2.

Aportowaliście się w pobliżu niewielkiego wzgórza pokrytego wolnorosnącą trawą kołyszącą się nieznacznie na wietrze. Łagodna bryza musnęła twoją twarz. Poczułeś chłodne, przyjemne dla ciała powietrze i odetchnąłeś głęboko. Rozejrzałeś się wokoło i nie dostrzegając żywej duszy, pospieszyłeś trawnikiem wzdłuż wzgórza, ku wysokiemu budynkowi mieszkalnemu, wyglądającemu tak absurdalnie, z powodu swego specyficznego kształtu, iż niemal prowokująco.

- Gdzie nas przeniosłeś? – odezwał się starszy czarodziej, z powątpiewaniem taksując budynek wzrokiem.

- Jesteśmy, drogi profesorze, niedaleko wioski Ottery St. Catchpole w Doven. Kiedy założę zaklęcia ochronne, ów dom stanie się nie dość, iż nienanoszalny, również niemożliwy do wykrycia przez jakąkolwiek gałąź skorumpowanego ministerstwa – odpowiedziałeś, spiesząc w stronę wejścia. Twoja peleryna plątała się nieznaczne wokół twoich kostek.

- Do kogo należy? – zapytał Snape, spoglądając na ciebie spod uniesionych brwi.

Zerknąłeś na niego przelotnie i wbiłeś oczy w ledwie widoczną poprzez kurz i rdzę tabliczkę zawieszoną koło drzwi. Uwaga na sterowalne śliwki. Była brudna i zaniedbana, poznaczona śladem minionego czasu. Sponiewierana poprzez atmosferyczne zjawiska.

- Niegdyś należał do Lovegood'ów – wyznałeś przyciszonym głosem, czując, jak na twoim sercu zaciska się niewidzialny łańcuch i boleśnie wrzyna w delikatny organ. Zaczerpnąłeś jeden, głęboki wdech i zmusiłeś się do podjęcia wytłumaczenia. – Teraz już nikt tu nie mieszka – zdradziłeś. I to wystarczyło. Czarnooki skinął bez słowa głową i w milczeniu podążył za tobą ku drzwiom.

Wstąpiłeś po schodach, jakbyś po nich wpłyną, jakbyś były wodą i prąd niósł cię sam w miejsce, gdzie dorastała ona. Jakby twoje serce, twoja wola rozpoznawała to miejsce, tak jak ptak rozpoznaje swoje gniazdo, swą bezpieczną przystań. Nacisnąłeś klamkę i pchnąłeś drzwi - nigdy ich nie zamykali. Przez chwilę stałeś w milczeniu w wejściu, patrząc w ciemny, pusty korytarz, w którym wszystkie ściany przemawiały do ciebie jej głosem. Śmierć, owo widmo mroku z różdżką, zamiast kosy, spojrzała nań swymi czerwonymi ślepiami zabójcy łaknącego zebrać swe żniwa. Korytarze miały oczy. Jej srebrno-szare oczy, spoglądające, jak przestępujesz, tak miły tobie próg owego domu za wzgórzem i wydobywasz różdżkę, która wciąż spoczywała w najgłębszej kieszeni twych krótkich spodni. Wyciągnąłeś ją przed siebie, kierując jej koniec w głąb korytarza.

- Homenum Revelio – wypowiedziałeś płynnie znajomą ci dobrze inkantacje. Przez chwilę stałeś nieruchomo niczym zastygły w jednej pozie pomnik, w napięciu oczekując na odzew. Jedną minutę, dwie. Cisza. Nie stało się nic. Dzisiejszego dnia towarzyszyło wam szczęście, nikt nie zamierzał zaskoczyć was w owym jedynym schronieniu, jakie przychodziło ci na myśl, swoją obecnością.

Odetchnąłeś głośno i opuściłeś różdżkę. Odwróciłeś się w stronę Snape'a, który to przyglądał ci się w milczeniu, jakby na coś czekał.

- Zapewne zastanawiasz się, co się stało tej rodzinie? – Pochwyciłeś nikły błysk, jaki przemkną poprzez owo czarnookie spojrzenie i uśmiechnąłeś się wymuszenie, nie czekając na potwierdzenie. – Pamiętasz może, jak skończył ród Wood'ów? Jak brutalnie został skoszony niczym plony z pól?

Poczekałeś, aż twój towarzysz w milczeniu skinie głową, by prześwidrować go wzrokiem z całkowitą uwagą, z czujnością polującego na ofiarę węża.

- Więc Luna i jej ojciec składają się na podobną historię, jakich wiele w czarodziejskim świecie, odkąd on nie czuje się już zagrożony, odkąd uważa, że ma wolną rękę, odkąd sądzi, że nic i nikt nie jest w stanie go powstrzymać. – Zrobiłeś pauzę. Nie dostrzegałeś na twarzy towarzyszącego ci mężczyzny ani śladu emocji, jakby tamten dobrze wiedział, iż jest poddawany próbie, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, z tego, że oceniasz go, próbując ujrzeć wszystko to, co skrywa gdzieś w głębi swego człowieczego ciała, ukrywane przed światem niczym najcenniejsze skarby ówczesnych czasów. – Rodzina Lvegood'ów padła ofiarą owej niepojętej wojny, znikając niemal tak samo, jak zatarty był ślad po rodzinie Wood'ów. Si parva licet componere magnis(1), oczywiście.

Snape milczał przez chwilę, po czym otworzył usta, by rzec jedno krótkie słowo.

- Rozumiem.

Westchnąłeś ciężko i wyminąłeś Snape'a, zmierzając ku ogrodowi z wyciągniętą różdżką.

Kiedy stanąłeś u podnóża schodów, nie byłeś już tylko siedemnastoletnim młodzieńcem. Byłeś potęgą. Byłeś siłą tysiąca wichrów, które gotowe były wznieść się na twe wezwanie. Moc istniała w tobie, ty nadawałeś jej jedynie kształt i kierunek. Patrzyłeś, jak się rozwija, jak wzrasta, mnoży się i potęguje. Patrzyłeś, jak rozkwita, uśpiona niegdyś, przywrócona światu na nowo. Wiatr wezbrał na sile, by skupić się wokół ciebie i zawirować dookoła, przyciągany twą mocą niczym metal w styczności z magnezem. Zamknąłeś oczy, pragnąc poczuć ją głęboko w sobie, dotknąć owej magii, która istniała w twym ciele, w twej duszy, która żyła i była wieczna, nieskończona niczym nocny firmament gwiazd. Kiedy je na powrót otworzyłeś, owa zieleń pociemniała nieznacznie, a w czarnych źrenicach odzwierciedlała się potęga, bezkres siły potężniejszej od słów. W świecie magii bowiem słowa miały wielką moc, ogromne znaczenie, możliwość dawania, jak i odbierania. A twoja magia – ona miała siłę, jakiej żadne słowa nie mają – siłę tworzenia.

Uniosłeś różdżkę. Nadszedł ten czas, by ponownie nagiąć fale magii do twej własnej woli. Niechże wypełni swoją powinność.

Różdżka płynęła poprzez powietrze, wirowała i pulsowała, napierając na czas i przestrzeń, kontrolując ziemię i ziemską atmosferę. Magia tworzyła się sama. Wielkie jej płaty otaczały dom Lovegood'ów, odgradzając go, niczym kuloodporną szybą, od reszty świata. Nakładałeś zaklęcia jedno na drugie, a one splatały się ze sobą srebrnymi gałęziami, nie pozostawiając luk i słabych punktów, tworząc perfekcję i perfekcją będąc. Ogromna, przeźroczysta tarcza, uformowała się w kopułę i osiadła w jednym miejscu, otaczając dom ze wszystkich stron. Twoja różdżka po raz ostatni zadrgała, zapulsowała i znieruchomiała. Kopuła zajaśniała srebrną powłoką, a następnie wtopiła się kolorytem w otoczenie. Powoli opuściłeś rękę, z delikatnością, aby nie zaburzyć solidnej tarczy, która otaczała teraz budynek, skierowałeś jej koniec w kierunku ziemi. Przez chwilę spoglądałeś jeszcze w górę, oceniając stabilność twego zaklęcia i gdy stwierdziłeś, że zbudowałeś na kamieniu, nie na piasku, opuściłeś głowę i odwróciłeś się, by podążyć do domu.

Czarne oczy obserwowały cię z wejścia. W jego spojrzeniu czaiła się fascynacja, ale i rozgorączkowanie. Jakby jeszcze nie był do końca przekonany, czy to, co ukazały mu jego oczy, okaże się prawdą. Spojrzałeś na niego, ze wzruszeniem ramion.

- Żeby moja niezależność nie rozpłynęła się we mgle, musiałem umieć sobie radzić – odpowiedziałeś na niezadane pytanie.

Przytaknął skinieniem głowy, jednakże nie spuścił z ciebie zaintrygowanego spojrzenia.

- Daj spokój, Snape – prychnąłeś z konsternacją. – Nigdy nie widziałeś magii ochronnej? Przecież otaczała cię nieustannie, gdy spacerowałeś niegdyś korytarzami Hogwartu. Świętej pamięci Dumbledore, światłość wiekuista niechaj mu świeci, zadbał, by zamek otaczały najsilniejsze zaklęcia ochronne, jakie zna nasz świat. Stworzył on barierę, przez którą wstępu nie miał sam wielki Voldemort. – Wykrzywiłeś wargi w wyrazie ironii, widząc, jak czarodziej zadrżał na to określenie Czarnego Lorda. – Cóż to za pełne obłędu czasy, w których przychodzi nam się lękać nic nieznaczącego określenia, jaki nadał sobie jakiś psychopata, terroryzujący magiczną Anglię – dopowiedziałeś z nutą sarkazmu.

I tak, jak dawno, dawno temu uczynił to on, odwróciłeś się i nakreśliłeś w powietrzu słowa, które zapłonęły ogniem i zawisły wam przed oczami. 'I am Lorde Voldemort' głosił kontrowersyjny napis. Kątem oka zauważyłeś, jak Snape cofnął się ogarnięty nagłą trwogą. Wygiąłeś wargi w sarkastycznym uśmiechu i smagnąłeś różdżką powietrze, a słowa zaczęły wędrować i przemieszczając się tworzyć powoli całkiem nowe, tak znane ci nazwisko. 'Tom Marvolo Riddle' głosiły teraz rozżarzone litery, dryfujące przed waszymi oczyma.

- Oto wielka tajemnica Wielkiego Pana – wyrzekłeś, śmiejąc się chłodno. W tym momencie to ty miałeś władzę. Nie ten, który zwie się Lordem, nie ten, za którym naiwnie podążają czarodzieje czystej krwi. Ty – siedemnastoletni chłopak, któremu niestraszna potęga największego czarnoksiężnika, jakiego znała ta ziemia.

- Riddle – wyrzekł przyciszonym głosem, świdrując cię wzrokiem, jakby spodziewał się, że kłamiesz. – Riddle powtórzył ponownie, kładąc nacisk na wypowiedziane słowo. – Toż to…

- Oczywiście – zaśmiałeś się cicho. – Mugolskie nazwisko, doprawdy pojęty z ciebie czarodziej, Snape – ironizowałeś, wiedząc, jaki cios mu tym zadajesz.

- Wiesz co, Potter, nie wiem, czy twój umysł jest w stanie to pojąć, ale to, że okazałem się nie być krwiożerczym zwierzęciem na usługach szaleńca, nie znaczy, że masz prawo mnie traktować z góry. – Jego oczy zapłonęły niezdrowym blaskiem. Spojrzałeś na niego i dostrzegłeś poczucie niesprawiedliwości, tlące się niczym ogień trawiący go od środka, w czarnych tunelach jego spojrzenia. Miał jeszcze w sobie człowieka. Dostrzegłeś to w tej właśnie chwili. Potrafił odczuwać, potrafił cierpieć, potrafił żywić urazę. Nie zniszczyli w nim jeszcze wszystkiego, wojna nie doprowadziła go jeszcze do obłędu, nie pogrzebała w nim człowieka. Uśmiechnąłeś się delikatnie, niemalże niedostrzegalnie (kąciki twych warg lekko drgnęły, nie pragnąłeś go spłoszyć, ani zniechęcić do siebie) i odpowiedziałeś spokojnym, niemalże łagodnym głosem, jakbyś przemawiał do przerażonego ciemnościami dziecka.

- Wybacz mi, Snape. Najwyraźniej zbyt długo pozostawałem w towarzystwie swojego cienia. Być może już zdołałem zapomnieć, jak rozmawiać z ludźmi.

Spojrzał na ciebie z politowaniem wypisanym na twarzy.

- Jakże sentymentalnie – warknął. Jednak ty wiedziałeś, iż tymi słowami została ci przebaczona twa kolosalna pomyłka, więc jedyne, czego dokonałeś, to skinąłeś mu, z szacunkiem, głową.

Bez zbędnych słów wyminąłeś go i poprowadziłeś do salonu, dobrze wiedząc, że podąży zaraz za tobą. To zadziwiające, z jaką dokładnością pamiętałeś ścieżki owego wielkiego domu, zupełnie tak, jakbyś opuścił go zaledwie wczoraj.

Wciąż pamiętałeś ten ostatni raz, kiedy tutaj byłeś. Zaledwie rok temu, a jednak miałeś wrażenie, iż wydarzyło się to w innym życiu, w innym czasie. Korytarze wciąż były przesiąknięte jej zapachem, choć zastanawiało cię, jak to jest w ogóle możliwe. Była młoda i niewinna, nieprzystosowana do toksyczności, z jaką napierał na nią świat. Mimo to starała się z nim walczyć, na swój własny, być może nieco pokręcony sposób, ale słodka Morgano starała się, starała się, wysilając każdą, najdrobniejszą komórkę jej kruchego ciała. A ty czułeś się coraz starszy. Coraz starszy, podczas gdy ona uwięziona na wieki w swym nastoletnim ciele, nigdy nie dorośnie do tego, aby zobaczyć ten lepszy, wolny od niesprawiedliwości świat.

Pamiętałeś jej zapach. Pamiętałeś, jak trzymałeś ją w ramionach, o wiele za długo, niżby pozwalała na to przyjaźń. A ona nigdy nie miała nic przeciwko temu, zawsze wtulała się w ciebie niczym mała dziewczynka łaknąca odrobiny czułości, chociaż za każdym razem wiedziała, iż tak jak zawsze, podziękujesz uprzejmie za herbatę i odwrócisz się, by oddać się objęciom nocy - zwierzę mroku kroczące dumnie poprzez własne rewiry. Zawsze się odwracałeś. A ona nigdy nie próbowała zatrzymać cię na dłużej. Znała cię dobrze i wiedziała, że nie było po co marnować słów, że gdy już coś postanowiłeś, każdorazowo się tego trzymałeś. Rozumiała, iż nie istnieją żadne słowa, którymi mogłaby cię zatrzymać, którymi mogłaby sprawić, byś został przy niej, chociażby na jeszcze kilka, krótkich sekund.

Salon nie zmienił się od czasu, kiedy byłeś tu po raz ostatni. Na lampach i na podłodze osiadło nieco srebrzystego kurzu, ale nic nie zostało tknięte, nic nie było przestawione, wszystko pozostało w tym samym rozmieszczeniu co zawsze. Jakby właściciele tego domu jedynie wyjechali na kilka tygodni, jakby lada chwila zamierzali wrócić do swego spokojnego azylu. Jednak ty dobrze wiedziałeś, że nie wrócą. Już nigdy.

Uniosłeś dłoń. Pierwszy ruch nadgarstka, jaki wykonałeś, sprawił, że kurz uleciał w powietrze i zniknął niczym wessany przez czarną dziurę, drugi zaś, rozświetlił nieznacznie pomieszczenie, sprawiając, że przestało ono wyglądać smutno i ponuro, nabierając nieco barw.

Wskazałeś starszemu mężczyźnie kanapę, a sam zająłeś głęboki, zapadający się fotel, w którym zwykł siadać niegdyś Ksenofilius Lovegood.

- Napijesz się czegoś? – zaproponowałeś z obojętnością w głosie, przyglądając się drugiemu mężczyźnie.

- Po co te uprzejmości, Potter? – Snape uniósł brwi, przechylając głowę w niemym pytaniu. W jego oczach jaśniało nieukrywane zainteresowanie.

Westchnąłeś cicho, przykładając dłonie do czoła i rozmasowując delikatnie skronie.

- Daj spokój, Snape, trzeba zachować te wszelkie finezje i subtelności, nie uważasz? Nie jesteśmy zwierzętami bez honoru, tylko cywilizowanymi ludźmi, tak więc wracając do tematu, masz ochotę na coś do picia? – Ponowiłeś zapytanie.

Czarnooki mężczyzna wykrzywił wargi w zjadliwym uśmiechu.

- Nie pogardziłbym Whisky The Macallan z lodem, co najmniej czterdziestoletnią – odparł gładko, prostując się na swym miejscu.

Warknąłeś z dezaprobatą, mrużąc wściekle oczy.

- To dom jednorodzinny, a nie destylarnia, na jaja Merlina.

- W takim razie poproszę wodę z cytryną – prychnął Snape, a ty przewróciłeś oczami.

- Mogę ci zaproponować Ognistą, jeśli masz ochotę na whisky, ojciec Luny zawsze trzymał ją w ilościach masowych w piwnicy na dole – powiedziałeś, a zmęczenie było już wyraźnie słyszalne w twoim głosie.

- Idealnie – zgodził się Snape, choć jego mina wyrażała szyderstwo.

Zignorowałeś ową nutę ironii w jego głosie i uznałeś, iż Ognista Whisky to doprawdy jedyna rzecz, na jaką miałeś teraz ochotę.

Pstryknąłeś palcami, by już po chwili zmaterializowała się przed wami duża butelka wypełniona złotawobrunatną cieczą. Nalałeś alkoholu w małe szklanki do whisky i podałeś jedną z nich swemu towarzyszowi. Rozsiadłeś się wygodniej w fotelu i oparłeś ramiona na podłokietnikach.

- Znakomita – ironizowałeś, gdy tylko przełknąłeś spore pociągnięcie złotego płynu ze szkła.

- Nie da się ukryć – odparł z cynizmem Snape, choć nie tkną jeszcze własnej działki.

Przez chwilę między wami panowała cisza. Wreszcie, po kilku długich chwilach ciągnących się w nieskończoność, odetchnąłeś głębiej i odstawiłeś szklaneczkę na stojący między wami stolik do kawy.

- Dobrze więc. – Spojrzałeś w te czarne, głębokie tunele zastanawiając się, cóż za ironia losu sprawiła, iż siedzicie tu teraz we dwoje, sącząc Ognistą Whisky, w domu Ksenofilius'a Lovegood'a. – Wyjaw mi więc, co zamierzasz dalej? Sprowadziłeś minie do naszej, pożal się Merlinie, ojczyzny Szekspira. Jaki jest twój następny krok?

Snape zmarszczył czoło, przyglądając ci się wnikliwie. Poczułeś się pod tym spojrzeniem niczym zwierzyna wystawiona na pokaz.

- Miałem nadzieję, że ty mnie olśnisz własnymi zamiarami, Potter.

Nie potrafiłeś powstrzymać uśmiechu, który wpłyną ci na usta po tych słowach.

- Bardzo Ślizgońskie, drogi profesorze. Toż to nie moim, jakże genialnym, pomysłem był powrót do tej ziemi utraconej, czyż nie? Moim zamiarem było, pozostanie w Wenecji i zakupienie maski karnawałowej, w nadziei, że nikt nie przybędzie niespodziewanie z mojego przeszłego świata, jednakowoż na wypadek, gdyby ktoś jednak zechciał wyciągnąć mnie z mojej przystani i porwać na powrót w objęcia wojny, której końca nie widać. Popełniłem błąd, jak sądzę, ponieważ nie posłuchałem głosu rozsądku, a zaufałem, iż tam, we Włoszech nikt mnie nie zdoła odnaleźć.

Czarnooki pochylił się nad stołem, zaglądając pilnie w twe zielone oczy.

- Sądzisz, Potter, że zdołałbyś ukryć prawdziwą tożsamość pod maską? Sądzisz, że gdybyś ją na sobie miał, nie odnalazłbym cię w tamtym miejscu, owej ciepłej nocy? – wyszeptał zapamiętale, a jego czarne oczy zajaśniały złowrogim blaskiem.

Nie odwróciłeś spojrzenia. Pozostałeś obojętny na prześwietlające cię czarne oczy. Nie byłeś już trzynastoletnim chłopcem, którego w uczucie trwogi potrafiło wprowadzić samo brzmienie owego chłodnego, złowrogiego tonu głosu.

- Nie wiem, Snape – odpowiedziałeś z westchnieniem. - Nie wiem co mam myśleć.

Twe zielonookie spojrzenie było znużone. Postukałeś bezwiednie palcami o kolano.

- Wiem za to, iż nie powinieneś tego robić. Nie powinieneś, Snape i odwróci się to jeszcze przeciwko tobie – ostrzegłeś, sam powątpiewając, czy w ogóle cię to obchodzi.

Spojrzałeś przez okno. Słoneczne promienie zalewały wzgórze, a srebrzysta rosa lśniła swym blaskiem pośród traw. Gdzieniegdzie małe, polne kwiaty odwracały swe korony w stronę słońca, wyciągając długie łodyżki, wygrzewając się w ciepłych promieniach niczym koty zatapiające się w miękkich kocach, lub puchatych kołdrach.

Pamiętałeś doskonale, zupełnie, jakbyście po raz ostatni widzieli się zaledwie wczoraj, jej chude, zgrabne ciało, wyciągnięte pośród traw, gdy kładliście się oboje w ciepłe, spokojne dni lata na wzgórzu, kierując swój wzrok ku niebu, zapominając o reszcie świata, zapominając o groźbie śmierci, jaka wisi nad społeczeństwem czarodziejów, odkąd on powrócił z zaświatów, zapominając o lęku i odrzucając smutki gdzieś daleko, obserwując płynące po niebie chmury i zaśmiewając się z ich wymyślnych kształtów, jakie przybierały ów białe obłoki wiszące nad waszymi głowami. Pamiętałeś jej kolorowe sukienki skąpane w blasku słońca, jej łagodny, skowronkowy śmiech, gdy opowiadałeś jej multum niestworzonych historii i obiecywałeś wyprawy w cudowne, słoneczne miejsca, gdzieś na lądy po drugiej stronie globu, pamiętałeś wstążki w jej włosach, które powiewały na wietrze, pamiętałeś jej piękno, jej urodę, własne oczarowanie jej osobą. Czułeś wtedy, jakby więziła cię w swych granicach piękna magia, jaka sprawiała, że pragnąłeś być jedynie tutaj, jedynie z nią, na wieki. To w tych okolicach tworzyliście plany i składaliście obietnice, że wyjedziecie gdzieś daleko i zobaczycie świat, stojący przed wami otworem.

Niektórych obietnic nigdy nie przyszło ci wypełnić.

- Czego nie powinienem robić, Potter? – przywołał cię na powrót ku bieżącemu czasu i przestrzeni czarnooki, siedzący naprzeciw ciebie.

Spojrzałeś na niego w sposób, jakbyś w rzeczywistości go nie dostrzegał. Jakby nie istniał, nie materialnie, nie tutaj i na pewno nie przy tobie.

- Nie powinieneś mieszać się w mój świat – odpowiedziałeś cicho. - Nie powinieneś nigdy sprowadzać mnie z Wenecji. Nie powinieneś sprzymierzać się z Niepożądanym Numerem Jeden, ponieważ w tym kraju, w tych realiach, potrafią skazać cię za to na ścięcie.

Snape zaśmiał się chłodno, a ty drgnąłeś, słysząc ów suchy, zimny, nieposiadający w sobie ni grama rozbawienia chichot i wreszcie skupiłeś na nim całą swą uwagę. Rozbudził cię on z niejakiego stanu transu, w który wprowadzała cię twa obecność w tym miejscu powlekanym pajęczyną wspomnień tak rozległą, iż sięgała każdego kąta, każdego cala mijanej przez ciebie powierzchni na ścianie.

- Doprawdy, Potter, twoja dobra wola mnie zachwyca – zaszydził. – Jakże… ach… miło z twojej strony, że tak dbasz o moją egzystencję.

Warknąłeś w irytacji, a twoje oczy zwęziły się do rozmiaru niewielkich szparek. Jadeitowe tęczówki pociemniały, teraz bardziej upodobniając się do pary błyszczących szmaragdów.

- Daruj sobie ten persyflaż.

- Jaka elokwencja, Potter. – Wciąż ewidentnie testował twoje nerwy.

Skrzywiłeś się nieznacznie i postanowiłeś nie wszczynać tej daremnej konwersacji. Sięgnąłeś po szklaneczkę migoczącego odblaskami alkoholu i upiłeś łyk. Przez chwilę utrzymywałeś złoty płyn w ustach, rozkoszując się jego smakiem. Kiedy go przełknąłeś, oparłeś się ponownie fotel i na moment zamknąłeś oczy. Czułeś spokojne uderzenia twojego serca. Cisza wokół was sprawia, że niemal mogłeś poczuć jego rytm, sprawić, że nie będzie jedynie gorącym, pulsującym organem, a jednym z łączników z otoczeniem, sposobem postrzegania świata, życiem. Zaciągnąłeś się głęboko powietrzem i na chwilę wstrzymałeś je w płucach. Twoja krew rozpływała się po gorącym ciele, niczym słodka, płynna, gorąca czekolada, a ty zastanawiałeś się, czy przyjdzie taki dzień, w którym zbruka ona szarawe chodniki z betonu, lub marmurowe posadzki korytarzy. Powoli wypuszczałeś z płuc kojące, orzeźwiające zmysły powietrze.

- Chyba najwyższy czas przejść do sekretów, nie uważasz? – wyszeptałeś, nie uchylając powiek, uśmiechając się jedynie półgębkiem. – Nie wiem, czy łatwo ci to zaakceptować, ale uświadom sobie, że podejmiemy swego rodzaju wyścig z czasem, grę, którą przyjdzie nam wygrać, bądź przegrać, tego nie możemy być pewni. Rozgrywkę, w której można przyodziać dowolną maskę na własną twarz, przyjąć dowolną postawę, jednakże należy być ostrożnym, ponieważ przywdziewając jedną pozę nazbyt długo, można przysporzyć wokół siebie podejrzeń, a to nie idzie nam na rękę, nieprawdaż? Z uwagą należy stawiać własne kroki, ponieważ wkroczymy w coś, czego nie rozumiemy, naruszymy kamienie, które doprowadzą do istnej lawiny. Krew znowu popłynie ulicami Londynu. Czas będzie naszym największym wrogiem albo sprzymierzeńcem, tego jeszcze przyjdzie nam się dowiedzieć. Pamiętaj również, że linia łącząca cię z życiem jest wątła, nie rzucaj się wprost pomiędzy ostrza nożyczek, ale zajdź je od tyłu, uwiąż uchwyty, spraw, by nie mogły rozewrzeć swych szczęk. Zaskoczmy ich, wypróbujmy, przekonajmy się, czy dostrzegą zagrożenie.

Snape zmarszczył czoło i zlustrował cię oceniającym spojrzeniem.

- O czym ty bredzisz, Potter?

Nie odpowiedziałeś. Zamiast tego zamknąłeś oczy i odszukałeś w sobie węzły owego silnego połączenia, które wciąż w tobie istniało, mimo iż przez tak długi czas, odrzucałeś go od siebie, jak najsilniej potrafiłeś.

Nadszedł czas, aby ponownie zatopić się w tej ciemności i stawić czoło wyzwaniu.

Uchwyciłeś się owej więzi tak silnie, jak zdołałeś i pozwoliłeś, by szarpnęła twoim umysłem i przyciągnęła ku sobie, wciągając w wir tak ci znanego, mimo iż dawno nie odwiedzanego, umysłu mrocznego niczym sama otchłań, potężnego niczym demon ciemności. Obrazy i dźwięki na powrót rozbrzmiały echem, zajaśniały swą intensywnością. Mrok, otaczała cię pustka i mrok, a ty skupiłeś się, jak mogłeś, aby rozproszyć go na moment nikłą wiązką światła, aby ujrzeć, co znajduje się wewnątrz. Pochwyciłeś w swe dłonie najskrytsze plany owej bestii, z którą dzieliłeś umysł i szarpnąłeś niczym wściekły szakal. Starałeś się ukryć swoją aurę, nie zdradzić przypadkiem własnej tożsamości. Wiedziałeś, iż on w końcu się domyśli, kto śmiał wkroczyć brutalnie w jego umysł, jednak zanim uświadomi sobie, iż powróciłeś, minie nieco, potrzebnego wam na reakcję, czasu.

Plany, setki planów, które musiałeś poukładać we własnym umyśle. Oraz twarze. Niektórych z nich jeszcze zdążysz uratować.

Zapomniałeś już, jak przenikliwie lodowata potrafi być jego ciemność. Zdołałeś już zapomnieć, jaką nienawiść nosi on w sobie, jaką abominacją do świata się karmi, jakie prawdy wyznaje. To wszystko naraz, w jednej chwili, powróciło do ciebie, zalewając twoją percepcję milionami ostrych niczym sztylety, chłodnych niczym sople lodu myśli i odczuć, nienależących do ciebie, a jednakowoż w tamtej chwili przez ciebie odczuwanych. W jednej sekundzie potrafiłeś uchwycić minione, teraźniejsze i przyszłe zdarzenia, jakbyś nie był jedynie obserwatorem jego umysłu, ale elementem obiegu, który scala wszystko w jedną całość. Były tam także plany. Odbiór sensoryczny sygnałów, zrozumienie zamiarów i identyfikacja miejsca. Te trzy rzeczy przeszybowały niczym fala przez twój umysł i przepadły gdzieś w otaczającej jego jestestwo mroku.

Dostałeś jednak to, czego szukałeś. Nadeszła pora by zawrócić i wyrwać się z utrzymujących cię mocno sideł.

Doskonale pamiętałeś, jakie było to trudne. Wymagało zawsze niemiłosiernego skupienia, napięcia spinającego każdy mięsień twego ciała. Wymagało pragnienia. To zawsze było trudne, lecz nie niewykonalne, nie dla ciebie i nie po tylu latach połączenia dwóch świadomości, scalenia ich w jedność. Choć kusiło cię, aby pozostać w owym umyśle choć chwilę dłużej, by ujrzeć choć drobinki dalszych planów, wiedziałeś, że ryzyko zwiększało się z każdą chwilą, podczas twojego pozostawania w tamtym, złożonym intelekcie.

Wyłoniłeś się z jego umysłu niczym nurek wypływający nad taflę wody i zachłysnąłeś się powietrzem. Otworzyłeś oczy, uświadamiając sobie, że leżysz na podłodze, a każdy mięsień twego ciała jest napięty do granic wytrzymałości. Ból w bliźnie niemalże odbierał ci ostrość widzenia, docierał do najgłębszych zakamarków twojego mózgu, miałeś świadomość, jakby niewidzialne ostrze przebijało się poprzez twoją skroń i wychodziło po drugiej stronie twej głowy. Do tego blizna. Piekła i pulsowała bólem tak potężnym, iż posiadałeś nieodparte wrażenie, iż jakieś niepożądane, skonstruowane z metalu, diaboliczne szpony wpijają w nią swoje ostre pazury i rozrywają na dwie części. Z oczu, za którymi czułeś niemiłosierne łupanie, spłynęło kilka łez.

Och, pamiętasz to uczucie, pamiętasz je doskonale. Tak dawno go nie odczuwałeś, że niemal wątpiłeś, iż będzie bolało wciąż tak samo, jak za pierwszym razem. Mentalny kontakt z tamtym drugim, nieuporządkowanym, przepełnionym szaleństwem, obłędem tak jawnym, iż niemal namacalnym, oraz ciemnością gęstą niczym materia, która zapierała ci dech w piersiach, umysłem, był niczym kilka Cruciatus'ów rzuconych jednocześnie i to nie na powierzchnię twojej skóry, ale zaatakowawszy od środka twojej głowy. Przycisnąłeś z całej siły dłoń do piekącej blizny, mając nadzieję, iż wkrótce nadejdzie ukojenie i podniosłeś twarz, bladą niczym trupia maska, na spoglądającego na ciebie mężczyznę. Nie spostrzegłeś momentu, w którym klękną przy tobie, jednakże teraz owe czarne oczy przyglądały ci się z bliska bez słowa, z niejakim światłem zrozumienia.

Mimo potu spływającego ci po skroniach, szarpiącej się w ostrym bólu bliźnie i drżących mięśni ciała, uniosłeś się na ramionach i uśmiechnąłeś złowieszczo.

- Wiem, co planuje – wydyszałeś z satysfakcją i oparłeś ciężko czoło o ramię klęczącego przy tobie mężczyzny. – I wiem, gdzie musimy się udać – dopowiedziałeś szeptem.


(1) Jeśli się godzi porównywać rzeczy małe, z wielkimi.