Słowa dyrektora uderzyły go z wielką siłą, doprowadzając do nagłego i cholernie mocnego, załamania. Harry starał się jak tylko mógł by pomóc Zakonowi, jak i samemu spróbować zrobić cokolwiek w kierunku zniszczenia Sami-Wiecie-Kogo. Jego rodzice nie żyją, jak w ogóle mógłby współpracować z kimś takim? Narażał się setki razy, wystarczyło jedno słowo Dumbledore'a. A teraz?
- Mój drogi chłopcze, powiedz mi, dlaczego? - zapytał z ciekawością starzec, dogłębnie wpatrując się w swoją ofiarę. - Co takiego zrobiliśmy?
Harry niczego nie rozumiał. Jak próbował zrozumieć działania Voldemort'a, całą tę sprawę z horkruksami - to tego, po prostu nie potrafił pojąć.
- Dyrektorze, nic nie zrobiłem! Jestem niewinny, do cholery! - wykrzyczał zirytowany, najwyraźniej ostro chcąc się bronić.
- Nic nie zrobiłeś, chłopcze? To teraz tak to się nazywa? Przekazałeś Sam-Wiesz-Komu nasze plany, lokalizację członków Zakonu, a co najważniejsze.. nie spodziewałbym się tego po tobie, nigdy, ale w przypadku gdy stałeś się prawą ręką Voldemort'a, nie mamy wyboru. - Po tych słowach, starzec wyciągnął swoją różdżkę i wycelował nią w Pottera.
- Prawą ręką? Po tym wszystkim? Nigdy bym ni- dyrektorze? Co pan ma zamiar zrobić? - odruchowo cofnął się tyle ile mógł, aż dotknął plecami chłodnej ściany lochu.
- Coś, na co zasługujesz od dawna, chłopcze. Crucio! - Świetlisty promień natychmiastowo dosięgnął Harry'ego, sprawiając mu niesamowity ból. Wygiął w krzyku plecy, nie mogąc złapać tchu. Czuł jak komórka po komórce się wręcz pali, każdy centymetr po centymetrze - aż do najdelikatniejszych zakątków jego ciała. Zacisnął dłonie w pięści tak mocno, jak tylko potrafił, a z wargi zaczęła mu lecieć stróżka krwi. Po tej krwistej, niemiłosiernie długiej chwili - ból zaczął stopniowo się zmniejszać.
- Dziś tylko to, Harry. Przygotuj się na jutro - uśmiechnął się lekko, po czym wyszedł z lochów.
Harry nigdy nie przypuszczał, że będzie mu dane zasnąć w lochach. Po Cruciatusie Dumbledore'a.
