuacji. To… To był mężczyzna?

John słabo kiwnął głową.

- Tak. To był mężczyzna. Mój przyjaciel. On… Ja go… Był mi bardzo drogi. Nie jestem homoseksualistą, jeżeli o tym pomyślałeś. Po prostu on był… dla mnie wyjątkowy. Kiedy on… Kiedy go… zabrakło… - John przygryzł wargę i wytarł o spodnie spocone dłonie. - Zdecydowałem, że jesteś mi potrzebny. Naprawdę go kochałem. Jak przyjaciela. Nie jak partnera albo…

- Teraz to jest normalne - wzruszył ramionami Hamish.

- Wiem. Ale ja nie... To nie było...

- Jasne – powiedział Hamish obojętnie.

- Wybacz. Przykro mi, że dowiedziałeś się tego wszystkiego.
- Prędzej czy później i tak to by się stało. Nie chcę się chwalić, ale ten twój przyjaciel chyba był niegłupim człowiekiem?
John uśmiechnął się.
- Mało powiedziane. On był geniuszem. Najmądrzejszym z ludzi, jakich spotkałem. Sam to rozumiesz, przecież jesteś o wiele mądrzejszy od swoich rówieśników. Co tam, od wielu dorosłych. A z czasem to będzie się tylko rozwijać.
„Chociaż twoje zdolności dedukcyjne jeszcze pozostawiają trochę do życzenia". – John jednak tego nie powiedział głośno. Hamish był zadowolony, słysząc pochwałę swojego intelektu. „Powinienem częściej mu przypominać, jaki jest wspaniały" – pomyślał John ciepło. Wciąż jeszcze w napięciu czekał na nieprzyjemności. Rozmowa była ciężka, ale takie sprawy nigdy nie bywają lekkie.
- Hamish, jak się czujesz? – zapytał. Chłopiec wzruszył ramionami. – Chcę żebyś wiedział... To bardzo ważne, żebyś wiedział, Hamish: nie jesteś zastępnikiem, ani lekarstwem na rozpacz. To znaczy, z początku myślałem, że... Myślałem tylko o tym, że chcę go znowu zobaczyć, porozmawiać z nim, jak przedtem. Ale ty to nie on. Nie jesteś kopią. Jesteś zupełnie innym człowiekiem. W wielu sprawach jesteście podobni, ale masz inne cechy, inaczej myślisz, inaczej czujesz. Kocham cię, Hamish. Kocham swojego syna. Swoja rodzinę. Rozumiesz to?

Hamish skinął głową, patrząc w bok.

- Wierzysz mi?
Znów skinął. Ale od tego czasu zwracał się do Johna tylko po imieniu.

xxx

Formalnie Hamish nie był klonem. Nie był dokładną kopią Sherlocka, ale został stworzony na osnowie jego DNA. John słabo pamiętał, kiedy postanowił to zrobić. Po upadku Sherlocka długi czas chodził jak z zasłoną - nie na oczach lecz na duszy. Był otępiały, nie potrafił jasno myśleć.
Kiedy to się stało... Kiedy Sherlock... spadł... John pomyślał, że może sobie z tym poradzić. Co dziwne, z początku naprawdę sobie radził. Może dlatego, że nie do końca uwierzył w śmierć Sherlocka. Nie wierzył niczemu: ani własnym oczom, ani raportowi koronera, ani nagrobkowi. Nie widział ciała w kostnicy, tylko wtedy na chodniku od razu po upadku, a twarz tamtego człowieka była cała we krwi i później, wspominając, zmuszając się do wspominania, John jej nie poznawał. Ale nawet jeśli John by zobaczył zwłoki i tak by nie uwierzył. Nie wierzył sam sobie.

Wierzył w Sherlocka.
Jakiś czas John spędził w oczekiwaniu: teraz, dzisiaj wszystko stanie się takie jak przedtem. Pojawi się Sherlock, cały we krwi i z harpunem, triumfujący i żywy, pogromca wszystkich swoich wrogów. John czekał, nie opuszczając mieszkania. Bał się, że kiedy wyjdzie, przegapi powrót Sherlocka. Przeglądał gazety, wybierając sprawy dla detektywa, bo ten na pewno będzie się nudził już na drugi dzień po swoim „zmartwychwstaniu". Składał gazety na stos, póki nie nazbierało się ich zbyt dużo. Wówczas pani Hudson powiedziała, że potrzebna mu pomoc.
Psychoterapeutka zmusiła go, żeby to powiedział. Żeby powiedział, że Sherlocka już nie ma. John miał ochotę ją uderzyć, kiedy poleciła: „Powiedz to głośno". Kiedy jej usłuchał, miał ochotę przywalić samemu sobie. To było jak zdrada.
Wtedy John przestał liczyć na cud. To, że Sherlocka nie ma – w ogóle nigdzie, na Ziemi, we wszechświecie, w życiu Johna – nijak nie mieściło się w głowie. John tak naprawdę nie uwierzył w to do końca. Nigdy. Ale przestał czekać. Chociaż jeszcze przez jakiś czas zostawiał głupie zapiski na mogile. („Sherlock, proszę. Proszę, proszę, proszę".) Leżały tam, przyciśnięte kamieniem, zawilgocone. John wyrzucał je i zamieniał na nowe. Czasem notatki przepadały – pewnie zabierali je włóczędzy albo cmentarny stróż. A może Mycroft, który odwiedzał grób. John mógł to sobie wyobrazić: wysoki, wyprostowany Mycroft odwraca kamień końcem parasola i z obrzydzeniem zabiera śmieci z mogiły brata.
John i tak nigdy go o to nie spytał.
Po jakimś czasie Johna opuściło wrażenie, że sobie radzi. Psychoterapeutka chwaliła go na każdej sesji, mówiła, że robi postępy. John tak nie uważał. Z początku był zły, okropnie zły. Nakrzyczał na panią Hudson z powodu jakiegoś głupstwa, wydzierał się na kasę automatyczną w sklepie – potem wstydził się tam chodzić i zaczął robić zakupy w innym markecie, chociaż ten znajdował się dalej.

A potem John zwiądł. Dni przepływały obok niego, nie miał chęci pracować. Wziął chorobowe, potem jeszcze jedno, potem Harry przysłała mu pieniądze – jej sposób wyrażenia współczucia – i John się zwolnił z pracy. Wtedy zaczął robić myślowe spisy: proste działania w wyraźnym porządku, powolny bieg życia. John leżał na kanapie i przełączał kanały w telewizorze, potem patrzył w sufit, złożywszy ręce na piersi. Na suficie były jakieś dziwne symbole, John nigdy przedtem ich nie zauważył, lecz teraz wpatrywał się w sufit tak dokładnie, że dojrzał drobne literki. Serce zaczęło mu bić szybciej. Tajemnica? List? Od Sherlocka? John pamiętał, jak często Sherlock leżał na kanapie i patrzył w jeden punkt na suficie. John przerysował symbole do notesu: chińskie hieroglify lub nie chińskie, trudno pojąć. Próbował szukać w Internecie, lecz potem zdecydował zwrócić się do znajomego. Mike znał pewną dziewczynę, zajmującą się językami obcymi. Złożył wyrazy współczucia, lecz John przepuścił je mimo uszu. Ręce mu się trzęsły. Oddychał z trudem, jakby odczuwał syndrom odstawienia narkotyków. Daj, daj mi Sherlocka! Potrzebny mi Sherlock! Daj mi go! Przeczytaj wreszcie tę cholerną notatkę!

Dziewczyna powiedziała, że to jakieś bzdury.

„Cytat z wiersza? Prawdę mówiąc, nic nie rozumiem".

„Co tam jest? – spytał, zaciskając pięści. – Co?!"

„Kiedy pałacu przekraczasz progi,
pamiętaj zawsze, by wytrzeć nogi".

John roześmiał się wtedy, po raz pierwszy od bardzo dawna. To nie był wesoły śmiech. To było Rozczarowanie, z Dużej Litery.
Jednak był to kawałeczek Sherlocka. Maleńka dawka, zbyt mała, żeby przynieść ulgę, ale zawsze coś.

Po tym zrobiło się gorzej. Całymi tygodniami John nie wychodził z domu albo odwrotnie, włóczył się po ulicach i parkach. Czuł się jak niedorzeczny bohater sentymentalnego melodramatu, ale nic nie mógł na to poradzić. Najwyżej wybierać bezludne miejsca, gdzie jego tragiczne osamotnienie nie rzucało się tak bardzo w oczy.
Pieniądze się kończyły, ale nie chciał szukać pracy. Nie chciał spotykać ludzi, rozmawiać z nimi. Wszyscy wydawali się płascy, nudni, zbyt... obcy. John brzydził się sam siebie. Psychoterapeutka powiedziała, że po stadium depresji następuje akceptacja. John nie chciał niczego akceptować. Niczego nie chciał.
Nie chciał rozrachunków z życiem. Od tego powiedzenia wiało dziecinną mściwością: Ach to tak, życie? No to masz! Nie, John nie zrobiłby niczego podobnego. Ostatecznie był dorosłym, rozumnym człowiekiem. Mężczyzną. Przeżył śmierć rodziców. Prawie wyleczył się z wojny. Mógł sobie z tym poradzić.
Po prostu przestał się rozglądać na boki, kiedy przechodził przez jezdnię. Polubił nocne spacery. I obrażał mężczyzn dwa razy większych od siebie. Nie patrzył na swoje ręce, kiedy kroił chleb, ser czy zieleninę. Przemywał skaleczenia wodą, zaklejał plastrem. Miał ostry nóż. Czasem myślał o tym, jak byłoby dobrze zasnąć w wannie. Oczywiście będzie nagi... kiedy go znajdą. Nie będzie to wyglądało przyzwoicie. Ale czy to mu zrobi jakąś różnicę? Już nie. Podśmiewał się z siebie z powodu tych myśli. Nie jest histerycznym podrostkiem, czy kto tam topi się w wannie, podcina sobie żyły i łyka tabletki.

Albo skacze z dachu.
Nie John nie zamierzał się zabić. Ale może by nie miał nic przeciwko, gdyby ktoś chciał zabić jego. Gdyby to był wypadek. Jakaś klęska żywiołowa. Gdyby to się po prostu zdarzyło.
Coraz częściej zaczął się łapać na takich myślach. Coraz częściej kaleczył się nożem, potykał na schodach i wpadał w kłopoty. Miał coraz więcej siniaków i zadraśnięć, a nie pamiętał jak i gdzie je zdobył. Harry raz spytała: „To jak, pierwsze prawo Klubu: nikomu nie mówić o Klubie?" John nie zrozumiał dowcipu.

Aż nareszcie zrozumiał, że dalej tak nie może być. Wcześniej czy później się zabije, a nim to nastąpi, przeżyje jeszcze wiele szarych, jednakowych dni. Musi być jakieś wyjście. Musi.
Johnowi pozostało wiele „zasobów". Tak to nazywano w klinice. Na przykład włosy Sherlocka na szczotce. Kiedy John niósł ją do kliniki, paliła go przez kieszeń. John bał się jej dotykać. Głupio. Powiedziano mu, że potrzeba czasu. Analiza struktury DNA, stworzenie algorytmu i różne takie. Zadzwonią do niego. Ale nie zadzwonili tylko przysłali list. Złożony na troje cienki arkusz, drobna czarna czcionka, pieczęć i podpisy na dole. I przybliżony koszt, bez preparatów, które będą potrzebne „dziecku" później.
Strasznie dużo pieniędzy.
John miał rachunek oszczędnościowy, odkładał na czarną godzinę. Myślał wcześniej o podróżach po świecie – zaczął gromadzić środki zanim jeszcze został lekarzem wojskowym. Później pragnienie podróży wygasło, ale rachunek pozostał. John wziął też kredyt. Chciał poprosić Harry o pożyczkę, ale bał się jej powiedzieć. Wciąż jeszcze nosił się z tą ideą, oglądając ją ze wszystkich stron. Zastanawiał się, jak bardzo jest szalona, a jeśli to szaleństwo, jakie będą jego następstwa? Co najgorszego może się zdarzyć? Johnowi przyśnił się Sherlock – po raz pierwszy od tamtego dnia. Nie dawał mu żadnych rad i w ogóle nie robił nic znaczącego. Prowadzili jakieś śledztwo, dokądś szli, Sherlock polecił wysłać sms i John go do kogoś wysłał, a potem się obudził. Ten sen nic nie znaczył. Nie mógł. A jednak John pomyślał, że już wie, jak postąpić. Zadzwonił do kliniki i powiedział, że się zgadza.
Najtrudniej było powiedzieć o tym innym. John raptem z rozdrażnieniem pomyślał, że ma za dużo przyjaciół. Wystarczyłby mu jeden, albo dwóch, mniej by się musiał tłumaczyć. Sherlock nigdy się nie tłumaczył. I nie miał przyjaciół. Tylko jednego.
John obawiał się, że będą się z niego natrząsać, ale wyszło jeszcze gorzej. Patrzyli z litością. Pani Hudson go przytuliła. John skamieniał, umierając ze skrępowania, bo pani Hudson nigdy go nie obejmowała. Nie byli aż tak blisko. Sama nagle postanowiła wziąć na siebie rolę „mamusi".
Harry była wściekła. Krzyczała:

- Ty całkiem zwariowałeś! Co ty robisz? Co ty wyprawiasz, John? Masz pojęcie?!
Harry nie znała Sherlocka, cóż więc mogła zrozumieć? Hamisha nie widziała ani razu, choć z bratem spotykała się od czasu do czasu.
Z Gregiem do tego czasu się nie kontaktowali, lecz John z jakiegoś powodu zadzwonił do niego i poprosił o spotkanie. Uważał, że jest zobowiązany uprzedzić każdą osobę, która miała związek z Sherlockiem. Pili w pubie, Greg garbił się na stołku, gapiąc się w szklankę. John milczał, oczekując wyroku. Czegokolwiek. Jakichś słów. „Oszalałeś" albo „Ja też o tym myślałem". Czegoś.
Greg dopił i obrócił się do Johna.

- I czego ty ode mnie oczekujesz?

- Niczego. Po prostu powiedziałem.
- Jasne. Świetnie. Powiedziałeś.

- Co myślisz?

- To twoja sprawa. Mnie nie dotyczy.
- Lubił cię. Jestem pewien, że...
- Nie wiedział, jak mam na imię. – Greg uśmiechnął się kwaśno, zeskakując z wysokiego barowego stołka. – Życie toczy się dalej. Staram się, John. A ty dzwonisz i znów mnie popychasz w to gówno. Ja już nie chcę. Czy to jasne?
- Jeszcze jak – odrzekł John. Grek kiwnął głową, gwałtownie wcisnął ręce do kieszeni spodni i skierował się do wyjścia. John zamówił kolejne piwo. Greg zawrócił.
- On umarł. – Greg złapał Johna za ramię, patrząc mu w twarz. Oczy mu błyszczały, oddychał nierówno. – To co chcesz zrobić, to jakieś zboczenie! Wyobraź sobie, że to ciebie... ktoś klonuje po śmierci. Co ty na to?
- Nie wiem. – John wzruszył ramionami, strząsając dłoń Grega. – Nie myślałem o tym.

- No to pomyśl. Wypij i pomyśl drugi raz. Co by powiedział Sherlock?
- Powiedziałby, że to ciekawy eksperyment. – John uśmiechnął się do wnętrza kufla. Greg opadł na sąsiedni stołek.

- Cholerna racja – westchnął. – Zdążyłeś go dobrze poznać.
Pewnego sobotniego ranka John odebrał telefon z kliniki. Poprzedziły go długie tygodnie, kiedy wypełniał sterty ankiet, rozmawiał z psychologiem, odbierał instrukcje i znów wypełniał ankiety. W tamtym czasie poznał korytarze kliniki jak swoje pięć palców, a z doktorem Heartlessem, prowadzącym projekt, wypił ponad dwadzieścia filiżanek kawy.
Kiedy John musiał zajmować się tym wszystkim, czuł się prawie żywy, prawie normalny, jakby w jego życiu było wszystko tak, jak być powinno. Nie biorąc pod uwagę faktu, że załatwiał formalności dotyczące klonowania swojego przyjaciela. Ale cała reszta wyglądała nad podziw normalnie. Kiedy pani Hudson patrzyła na niego z żalem w korytarzu, rozciągał wargi w uśmiechu.

- Wszystko jest dobrze.
Wszystko było dobrze. A potem mu powiedzieli, że pozostaje tylko czekać. I właśnie wtedy John po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, co narobił. Było już za późno, żeby się wycofać i John nawet był zadowolony – bał się, że się rozmyśli. Tęsknota - ogłuszająca, duszna, tępa tęsknota - zwaliła się na niego z nową siłą i John całe dnie spędzał w łóżku, udając śpiącego przed jakimiś niewidzialnymi widzami. Zamykał oczy i wciskał policzek w poduszkę, przypominał sobie różne głupstwa, nie tylko o Sherlocku: z lat studenckich, z wojny i dzieciństwa. Czasem John próbował sobie wyobrazić, jakie stanie się jego życie, kiedy to oczekiwanie się zakończy. Lecz oczami wyobraźni widział tylko sześcioletniego Sherlocka, siedzącego w fotelu ze skrzypcami. Johna uprzedzili, że ciało dziecka będzie odpowiadać poziomowi rozwoju sześciolatka, zaś rozwój umysłowy – biorąc pod uwagę, jakim niezwykłym człowiekiem był Sherlock - wyprzedzi fizjologiczny o kilka lat. Będzie wyglądać i zachowywać się jak dziecko. Będzie dzieckiem, niczym nie odróżniającym się od zwyczajnego człowieka. Tyle, że nie będzie pamiętać o sobie niczego do momentu stworzenia. Istniała możliwość wykreowania fałszywych wspomnień o wcześniejszym dzieciństwie, lecz na to Johna już nie było stać. On sam źle pamiętał siebie jako trzy- czy czterolatka; ostatecznie nie ma nic złego w tym, by pamiętać siebie, poczynając od lat sześciu.
W sobotę rano zadzwonili i powiedzieli, że John może przyjechać i zabrać dziecko. Wziął taksówkę. Patrzył w okno i myślał o tym, że w jego życiu właśnie pojawił się syn. Nie wiedział, jak należy wychowywać dziecko. Nie wiedział, jak z nim rozmawiać. Nie wiedział też, czy pojawienie się tego syna, jego – Johna – uratuje, czy sprawi, że będzie tylko gorzej. Wiedział tylko jedno: nada mu imię Hamish.
Hamish czekał w gabinecie medycznym. Miał na sobie cienką, jakby zrobioną z papieru szpitalną koszulkę, w której wydawał się bardzo chudziutki i kruchy. Jego szyjka była długa i cienka, nieposłuszne włosy opadały mu na oczy, a ciemne kędziorki sterczały w różne strony. Sherlock nie miał takich problemów z fryzurą. Hamish machał nogami, siedząc na wysokiej medycznej kozetce. Lekarz kończył badanie, zapisując ostatnie dane w specjalnym dzienniku, który prowadził od samego początku projektu. John zatrzymał się w drzwiach, w głowie miał zdumiewającą pustkę, a w sercu spokój, jakby przechodził przez to już tysiące razy. Podszedł i wyciągnął rękę do chłopczyka.

- Cześć. Jestem John.
Hamish popatrzył na niego z ciekawością. John niemalże oczekiwał, że zaraz padnie pytanie: „Afganistan czy Irak?", ale Hamish tylko wyciągnął swoją małą rączkę i z zabawną powagą uścisnął palce Johna.

- Ty też jesteś lekarzem?

- Tak, jestem lekarzem. Ale też twoim tatą.
- A, jasne – Hamish kiwnął głową.
Pożegnali się z doktorem Heartlessem i wyszli z kliniki. Taksówka odjechała, chociaż John prosił kierowcę, żeby poczekał. Asfaltowy placyk był pusty, padał drobny deszczyk. Hamish pytająco spojrzał na Johna. Ubrany był w cienki sweterek i spodenki, które dano mu w klinice. John nagle zdał sobie sprawę, że nie zadbał o ubrania dla niego, nie urządził pokoju dziecinnego i nawet nie kupił zabawek. Zdławiwszy chwilę paniki, John mocnej ujął dłoń syna.

- Zaraz pojedziemy do domu – powiedział. – Na Baker Street. Spodoba ci się tam.
I rzeczywiście, Hamishowi się spodobało.