Partnerzy
Kiedy Dean obudził się rano, bolały go plecy. Przez kilka minut nie mógł w ogóle się ruszyć, więc leżał i nasłuchiwał, jak Sam nuci jakąś gównianą, popową piosenkę pod prysznicem. Dzieciak nie miał za grosz gustu, Dean zastanawiał się, gdzie popełnił błąd, gdy jako małolat pokazał bratu genialność zespołów rockowych.
Gdy w końcu mógł się ruszyć, łazienka była już wolna. Dean przetarł zaparowane lustro i przyjrzał się swojej twarzy. Cienie pod oczami były nieco bledsze niż wczoraj, ale nadal wyglądał nienajlepiej. I wcale nie czuł się dobrze, nie wiedział tylko, czy to przez ostatni stres, czy nieuchronny proces starzenia.
Prysznic pomógł mu dojść do siebie, ciepła woda ukoiła ból i rozluźniła wszystkie mięśnie. Gdyby tylko mogła wymazać wspomnienia ostatniego miesiąca, byłoby idealnie. Nie miał pojęcia jak długo jeszcze wytrzyma ze świadomością, że Benny nie żyje. Zachowywał się co najmniej tak, jakby to Sam zginął. Biorąc pod uwagę to, jak blisko był z Bennym, to prawie tak, jakby stracił brata.
- Weź się w garść, Dean – powiedział do siebie, zakręcając wodę i wychodząc spod prysznica. – Czas ruszyć do przodu, Benny nie żyje i nic na to nie poradzisz.
Może gdyby pamiętał całe zdarzenie, a nie tylko fragmenty, łatwiej byłoby mu się z tym pogodzić. Rozważał nawet hipnozę, by przywołać mgliste wspomnienia. Przypomniałby sobie wtedy, jak zginął Benny i kto to zrobił. Wciąż nie złapali sprawcy.
Nie miał pojęcia, kto zajmował się teraz tą sprawą, ale Bobby zabronił mu się wtrącać. Rozumiał dlaczego, śledztwo było zbyt osobiste i gdyby znalazł tego, kto był odpowiedzialny za śmierć Benny'ego, zabiłby go na miejscu. Co jakiś czas miał ochotę włamać się do biura Bobby'ego i dowiedzieć się, jakie są tropy w tej sprawie, a potem podążyć nimi i dorwać sukinkota. Ale nie zamierzał tego robić. Obiecał sobie, że zostawi to w spokoju i nie będzie się wtrącał. Wiedział, że da radę, był uparty i gdy coś sobie postanowił, trzymał się tego bardzo mocno.
- Koniec myślenia o Bennym – stwierdził, podchodząc do lustra. – Najwyższy czas z tym skończyć.
Zdecydowanie. W końcu zamknie ten rozdział w swoim życiu. Miał dostać nowego partnera, to nie był czas i miejsce na rozpaczanie nad poprzednim.
Dean ogolił się i ubrał nim wszedł do kuchni, gdzie Sam przygotował już śniadanie. Tylko dla siebie, nie dla niego. Wkurzyłoby go to, gdyby nie to, że jego brat wolał jadać zdrowe rzeczy. Dean był zdania, że na śniadanie – najważniejszy posiłek dnia – należy zjeść coś bardziej energetycznego niż liść sałaty i pomidora.
- Warzywa dają więcej energii niż twój bekon – powtarzał ciągle Sammy, ale Dean zawsze miał to gdzieś. Wiedział czego potrzebuje jego własne ciało i na pewno nie było to żarcie dla królików. Był mężczyzną i agentem FBI, potrzebował mięsa, żeby normalnie funkcjonować. I kawy, kawa też była ważna, inaczej zasnąłby przy pierwszym lepszym raporcie po zajęciu miejsca przy biurku.
- Nie zapomnij wspomnieć dzisiaj o mnie Bobby'emu – powiedział Sam.
- Dlaczego sam mu tego nie powiesz? – zapytał, nalewając sobie ciepłej kawy. Sam może nie robił mu śniadania, ale jeśli był w kuchni pierwszy, to zawsze przygotowywał mu kawę. Dean lubił sobie wmawiać, że to z miłości, ale jego brat po prostu nie lubił się z nim użerać, gdy zrzędził, a tak się działo, gdy nie otrzymał porannej dawki kofeiny.
- Pytałem go już.
- I? – Dean czekał na odpowiedź, starając się znaleźć coś jadalnego w lodówce. Powinni pójść na zakupy, najlepiej jeszcze dzisiaj. Najlepiej teraz, w tej chwili. Dean nie miał co jeść.
- Kazał mi się nie wtrącać – odparł z oburzeniem. – Powiedział, że to nie moja sprawa i mam sobie nią nie zawracać głowy, chociaż nie mam partnera i potrzebny mi jest jak najszybciej. Wygląda jak sprawa dla mnie.
- Wyluzuj. – Dean usiadł obok brata i wykradł mu z talerza jedną kanapkę, nim Sam zdążył go trzepnąć w rękę. Kanapka miała same warzywa, ale Dean był głodny. Nie mając nic pod ręką, mógł jeść wszystko. – Pogadam z nim dzisiaj – zapewnił i ugryzł kanapkę. Była lepsza, niż przypuszczał, chociaż z mięsem byłaby jeszcze lepsza. Musi wbić Samowi do głowy, że wegetarianizm jest niezdrowy. Wtedy nie będzie musiał sobie robić śniadań, po prostu będzie je podkradał bratu.
- Obiecujesz? – zapytał Sam, patrząc na niego sceptycznie.
- Przecież powiedziałem, że to zrobię – powiedział i wyciągnął rękę po kolejną kanapkę. Tym razem Sam zdążył go powstrzymać i boleśnie złapał go za nadgarstek.
- Dostaniesz kanapkę, jak obiecasz.
Dean westchnął pokonany.
- Dobra, obiecuję. Mogę kolejną kanapkę?
- Nie. – Puścił jego rękę, ale nim Dean zdążył coś zrobić, Sam zabrał talerz ze swoim śniadaniem i przeniósł się do salonu.
- Stary, to było niemiłe! – zawołał za nim Dean.
- Ja nic nie obiecywałem – odkrzyknął Sam. Dean usłyszał, jak włączył telewizor.
- Suka – mruknął pod nosem.
- Palant!
Nie miał pojęcia, jak Sammy go usłyszał, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Po przejrzeniu wszystkich szafek w kuchni i po raz drugi lodówki, Dean w końcu znalazł coś do jedzenia, co zawierało dostateczną dawkę cukru. Nawet nie wiedział, że mieli mieszkaniu płatki śniadaniowe. Co prawda nie mieli mleka, ale każdy wiedział, że płatki najlepiej smakują bez.
Poszedł do salonu, gdzie dołączył do Sama na kanapie. Jego braciszek już skończył jeść i teraz pił herbatę, oglądając jakiś dziadowski teleturniej. Gdy Dean się do niego przysiadł, oderwał na chwilę wzrok od ekranu i spojrzał na pudełko płatek.
- One mają już z dwa miesiące – powiedział. – Po tym czasie chyba nie są dobre.
Dean zerknął na datę ważności. Sammy miał racje, płatki były przeterminowane.
- Tylko jeden dzień. – Dean z uśmiechem wsadził rękę do pudełka i wyciągnął z niego garść płatków, które szybko przeniósł do ust. Sam obserwował, jak kilka rozsypało się na kanapę. Już wiedział, kto będzie musiał to odkurzyć.
- Jesteś obrzydliwy – stwierdził, skupiając swoją uwagę z powrotem na telewizorze.
- Przymknij się, bo nie załatwię ci samego siebie jako twojego partnera – zagroził Dean, biorąc kolejną garść płatków.
- Obiecałeś – zauważył Sam, znowu odwracając się w jego stronę.
Przeżuwając, Dean rozsiadł się wygodniej na kanapie, nie spuszczając Sama z oczu.
- No i? – zapytał z pełnymi ustami. – Ty obiecałeś mi kanapkę.
- Nic ci nie obiecywałem.
- Właśnie, że obiecywałeś.
- Naprawdę prowadzimy tę rozmowę? – zapytał z niedowierzaniem Sam.
- Ty zacząłeś. – Dean przełknął płatki i napił się kawy. – Nie spinaj się tak, Sammy – powiedział, widząc obrażony wyraz twarzy Sama.
- Zapytam Bobby'ego, czy go pytałeś – ostrzegł. Dean jedynie przytaknął. – Nie żartuję.
- Wierzę ci.
Sam prychnął i znowu wymknął się z pokoju, by nie przebywać z bratem. Dean uśmiechnął się zadowolony i przełączył kanał. Teraz mógł sobie przed pracą obejrzeć jakiś normalny program.
Piętnaście minut później, Dean i Sam byli gotowi do wyjścia. Sam poprawił jeszcze swój krawat, a potem włosy, jak jakaś baba. Dean zaczął się niecierpliwić.
- Spędzasz więcej czasu przy lustrze niż Lisa – powiedział, trzymając już rękę na klamce.
- Zamknij się – mruknął Sam. Dean jęknął z irytacją.
- Rusz dupę, Sammy.
Trzy minuty później, Sam w końcu wyszedł z mieszkania i zaczął schodzić na parter. Dean zamknął drzwi na klucz, nim do niego dołączył. Obaj podeszli do stojącej przed budynkiem Impali.
- Mogę dzisiaj prowadzić? – zapytał Sam. Dean nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wygląda jak szczeniak błagający o schronienie. Każda dziewczyna poleciałaby na takie oczy i zrobiłaby wszystko, co chce Sam. Ale Dean nie był dziewczyną i na pewno nie zamierzał robić wszystkiego dla Sama.
- Nie – odparł, siadając za kierownicą.
Sam posłał mu zirytowane spojrzenie i usiadł na miejscu pasażera.
- Chociaż daj mi wybrać muzykę – poprosił, otwierając schowek w poszukiwaniu swoich kaset. Wyciągnął jedną i podał ją Deanowi, który wziął ją do ręki, a zaraz potem rzucił na tylne siedzenie. – Hej!
- Kierowca wybiera muzykę, pasażer siedzi cicho.
Dean uśmiechnął się, widząc wściekłe spojrzenie brata. Wspaniały sposób, by zacząć dzień. A stał się jeszcze lepszy, gdy Sam westchnął po tym, jak w samochodzie zaczął grać Paranoid w wykonaniu Black Sabbath.
Wstąpili po drodze do kawiarni po kawę. Dla Deana była to już druga, dla Sama pierwsza. Ich zamówienia zrealizowała Gwen, która jak zawsze w międzyczasie próbowała flirtować z Samem. Choć szło jej nieźle, Sam nigdy nie był zainteresowany. Gwen sprawiała, że czuł się niezręcznie, dlatego gdy podała mu kawę, przy okazji sugestywnie muskając jego dłoń palcami, szybko umknął z kawiarni.
- Leci na ciebie – zapewnił ją Dean. Mrugnął do niej, zostawił pieniądze na ladzie i wyszedł, odpalając znowu silnik.
Gdy dojechali do pracy, a Dean parkował wóz, Sam był już na granicy wytrzymałości. Wyszedł z auta, gdy tylko się zatrzymało i odszedł jak najdalej, dopóki nie słyszał już Led Zeppelin, których słuchał Dean
Zadowolony i w dobrym humorze, Dean udał się do swojego biura. Jak co rano, wpadł po drodze na Gartha.
- Stary, dzięki za pomoc wczoraj. Zamknąłem obu drani – pochwalił się. – Uściskam cię.
- To nie jest... – Nim dokończył, Garth już go obejmował. Dean w ostatniej chwili odsunął kubek z kawą. - ... konieczne. Okej, Garth, złaź ze mnie, mam robotę.
Poklepał przyjaciela po plecach i życzył mu miłego dnia, nim obaj udali się w swoje strony.
Odetchnął z ulgą po dotarciu do swojego biura. Odłożył wszystkie papiery na bok, postawił kawę na blacie, a potem usiadł, opierając nogi na biurku. Perfekcja. Zamierzał w spokoju wypić kawę, nim zabierze się do pracy, a potem pójdzie do Bobby'ego zapytać o partnera.
Przez całe pół godziny, kiedy był sam w biurze, ani razu nie pomyślał o Bennym, choć przez cały czas patrzył się na jego biurko. Zamiast tego myślał o Samie i ich ewentualnej współpracy.
Sam nigdy nie chciał być agentem FBI, chciał zostać prawnikiem. Ze swoimi ocenami w szkole mógł się dostać na dobrą uczelnię, ale zmienił wszystkie plany, gdy brat został agentem federalnym. Dean wciąż pamiętał, jak pierwszy raz pochwalił mu się odznaką. Sam był wtedy wpatrzony w niego jak w obrazek. Ich ojciec nigdy tak na niego nie działał. Tego dnia Sam postanowił także zostać agentem, a za cel postawił sobie zostanie partnerem Deana. Wkrótce miało się to spełnić.
Dean nie wątpił, że Sam będzie dla niego wielką pomocą. Dzieciak był mądry, potrzebował tylko kogoś, kto wdroży go w cały system agencji. A czy był ktoś lepszy niż starszy brat do tej roboty?
Dean przeciągnął się i z uśmiechem zabrał się w końcu do pracy. Kolejne pół godziny i w końcu pójdzie do Bobby'ego. W przeciwnym razie nie zdziwiłby się, gdy Sam w końcu zaciągnie go tam siłą, a Dean doskonale wiedział, jak silny potrafi być jego młodszy braciszek.
Kiedy usłyszał pukanie i otwierane drzwi, spodziewał się zobaczyć w progu Sama. Na szczęście to była tylko Jo.
- Co się tak szczerzysz? – zapytała i przysiadła na krawędzi biurka. Dean miał teraz idealny widok na jej biodro. Lubił biodra.
- Wkurzyłem Sama w czasie jazdy tutaj – wyjaśnił. Minęło już trochę czasu od tego momentu, ale wciąż nie mógł przestać się uśmiechać. – To mój nowy rekord.
- Jesteś taki dziecinny. Nic dziwnego, że nie możesz sobie znaleźć dziewczyny.
- Może chcesz mi pomóc z tym problemem – zaproponował.
- Śnij dalej. Na twoim miejscu bałabym się ze mną flirtować.
- Nastraszysz mnie za to bronią? – zapytał rozbawiony. – Nie boję się ciebie.
- A mojej mamy?
- To może mnie skłonić do rozważań – stwierdził. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Matka Jo była naprawdę straszna. Może gdyby nie to, że pracuje z trupami i zna każdy słaby punkt anatomiczny człowieka, nie bałby się jej tak bardzo. Fakt, że znał ją od dziecka wcale nie pomagał.
- No właśnie. Idziesz później ze mną i Charlie na lunch?
- Pewnie – przytaknął. Lubił jadać w towarzystwie, Benny zawsze chodził z nim na lunch, choć lubili zupełnie co innego. Między innymi dlatego chciał Sama na partnera. Byłby jak Benny.
Szlag, miałem o nim nie myśleć, skarcił się Dean. Nawet nie zauważył, kiedy Jo wstała z biurka i podeszła do drzwi.
- Na razie, Dean. Nie leń się w pracy.
- Nie uderz się drzwiami, jak będziesz wychodzić.
- Nie martw się, nie jestem taką ciamajdą, jak ty.
Dean uśmiechnął się i wrócił do pracy, ale tylko na kilka minut. Dostał wiadomość i znowu musiał przerwać.
Od: Samantha
Wiem, że nie byłeś jeszcze u Bobby'ego.
Dean szybko napisał odpowiedź.
Do: Samantha
Szpiegujesz mnie?
Na następną wiadomość czekał tylko kilka minut.
Od: Samantha
Tak. Ruszaj tyłek do Bobby'ego.
- Przeklęty stalker – roześmiał się Dean i wyszedł z biura, by znaleźć szefa.
Bobby był już dyrektorem, gdy Dean pierwszy raz zawitał w biurze FBI, zaprowadzony tam przez własnego ojca. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle się nie starzał, wciąż wyglądał tak samo jak wiele lat temu. Może był tylko trochę bardziej gderliwy. Dean był pewny, że gdy sam będzie odchodził z FBI, Bobby wciąż tam będzie. Nie potrafił – jak zresztą wiele innych osób w tym biurze – wyobrazić go sobie w innej roli albo na emeryturze. Ten stary zrzęda był sercem biura FBI w Chicago. Bez niego to nie będzie to samo.
Biuro Bobby'ego znajdowało się na najwyższym piętrze, choć kiedyś było niżej. Nie przeniósł go jednak dlatego, by jeszcze bardziej podkreślić swoją pozycję. Dean wyciągnął z niego kiedyś po pijaku prawdziwy powód. Bobby przyznał mu się, że jeśli kiedyś w budynku wybuchnie pożar albo bomba, woli być na górze, by schodząc na niższe piętra móc sprawdzić, czy wszyscy zostali ewakuowani. Dean zaśmiał się wtedy i stwierdził, że gada jak baba, ale już następnego dnia, gdy alkohol wyparował z organizmu, myślał zupełnie inaczej. Bobby troszczył się o swoich pracowników, nie było powodu, by się z tego nabijać, tylko go za to podziwiać i doceniać.
Przed wejściem do środka, Dean zapukał, sam też nie lubił, kiedy ktoś wchodził bez pukania do jego biura – nie robił odstępstw nawet dla kolegów.
Bobby siedział przy swoim biurku, zawalony papierami jak zawsze. Parę lat temu chodziły pogłoski, że kiedyś było widać blat tego biurka. Dean pracował tu już jakiś czas, ale do tej pory go nie widział. Nie był to jednak bałagan, Bobby zawsze potrafił wszystko tu znaleźć, każde akta, jakich potrzebował.
- Czego chcesz, Dean? – zapytał oschle, nie odrywając wzroku od dokumentów.
- Bobby, potrzebuję nowego partnera.
- Poszukaj w biurze matrymonialnym.
- Zabawne – przyznał, siadając na wolnym krześle przy biurku. Przyjrzał się pobieżnie leżącym na nim teczkom z aktami. Wszystko to śledztwa, które trzeba było komuś przydzielić. Wyciągnął rękę po jedną, ale Bobby trzepnął go w nią, nawet nie podnosząc wzroku.
- Nie mam teraz czasu załatwiać ci partnera. Szefostwo dobrało mi się do tyłka, ponoć szykuje się jakaś afera z terrorystami i mam się tym zająć – powiedział, zawzięcie zapisując coś długopisem.
- Mam kolejny miesiąc pracować sam?
Bobby w końcu na niego spojrzał, Dean mógł się teraz przyjrzeć jego zmęczonej twarzy. Rzadko kiedy widywał go pełnego energii, ale dzisiejszego dnia było gorzej niż zwykle.
- Umówmy się – zaproponował i podał mu jedną z teczek. – Ty zajmiesz się na razie tą sprawą, a jak wrócisz, załatwię ci partnera.
Dean szybko przewertował akta, najwięcej uwagi poświęcając zdjęciom ciała z miejsca zbrodni. Ofiara miała miazgę zamiast szyi.
- Zgoda i tak mi się nudziło.
- To świeża sprawa, młoda dziewczyna zginęła dziś w nocy – wyjaśnił Bobby. – Policja od razu po nas zadzwoniła.
- Dlaczego? Zwykle wcale nie dzwonią, a jak już, to po kilku dniach.
- Nie widziałeś zdjęć? Dziewczyna ma rozszarpane gardło.
Dean ponownie zerknął na zdjęcia. Dziewczyna leżała na chodniku, z twarzą zwróconą w prawo. Wciąż miała otwarte oczy. W opinii Deana, jej szyja przypominała mięso zmielone na hamburgery. Dziwił się, jak jej głowa jeszcze się na niej trzyma.
- Pies? – zasugerował. Kiedyś razem z Bennym prowadzili śledztwo w sprawie morderstwa, którego sprawcą był zwykły pies. Widział wtedy podobną ranę, tyle że nogi. Ofiara wykrwawiła się na śmierć po tym, jak zwierzę rozszarpało kończynę.
- Gdyby to był pies, nie dawałbym ci tej roboty. Coś jest nie tak z tym zgonem. Ellen już dostała ciało.
- Wpadnę do niej jutro jak skończy sekcję. Teraz przejadę się do domu dziewczyny i wypytam matkę.
Bobby przytaknął i wrócił do roboty. Dean włożył teczkę pod pachę, podchodząc do drzwi. Miał już dłoń na klamce, gdy przypomniało mu się coś ważnego.
- Bobby?
- Co znowu? – zapytał zirytowany.
- Ale Sam zostanie moim partnerem, nie?
- Tak, tak, a teraz zmiataj stąd.
Dean zasalutował i wyszedł, wracając do swojego biura. Szybko przeczytał całe akta nim założył na siebie marynarkę, płaszcz i wyszedł. Na zewnątrz wiał mocny wiatr, a chmury wskazywały na to, że niedługo się rozpada, dlatego Dean szybko wsiadł do Impali, kładąc akta na siedzenie pasażera.
Ustawiając radio na stację z wiadomościami, wyjechał z parkingu, kierując się pod adres zamordowanej nastolatki.
Dojazd z biura do domu ofiary zajął mu pół godziny, na szczęście trasa nad brzegiem jeziora Michigan była bez korków. Przez całą drogę cieszył się na wieść, że Sam w końcu zostanie jego partnerem. Choć pracowali w tym samym biurze, widywali się głównie w domu. Sam był zajęty swoimi sprawami, a jego zwykle nie było nawet w biurze. Przez ostatni miesiąc wyglądało to trochę inaczej, ale normalnie spędzał większość czasu w drodze na kolejne miejsca zbrodni w innych stanach. Gdyby nie ta przerwa, do tej pory nie pamiętałby, jak wygląda Chicago. Teraz uczył się go na nowo.
Ofiara – Dean nie pamiętał jej imienia – mieszkała obok szpitala. Dean zaparkował i zamknął Impalę, a potem wszedł do budynku. Ucieszył się, że nie musi wchodzić po schodach. Miał ich wystarczająco dużo w swoim domu.
Gdy zapukał do drzwi, otworzyła mu drobna kobieta. Nie wyglądała najlepiej, skórę miała bladą i rozciągniętą, a oczy zaczerwienione od płaczu. Nawet włosy były pozbawione blasku, choć nie wyglądały na zaniedbane. Widać było, że jej ból po stracie córki nie jest udawany.
- Margareth Rose? – zapytał uprzejmie Dean.
Kobieta przymknęła nieco drzwi, zasłaniając się przed nim.
- Tak – odpowiedziała. – Kim pan jest?
- Agent Winchester, z FBI. – Dean wyjął odznakę i pokazał kobiecie. – Przyszedłem porozmawiać o pani córce.
Nie wpuściła go od razu, zawahała się przez moment, ale gdy już zaprosiła go do środka, od razu zaproponowała mu herbatę. Nie potrafił odmówić.
Usiedli w kuchni przy stole. Pani Rose posadziła go przy nim, a sama zaczęła robić herbatę.
- Policja już mi zadała kilka pytań – powiedziała. – Ale nic konkretnego. Pytali co Anita robiła tak późno sama. Powiedziałam im, że nie wiedziałam o jej wyjściu. Myślałam, że spała w swoim pokoju.
- Więc nie wiem pani, co mogła robić w środku nocy na ulicy? – zapytał Dean, wyjmując notes.
- Nie. – Kobieta zalała dwa kubki z herbatą i zaniosła je na stół. Dean podziękował i od razu upił łyk. – Nigdy wcześniej tego nie robiła.
- Była ubrana dość wyzywająco. Nie wspominała o jakiejś imprezie z koleżankami? Może któraś miała urodziny.
- Nie przypominam sobie. Anita nie była typem imprezowiczki.
- Może skłoniła ją do tego presja ze strony koleżanek. Dobrze jej się układało w szkole?
- Tak, nigdy nie miała problemów. Miała sporo koleżanek, nigdy jej do niczego nie zmuszały.
Dean w to wątpił, w końcu sam był kiedyś nastolatkiem i doskonale wiedział, jak działa presja otoczenia. Anita mogła być miła, ale to wcale nie znaczyło, że to za jej uprzejmość ją lubiano.
- Czy Anita miała jakichś wrogów? – zapytał. – Zazdrosne koleżanki, może jakichś nauczyciel?
- Nie. Żadnych. – Pani Rose była zdziwiona tym pytaniem – Była normalną, grzeczną i miłą dziewczyną.
Dean pokiwał głową ze zrozumienie, notując kilka informacji na potem.
- Mogę przeszukać jej pokój?
Kobieta wstała od stołu i wskazała na korytarz.
- Ostatnie drzwi po prawej.
- Dziękuję.
Dean schował notes do kieszeni płaszcza, a ledwo zaczętą herbatę zostawił na stole.
- Czy nie powinien być z panem jeszcze ktoś? – zapytała nagle kobieta.
- Lepiej mi się pracuje samemu – odparł i poszedł do pokoju nastolatki.
Na drzwiach przybito tabliczkę z imieniem Anity, a na klamce wisiał znak z napisem „nie przeszkadzać". Po otwarciu drzwi Dean spodziewał się znaleźć w różowym pokoju, ale zamiast tego powitały go pomalowane na biało ściany i drewniana podłoga bez dywanu. Jedyne co zdobiło ten pokój to masa plakatów jakichś aktorów i piosenkarzy, których nigdy nie widział na oczy.
Zamykając za sobą drzwi, przystąpił do przeszukiwania. Zaczął od centrum wszystkich informacji każdej nastolatki – laptopa. Stał otwarty na biurku, podłączony do zasilania i był jedyną różową rzeczą w pokoju. Dean nacisnął enter, ale niestety system był zabezpieczony hasłem.
- Szlag – przeklął. Nawet nie próbował zgadnąć hasła, to mogłoby potrwać wieki. Zamiast tego usiadł na krześle i zaczął przeszukiwać szuflady biurka. Znalazł w nich magazyny dla nastolatek, wyrwane kartki, na których Anita narysowała misie, serduszka i inne badziewia. Na samym dnie leżały zeszyty szkolne, wszystkie ładnie zapełnione notatkami z lekcji. Na marginesach okazjonalnie narysowane były kolejne serduszka, czasami było tam też imię Derek. Dean podejrzewał, że to chłopak dziewczyny, ale gdy znalazł kolejne imię, Ethan, nie był już taki pewny.
Gdy skończył z biurkiem, zajął się szafką przy łóżku. Oprócz lampki był tam jeszcze stojak na telefon, a w szufladach znalazł krem do rąk, trochę biżuterii i najciekawszą rzecz – w połowie zużyty lubrykant.
- Anita nie była taka niewinna, za jaką bierze ją matka – stwierdził, odkładając wszystko na miejsce.
Jako dziecko, Dean lubił chować swoje najcenniejsze rzeczy do szafy, zwykle na górze, by Sam nie mógł dosięgnąć – działało, dopóki w wieku trzynastu lat Sam nie wystrzelił w górę i nie przerósł go w ciągu roku. Nie miał wątpliwości, że i Anita chowała w szafie coś więcej poza ubraniami. Nie mylił się. Na najwyższej półce, ukryte za stertą swetrów, znalazł pudełko, w środku którego był wibrator.
- Rany, czym zajmują się dzieci w tym wieku – zastanawiał się, chowają pudełko na miejsce. Wolał, żeby matka dziewczyny sama to wszystko odkryła w swoim czasie.
W kieszeni kurtki wiszącej w szafie, Dean znalazł pomięty liścik od chłopaka, który podpisał się Derek. Domyślił się, że to ten sam, którego imię Anita zapisywała w zeszycie.
Dean sprawdził jeszcze pod łóżkiem oraz komodę. Przekopując się przez tony bielizny nie natrafił na nic wartego uwagi, kiedy nagle wyczuł pod palcami przyjemniejszy materiał, niż wszystkie pozostałe. Złapał go i wyciągnął. Dean spoglądał teraz na parę czarnych, koronkowych majtek.
Chociaż bardzo tego nie chciał, zarumienił się, przypominając sobie Rhondę, dziewczynę, która namówiła go do przymierzenia damskiej bielizny. Przez lata bardzo się starał zapomnieć o tym wstydliwym momencie, co mu się udało. Nie miał pojęcia, czemu akurat teraz zebrało mu się na wspomnienia, skoro majtki które trzymał nie były nawet różowe jak tamte, które dała mu Rhonda. Poza tym, ta bielizna należała do nastolatki! Nie powinien się nią podniecać, Anita miała tylko 16 lat. W stanie Illinois to nie był legalny wiek.
Powinien odłożyć majtki na miejsce i wyjść, nie było tu nic więcej. Ale materiał, z którego je zrobiono był taki przyjemny w dotyku. Praktycznie mógł sobie wyobrazić, jak by je czuł na gołej skórze i jak by wyglądały, gdyby je...
- Agencie, wszystko w porządku? – usłyszał głos pani Rose. Chwilę później kobieta otworzyła drzwi i stanęła w progu, Dean był znowu przy biurku i odłączał komputer.
- Muszę zabrać laptop pani córki – wyjaśnił spokojnie. – Mogą tam być ważne informacje.
- Oczywiście.
Dean uśmiechnął się do kobiety i wyszedł za nią z pokoju Anity, z laptopem wsadzonym pod pachą. Wolną ręką upychał głębiej majtki do kieszeni płaszcza. Ostatnim czego potrzebował to pokazanie ich matce dziewczyny.
Pożegnał się z panią Rose, jeszcze raz podziękował jej za herbatę i obiecując złapać sprawcę, wyszedł z mieszkania, a następnie z budynku. Gdy znalazł się bezpiecznie w Impali, odetchnął z ulgą. Pójdzie za to do piekła, czuł to.
Potrzebował jeszcze kilku chwil, by się uspokoić, ale w końcu się to udało. Odłożył laptop dziewczyny na tylne siedzenie i znowu zaczął czytać akta. Tym razem wybierał się na posterunek policji, zamierzał porozmawiać z funkcjonariuszem, który jako pierwszy pojawił się na miejscu zbrodni.
Policjant nie powiedział mu wiele, tylko tyle, że było dużo krwi, czego Dean dowiedział się już ze zdjęć i raportu. Nikogo nie było w pobliżu, żadnych podejrzanych osób czy samochodów, dziewczyna i jej morderca byli w chwili popełniania zbrodni sami.
Dean zaklął i niezadowolony postanowił coś zjeść przed powrotem do biura. Nie zamierzał pracować nad tym z pustym żołądkiem.
Zatrzymał się przed jakąś nieznaną mu knajpą i wszedł do środka. To co go najbardziej ucieszyło w tym miejscu, to obsługa. Jedna z kelnerek od razu się nim zajęła i zaproponowała mu stolik przy oknie. Dean uśmiechnął się do niej zalotnie i dał się poprowadzić.
Dziewczyna – według plakietki Anna – przyjęła jego zamówienie i odeszła. Oglądał się za nią dopóki nie zniknęła mu z oczu. Wszystko wskazywało na to, że mu się dziś poszczęści.
Po dziesięciu minutach Anna przyniosła jego jedzenie.
- Pańskie zamówienie – powiedziała stawiając przed nim tacę na stole.
- Mów mi Dean – poprosił, uśmiechając się do niej.
- W porządku. Może kawy, Dean?
- Z chęcią. – Anna odwzajemniła jego uśmiech i nalała mu kawy. – Ładnie tu macie – przyznał, rozglądając się. Ściany były pomalowane w ciepłych kolorach, wszędzie było czysto i przyjemnie. Z tyłu sali Dean zauważył szafę grającą, która aktualnie była wyłączona.
- Staramy się jak najlepiej możemy.
- Ładne wnętrze, dobre jedzenie – komplementował, próbując frytek, które zamówił. Dawno nie jadł tak dobrych. – I ładna obsługa.
- Dziękuję, to bardzo miłe.
Dean miał nadzieję, że to było miłe, chciał w końcu dostać jej numer telefonu.
- Długo już tu pracujesz, Anno? – zapytał, pijąc spokojnie swoją kawę.
- Dwa lata – odpowiedziała i dosiadła się do niego. Dean zauważył, że ani na chwile nie odrywała od niego wzroku. On od niej też nie. Była piękna, miała pełne usta, opaloną skórę, zielone oczy i długie, splecione w warkocz blond włosy. Trochę przypominała mu matkę.
- Nie powinnaś już awansować na wyższe stanowisko?
- Anna, zabieraj swój tyłek do roboty! – krzyknął ktoś z kuchni.
- Właśnie dlatego jeszcze nie awansowałam – wyjaśniła. – Miło było cię poznać, Dean.
- Ciebie też.
- Przyniosę ci później rachunek.
Dean nie mógł się już doczekać. Przez cały czas kiedy jadł, obserwował Annę obsługująca innych klientów. Czasami odwracała się w jego stronę i uśmiechała do niego. Dean zauważył jednak, że nie jest jedynym, który ma kogoś na oku.
Spojrzał przed siebie i zauważył siedzącego tam mężczyznę, który mu się przyglądał. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby Dean nie znał tego spojrzenia.
Mężczyzna uśmiechnął się do niego i nieznacznie uniósł otwartą dłoń w geście powitania.
Dean odwrócił wzrok i skupił się z powrotem na jedzeniu, starając się nie zwracać uwagi na faceta, który z nim flirtował. Trochę mu to schlebiało. Jest tak przystojny, że nie tylko kobiety, ale i mężczyźni z nim flirtują. Cała sytuacja była jednak głównie krępująca. Czasami myślał o umówieniu się z facetem, ale nigdy nie miał odwagi tego zrobić. Zresztą i tak nie był gejem.
Przyłapał faceta na patrzeniu jeszcze kilka razy. Tak go to zmieszało, że nawet nie zauważył, że Anna napisała mu swój numer telefonu na rachunku, który wyrzucił zaraz po wstaniu od stołu. Nie miał pojęcia, co go skłoniło do podejście do faceta, który uśmiechnął się z tego powodu jeszcze bardziej.
- Agent Winchester, FBI – powiedział Dean, pokazując mężczyźnie odznakę. – Patrzysz się na mnie z jakiegoś konkretnego powodu?
Mężczyzna zmieszał się tak jak wcześniej on, co dodało Deanowi nieco pewności siebie. Nie lubił być tym, który nie miał kontroli.
- Wybacz. Lubię patrzeć na... interesujące osoby – wyjaśnił mężczyzna i uśmiechnął się niezręcznie. – Jeszcze raz przepraszam, jeśli cię to skrępował, po prostu wyglądałeś na... nieważne.
Dean nie musiał pytać, o co mu chodziło, doskonale to wiedział.
- Rozumiem – wyznał. – Ale wiesz, nie jestem zainteresowany.
- Wiem, powinien to zauważyć, gdy flirtowałeś z tą kelnerką.
Dean zerknął na Annę, która była teraz zajęta przy jednym ze stolików.
- To tylko moja ex – wyjaśnił. Kłamał, ale z jakiegoś powodu nie chciał robić temu facetowi przykrości. – Rozmawialiśmy tylko. Jestem teraz trochę zajęty w FBI.
- Czy to ma sprawić, że będziesz mniej interesujący? – zapytał mężczyzna, unosząc brwi. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył zaskoczenie Deana. – Wybacz stary, nie chciałem. Przepraszam, jeśli cię przestraszyłem czy coś.
- Nie, nic z tych rzeczy. – Dean zaśmiał się nerwowo. To był najwyższy czas, by się ulotnić, zanim spali się ze wstydu. – Po prostu jestem zajęty sprawą. Pójdę już, mam jeszcze coś do zrobienia w biurze.
- Życzę miłego dnia.
- Ja to-tobie te... – Dean wycofując się wpadł na czyjś stolik. Leżące na nim sztućce zabrzęczały. – Okej.
Dawno nie czuł się tak zażenowany. Po tym jak wsiadł do samochodu potrzebował kilku minut, by ręce przestały mu drżeć. Dopiero wtedy był w stanie prowadzić.
Musiał wrócić do biura i zająć się dalej śledztwem. Przede wszystkim musiał się dowiedzieć, co Anita trzymała na swoim laptopie. Bez wątpienia było to coś ciekawego, skoro zabezpieczyła komputer hasłem. Nie chciała, by ktoś nieupoważniony to zobaczył.
Dojechał do biura i zabrał wszystko z wozu. Włócząc się po korytarzach i szukając Sama, który mógłby mu pomóc z komputerem, Dean wpadł na Charlie, która właśnie robiła sobie kawę przy automacie. Ona też mogła mu pomóc. Wolałby Sama, ale był mniej doświadczony, no i Charlie była pod ręką. Miała słuchawki na uszach, więc nie usłyszała, gdy się zbliżył. Spostrzegła go dopiero po chwili.
- Hej, Dean. – przywitała się z uśmiechem. – Co tam masz?
Dean myślał, że chodzi o komputer, ale Charlie wpatrywała się w jego kieszeń. Rumieniąc się szybko schował wystające majtki głębiej do kieszeni. Charlie mogła być lesbijką, ale nie zamierzał jej wyjawiać swojej tajemnicy, nawet jeśli by zrozumiała.
- Nic – odparł szybko. – Uh, mogłabyś włamać się do tego komputera? – zapytał, pokazując jej urządzenie.
- Jasne. – Charlie wyciągnęła po niego ręce, ale Dean odsunął go poza jej zasięg.
- Świetnie, wpadnij do mojego biura za pięć minut – powiedział i ruszył do swojego biura.
- Czemu nie teraz?! – zawołała za nim.
- Muszę coś jeszcze zrobić! – odkrzyknął.
Dean niemal wbiegł do biura, szybko zamykając za sobą drzwi. Odłożył laptop na biurko i wyjął z kieszeni skradzione majtki, które schował do najniższej szuflady biurka. Nikomu nigdy nie chce się do nich schylać, więc uznał to za dobrą tymczasową kryjówkę. Gdy skończy służbę, zabierze je do domu i tam ukryje. Sam nigdy nie wchodził do jego pokoju, tłumacząc się, że jest zbyt nieuporządkowany, więc nie martwił się, że brat je znajdzie. Przynajmniej miał taką nadzieję.
Równo pięć minut później przyszła Charlie.
- Hej – przywitała się znowu. Uśmiechała się jakby nic się wcześniej nie stało. Weszła do biura i postawiła na biurku swój komputer.
- Hej. – Dean czuł już się nieco pewniej ze świadomością, że jego sekret jest całkowicie bezpieczny. – Gotowa?
- Zawsze, skarbie. Dawaj ten komputer. – Dean podał jej urządzenie, ale tym razem to Charlie cofnęła ręce. Wyglądało na to, że dopiero teraz zauważyła, że laptop jest różowy. – Chcesz żebym włamała się do komputera nastolatki? –zapytała.
- Co? Nie umiesz? – To był najlepszy sposób na Charlie. Zasugerować, że nie da rady, nawet jeśli było inaczej.
- Nie obrażaj mnie – prychnęła i zabrała mu laptopa. Włączyła laptop nastolatki i swój własny, a następnie połączyła je ze sobą specjalnym kablem, którego nazwy Dean nie znał. – Wystarczy tylko wprowadzić parę kodów i gotowe – wyjaśniła, wpisując odpowiednie sekwencje. Dean przyglądał się temu, nic a nic nie rozumiejąc z języka informatyków. Nie miał pojęcia, co się dzieje na ekranie, dopóki system komputera Anity się w pełni nie załadował.
- Jesteś genialna – przyznał z uśmiechem.
- Wiem.
- Możesz sprawdzić jej maile i foldery? – zapytał, wskazując na ikonki na ekranie.
- Pewnie.
Kilka minut później, Dean i Charlie byli już po przeczytaniu około dwudziestu krótkich maili i jednego długiego, który napisał chłopak dziewczyny, Ethan. Anita zerwała z nim, co nieźle go wkurzyło. Groził jej w swojej wiadomości, Dean uznał to za całkiem niezły motyw.
- Załatw mi tożsamość tego Ethana – poprosił Charlie.
Znów nie miał pojęcia, co robi, ale wystarczyła chwila, by Charlie znalazła numer ip, dostawcę łącza i nazwisko właściciela. Edward Grace.
Dean wykonał kilka telefonów, poznał numer tego całego Grace i zadzwonił do niego. Charlie przez cały czas siedziała obok i czekała na wyjaśnienie sprawy.
Dean rozmawiał z mężczyzną dobrych piętnaście minut, zadając mu najróżniejsze pytania. Gdy się rozłączył, odchylił się w krześle i stęknął.
- To nie on – powiedział.
- Masz na myśli Ethana? – zapytała.
- Tak. Edward Grace to jego ojciec, powiedział, że syn nie mógł tego zrobić.
- I uwierzyłeś mu?
- Są w Kentucky już od miesiąca, dzieciak nie mógł tego zrobić.
- Czyli nie masz nic?
- Niestety nie – westchnął. – Dzięki za pomoc.
- Dla ciebie wszystko.
- Mogę jeszcze poszperać w laptopie?
- Jasne. Jak skończysz, odnieś go do mnie.
- Dzięki.
Charlie uśmiechnęła się do niego jeszcze i wyszła, zabierając ze sobą swój komputer.
Dean znowu westchnął i zajął się przeglądaniem prywatnych rzeczy nastolatki w nadziei, że coś uda mu się znaleźć.
Komputer Anity był zawalony wieloma dziwnymi rzeczami, masą zdjęć, muzyką i wierszami, które na pewno nie były jej autorstwa, bo były kierowane do dziewczyny. Chyba że było to kolejny sekret nastolatki, o którym matka nie wiedziała.
Nie miał pojęcia ile czasu spędził przy komputerze ani później nad aktami sprawy, ale gdy wyjrzał w końcu przez okno, było już ciemno. Dopiero wtedy uświadomił też sobie, że jest głodny. Minęło trochę czasu odkąd zjadł trochę w knajpie w drodze do biura. Wciąż musiał jeszcze iść do Bobby'ego zapytać o partnera. Może z Samem szybciej rozwiąże tę sprawę.
Zostawiając akta na biurku, Dean zabrał swoje rzeczy – nie zapominając o majtkach – i poszedł do Bobby'ego, który na pewno jeszcze był w pracy. Inni zapewne wyszli już dawno, w tym Sam, który zazwyczaj wracał do domu taksówką, gdy on był zbyt zajęty, by go odwieźć.
Nim dotarł do biura szefa, Dean ziewał. Nie zdawał sobie do tej pory sprawy, jaki jest zmęczony.
Zapukał delikatnie do drzwi i wszedł do środka
- Bobby, to co z moim partnerem? – zapytał od razu, dopiero po chwili zauważając, że Bobby nie jest sam. Na krześle przed biurkiem siedział ciemnowłosy mężczyzna, a tym co zdecydowanie go wyróżniało był płaszcz, który miał na sobie. Nieznajomy odwrócił się w jego stronę i spojrzał mu prosto w oczy. Dean zadrżał. Nie podobało mu się to spojrzenie, czuł się jak pod mikroskopem, mężczyzna go oceniał i patrzył na niego z wyższością. Mimo niezręczności tej sytuacji, postanowił zachowywać się jak najnormalniej. Uśmiechnął się i podszedł bliżej.
- Nie wiedziałem, że mamy gościa. Hej, jestem Dean – przywitał się, nie fatygując się nawet, by podać mężczyźnie rękę. Nie miał pojęcia kim był i po co tu przyszedł, ale już go nie lubił. Źle mu patrzyło z oczu. – To gdzie mój partner?
- Dean, to jest Castiel Novak – przedstawił mężczyznę Bobby. – Twój nowy partner.
Dean spojrzał zaskoczony i z nieznacznie otwartymi ustami na mężczyznę, który właśnie się podniósł i stanął przed nim. Musiał zdusić w sobie pragnienie, by go nie uderzyć.
- Witaj, Dean.
