Dziękuję bardzo za śledzenie i komentarze. Jestem otwarta na wszelką krytykę.

Tym razem wersja sherlockowa :)


Sherlock

Przez ostatnie cztery dni spał może szesnaście godzin, z czego ostatnie czterdzieści był na nogach. Nawet dla niego było to trochę za dużo. Moriarty był interesujący, owszem. Na początku Sherlock podjął jego wyzwanie z przyjemnością. Lepiej było rozwiązywać kolejne zagadki niż strzelać do ściany. Moriarty nie pozwolił mu się zatrzymać nawet na chwilę, za jedną sprawą szła następna, a Sherlock udowadniał sobie i otoczeniu, że był w szczytowej formie.

Zabawa skończyła się w momencie, gdy starsza pani wyleciała w powietrze. To już nie była gra o to, kto był sprytniejszy i lepiej łączył fakty w całość. Stawką były ludzkie istnienia. To, że Sherlock nie dopuszczał do tego, by emocje przyćmiewały mu zdolność myślenia, wcale nie oznaczało, że nic nie czuł. Owszem, łatwo było odciąć się od uczuć, gdy były ważniejsze sprawy w danym momencie, ale wbrew opinii Johna Sherlock pamiętał o zakładnikach. Po prostu chłodna kalkulacja udowodniła, że emocje mogą go tylko rozproszyć. Śmierć starszej kobiety i jej sąsiadów wstrząsnęła Sherlockiem na tyle, że przy następnej konfrontacji z porywaczem był zdesperowany, by ocalić dziecko. Udało mu się.

Odrębnym problemem była różnica między posiadaniem uczuć i okazywaniem ich. Czy może raczej nieokazywaniem. Sherlock nie lubił emocji, bo sprawiały, że ludzie zachowywali się nielogicznie. Nie mógł jednak zaprzeczyć ich istnieniu.

Z ulgą dotarł do domu. Wyglądało na to, że ta sprawa została już rozwiązana, więc mógł pomyśleć o transporcie, który domagał się jedzenia i snu. Być może nawet w odwrotnej kolejności, ale nie zamierzał pozwolić, by głód obudził go w środku nocy. Zjeść i spać.

Risotto Johna było niedosolone, ale Sherlock nie przejmował się tym. Pochłonął cały talerz i zagryzł ciasteczkami, które pani Hudson musiała im podrzucić. Zrobił jeszcze herbatę i dopiero wtedy skojarzył, że John wspominał coś o konieczności zakupów.

- John? Nie ma mleka – zawołał. Nikt mu nie odpowiedział i to wzbudziło w nim niepokój. Dlaczego nie było Johna? Sherlock otrząsnął się, żeby nie zasnąć przy stole. No tak, John został przy basenie... Kolejne ukłucie niepokoju zostało zgłuszone faktem, że był tam również Mycroft i Lestrade ze swoimi policjantami. Ale po co on tam został? Ach, pewnie załatwić jakieś nieważne drobiazgi. Nic, czym Sherlock powinien się przejmować.

Niedojedzone ciasteczko spadło na talerz wprost w kałużę sosu. Sherlock zagapił się na nie, przez moment bezsensownie rozważając, czy nadal będzie jadalne. Ciasteczko było kakaowe, a sos zawierał mnóstwo ziół, które John stosował z upodobaniem, a w które Sherlock przezornie nie wnikał. Pewnie gdyby chciał, mógłby sobie przypomnieć przeczytane kiedyś łacińskie nazwy składników przypraw w kuchni, ale nie miało to większego sensu, więc szkoda było tracić czas i zaśmiecać umysł. Po tym, jak złapał się na tym, że patrzy tępo w talerz i wcale nie poświęca swojej uwagi jakiemuś niezwykle ważnemu szczegółowi, Sherlock uznał, że nie może dłużej ignorować potrzeby regeneracji. Zostawił talerz z ciasteczkiem na stole i powędrował prosto do sypialni.

Była jedna rzecz, która pozostawiła po sobie gorzki ślad i w przeciwieństwie do innych nie dawała mu się tak po prostu wyłączyć. Przekonanie, że to John stał za tym wszystkim, a on dał się tak bardzo zwieść. Trwało to zaledwie chwilę, dopóki nie zobaczył ładunków, ale nadal dręczyło go wspomnienie, gdy myślał, że mógł się tak pomylić. To było jak zdrada. Nie, nie Johna, lecz jego. Jak mógł choć przez chwilę tak pomyśleć? Przecież to był jego John! Świadomość, że posądził przyjaciela o taką niegodziwość, bolała.

Sherlock był zbyt zmęczony, by długo roztrząsać tę kwestię. Potrzebował świeżego spojrzenia, a może i opinii drugiej osoby, ale tak się składało, że pani Hudson już spała, a John jeszcze nie wrócił. Najlepszą opcją było w tej chwili odespanie całego tego szaleństwa. Sherlock nie przejął się nawet faktem, że rzucił się na łóżko w garniturze. Z tego niewyspania musiał być bardziej wrażliwy, pomyślał leniwie. Oczy same mu się zamykały, a mimo to nie był w stanie się wyłączyć. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, na co czeka.

Bez Johna w mieszkaniu było... dziwnie. Sherlock sam się sobie dziwił, ale dla własnego bezpieczeństwa wolałby, żeby doktor wrócił i spał na górze jak zawsze. Przecież dlatego poczekał, aż John wyjdzie do Sarah, nim nie zamieścił na stronie informacji o spotkaniu, bo nie chciał go w to mieszać. Moriarty zdołał go zaskoczyć, bo uderzył w kogoś, kto Sherlocka... tolerował. Tak, tolerancja i akceptacja Johna były czymś, do czego Sherlock przywykł i nie chciał, żeby ktoś nagle to zmieniał. Dopiero co jedno pociągnięcie cyngla mogło to zmienić i detektywowi wciąż robiło się nieswojo na tę myśl.

Po kwadransie usłyszał trzask drzwi i kroki na schodach i odetchnął. Dobrze znał energiczny, sprężysty krok Johna. Uspokojony, Sherlock zwinął się w kłębek. Nie poruszył się ani nie odezwał, gdy chwilę później John najpierw cicho zawołał, a potem zajrzał do sypialni. Usłyszał jeszcze, jak komentuje pod nosem bajzel w kuchni, a potem pozwolił sobie na reset.