Betowała : Morgue

Rozdział I

Wieczór nie należał do wyjątkowych. Granat nieba powoli zasłaniał delikatną pomarańcz zachodzącego słońca, zwiastując nadchodzącą noc. Ostatnie promienie odbijające się od spadzistych dachów, nikły w ogródkach o soczyście zielonej trawie, starannie omijając Grimmauld Place 12. Zarówno światło słoneczne jak i jakiekolwiek oznaki optymizmu zdawały się trzymać z daleka od tego domu, a może było to tylko złudne wrażenie spowodowane złym nastrojem.

Który to już dzień tu tkwił? Siódmy, ósmy, dwudziesty? Albo i cały miesiąc? Nie wiedział. Nie zaplanował tego. Po osiągnięciu pełnoletniości wraz z którą zniknęły bariery ochraniające dom Dursleyów, wyprowadził się, nie mając zbyt wielu możliwości. Chyba że, za takowe uznać tymczasowe zamieszkanie u Weasleyów, na Grimmauld lub wyruszenie z miejsca, by poszukiwać reszty horkruksów. Każda opcja wydawała się równie beznadziejna. Ostatecznie wybrał dom Syriusza, przynajmniej chwilowo, aż będzie gotów zacząć działać.

Gotów, roześmiał się do własnych myśli, siadając w fotelu naprzeciw okna. Samochody mknęły przed siebie, raz po raz świecąc w szybę.. Ciepło pitej herbaty parzyło mu język, ale ignorował to, jakby ten ból był jedynym łącznikiem z otaczającą go rzeczywistością. Parę miesięcy temu wydawało mu się, że zaczynał być gotowy, że wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale potem…

Dumbledore…

Spojrzał na swoje pobielałe palcez całych sił zaciśnięte na kubku. Drżał. Został Sam. Sam. Przedtem miał jego wskazówki, wsparcie, widział tlącą się na końcu korytarza nadzieję. A teraz? Musiał znaleźć punkt zaczepny, który pomoże zacząć coś. Cokolwiek!

Oczywiście jego przyjaciele chcieli pomóc, ale… ale nie. Nie zniósłby więcej śmierci.

To do niego należało zadanie, jego dotyczyła przepowiednia. To on, Harry, i nikt inny musiał wymyślić sposób na znalezienie pozostałych horkruksów Voldemorta. Samo brzmienie tego imienia burzyło krew w żyłach, pobudzało każdy najmniejszy nerw do działania. A tymczasem co robił? Siedział tu! Tu, w cholernym fotelu, w cholernej kwaterze Zakonu, cholernie bezradny.


Dni mijały, jeden za drugim, identyczne i równie zmarnowane, jak każdy wcześniejszy. Zwykle ciszę panującą w domu przerywali członkowie Zakonu, wpadając z mnóstwem opowieści, pytań, a niekiedy z ciężkim milczeniem. Gdy tu przebywali, z jednej strony było trochę łatwiej, a z drugiej trochę trudniej. Łatwiej, bo wraz z ukończeniem siedemnastu lat przyłączył się do Zakonu, a to dawało złudne wrażenie wykonania kroku w przód, choć w rezultacie i tak nic nie robił. Trudniej, bo bombardowali go słowami, setkami pytań na temat pamiętnej wyprawy u boku dyrektora lecz na żadne z nich nie dostali odpowiedzi, co nie zdawało się ich zniechęcać. Czasami nawet stąd wychodził. Dobra, „czasami" to za dużo powiedziane. Wyszedł jeden jedyny raz, na ślub Billa i Fleur, ale to by było na tyle, jeśli chodziło o przechadzki. Miał wrażenie, że tak naprawdę, gdyby zechciał stąd wyjść, nie powiadamiając o tym nikogo, zostałoby mu to uniemożliwione. Nie zdziwiłby się, gdyby pilnowali go na każdym kroku. Nie był głupi. Znał metody ich działania i mimo zamknięcia oraz wybiórczości Proroka, widział, co się dzieje. Ataki śmierciożerców nie miały końca. Ciągle ginęli zarówno czarodzieje, jak i mugole.

Ron z Hermioną przyjechali na Grimmauld na resztę wakacji, z czego nawet się cieszył. Obecność przyjaciół pozwalała choć na chwilę odepchnąć ponure myśli. Hermiona dalej utrzymywała, że jest gotowa darować sobie ostatni rok Hogwartu, by ruszyć na poszukiwanie horkruksów. Ale im było później, tym Harry więcej miał wątpliwości, a decyzja, którą impulsywnie podjął po czerwcowych wydarzeniach, wydawała się coraz mniej słuszna. Bo, tak szczerze, jaki miał plan? Ot tak ruszyć w świat i szukać po omacku części duszy Voldemorta? Mogły być wszędzie, a reszta wskazówek znajdowała się w Hogwarcie. Czy Dumbledore przekazał mu wszystko, co wiedział? Tyle pytań, zagadek i żadnych odpowiedzi, żadnych nadziei na nie… Chwilami czuł się przytłoczony ciężarem tego wszystkiego.

— Ciągle tam stoją — odezwała się Hermiona, wyglądając przez okno. Wiedział, kogo miała na myśli – śmierciożerców. Codziennie od jakiegoś tygodnia, przynajmniej trzech obserwowało dom.

— Dziwisz się? — spytał. — Snape na pewno im powiedział mniej więcej, gdzie Zakon ma kwaterę. — Na samo wspomnienie tegonazwiska, ścinała mu się krew w żyłach. Jak on nienawidził tego człowieka. Gdyby tylko go dopadł… gdyby tylko. Wszystko w swoim czasie, szepnęło coś w jego głowie. — Oby tylko się tu nie dostali.

— Wiesz, że to niemożliwe — Hermiona stwierdziła, odgarniając z frustracją włosy z twarzy.

Ostatnio ciągle chodziła poirytowana, jak wszyscy. Widocznie nie tylko Harry odczuwał piętno nicnierobienia.

— Co jest niemożliwe? — zapytał Ron, schodząc po schodach.

— Dostanie się tu śmierciożerców — odparła, posyłając chłopakowi uśmiech o wiele za czuły, jak na ten dla przyjaciela.

Harry odwrócił wzrok. Czuł się w takich chwilach trochę nie na miejscu. Nie chodziło o to, że miał coś przeciwko, ale… no właśnie -ale. Zawsze byli triem i nie był pewien, czy gdyby jego przyjaciele się zeszli, nie zostałby odrobinę pominięty. Jednak nie mógł im tego bronić i nie chciał. Zasługiwali na szczęście.

Nagle płomienie w kominku zamigotały, a następnie wyszło z niego co najmniej dziesięciu członków Zakonu. Była wśród nich Tonks, której twarz ociekała krwią, Lupin, Charlie oraz kilka innych osób, które Harry widział ledwie kilka razy.

— Co się stało? — zapytał, podchodząc do Remusa.

— Atak na Pokątną — wyjaśnił lakonicznie.

Harry poczuł ukłucie poczucia winy. Powinien tam być, powinien walczyć, a nie siedzieć tu bezczynnie.

— Ile…?

— Trzydzieści ofiar śmiertelnych — odparł, bardziej zmęczonym głosem niż Potter kiedykolwiek słyszał. — Ilość rannych nie jest jeszcze znana.

Hermiona, choć nie miała w tym zbyt dużego doświadczenia, zajęła się opatrywaniem ran Tonks, która mimo obrażeń, nie wyglądała na bardzo zmartwioną.

Nie powinien do siebie dopuszczać tych myśli, nie powinien sobie pozwolić na zbytnie zaangażowanie, ale jak miał pozostać obojętny w takiej sytuacji? To znowu się stało i na pewno stanie jeszcze nie jeden raz. Ludzie ginęli za niego, podczas gdy on siedział tu i czekał na cud. Remus chyba coś zauważył w jego minie, bo położył mu dłoń na ramieniu.

— Nic na to nie poradzisz.

— Powinienem tam być — odezwał się przez ściśnięte gardło. — Powinienem walczyć z wami…

— Nie bądź niemądry. Śmierciożercy tylko czekają, żeby cię dopaść. — Tak… Oczywiście. Biedny, niezaradny Harry. Prawie widział ich myśli. Musimy go chronić, by nic mu się nie stało. Musimy go chować, po to, by umarł w odpowiednim momencie. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka, dusząc rodzącą się w nim irytację. Nie będzie się wściekał. Lupin wyglądał, jakby dokładnie wiedział, co chodziło mu po głowie, jednak nie skomentował tego, tylko rozglądnął się szybko i dodał. — Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Możemy zamienić słowo? Na osobności?

Harry kiwnął głową i poszedł za Lupinem. Pokój, do którego weszli, był niewielki, a on nieczęsto do niego zaglądał. Ze ścian odchodziła niegdyś piękna, teraz bura tapeta, a pająki snuły pajęczyny w kątach. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi, po czym odezwał się ostrożnie.

— Słyszałem, że nie chcesz wracać do Hogwartu.

Harry drgnął zaskoczony.

— Skąd o tym wiesz? — zapytał, nieco bardziej napastliwie niż zamierzał. — To znaczy… nie jestem jeszcze pewien, ale tak, zastanawiam się nad tym.

— Dumbledore chciał, żebyś wrócił — oznajmił, ani na moment nie spuszczając z niego oczu. — Napisał to w swoim testamencie. — Zamarł. Myśli pędziły w Harry'ego głowie, jedna niepodobna do drugiej, tworząc zgubny chaos. Co to oznaczało? Skąd Dumbledore wiedział, że będzie chciał porzucić naukę? Czy to znaczyło, że brał pod uwagę, możliwość własnej śmierci? Ale przecież… to nie miało sensu. — I zostawił jeszcze to. — Wyciągnął w jego stronę zapieczętowaną kopertę.

— Co w niej jest?

— Tylko ty możesz to odczytać — odpowiedział spokojnie Lupin, jeszcze przez chwilę obserwując go w ten nieznośnie uważny sposób, aż dodał : — Jak coś postanowisz daj mi znać, dobrze?

— Jasne.

Z szybciej bijającym sercem, nie zważając na nikogo, poszedł prosto do pokoju, który zajmował i opadł na łóżko. Koperta, mimo swej lekkości, ciążyła mu w dłoniach. Może już za chwilę dowie się czegoś więcej. Może Dumbledore umieścił w liście jakieś dalsze wskazówki, może następnego horkruksa, może… Dość tego „może". Nieco drżącymi dłońmi przełamał pieczęć, natychmiast przesuwając wzrokiem po eleganckim piśmie. Z dołu doszły go stłumione głosy członków Zakonu.

Harry,

jeśli czytasz ten list, to znaczy, że nie żyję.

Urwał po pierwszym zdaniu, czując uścisk w piersi. Po prostu to zrobi. Po prostu przeczyta list. To nie może być takie trudne. Da radę. Wziął głęboki oddech i kontynuował czytanie.

Zapewne zastanawiasz się, skąd przyszło mi do głowy napisać taki list, ale dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Wiedz tylko, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie jesteś zagubiony, a wskazówki, których Ci udzieliłem nie są wystarczające. Proszę Cię o jedno, chłopcze: Nie działaj pochopnie. Wróć do Hogwartu i kontynuuj naukę, a rozwiązania przyjdą same. Hogwart zawsze pomoże tym, którzy pomocy potrzebują. Sprawy, które poruszaliśmy,niech dalej pozostaną między nami i twoimi przyjaciółmi. To twoje zadanie. Pamiętaj o rzeczach, o których Ci mówiłem. Wierzę, że sobie poradzisz.

Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore

PS. Dziewiętnasty sierpnia to idealny czas na przechadzki.

Co…? Dzięwiętnasty sierpnia to idealny czas na przechadzki? Co to, do diabła, miało znaczyć? Prócz tego jednego, nic nie mówiącego zdania, nie dowiedział się niczego nowego. Nie mógł ukryć rozczarowania. Liczył na coś, na jakiś znak, wskazówkę, a tymczasem… jedyne co dostał to mgliste słowa wsparcia i jedno zdanie, które nie mówiło mu absolutnie nic.

Zeskoczył z łóżka i zawołał swoich przyjaciół. Kiedy przyszli, rzucił szybko Muffiato. O tej porze dnia, gdy kręciło się tu mnóstwo ludzi, ryzykowanie tym, ze ktoś usłyszy coś, czego nie powinien, było ostatnim, czego im trzeba.

— Dziewiętnasty sierpnia to idealny dzień na przechadzki? — powtórzyła Hermiona, kiedy przeczytał im list na głos. Miała zmarszczone brwi, a na twarzy podobny zawód, do tego odczuwanego przez Harry'ego.

— Mówi ci to coś? — zapytał, podając jej list.

Potrząsnęła głową.

— Może to wskazówka? — podsunął Ron, wyraźnie podekscytowany. — Może dziewiętnastego sierpnia list uaktywni się jako świstoklik i przeniesie Harry'ego do następnego horkruksa?

W sercu Harry'ego zatliła się nadzieja. A jeśli przyjaciel miał rację? Jeśli to naprawdę był świstoklik? Ale zanim zdążył nacieszyć się tą możliwością, Hermiona ostudziła ich zapał.

— To byłoby zbyt proste — stwierdziła sceptycznie. — Ten list na pewno przeszedł przez wiele rąk, Dumbledore nie zaryzykowałby informacją o kolejnym horkuksie. — Przy ostatnim słowie ściszyła głos. — Nie wierzę w to.

— Tylko ja mogę odczytać list — przypomniał jej brunet, ale wydawało się nie robić to na przyjaciółce wrażenia.

— Śmierciożercy i ministerstwo mają swoje sposoby na sprawdzanie nieprzeznaczonych dla nich treści.

Ron parsknął.

— Och, no jasne. Pewnie złapaliby Harry'ego, a potem ucięli mu rękę i odczytali wiadomość.

— Na przykład — zgodziła się, ignorując jawną kpinę w jego głosie.

— Skoro jesteś taka mądra…

— Ej, spokojnie — mruknął Harry, nie mając ochoty na wysłuchiwanie kolejnej sprzeczki. — Przekonamy się za dwa tygodnie, co to znaczy.

Dwa długie tygodnie, pomyślał ponuro.

Hermiona w odpowiedzi jedynie zacisnęła usta i rzuciła Ronowi spojrzenie mówiące „Sam zobaczysz, kto ma rację". Ostatnio wykorzystywali każdy najmniejszy powód do kłótni. Harry nie wiedział czy wynikało to z napiętej atmosfery panującej na Grimmauld, czy raczej był to ich dziwny sposób flirtowania, ale właściwie chyba wolał nie wiedzieć. A tymczasem… powinien zastanowić się nad znaczeniem słów dyrektora i pomyśleć, jak powiadomić przyjaciół o zmianie planów.


Czy to była obsesja?

Zdaniem Hermiony prawdopodobnie tak. Spędzał całe dnie, każdą wolną minutę nad wpatrywaniem się w list, jakby od samej siły spojrzenia miał wyjawić swoje tajemnice. To było wszystko, co miał, jedyna wskazówka, jaką mu pozostawiono. Czuł na sobie wzrok członków Zakonu, wagę ciążącego mu na barkach oczekiwania. Podejrzewali, że wiedział więcej niż mówił. I cóż, w rzeczy samej, Zakon miał rację. Ale Hermiona z Ronem? Powiedział im wszystko, co wiedział. Nie miał przed nimi żadnych tajemnic, z wyjątkiem własnych wątpliwości a propos wyruszenia na poszukiwanie horkruksów.

— Czy ty czasem nie przesadzasz? — zapytała Hermiona któregoś dnia.

— Niby z czym?

Westchnęła cierpiętniczo, podnosząc wzrok z nad notatek.

— Z tym listem — wyjaśniła, spoglądając na pergamin jak na coś brudnego. — Nie uważasz, że raczej powinieneś zająć się myśleniem nad horkruksami? — ostatnie słowo bezgłośnie wyartykułowała. Dostrzegając jego brak reakcji odłożyła gwałtownie notatki na stolik. — Doprawdy, Harry. Czy ciebie w ogóle nie interesuje kim jest R.A.B?

— Interesuje — odpowiedział zirytowany pytaniami przyjaciółki. W przeciwieństwie do jej przekonań, przez całe wakacje nie myślał o niczym innym, a ona insynuowała mu coś takiego. — I może właśnie ten list jest tego rozwiązaniem.

— A może nie — upierała się. — Nie rozumiem,dlaczego tak bardzo uparliście się z Ronem, że to ma coś z tym wspólnego.

— A masz jakiś lepszy pomysł, co to może być? — Odpowiedziała mu cisza. — Tak myślałem.

Hermiona zmierzyła go od stóp do głów niezadowolonym spojrzeniem, po czym, najwyraźniej obrażona, wróciła do notatek.

Drażnili go. Harry nie powinien dopuszczać do siebie tych emocji, ale do jasnej cholery, nie był upośledzonym dzieckiem, które zupełnie nie wiedziało, co robi. Dobra, faktycznie nieco błądził po omacku, ale to on, a nie oni, znał Dumbledore'a, to on miał u niego „lekcje" przez cały rok. Nikt mu nie powie, że napisał coś takiego bez żadnego powodu. To do niego po prostu nie pasowało.

Dwa tygodnie ciągnęły się mozolnie. Prócz wieści przynoszonych przez członków Zakonu, nic się nie działo. Jedyne co się zmieniło to, to, że Moody z Remusem przestali męczyć go pytaniami, w zamian obchodząc się z nim jak z bombą, grożącą w każdej chwili wybuchem. Prawdopodobnie powinien cieszyć się z takiego obrotu spraw, ale nie potrafił.

Dziewiętnasty sierpnia w końcu nadszedł. To był pogodny dzień. Harry'ego obudziły promienie słońca tańczące na powiekach złocistą poświatą. Podniósł się do siadu, momentalnie świadom daty. Przetarł oczy, jednocześnie rozglądając się za okularami. Która mogła być godzina? Miał nadzieję, że Hermiona z Ronem jeszcze nie zaczęli krzątać się po parterze, a członkowie Zakonu już wyszli. Nie chciał, aby ktoś mu przeszkadzał. Czuł, że wiadomość była przeznaczona jedynie dla niego i właściwie żałował, iż podzielił się nią z przyjaciółmi, a przynajmniej z Hermioną. Ona nie rozumiała.

Założył na nos okulary, ubrał się i wziął głęboki wdech. A więc to już. Zaraz się przekona, co się stanie. Nawet nie brał pod uwagę, że mogło nic nie nastąpić. To coś znaczyło. Miał co do tego pewność.

Rozrywany przez nadmiar emocji wziął do ręki list, wyszeptał jego ostatnie zdanie i tak, w następnej chwili, świat naprawdę zawirował. Poczuł jak jego nogi oderwały się od podłoża, wiatr zaczął smagać twarz, jakby chciał wcisnąć się przez pory w skórze, a otaczająca go rzeczywistość zamieniła się w chaos dźwięków i barw.

Kiedy rozchylił powieki, stał na polanie oświetlonej słońcem. Drobinki pyłków z kwiatów unosiły się w powietrzu, lśniąc niczym złocisty brokat. Wszystko zdawało się takie spokojne, ciche… żadnych ludzi, żadnych zwierząt, tylko on i nic więcej. Gdzie się podział pokój z Grimmauld? Był tu zupełnie sam. Polanę ze wszystkich stron otaczał majaczący w oddali las, a na jej środku stała niewielka, drewniana chatka. Nie wyglądała na zamieszkaną. Niebo ponad nim było piękne. Widok czystego błękitu uśmierzył trochę rozkojarzenie wywołane przeniesieniem. Obserwując otoczenie, zrobił krok w przód.

I co byś teraz powiedziała, Hermiono?, pomyślał zadowolony z tego, że to jego i Rona przypuszczenia okazały się słuszne.

Co teraz? Powinien podejść i zapukać, czy może od razu spróbować wejść? Nie zastanawiając się, zapukał dwa razy, ale nic się nie wydarzyło. Wyciągnął z kieszeni jeansów różdżkę i stukając w drzwi wyszeptał „Alohomora". Nadal nic. Westchnął zirytowany. Więc pora przejść do radykalnych kroków. Coś mówiło mu, że powinien wejść do środka. Szarpnął za klamkę raz i drugi, a kiedy to nie poskutkowało, podszedł do okna. Rzucił „Bombarda" na szybę, która momentalnie rozpadła się w drobny pył. Mając nadzieję, że w domu naprawdę nikt nie mieszkał, wdrapał się do środka i… zamarł.

Ten kogo napotkał, nie był tym, kogo spodziewał się zobaczyć. Przed nim stał nie kto inny jak sam Draco Malfoy. Trochę doroślejszy, szczuplejszy z czymś dziwnym, złamanym w szarych oczach, ale bez wątpienia to był on. Harry miał pewność, że rozpoznałby go nawet po upływie stu lat.

— Co do chole… — Malfoy urwał w pół słowa, spoglądając na Harry'ego z twarzą zastygłą w szoku. — Potter — powiedział, kiedy najwyraźniej zidentyfikował już zjawisko przed sobą.

— Malfoy.

To musi być jakiś chory żart, doszedł do wniosku Harry, Dumbledore nie zostawiłby mi takiej wiadomości tylko po to, żebym stanął oko w oko z tym cholernym Malfoyem.

Chyba, że list został sfałszowany. Co jeśli to była pułapka?

Myśl trzeźwo, rozkazał sobie, zachowaj zimną krew.

Mimo zapewnień, że list mógł odczytać tylko on, nie wierzył, że nie sprawdziło go Ministerstwo oraz Zakon. Nie dopuściliby, aby wręczyć mu do ręki zaproszenie prosto w zasadzkę. Więc o co chodziło? Miał mętlik w głowie.

— Co ty tu robisz? — Prawdopodobnie zadanie tego pytania, komuś, komu właśnie włamało się do… domu? Nie ważne, do tego czegoś, nie należało do najrozsądniejszych posunięć.

Ślizgon chyba uważał tak samo, bo zdumienie zniknęło z jego twarzy zastąpione wrogim wyrazem. Jak na komęde obaj wycelowali w siebie różdżkami.

— Mógłbym cię zapytać o to samo.

— Słuchaj, dostałem list i widocznie… — urwał, rzucając okiem na blondyna. Nie, raczej wątpliwe, aby Dumbledore podzielił się swoim planem z takim parszywym gnojkiem. Poza tym Malfoy naprawdę sprawiał wrażenie zaskoczonego. Więc musiało chodzić o coś innego. Tylko o co? Nagle go olśniło. Snape! To oczywiste! „Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda" przypomniał sobie słowa dyrektora. — Gdzie jest Snape?

— Nie tutaj.

— Kłamiesz.

— Nie tym razem — stwierdził lekko, zaciskając mocniej palce na różdżce, ale nadal nie rzucił zaklęcia.

— Muszę z nim coś omówić.

Malfoy uniósł brew.

— Musisz, to się stąd wynieść, Potter. Wiesz, fajnie, że wpadłeś, ale czas na ciebie. — Jego głos wręcz ociekał jadem.

Harry wypuścił powietrze przez nos. Wdech i wydech… o właśnie tak, i jeszcze raz, i jeszcze… Nie rzuci w tego gnojka klątwą, nie da się sprowokować. Och, jakże by chciał móc to zrobić, ale był pewien, iż Dumbledore nie wysłał go tu w takim celu, choć Harry nie wątpił, że zamordowanie dwóch najbardziej irytujących dupków na Ziemi, byłoby dla świata przysługą. W porządku. Być może powinien porozmawiać z Malfoyem?

Taa, pomyślał ponuro, to już walka z Voldemortem to przy tym pikuś.

Odchrząknął, zbierając się w sobie.

Po prostu bądź kulturalny.

— Mieszkasz tutaj?

Oczy Malfoya błysnęły, jakby myślał „Idiota".

— Nie, Potter — zaprzeczył drwiąco — spędzam luksusowe wakacje. — Nagle usłyszeli trzask zamykanych drzwi zmieszany z niewyraźnymi głosami co najmniej kilku osób. Malfoy spojrzał na Harry'ego z czymś, co w każdym innym przypadku uznałby za panikę. — Szlag. Są tu.

— Malfoy, o czym ty…

— Za mną — syknął na granicy słyszalności.

Zanim Harry zdążyłby zaprotestować, został pociągnięty za łokieć. Malfoy mrucząc niezrozumiałe słowa pod nosem, kreślił różdżką jakiś wzór na ścianie, a następnie, nie zważywszy na opór Harry'ego, pchnął go prosto na ścianę i… Gryfon, ku swojemu zdziwieniu, poczuł, jak przez nią przenika. Żył w świecie magii już tyle lat, a ona wciąż nie przestawała go zadziwiać. Znaleźli się w jakimś niewielkim pomieszczeniu, prawdopodobnie kryjówce. Było w niej okropnie ciasno, okropnie ciemno i okropnie blisko. Harry uświadomił sobie, że przez tyle lat jeszcze nigdy nie dzieliło ich mniej niż właśnie w tej chwili. Czuł na twarzy ciepły powiew jego oddechu.

To obrzydliwe, stwierdził w duchu, pragnąc, aby skrytka posiadała jeszcze właściwości Pokoju Życzeń i podarowała im dodatkowe kilka centymetrów przestrzeni.

— Malfoy, co się, do diabła, dzieje? — zapytał szeptem, oszołomiony całą sytuacją.

— Śmierciożercy tu są.

— To znaczy jacyś poza tobą i Snape'em? — spytał odrobinę złośliwie. — Tym lepiej. Załatwię was wszystkich jednocześnie — mruknął, posyłając w niepamięć swoją pokojową misję.

Spróbował się poruszyć, ale Ślizgon złapał go za ramię i przytrzymał w miejscu.

— Popieprzyło cię zupełnie, Potter? Możesz sobie myśleć, że jesteś jakimś superbohaterem, ale ich jest tuzin, a ty jeden. Wezmą cię prosto do Czarnego Pana.

Patrząc w ciemnościach na tę bladą, wykrzywioną irytacją i strachem twarz, Harry uświadomił sobie parę rzeczy jednocześnie.

Po pierwsze Malfoy miał rację. O ile z jednym śmierciożercą mógł sobie poradzić, to z tyloma przeciwnikami nie miał szans. Co prawda, raz mu się udało, ale to głównie dzięki szczęściu. Po drugie, choć to chore, popieprzone i zupełnie nieprawdopodobne – miał wrażenie, że to jakiś pochrzaniony sen – Malfoy właśnie z tylko sobie znanych przyczyn ratował mu tyłek. I po trzecie – ukrywał się razem z nim.

To było tak dziwne, zagmatwane i nienormalne, że nie miał nawet sił teraz o tym myśleć.

W tym samym momencie usłyszeli przez ścianę stłumiony głos Bellatriks Lestrange.

— Jeśli chłopak gdzieś tu jest, będziesz skończony, Snape.

— Jesteście żałośni, szukając go w opuszczonych chatach — stwierdził Mistrz Eliksirów.

— Czarny Pan chce chłopaka! — zawołała, a jej głos rozbrzmiał znacznie bliżej niż poprzednio. — Jeszcze się z nim nie rozliczył.

Harry zacisnął mocniej palce na różdżce, czując krążącą w żyłach, najczystszą nienawiść. Ból po stracie Syriusza wciąż mu doskwierał. Mógłby rzucić na tą sukę Crucio, mógłby. Coś, prawdopodobnie palce Malfoya, zacisnęły się na jego nadgarstku, utrzymując go nieruchomo.

— Dlaczego ty się przed nimi ukrywasz? — zapytał wyzywająco.

— Uważaj, bo ci powiem.

— Myślę, że wiem dlaczego — stwierdził Harry, starając się mówić najciszej, jak tylko umiał. — Znowu tchórzysz, nie? Stchórzyłeś na wieży, tchórzysz i teraz, nie potrafiąc ponieść konsekwencji tego, że zawiodłeś, że jesteś zwykłym… — umilkł, czując, jak jego język przykleił się do podniebienia. Wydał z siebie stłumiony jęk, ale choć bardzo chciał, nie mógł nic powiedzieć. Co za pieprzony…!

— Stul pysk, Potter — warknął, obnażając zęby. — Jeśli natychmiast się nie zamkniesz, będziemy martwi. Obaj. — Harry niechętnie kiwnął głową na znak zgody. Ślizgon cofnął zaklęcie i mimo otaczającej ich ciemności, brunet z przerażającą dokładnością mógł sobie wyobrazić goszczący na twarzy chłopaka gniew oraz strach. Jeszcze raz wykonał podobny manewr różdżką, mamrocząc przy tym niezrozumiałe słowa. Harry obserwował go w ciszy. — Tędy wyjdziesz na tył polany. Idź jakieś dwie mile w las i stamtąd dostań się tam skąd przyszedłeś. I nigdy więcej tu nie wracaj, dociera? — Potter chciał zaprotestować, ale Malfoy kontynuował z krzywym uśmieszkiem na ustach. — Zresztą możesz spróbować, nas i tak już tu nie będzie. No, na co czekasz? Wynoś się!

Nie wiedząc, czemu właśnie teraz postanowił mu zaufać, przeszedł przez ścianę, zgodnie z tym, co mówił, wydostając się na zewnątrz. Z mętlikiem w głowie odszedł parę kroków, po czym sięgnął do kieszeni po list. Świat ponownie zawirował.

— Harry, gdzieś ty był? — przywitał go przestraszony krzyk Hermiony, kiedy tylko z powrotem znalazł się w Kwaterze Głównej Zakonu. — Wszyscy cię szukali!

Cudownie, pomyślał, więc moje zniknięcie nie pozostało niezauważone.

Opowiedział przyjaciołom o tym, co się stało. Tak jak przypuszczał, Hermiona wyglądała na zniesmaczoną jego lekkomyślnością, a Ron na zawiedzionego, że nie wybrał się razem z nim.

— Czekaj — powiedział przyjaciel, marszcząc brwi. — Malfoy ukrył cię przed śmierciożercami i sam też się przed nimi ukrywał? — powtórzył powoli, jakby starając się pojąć każde słowo. — Czegoś tu nie łapię. Po co śmierciożerca kryję się przed śmierciożercami?

Harry zadawał sobie to samo pytanie. Teraz, gdy trochę ochłonął, na spokojnie próbował przypomnieć sobie sytuację z wieży. Bardzo dobrze pamiętał, że Dumbledore zaproponował Malfoyowi możliwość kryjówki, ale… przecież Ślizgon uciekł razem ze Snape'em. Nie przyjął ofiarowanej mu pomocy, ostatecznie odrzucając obranie dobrej drogi. A jeśli nie? Jeśli potem stało się coś, czego Harry nie widział? Od tego wszystkiego bolała go głowa.

— Na wieży powiedział, że Voldemort zabije go, jeśli nie wypełni zadania — oznajmił przyjaciołom. — Tylko myślałem, że odrzucił propozycję Dumbledore'a…

— Dlaczego w ogóle zawracasz sobie tym głowę? — zaatakowała go Hermiona, krzyżując ręce na piersi. — Być może, jest coś,o czym nie wiemy, być może Malfoy i Snape są po naszej stronie, być może to jest część dużo większego planu, ale doprawdy — urwała, spoglądając na Harry'ego jak przedszkolanka na niegrzeczne dziecko — czy choć przez chwilę zastanowiłeś się, jak ryzykujesz?

— Nie wiedziałem, co się stanie! — obruszył się.

— No właśnie! — krzyknęła. — Nie wiedziałeś. Co jeśli Malfoy wydałby cię w ich ręce? Wszystko byłoby stracone!

Jego serce objął nieprzyjemny chłód. Ach, więc o to chodziło. Oczywiście. Straciliby Wybrańca, głównego pionka w grze, kończąc przedstawienie za szybko.

Nie myśl w ten sposób, rozkazał sobie, jest twoją przyjaciółką, na pewno miała co innego na myśli.

Ale nie ważne jak chciał, nie potrafił popatrzeć na to z innej strony.

— Nie martw się — odezwał się zimno. — Nie pozwolę się zabić, póki nie przyjdzie na to pora. — Zauważył rodzący się w oczach dziewczyny ból, za to Ron sprawiał wrażenie, jakby nie chciał się w to mieszać.

— Harry — poprosiła cicho. — Wiesz, że nie o to mi chodziło.

Złapał za klamkę i nawet nie oglądając się przez ramię, rzucił na odchodne.

— A, i jeszcze jedno. Wracam do Hogwartu.

Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, zatrzasnął za sobą drzwi.


Dlaczego Malfoy mu pomógł?

To pytanie nie dawało mu spokoju. Zdawało się płynąć w jego krwi, wypełniać swoją obecnością każdą mijającą sekundę.

Harry leżał na łóżku, apatycznie obserwując światłocienie przesuwające się po suficie, gdy jego myśli krążyły tylko wokół tej jednej rzeczy. Wokół Malfoya. Malfoya, który niewiadomo czemu ukrył go przed śmierciożercami. Malfoya, który sam się przed nimi ukrywał. Malfoya, który przez cały szósty rok wyglądał jak cień samego siebie, jakby tylko kilka oddechów dzieliło go od śmierci.

Jeszcze przed rokiem Harry nie wahałby się przed stwierdzeniem, że nienawidzi tego kretyna. Ale teraz… Malfoy nie był do końca zły. Nie mógł być. Nie zabił Dumbledore'a, chociaż miał szansę. Nie wydał Harry'ego, choć nic nie stało na przeszkodzie. Chwila w której płakał w łazience… miał wrażenie, że nigdy tego nie zapomni. Jak bardzo musiał samotny być, żeby wypłakiwać się duchowi?

Merlinie, trace zmysły, westchnął w duchu, zastanawiam się nad samotnością cholernego Dracona Malfoya.

W porządku, mógł się zgodzić co do jednego. Malfoy nie był mordercą i prawdopodobnie czuł jak każdy inny człowiek. Oczywiście, choćby posiadał wrażliwość dziewczyny, dla Harry'ego i tak pozostawał obślizgłym dupkiem, któremu najchętniej rozkwasiłby twarz, ale…nie nienawidził go.

Aż usiadł oniemiały własnym odkryciem.

Naprawdę go nie nienawidzę.

Nie lubił, nie przepadał, nie akceptował, ale nie nienawidził.

Nie powinien o tym cały czas myśleć, ale nie potrafił przestać. Tyle pytań, tyle niejasności, zagadek, a na horyzoncie żadnych odpowiedzi. Z tego co mówili członkowie Zakonu portret Dumbledore'a miał się wybudzić za niecały miesiąc, a wtedy… wtedy dowie się wszystkiego.


Został sam. Śmierciożercy w końcu po czasie mogącym być wiecznością odeszli, a zanim Severus wróci, upewnić się, że wszystko z nim w porządku, minie jeszcze przynajmniej godzina. Potrzebował kilku długich chwil, aby dotarło do niego, co zrobił. Uratował Pottera. Zmarnował kolejną szansę na odbudowanie pozycji rodziny. O czym on myślał? Gdyby go wydał w ręce Czarnego Pana, być może wszystko wróciłoby na wyznaczony tor. Być może nie musiałby się dłużej ukrywać w tej obrzydliwej chacie na krańcu świata. Być może… nie, nie. Czarny Pan nigdy nie wybaczyłby mu, że choć na moment rozważył, a co dopiero przyjął propozycję Dumbledore'a.

Gra skończona. Był tym, który przegrał. Tym, który w jednej chwili przez swoje tchórzostwo stracił wszystko. Ile by dał, żeby cofnąć czas… Miał wrażenie, że nawet gdyby mu się to udało i tak nie wypowiedziałby tych dwóch małych słów. Avada Kedavra. Tylko tyle i tyle.

Przemył twarz chłodną wodą w obskurnej umywalce, przez chwilę przypatrując się zaciekowi, po czym uniósł głowę i spojrzał w taflę lustra. Blady, wyglądający na chorego chłopak obserwował go szeroko otwartymi, szarymi oczami.

Taki słaby, taki żałosny… Kim był? Naiwnym dzieciakiem przez całe swoje dotychczasowe życie wierzącym, że pieniądze i rodzinny prestiż sprawiały, że był kimś. Marnym szczurem ukrywającym się w kanałach, na łasce człowieka, którym gardził.

Czuł się oszukany przez los, przez samego siebie, a przede wszystkim przez swojego ojca.

Dlaczego pozwolił mu wierzyć w te wszystkie gówno warte idee, dlaczego trzymał go pod kloszem, dlaczego wbrew temu co mówił, pozwolił się zamknąć w więzieniu nie jak człowiek, na którego się kreował, ale zwykły szarak? Dlaczego Draco musiał płacić za jego nieudolność? Gdyby mógł go zobaczyć… nic by nie zrobił. Milczałby jak potulny, głupi dzieciak, który za bardzo bał się rozczarować rodziców, by kiedykolwiek naprawdę być sobą. Za to jaki był wygadany w szkole. Jak pieprzył głupoty o tym, kto wygra tę wojnę, jak się przechwalał swoim zadaniem, znakiem, ojcem, pieniędzmi, wszystkim. I co? Ze zgrai tych szlam i popaprańców, to on skończył najgorzej, przyparty do muru przez los. Gdy tylko ci głupcy - Zakon – dowie się, że ich cudowny Dumbledore udzielił mu schronienia, co wtedy powiedzą? Nie wątpił, że im się to nie spodoba. Nie był jednym z nich. I nigdy nie będzie.

Choć, oczywiście, mógł dzisiejszą sytuację obrócić na swoją korzyść. Jeśli zobaczyliby w nim zagubionego dzieciaka, w istocie robiącego to, by ochronić swoją rodzinę, ale w gruncie rzeczy dobrego, bo nie zabił tego starego głupca, bo uratował tyłek ich pożal się Boże Wybrańca… zaśmiał się w duchu. To, ile było w tym prawdy, pozostawało nieistotne. Najważniejsze, że mogło mu pomóc. Ułatwić jego życie, przedłużyć je choćby o rok… Jeśli Draco nauczył się czegoś przez ostatni czas, to tego, że życie miał tylko jedno i bardzo łatwo je stracić. A on chciał żyć. Mimo wszystko.

Będzie wdzięczna za komentarze : ).