2. Tobi Potter i wielki powrót.

Jeszcze tego samego dnia wydarzył się cud. Przynajmniej tak twierdził Tobi, a Tobi był dobrym chłopcem, więc nie mógł się mylić. To jego złe, wstrętne wujostwo nie było w stanie pogodzić się z prawdą.

Otóż Chouji zmartwychwstał.

Tobi podejrzewał, że miało to coś wspólnego z tym, że jest czarodziejem. Zawsze, gdy wydarzało się coś, czego nie rozumiał, chodziło o to, że jest czarodziejem. To tłumaczyło, dlaczego tak dobremu chłopcu jak on zdarza się robić dziwne rzeczy.

Przywrócenie kuzyna do życia było dziwne, ale bez wątpienia DOBRE. Biedny Tobi nie rozumiał, dlaczego wujostwo nie podziela jego radości i szczęścia, że wydarzyło się coś tak pięknego. Wujostwo nie rozumiało go. Zapewne miało to coś wspólnego z tym, że byli mugolami - to znaczy ludźmi, którzy nie opanowali, nie chcą opanować i nie wierzą w potęgę technik magicznych. Mówiąc prościej, byli idiotami. Oczywiście Tobi, jako dobry chłopiec, nigdy nie pomyślałby o nich w ten sposób.

Szczerze powiedziawszy, pomimo radości, jaka go ogarnęła po powróceniu Choujiego do krainy żywych, Tobi w te wakacje nie był szczęśliwy. Jako dobry chłopiec potrafił cieszyć się błahostkami i dostrzegać jasne aspekty życia, jednak coraz częściej myślał o swoich przyjaciołach, z którymi najwyraźniej nie ma dobrego kontaktu. Owszem, otrzymywał od nich regularne listy, dostarczane zresztą przez specjalnie wytrenowane do tego celu jastrzębie, nie było w nich jednak wiadomości, jakich by oczekiwał.

Otóż zaledwie kilka miesięcy temu wydarzyło się coś przerażającego, co rzuciło cień na przyszłość całego znanego Tobiemu świata. Tym czymś była regeneracja straszliwej, potężnej wiedźmy, mrocznej władczyni ślimaków – Tsunade!

Tobi był przekonany, że czcigodny Kimimaro-sama, dyrektor Hogwartu (to znaczy szkoły dla takich wybrańców jak Tobi, którzy dzięki byciu dobrymi chłopcami i dziewczynkami posiedli znajomość jutsu), poczyni jakieś kroki przeciwko Tsunade. Tymczasem jednak tkwił w Surrey-Gakure - biedny, sam, pozostawiony swojej mugolskiej rodzinie na pożarcie (dotychczas nie przejawili skłonności do kanibalizmu, Tobi był jednak przekonany, że jako prawdziwy dobry chłopiec musi być bardzo apetyczny…) – nie mając żadnych istotnych informacji ze świata swoich przyjaciół, choć czasem dostawał krótkie, pełne niedopowiedzeń listy, podobne do tego dzisiejszego:

Jako dobry chłopiec, na pewno zrozumiesz, że nie możemy ci nic powiedzieć o sam-wiesz-czym… Nie wolno nam cię o niczym informować, ale bardzo za tobą tęsknimy i wiele ci opowiemy, gdy się w końcu zobaczymy. Trzymaj się, skarbie! ;*

Konan i Pein

Treść wiadomości była pisana zawsze przez Konan, która od dziecka uwielbiała wszystko, co miało związek z papierem. Pein zostawiał jej to zadanie, przekonany, że jego listy nie zrobiłyby równie dobrego wrażenia (w czym zresztą miał rację, ponieważ z racji swojej małej, skrywanej przed światem obsesji, o której wszyscy wiedzieli, nie był w stanie napisać zdania, które nie zawierałoby słowa ból, ewentualnie krew lub śmierć. Cóż, trzeba było przyznać, że Pein jest dziwny, ale Tobi, jako dobry chłopiec, potrafił kochać swoich przyjaciół pomimo wszystko).

Dostawał też listy od swojego ojca chrzestnego, Sasuke Blacka, który niecałe dwa lata temu zbiegł z pilnie strzeżonego więzienia, w którym osadzono go (niesłusznie, rzecz jasne, czy ktokolwiek z rodziny i przyjaciół tak dobrego chłopca, jakim był Tobi, mógłby być ZŁY?) za zabicie dwunastu mugoli wyjątkowo niebezpiecznym jutsu. Tobi dobrze wiedział, że tak naprawdę zrobił to ktoś inny, były przyjaciel Sasuke – Kabuto Pettigrew. Ale teraz to nie było ważne, Sasuke się ukrywał i jak długo on, Tobi, nie wyzna nikomu, że z nim koresponduje, ministerstwo nigdy go nie znajdzie.

W każdym razie listy od niego były tak samo pozbawione konkretów, jak te, które pisała Konan. Wiedział, że nie pozostawało mu nic innego, jak tylko czekać. A dobrzy chłopcy czekają cierpliwie.

Jego oczekiwanie zdawało się nie mieć końca – dzień po dniu spędzał tak samo, robiąc podobnie dobre i bezproduktywne rzeczy. W końcu, pewnego dnia, wuj Naruto przyszedł do jego sypialni ze zmartwiona miną.

- Co się stało, Naruto-san? – zapytał z troską Tobi.

- Dattebayo, nie masz pojęcia, jaka tragedia, Tobi…

- Coś z Choujim? – zatroskał się, bardzo przejęty wcześniejszym zmartwychwstaniem kuzyna.

- Nie, nie – uspokoił wuj. – Sprawa jest znacznie poważniejsza, jej konsekwencje obejmą nie tylko naszą rodzinę…

Tobi spojrzał na niego z niepokojem. Jako dobry chłopiec nie wiedział co tak złego i tragicznego mogło się stać. Czekał, aż wuj to powie.

- Zamknęli… - mruknął.

- Kogo? – zapytał z lękiem Tobi.

Naruto spojrzał na niego jak na idiotę, którym Tobi przecież nie był, wiedział o tym doskonale.

- Moją ulubioną knajpę z ramenem – odparł, strosząc wąsy narysowane na policzkach kredką do oczu ciotki Ino. Tobi nigdy nie rozumiał po co wujowi te wąsy, ale jako dobry chłopiec nie zadawał trudnych pytań.

- Ojej – odparł, choć informacja nie zaciekawiła go w żaden sposób.

- I dlatego – kontynuował wuj – jedziemy szukać innej knajpy.

- Ale ja nie lubię ra…

- O czym ty mówisz, chłopcze? Jadę ja, ciotka Ino i Chouji. Ty zostajesz i masz pilnować domu jak dobry chłopiec.

Tobi przyrzekł, że zrobi wszystko, jak przystało na grzecznego chłopca. Jednak, gdy tylko drzwi za wujem się zamknęły, zrobiło mu się przykro, bo ostatecznie nie jadł kolacji, a jeśli naprawdę ma się sprawdzić jako stróż, nie powinien odczuwać tak przejmującego głodu, jaki doskwierał mu teraz. Żałował, że nie ma z nim Zetsu Longbottoma, innego przyjaciela, który jak nikt inny znał się na roślinach, choć nie pochwalał ich spożywania – tłumaczył to traumą z dzieciństwa.

Tobi leżał na łóżku i marzył o gołąbkach w sosie pomidorowym, sałatce z brukwi, hamburgerze, stekach, surowych marchewkach, wędzonym prosiaku z jabłkiem w pysku… Z rozmyślań wyrwało go skrobanie tego prosiaka, który był teraz przy schodach. Przynajmniej miał nadzieję, że to ten prosiak i że jest dobrze wypieczony. Gdy podszedł bliżej, okazało się, że to cały tłum dobrze wyrośniętych prosiąt (średnio metr siedemdziesiąt pięć wzrostu), które trzymają różdżki. Gdy przyjrzał im się jeszcze dokładniej, okazało się, że ich zna. A przynajmniej Dosu „Polifonicznego" Moody'ego, ale jako dobry chłopiec wierzył, że były nauczyciel nie przyprowadzi do domu ludzi niepowołanych lub złych. Dalej zauważył też Kidomaru Lupina, który również był jego nauczycielem, a przy okazji miał drobny problem natury zwierzęcej. Poza nimi w holu stała grupa innych osób, między innymi młoda kobieta o różowych włosach, która przedstawiła się jako Tayuya Tonks i w ciągu czterech wymienionych zdań, przeklęła przynajmniej sześć razy (Tobi liczył, ale jako dobry chłopiec nie zwrócił jej uwagi, mogłaby się poczuć urażona, a tego nie chciał).

- Herbatki? – zapytał, choć tak naprawdę miał ochotę krzyknąć „Dzięki wszystkim siłom boskim, w końcu mnie stąd zabieracie!". Brzmiałoby to jednak niegrzecznie.

- Tobi-kun… - Kidomaru położył mu dłoń na ramieniu, a chłopak miał wrażenie, jakby przez jego ciało przeszedł rój pajączków. – Nie mamy czasu na herbatkę, musimy cię stąd zabrać, zanim ślimakożercy nas wytropią. Przy okazji, szalenie twarzowa maska, ale chyba coś nie tak z twoim okiem…

Tobi zrozumiał, że tylko jego przyjaciele troszczą się o jego oczy i poczuł, jak przez otwór w masce spływa łza. Opanował się jednak i zapytał:

- Gdzie się przeniesiemy? I jak?

- Polecimy. Na miotłach.

To były dobre wieści, naprawdę dobre, bo Tobi lubił latać (prawdę mówiąc był nawet w drużynie quidditcha, ale nie lubił się tym chwalić, bo był dobrym chłopcem). Nie posiadał się jednak z radości, kiedy wyszli przed dom i wzbili się w powietrze.