ROZDZIAŁ II
Następne dni dłużyły mi się niemiłosiernie. Niby wszystko toczyło się tak samo – prałam, gotowałam, robiłam zakupy, jednak czas upływał niezwykle wolno. Jak głupia, aż dwa razy sprawdzałam, czy aby nasz zegar się nie zepsuł, ale tylko niepotrzebnie wchodziłam na krzesło, przy okazji nadwyrężając sobie plecy i denerwując dziecko. Stało się ono jeszcze bardziej ruchliwe i kopało mnie jak szalone. Chciałam wybrać się do doktora Prestona, mojego ginekologa, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam. Bo niby po co znowu miałam zawracać mu głowę? Przecież już wielokrotnie powtarzał mi, że ta wzmożona ruchliwość płodu w ostatnim trymestrze ciąży jest całkowicie normalna. Tak, może i normalna, ale uciążliwa jak diabli…
Podczas tych ponurych dni nie mogłam liczyć na poczucie humoru Nancy, bo spędzała mnóstwo czasu w domu dziecka. Nie rozumiałam, dlaczego tak nagle musiała przebywać w nim o wiele więcej godzin niż zwykle. Tłumaczyła się, że mieli tam teraz masę małych dzieci, którym trzeba było poświęcać bardzo dużo uwagi, ale ja nie wierzyłam tym wyjaśnieniom. Nie wiedziałam dlaczego, ale dręczyło mnie przeczucie, że ona coś przede mną ukrywała. Tylko nie umiałam odgadnąć, co to mogłoby być. Podczas naszych krótkich spotkań nie potrafiłam z niej nic wyciągnąć. Wymieniałyśmy tylko parę uwag na temat pięknej, letniej pogody oraz wysłuchiwałam jej narzekań dotyczących matek, które masowo porzucały swoje dopiero co narodzone pociechy.
- O Boże, mówię ci, świat kompletnie schodzi na psy – powiedziała mi podczas naszego niedzielnego spaceru, mocniej ściskając moje ramię. – Co parę dni pod naszymi drzwiami leży jakiś nowy niemowlak. Te wyrodne matki nawet nie mają odwagi osobiście oddać nam swoich dzieci! – Na te słowa zarumieniłam się lekko, bo przecież sama mogłam stać się jedną z nich. Nie, ja początkowo miałam zamiar zachować się jeszcze gorzej - chciałam unicestwić swoje dziecko. Ale czy aby na pewno byłoby to gorsze zachowanie? Dzięki aborcji wiele kobiet nie zmarnowałoby sobie życia, sierocińce nie byłyby przepełnione… Już sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Z jednej strony usunięcie dziecka pozwalało ułożyć sobie wszystko po swojemu, ale z drugiej… Ono też było człowiekiem i miało pełne prawo przyjścia na ten świat. Tylko czy gdyby wiedziało, jaki okrutny on jest, to czy w ogóle chciałoby się narodzić…?
- Esme, wychodzę! – krzyknął Henry z korytarza. Wzdrygnęłam się i przypadkiem wbiłam sobie igłę w palec. Próbowałam poszerzyć moją ulubioną sukienkę, w którą od dawna się już nie mieściłam.– Nie czekaj na mnie z kolacją!
- Poczekaj! Możesz przyjść na chwilę? – odparłam, chusteczką wycierając krew sączącą się z małej ranki. Z głośnym westchnieniem mój mąż posłusznie wszedł do kuchni. – Żadnej kolacji ci dzisiaj nie zrobię, bo jadę do rodziców. A tak swoją drogą, to miałeś odprowadzić mnie na przystanek!
- Nie poradzisz sobie sama? – spytał. – Przecież kaleką nie jesteś…
- Może kaleką nie, ale nie będę dźwigać walizek – odparłam ze złością. – Czy ty naprawdę uważasz, że bez trudu mogłabym podnieść kilkukilogramową torbę? Przecież już i tak mam do udźwignięcia spory bagaż – dodałam z ironią i zerknęłam wymownie na mój brzuch.
Henry znowu westchnął niecierpliwie.
- Poproś panią Jackson albo tę twoją Nancy. Ja już naprawdę muszę lecieć… - powiedział i wyszedł pospiesznie z pomieszczenia.
- Henry! – zawołałam, ale nie zareagował. Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Nancy w pracy, pani Jackson też chyba wyjechała do rodziny, innych sąsiadów nie wypadało prosić o pomoc, więc byłam zmuszona sama taszczyć moje walizki na przystanek. Cudownie…
Już od kilku miesięcy chciałam wybrać się do rodzinnego domu, ale jakoś nigdy nie mogłam się na to zebrać. Moja mama wytrwale bombardowała mnie listami, więc w końcu postanowiłam tam pojechać. Nie powiem, cieszyłam się, że wreszcie miałam odpocząć od gotowana, sprzątania i wielu innych tego typu spraw. Może i moi rodzice byli zatwardziałymi konserwatystami, ale o swoją ciężarną córkę naprawdę potrafili zadbać.
Rzuciłam okiem na zegar. Autobus odjeżdżał już za godzinę, więc jak miałam sama nieść swój bagaż, to musiałam zacząć się powoli zbierać. Odłożyłam sukienkę i poszłam do małej łazienki, aby odświeżyć się trochę przed podróżą. Kiedy ujrzałam swoje odbicie w niewielkim lusterku, o mało co się nie popłakałam. Matowe, splątane włosy, skóra w tragicznym stanie, nawet brąz moich tęczówek dziwnie zbladł. Czy ja już zawsze miałam tak wyglądać? Chyba tak, biorąc pod uwagę fakt, że czekało mnie wiele nieprzespanych nocy…
Szybko doprowadziłam moją fryzurę do porządku, umyłam twarz i przeszłam do saloniku, gdzie czekała już moja olbrzymia walizka. Przez chwilę zastanowiłam się, czy nie lepiej byłoby zostawić trochę rzeczy, ale w końcu uznałam, że i tak zabierałam tylko niezbędne minimum, więc jakiekolwiek przepakowywanie nie miało najmniejszego sensu. Z głośnym westchnieniem wzięłam torbę do ręki i wyszłam na klatkę schodową, zamykając za sobą drzwi i klucz chowając pod wycieraczką. Jak znałam Henry'ego, na pewno nie miał przy sobie zapasowego. Z wielką ostrożnością zeszłam po schodach, zatrzymując się na chwilę przy drzwiach pani Jackson. A może warto byłoby poprosić ją o pomoc? Może i warto, ale nie wiedziałam, czy moje zszargane nerwy wytrzymałyby historie o milionach kotów i miliardach siostrzenic, więc zrezygnowałam i wyszłam na ruchliwą ulicę.
W Bostonie mieszkaliśmy z Henrym już od paru miesięcy, a ja wciąż nie mogłam przyzwyczaić do tych wysokich budynków i miejskiego zgiełku. York Harbor wydawało mi się takie spokojne i poukładane. Każdy miał tam swój domek z równo przystrzyżonym trawnikiem, dzieciaki bawiły się razem na głównej ulicy. Tutaj natomiast wszystko toczyło się zupełnie innym trybem. Ludzie zamykali się w swoich domach, spieszyli się, co chwila rozbrzmiewały głośne dźwięki klaksonów samochodów. Niby powinnam się cieszyć, że mieszkałam w takim wielkim mieście. Od dawna było to moim marzeniem, ale przy swoich planach nie brałam pod uwagę małżeństwa z Henrym, a już na pewno nie myślałam o dziecku, którego mógłby być ojcem…
Szłam prosto przed siebie, starając się nie zwracać uwagi na zaciekawione spojrzenia przechodniów. Piękną pogodę diabli wzięli i niebo pokrywała teraz warstwa chmur. Musiałam wyglądać dość śmiesznie z tą olbrzymią walizką i jeszcze większym brzuchem. Przyglądałam się ukradkiem kobietom w eleganckich garsonkach, ich pięknym fryzurom, makijażowi i po prostu zżerała mnie zazdrość. Z moją figurą prezentowałam się przy nich jak słonica przy smukłych sarnach… Zerkałam na ich nieznajome twarze i zastanawiałam się, czy są ze swojego życia zadowolone, czy może pod maską pudru kryją swoje prawdziwe, nieszczęśliwe oblicza… Westchnęłam głośno i jakaś starsza pani spojrzała na mnie dziwnie. Zarumieniłam się i uśmiechnęłam przepraszająco, w miarę możliwości przyspieszając kroku. Jednak z kilkukilogramową walizką z jakąś szczególnie dużą prędkością iść nie mogłam.
Rozejrzałam się dookoła i nagle mignęła mi przed oczami dobrze znana twarz… Twarz z zielonymi oczami, brązowymi włosami, prostym nosem i cudownym uśmiechem… Twarz mojego Edwarda…
O Boże, mój Edward! Stanęłam jak wryta i wzięłam głęboki oddech, kładąc bagaż na chodniku. Nie, to nie mógł być on. Przecież mieszkał w Europie i tak nagle by sobie nie przyjechał. Chyba że miał tu do załatwienia jakieś ważne sprawy… Obróciłam się powoli i zaczęłam wypatrywać znajomej sylwetki, ale niczego nie dostrzegłam. Zrezygnowana z powrotem wzięłam walizki i ruszyłam przed siebie. Musiałam być strasznie zmęczona, skoro zaczynałam mieć halucynacje…
Spojrzałam na ładny samochód stojący po drugiej stronie ulicy, do którego wsiadał wysoki mężczyzna i zrobiło mi się słabo. To był naprawdę on…
- Edward! – krzyknęłam, ale mój głos zagłuszył dźwięk klaksonu. Nie oglądając się na boki, biegiem rzuciłam się na ulicę. I nagle zobaczyłam ciemność…
Obudziłam się z potwornym bólem głowy, czując w gardle palącą suchość. Gdzie ja do diabła byłam i dlaczego nic nie piłam? Chciałam otworzyć oczy, ale nagle zrobiły się ciężkie jak z ołowiu. Poruszyłam lekko ręką i zorientowałam się, że miałam w niej kilka rurek. Do głowy przyszło mi natychmiast jedno słowo – szpital. Tylko dlaczego się w nim znalazłam? Wysiliłam wszystkie szare komórki, ale nie mogłam sobie nic przypomnieć. Przed oczami mignęły mi jakieś rozmazane obrazy przechodniów i cudowna twarz mojego Edwarda…
- Słyszy mnie pani? – zapytał ktoś niespodziewanie bardzo przyjemnym dla ucha głosem.
Ponowiłam próbę otwarcia oczu i tym razem się udało. Oślepiło mnie jasne światło. Leżałam na wznak i najpierw zobaczyłam szarawy sufit. Chciałam wstać, ale powstrzymała mnie czyjaś silna dłoń… Zimna dłoń…
- Proszę się nie podnosić, pani Stevenson – znowu odezwał się cudowny głos. – Może pani zaszkodzić dziecku…
Jakiemu znowu dziecku? Mój mózg jakoś nie mógł przetworzyć tej informacji… Przesunęłam rękę o centymetry i wtedy poczułam swój ogromny brzuch…
O Boże, moje dziecko!
Przekręciłam głowę i ujrzałam mojego rozmówcę ubranego w biały kitel… Rozmówcę? Raczej anioła z cudowną, bladą twarzą…
- Czy coś się mu stało? – wychrypiałam, wpatrując się intensywnie w bursztynowe oczy. Gdybym nie zmartwienie stanem mojego dziecka, na pewno nie byłabym w stanie wykrztusić z siebie ani słowa…
Chwila. Ja się o nie martwiłam...?!
- Od kilku godzin się nie poruszyło – odparł smutno mężczyzna, biorąc do ręki najprawdopodobniej moją kartę pacjenta i coś w niej zapisując. – Mamy nadzieję, że to tylko reakcja na wypadek…
- Wypadek? – spytałam i nagle mnie olśniło. Ulica, samochód, Edward i ciemność przed oczami…
- Tak, wypadek – potwierdził zdziwiony. – Nic pani nie pamięta?
- Tylko przebłyski – wyznałam i odruchowo chciałam położyć ręce na brzuchu, ale powstrzymały mnie cienkie rurki, które niebezpiecznie się napięły.
- Proszę się nie ruszać – powtórzył mężczyzna i złapał mnie za dłonie. Znowu uderzył mnie chłód jego skóry. – To naprawdę nic nie pomoże.
Poddałam się i bezwładnie opadłam na pościel. Nerwowo rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że leżałam na łóżku wśród innych ciężarnych kobiet. Niektóre mi się przypatrywały, ale zdecydowana większość wzrok utkwiła w mężczyźnie stojącym obok.
- Carlisle? – zawołał ktoś na korytarzu i po chwili do sali wszedł przysadzisty człowiek, w którym rozpoznałam swojego ginekologa, pana Prestona.
- Tutaj jestem – odpowiedział tajemniczy doktor, odwracając się w kierunku przybyłego lekarza i witając go ciepłym uśmiechem. Boże, czy on kiedykolwiek miał inną minę?
- Ach, pani Esme, co się stało? – spytał Preston, spoglądając na mnie ze zmartwieniem. Już otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale Carlisle mnie wyprzedził.
- Potrącił ją samochód – wyjaśnił, podając mu moją kartę. – Cudem nic poważnego jej się nie stało, na parę godzin straciła tylko przytomność. Nawodniliśmy ją, podaliśmy jakieś bezpieczne leki przeciwbólowe, ale płód się nie rusza…
Kiedy to powiedział, znowu zaczęłam panikować… Co się ze mną działo? Przecież jeszcze wczoraj to dziecko w ogóle mnie nie obchodziło. Czyżby nagle obudziła się we mnie troskliwa mamusia? Nie, to niemożliwe…
- Dobrze, zobaczmy, co się dzieje – powiedział mój ginekolog i położył mi ręce na brzuchu, lekko go naciskając. – Carlisle, tak właściwie to co ty tutaj robisz? – dodał po chwili, nie przerywając badania. – Nie powinieneś być na chirurgii?
- Owszem, powinienem – potwierdził swobodnie Carlisle. – Ale ktoś przecież musiał być przy pacjentce podczas twojej nieobecności, a tylko ja byłem wolny.
- Racja – westchnął Preston. – Że też akurat dzisiaj zachciało się tej mojej żonie wycieczki nad morze...
- Najważniejsze, że już dotarłeś – powiedział przystojny doktor i obdarzył mnie wspaniałym uśmiechem. – Zostawiam panią w dobrych rękach, pani Stevenson.
Wyszedł szybko z sali, a moje współlokatorki odprowadziły go wzrokiem. Cóż, gdybym nie czuła tego okropnego bólu głowy, pewnie postąpiłabym tak samo jak one…
Kiedy ginekolog nacisnął mocniej na mój brzuch, syknęłam cicho. Przerwał raptownie badanie.
- Boli? – spytał zmartwionym głosem.
- Nie, tak po prostu sobie wzdycham, dla przyjemności – odparłam z ironią.
Pan Preston uśmiechnął się lekko.
- Dowcipna jak zawsze – mruknął. – No cóż, dziecko jest odwrócone główką do dołu i istnieje możliwość, że dojdzie do przedwczesnego porodu. Zatrzymamy panią na obserwacji i jeśli nic się nie wydarzy, wypiszemy panią do domu. Tylko że będzie musiała pani na siebie bardzo uważać. Zero nerwów, zero ciężkiego wysiłku. Najlepiej, jakby pani cały czas leżała…
- Proszę to powiedzieć mojemu mężowi – wtrąciłam z przekąsem.
- Właśnie, a co z pani mężem?
- Proszę się go nie spodziewać. Raczej nie zainteresuje się moim stanem – odparłam i wskazałam głową na igły wbite w moją rękę. – Długo jeszcze będę to miała?
Preston wyraźnie zdziwił się moją obojętną odpowiedzią, ale jej nie skomentował.
- Najwyżej do jutra. Musimy panią doprowadzić do porządku, bo była pani trochę odwodniona.
Westchnęłam i wygięłam usta w lekkim grymasie. Nienawidziłam wszelkich igieł i kroplówkę, a Preston dobrze o tym wiedział. Rozbawiony znowu zaczął przeglądać moją kartę.
- Widzę, że doktor Cullen wszystko dokładnie opisał… - mruknął pod nosem, raczej do siebie niż do mnie, ale nazwisko, które padło z jego ust, przykuło moją uwagę.
- Cullen? – powtórzyłam ze zdziwieniem, bo spodziewałam się, że ten boski lekarz był tym nowym nabytkiem szpitala, o którym wspominała mi Nancy. Powinien zatem nazywać się Collins.
- Cullen, Cullen – przytaknął mi Preston znad dokumentów i wyszedł z sali, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem.
Wytrzeszczyłam oczy i prychnęłam cicho. Collins, też mi coś! Nancy chyba będzie musiała wybrać się do laryngologa, skoro Cullena pomyliła z Collinsem… Za to wzrok pani Jackson miał się świetnie. Gdybym stała, to na widok tego doktora na pewno zmiękłyby mi kolana…
Nagle do pomieszczenia wpadła moja przyjaciółka we własnej osobie.
- O Boże, Esme, co ci się stało? – krzyknęła przerażonym głosem, a kobiety z sąsiednich łóżek rzuciły jej zirytowane spojrzenia. Ach, ta moja wybuchowa Nancy. – Powiedzieli mi, że miałaś wypadek, ale nie chcieli mnie tutaj wcześniej wpuścić…
- Uspokój się, Nan, wszystko w porządku – odparłam cicho, ale w duchu nie byłam tego taka pewna. – Podobno nic wielkiego mi się nie stało, tylko trochę się potłukłam. Tak przynajmniej powiedzieli mi doktor Preston i doktor Cullen…
- Jaki znowu doktor Cullen? - przerwała, siadając w nogach mojego łóżka.
- Cóż, według ciebie to on się nazywa doktor Collins. – Jej oczy powiększyły się co najmniej dwukrotnie, a na twarzy pojawił się delikatny rumieniec. – Swoją drogą, Nancy, mogłabyś czasem słuchać uważniej – dodałam z uśmiechem i spróbowałam usiąść, ale ponownie powstrzymały mnie te przeklęte rurki.
- Leż, Esme – rozkazała mi Nan. – Tak po prostu to oni ci chyba tego nie wbili.
- Kto ich tam wie – mruknęłam. Tak po prawdzie to czułam się całkiem nieźle. Przeszkadzał mi tylko okropny ból głowy i brak ruchów dziecka…
- Co się dokładnie stało?
- Po prostu wpadłam pod samochód – odpowiedziałam ponuro.
- Po prostu wpadłaś pod samochód? – powtórzyła Nancy z powątpiewaniem.
- Tak mi przynajmniej powiedzieli, a ja nic więcej nie pamiętam – skłamałam, bo nie miałam ochoty na obgadywanie kwestii, czy Edward rzeczywiście przyjechał do Bostonu.
Na moment zapadło milczenie i moja przyjaciółka zmarszczyła brwi w zastanowieniu. Wyglądała naprawdę zabawnie z tym skupionym wyrazem twarzy, ale zaraz wrócił jej zwykły entuzjazm.
- No to w takim razie opowiadaj mi o innej rzeczy – odezwała się, zacierając ręce z uciechy. Nie zrozumiałam, o co jej chodziło.
- Ale co?
- Jak to co? O doktorze Cullenie!
Kilka kobiet zaczęło przyglądać nam się z zaciekawieniem.
- Ach, o doktorze Cullenie? – odparłam, mimowolnie się uśmiechając. – Nie spotkałaś go na korytarzu? Przed chwilą stąd wyszedł…
- Gdybym go spotkała na korytarzu, to pewnie leżałabym teraz na oddziale intensywnej terapii z zawałem serca…
Wywróciłam oczami, a moje sąsiadki cicho zachichotały.
- Cóż, zbyt wiele to ja ci o nim nie mogę opowiedzieć. Jest bardzo miły…
- Esme, nie denerwuj mnie!
- Ale ja naprawdę nie mogę ci o nim wiele powiedzieć! – powiedziałam, patrząc na nią z wyrzutem. – Tak naprawdę tylko jedno jest pewne – pani Jackson świetnie widzi.
Nancy już chciała mi coś odpowiedzieć, ale do sali wkroczyła chuda pielęgniarka i podeszła prosto do mojego łóżka.
- Najmocniej panią przepraszam, ale będzie pani musiała stąd wyjść – odezwała się znudzonym głosem, patrząc na Nan. – Pacjentka powinna odpoczywać, a ja w tej chwili muszę dać jej zastrzyk.
Zaklęłam pod nosem na wiadomość o tym, że za chwilę ktoś znowu miał wbić igłę w moją rękę. Nancy zaśmiała się serdecznie i wstała z łóżka.
- Wpadnę do ciebie jutro, Esme – powiedziała, ściskając lekko moją dłoń. – I tak muszę już wracać do sierocińca, ale wcześniej rozejrzę się trochę po szpitalu – dodała i mrugnęła do mnie zawadiacko. – Odpoczywaj!
Uśmiechnęłam się, a ona ruszyła w stronę drzwi. Pielęgniarka natomiast zbliżyła strzykawkę do mojego przedramienia i poczułam bolesne ukłucie, na szczęście bardzo krótkie.
- Proszę nie wstawać i spróbować zasnąć – powiedziała i wyszła na korytarz. Oczywiście, spróbować zasnąć! Łatwo jej powiedzieć. Po tym, jak przeleżałam nieprzytomna parę godzin, to odpłynę bez żadnego trudu. Zresztą nieważne. I tak nie chciałam zasnąć, bo musiałam przemyśleć pewne sprawy.
Przesunęłam rękę tak, abym mogła dotknąć mojego brzucha. Nic w nim nie czułam. Po ostatnich kilku miesiącach, kiedy nieustannie ktoś w nim kopał i się wiercił, było to strasznie dziwne uczucie. Dziwne, ale też pełne niepokoju. Co się ze mną stało? Przecież to dziecko mnie nie obchodziło! Nic a nic. Więc co ja teraz wyprawiałam? Zgrywałam niewiadomo jak kochającą matkę? Nie wiedziałam, co było przyczyną mojej nagłej zmiany postawy… A może wiedziałam? Może po prostu nie chciałam stracić kogoś, dla kogo poświęciłam całe swoje życie…?
Niespodziewanie poczułam, jak powieki same mi się zamykają. Przecież jeszcze przed chwilą w ogóle nie chciało mi się spać. Co ta przeklęta pielęgniarka mi podała?! Teraz wydało mi się oczywiste, że jakiś środek nasenny. Cóż, skoro i tak nie miałam szans na pozostanie w realnym świecie, to pozwoliłam mojej świadomości podążyć gdzieś daleko do krainy snów, zostawiając wszelkie problemy za sobą…
