Rozdział 2.
Aportowali się w pobliżu małego, kamiennego domku.
Dookoła niego i daleko jak okiem sięgnąć, ciągnął się gęsto zadrzewiony teren.
Przez myśl przeszło jej, że być może znajdują się w Zakazanym Lesie, ale zaraz odrzuciła ten pomysł, dochodząc do wniosku, że wcześniej czy później Hagrid dowiedziałby się o jego mieszkańcu.
Po chwili dotarło do niej, że Malfoy ściska teraz mocno jej dłoń. Spojrzała na niego. Rozglądał się bacznie dookoła, nasłuchując. Hermiona zerknęła na gęsty szpaler drzew zastanawiając się czy udałoby się jej uciec. Jakby wyczuwając jej myśli ścisnął ją mocniej, omal nie łamiąc jej palców. Krzyknęła, a on szarpnął ją tak, że prawie się przewróciła. Pochylił się ku niej.
- Masz być cicho, zrozumiałaś? - Warknął.
Przytaknęła, modląc się, by puścił jej rękę. Powoli rozluźnił uścisk, lecz nie na tyle, by mogła wyrwać mu się i uciec.
Pchnął żelazną furtkę i ruszył do przodu, ciągnąc ją za sobą. Zatrzymał się przed wejściem i skierował różdżkę na klamkę, mrucząc zaklęcie. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Wepchnął ją do środka, po czym wszedł za nią i zatrzasnął je.
- Incendio - mruknął.
Mrok korytarza rozjaśniły świece, umieszczone w srebrnych świecznikach na ścianach. Hermiona nie zdążyła dobrze się rozejrzeć, kiedy złapał ją za ramię i pchnął w stronę schodów prowadzących na górę. Weszła na pierwszy stopień i stanęła, wpatrując się z obawą w mrok spowijający piętro.
Odwróciła się i spojrzała na Malfoya. Zmarszczył brwi widząc jej wahanie.
- Na co czekasz? Może mam ci pomóc? - Zapytał złośliwie.
Przełamując strach, spojrzała mu prosto w oczy.
- Co ma pan zamiar ze mną zrobić? - Spytała cicho, nie mogąc dłużej znieść dręczącej jej niepewności i własnych domysłów. Musiała mu zadać to pytanie, choć przeczuwała, że nie uzyska odpowiedzi.
Zmrużył oczy, przyglądając się jej przez chwilę.
- Nigdy, nie odzywaj się niepytana. Wchodź na górę ! - warknął.
Hermiona zagryzła wargi. Narastał w niej bunt i choć wiedziała, że lepiej go nie prowokować, to najwyższą siłą woli powstrzymała się od tego, żeby mu nie powiedzieć, gdzie sobie może wsadzić swoje rozkazy.
Zauważył błysk złości w jej oczach i uniósł brwi w górę w ironicznym grymasie. Wycelował różdżkę w jej stronę.
- Na górę - wycedził.
Odwróciła się niechętnie i zaczęła wchodzić po schodach. Ruszył za nią.
Weszła na piętro i stanęła niepewna, co dalej robić. Chwycił ją za ramię i wepchnął do pokoju po lewej stronie korytarza. Machnął różdżką zapalając porozstawiane w świecznikach świece.
Rozejrzała się dookoła. Ciemnozielona tapeta na ścianach, dębowe meble, gołe deski na podłodze i porozstawiane tu i tam figurki, rodem ze sklepu Burgina i Burksa. Całość sprawiała dość przygnębiające wrażenie. Jedną ze ścian pokrywały półki z książkami, pod drugą stało proste, drewniane łóżko. Na wprost wejścia znajdowało się małe okno. W rogu pokoju stał mały okrągły stolik a przy nim dwa krzesła. Na lewo dostrzegła łazienkę.
- Jak ci się podoba twoja cela?
Odwróciła się w jego stronę. Przyglądał się jej z pogardliwym wyrazem twarzy.
- Powinnaś być mi wdzięczna, że nie zamknąłem cię w jakimś lochu ze szczurami.
Hermiona przemilczała uwagę, że wolałaby towarzystwo szczurów, niż jego. Drgnęła, słysząc trzask zamykanych drzwi. Lucjusz podszedł do krzesła i usiadł, nie spuszczając z niej oczu.
- Na początek muszę cię poinformować, że stąd nie uciekniesz, więc nawet tego nie próbuj. Tutaj nie można się teleportować, kominek jest niepołączony z siecią, a drzwi i okna otworzyć może jedynie czystej krwi czarodziej, czyli nie ty - podkreślił ostatnie dwa słowa.
- Jest tutaj jeden skrzat domowy, choć biorąc pod uwagę twoją pozycję społeczną powinnaś go wyręczać w obowiązkach. Zdaje się, że to lubisz, czyż nie takie miałaś hobby w Hogwarcie?
Zaczerwieniła się ze złości. Szydził z jej zaangażowania w walkę o emancypację skrzatów. Miała wielką ochotę powiedzieć mu kilka słów prawdy, jednak milczała, nie chcąc go prowokować.
Niestety, swoim zachowaniem wywołała wręcz odwrotny skutek.
- Zaczynasz mnie irytować, dziewczyno. Nie przypominam sobie, bym rzucał na ciebie zaklęcie milczenia. Nie umiesz odpowiedzieć na proste pytanie? - Warknął, po czym wstał i ruszył w jej kierunku.
Hermiona cofnęła się do tyłu.
- Na które pytanie mam teraz panu odpowiedzieć? Pierwsze czy drugie? - Wypaliła.
Zatrzymał się, patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Nie prowokuj mnie, dziewczynko, bo gorzko tego pożałujesz - powiedział cicho.
Spojrzała w bok, unikając jego wzroku.
Kątem oka zauważyła, że uniósł różdżkę w górę. Dreszcze strachu przebiegły jej po kręgosłupie i wstrzymała oddech, przekonana, że za chwilę Lucjusz uderzy w nią jakimś zaklęciem. Jednak on tylko podszedł do szafy i lewitował z niej kawałek jakiegoś szarego materiału.
- Podejdź tu.
Spojrzała na niego pytająco.
- Oto twoje nowe ubranie. Założysz je, a te mugolskie szmaty - wskazał różdżką na jej szorty - ściągaj natychmiast.
Otworzyła szeroko oczy.
- Jak to? Teraz?
- Tak, teraz - powiedział, spoglądając na nią ze złośliwą satysfakcją, widoczną doskonale w jego zimnych oczach.
- Ale... - Chciała zaprotestować, jednak przerwał jej, zniecierpliwiony.
- Chcesz, żebym zrobił to za ciebie?
Zrobiło jej się gorąco na samą myśl o tym. Nie widząc innego wyjścia z tej sytuacji, sięgnęła ręką do bluzki i zatrzymała się, zerkając na niego niepewnie.
Było oczywiste, że nie miał zamiaru się odwrócić. Zastanawiała się gorączkowo, co mogłaby zrobić, by uniknąć tego upokorzenia i doszła do wniosku, że nic. Starając się nie myśleć o tym, że stoi przed nią obcy mężczyzna, zagryzła wargi i ściągnęła szybko bluzkę przez głowę, chcąc to mieć jak najszybciej za sobą. Rzuciła ją na podłogę i sięgnęła do szortów, po czym zsunęła je błyskawicznie w dół.
Stojąc przed nim w samej bieliźnie wyciągnęła rękę po szatę, którą trzymał, ale zamarła, słysząc jego cichy głos:
- Wszystko, ściągnij wszystko.
Strach ścisnął jej gardło.
- Nie – wyszeptała.
Uśmiechnął się zimno.
- Nie? - Powtórzył po niej, unosząc w górę brwi - Jeśli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię. Jak wolisz, zaklęciem? Czy może dłońmi?
Ostatnie słowo wypowiedziane przez niego zawisło nad nią w powietrzu, jak topór. Skuliła się i opuściła głowę, nie mogąc znieść jego wzroku.
Będzie musiała się rozebrać, wiedziała o tym doskonale i własna bezsilność doprowadzała ją do szału. Lucjusz przyglądał się jej z satysfakcją. Wiedział doskonale jak ją upokorzyć. Bawiło go obserwowanie, jak dziewczyna zmaga się ze wstydem i poniżeniem. Już myślał, że jednak będzie zmuszony użyć mocniejszych argumentów, aby zmusić ją do posłuszeństwa, kiedy zobaczył, jak Hermiona drżącą ręką sięga do ramiączka stanika.
Zdjęła go powoli, starając się okryć swoją nagość jak najdłużej. Świadomość tego, że on przygląda się jej sprawiała, że trzęsła się cała ze wstydu i strachu.
Rzuciła w końcu biustonosz na podłogę i jedną ręką osłaniając piersi, drugą niezdarnie zsunęła majtki.
Po chwili stała już przed nim naga, zasłaniając rękoma jak tylko mogła, swoje ciało. Nigdy, w całym swoim życiu nie czuła się tak upokorzona.
- Grzeczna dziewczynka – powiedział, po czym. nie odwracając od niej wzroku, skierował różdżkę na stos jej ubrań, które natychmiast zajęły się ogniem. Po chwili została po nich jedynie kupka popiołu, której pozbył się jednym ruchem.
Lucjusz triumfował.
Nienawidził jej od chwili, kiedy lata temu, odezwała się do niego bezczelnie w Esach Floresach. Szlama, wyobrażała sobie, że jest Bóg wie kim, włócząc się wszędzie z Potterem i tym rudym dzieciakiem od Weasley'ów. Od chwili, kiedy zobaczył ją po raz kolejny na Mistrzostwach Świata w Quidditchu miał ochotę pokazać jej, gdzie jest miejsce takich jak ona. Na pewno nie było ono w Loży Honorowej z lepszymi od siebie. Cieszył się, że wpadła mu w ręce akurat teraz, w tak ważnym dla niego okresie.
Wyciągnie z niej wszystko, co wie, na temat planów Pottera i tego żałosnego Zakonu, dotyczących Czarnego Pana. Potrzebował tych informacji. Musiał odzyskać pozycję, jaką zajmował w szeregach śmierciożerców przed tą nieszczęsną wyprawą do Ministerstwa Magii. Zdawał sobie sprawę z tego, co Czarny Pan robi ze swoimi zwolennikami, którzy przestają spełniać jego oczekiwania. Jednak los uśmiechnął się do niego. Upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Dziewczyna stała teraz przed nim, bezbronna i upokorzona. I na Merlina, nie była już dzieckiem. Była młodą kobietą, z delikatnym ciałem i pachnącą skórą. Widząc, jak bardzo przerażona jest jego bliskością wpadł na pomysł, jakim sposobem mógłby najszybciej zmusić ją do mówienia. Złamanie tej dziewczyny, to będzie czysta przyjemność.
- Załóż to - wyciągnął w jej stronę koszulę. Chwyciła ją i natychmiast przycisnęła do swoich piersi.
- Byłoby lepiej dla ciebie gdybyś powiedziała mi wszystko, co wiesz. W przeciwnym razie... - Urwał, pozwalając by przez jej głowę przetoczyły się możliwie jak najgorsze scenariusze tego, co się z nią stanie, jeśli mu nie ulegnie.
- Niestety, muszę cię teraz opuścić, ale kiedy wrócę masz być przygotowana.
" Na co?" Pomyślała ze strachem.
- I jeszcze jedno - zbliżył się i wyciągnął dłoń w jej stronę. Wzdrygnęła się i cofnęła, kiedy przypadkowo musnął palcami jej pierś, łapiąc za medalik spoczywający na jej dekolcie. Na swoim ciele czuła ciepło promieniujące z jego ręki.
Milczał przez chwilę, przyglądając się wyrazom wygrawerowanym na medalionie.
" Wiara, Nadzieja, Miłość "
Spojrzał na nią pytająco.
- Od kogo to?
- Od rodziców, na dwunaste urodziny - odpowiedziała, odchylając się do tyłu tak, jak tylko pozwalała jej na to długość łańcuszka.
Jednym mocnym szarpnięciem zerwał go z jej szyi, uśmiechając się zimno.
- Nie będzie ci to już potrzebne.
Dotknęła palcami miejsca, na którym zawsze spoczywał medalik, patrząc bezsilnie, jak Lucjusz chowa jej własność do kieszeni.
Jakże nienawidziła go w tej chwili!
Obserwował z zadowoleniem grę uczuć na jej twarzy. Pochylił się ku niej.
- Spójrz na mnie.
Uniosła głowę, patrząc na niego z gniewem. Był zaskoczony tym, że jeszcze nie płakała. Przeciągnął różdżką pojej obojczyku. Krzyknęła, czując piekący ból. W miejscu, którego dotykał przed chwilą pojawiła się czerwona pręga wyglądająca jak ł ją wzrokiem.
- Pomyśl, jaka dobra zabawa nas tutaj czeka, jeśli nie zaczniesz śpiewać, maleńka. - Mruknął.
" O Boże " - pomyślała w panice.
- Zastanów się dobrze, szlamo - odwrócił się i wyszedł zamykając za sobą drzwi, zostawiając ją samą.
Hermiona odetchnęła głęboko przymykając oczy. Dygotała tak, że musiała usiąść na podłodze by nie upaść.
Nieźle się wpakowała... W najczarniejszych koszmarach nie przewidziałaby takiego scenariusza.
Nie miała pojęcia, co z nią zrobi. Dominującym w niej uczuciem był strach i niepewność przed jej dalszym losem.
Jedno wiedziała na pewno. Nie usłyszy od niej nic, na czym mu tak zależało. Czegokolwiek by nie zrobił.
Odsunęła od siebie wspomnienie tego, jak na nią patrzył. Musiała skupić się na tym by stąd uciec.
Założyła to, co jej dał. Szara męska koszula, sięgająca kolan.
Odczekała chwilę i podeszła do drzwi próbując je otworzyć. Ani drgnęły. To samo powtórzyło się z oknem. Malfoy nie kłamał, kiedy mówił jej o tym, że stąd nie ucieknie.
Wciąż nie mogła wyrzucić z pamięci obrazu tego, jak Lucjusz potraktował tego śmierciożercę w piwnicy. Ten człowiek był zdolny do wszystkiego i nienawidził jej.
Pomyślała o swoich rodzicach. Nie miała pojęcia, co się z nimi stało. Odpowiedź Connery'ego niewiele jej wyjaśniła. Stwierdzenie: " Musiałem ich trochę uciszyć " mogło oznaczać wszystko, od zaklęcia milczenia do klątwy uśmiercającej.
O tym ostatnim nie chciała nawet myśleć.
Lucjusz zszedł na dół kierując swe kroki do saloniku. Ściągnął pelerynę i rzucił ją na kanapę niedbałym ruchem. Na stoliku obok stała przygotowana zawczasu przez skrzata karafka z Ognistą Whisky. Napełnił kieliszek alkoholem i upił łyk, rozsiadając się wygodnie na fotelu. Ogarnął wzrokiem pokój. Od swojej ucieczki z Azkabanu ukrywał się w tym miejscu. Odziedziczył ten domek po swoim ojcu, Abraxie Malfoy,'u, który wybudował go kilka lat po ślubie z jego matką.
Anette była rodowitą Francuzką, daleką kuzynką Malfoy'ów. Lucjusz zapamiętał matkę, jako wyjątkowo zimną i nieprzystępną kobietę. Właściwie prawie jej nie widywał. Matka ograniczała się jedynie do krótkiej rozmowy z nim, podczas posiłku. Wychowywał się w przeświadczeniu, że cały świat istnieje po to, by im służyć, a mugole są jedynie prymitywnymi osobnikami gorszego gatunku.
Kiedy Lucjusz dorósł, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo jego rodzice różnią się od siebie. Anette brzydziła się wszystkim, co było związane z cielesną stroną małżeństwa, a Abrax Malfoy z kolei był mężczyzną, który uwielbiał seks. Szukał więc przygód poza domem i właśnie do tego miejsca przyprowadzał swoje kochanki. Ojciec nie krył się z tym wcale ucząc go, że kobiety służą przede wszystkim do zabawy. Wiele lat później, kiedy pojawił się Lord Voldemort, Lucjusz zachęcany przez ojca przyłączył się do niego, zaspokajając w ten sposób swoją naturalna potrzebę dominacji nad słabszymi, torturując mugoli zarówno z przyjemności, jak i na rozkaz Czarnego Pana. Wkrótce Abrax zmarł, a Lucjusz dzięki swej bezwzględności, sprycie i niemałej fortunie piął się w górę coraz wyżej w szeregach śmierciożerców.
Jednak ostatnie wydarzenia podkopały jego pozycję u boku Voldemorta.
Wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w płomienie drgające w kominku, w myślach układając sobie plan działania.
Kiedy wraz z innymi uciekał z Azkabanu, zdawał sobie sprawę z tego, że Czarny Pan może nie być dla niego łaskawy. Voldemort się wściekł, kiedy przepowiednia, którą tak bardzo chciał poznać rozbiła się w drobny mak. Winą za ten stan rzeczy obarczał Lucjusza, który przewodził wtedy grupą śmierciożerców. Zostali pokonani przez kilku nastolatków z Hogwartu, wspomaganych przez ten nieudolny Zakon. Co za upokorzenie. Karą dla niego miała być misja, którą Czarny Pan zlecił jego synowi. Lucjusz wykrzywił wargi z pogardą. Jak można było przypuszczać, Draco nie podołał wyzwaniu. Najwyższą cenę za jego niepowodzenie zapłaciła Narcyza. Voldemort zabił ją, ku przestrodze dla innych.
'' Biedna, zimna lalunia" - pomyślał Malfoy, przypominając sobie jak wzbraniała się przed urodzeniem drugiego dziecka w obawie, że popsuje jej figurę. Cóż… Narcyza była już przeszłością. Teraz on musiał zadbać o to, by jak najlepiej wyjść na tej wojnie. Jego przepustka do powrotu w pierwsze szeregi zwolenników Czarnego Pana, była uwięziona na górze. Był pewny, że Granger powie mu wszystko, co chciał usłyszeć. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.
Jutro z samego rana zabierze się za przesłuchanie tej przemądrzałej smarkuli. Teraz musiał odpocząć. Odstawił pusty kieliszek na stolik i udał się do pokoju obok, w którym znajdowała się jego sypialnia.
Tego samego wieczoru w Norze, wszyscy siedzieli w kuchni kończąc kolację i rozmawiając o mającym nastąpić już za kilka dni weselu.
Pani Weasley uśmiechnęła się, widząc jak Fleur bezwiednie gładzi z czułością dłoń Billa, słuchając równocześnie uważnie Lupina, który opowiadał, jak Tonks, przybrawszy postać starej baby z długim nosem wystraszyła go kiedyś śmiertelnie, aportując się w środku nocy wprost na jego łóżko.
Pod koniec opowieści wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Tonks zaczerwieniła się jak piwonia i syknęła, kopiąc Lupina pod stołem, dając mu tym samym do zrozumienia żeby się zamknął.
- Auuuu! - Zawył Remus, łapiąc się za kolano.
Tonks zamknęła oczy wzdychając z rezygnacją.
- Dlaczego mnie kopiesz, kochanie? - Spytał ją Lupin z wesołym błyskiem w oczach.
Molly widząc jej zmieszanie zdusiła w sobie śmiech i odezwała się pospiesznie.
- Może napijemy się wina?
Ginny, Ron i Harry spojrzeli z nadzieją na panią Weasley, na co ona zmierzyła ich groźnym spojrzeniem.
- WY na pewno nic nie dostaniecie.
Ron zaprotestował oburzony, kiedy wstała z miejsca idąc do szafki po butelkę.
- Jestem już pełnoletni! - Powiedział z pretensją w głosie, obserwując jak matka nalewa każdemu po kieliszku.
- Możesz sobie być pełnoletni Ronaldzie, ale prędzej umrę niż pozwolę ci pić w moim towarzystwie.
- A on może? - Spytał, wskazując ręką Billa.
- On to, co innego - warknęła pani Weasley. - Jest dorosły i z pewnością wie, co robi, w przeciwieństwie do ciebie.
Ron już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Ginny szturchnęła go ukradkiem, pokazując mu małą butelkę schowaną pod szatą.
Wytrzeszczył oczy na siostrę, która przyglądała się z niewinną miną, jak matka chowa pustą butelkę do kredensu. Harry krztusił się ze śmiechu.
Ginny ruchem głowy pokazała im sufit, więc obydwoje wstali, ziewając nagle.
- To my... już idziemy spać - burknął Ron unikając wzroku pani Weasley.
- Śpijcie dobrze, moi kochani ! - powiedziała, zerkając, co chwila na zegar, który pokazywał aktualne miejsce pobytu Artura Weasley. Mruczała pod nosem coś, co brzmiało jak:" przeklęte nadgodziny " i " nawet w sobotę..."
Harry i Ron powiedzieli wszystkim dobranoc i poszli na górę do pokoju Rona. Za chwilę dołączyła do nich Ginny, z miną konspiratorki stawiając butelkę na stoliku.
Wyjęła trzy szklanki z szafki i nalała każdemu trochę wina.
- Proponuję wznieść toast - spojrzała na Harry'ego - za miłość i przyjaciół.
Harry odwrócił od niej wzrok. Ginny widząc to, uśmiechnęła się smutno i upiła łyczek wina.
Ron zamyślił się, nie zauważając nagle napiętej atmosfery pomiędzy Harrym i Ginny.
- Tęsknię za Hermioną - westchnął.
- Kiedy ma tu przyjechać? - Spytał Harry.
- Za trzy dni. Jest zaproszona na wesele - Ron zawahał się przez chwilę zanim dodał - Z jej ostatnich listów wynika, że ma jakieś problemy z rodzicami.
Harry spojrzał na niego uważnie.
- Napisała coś o tym?
- Nie wprost... Ale takie odniosłem wrażenie. Myślę, że rodzicom Hermiony nie bardzo podoba się fakt, że spotyka się ze mną.
Harry pokręcił przecząco głową, wstał i podszedł do okna.
- Nie wydaje mi się. Przecież wiesz jak szanują całą waszą rodzinę, dlaczego mieliby coś przeciwko temu, że jesteście razem? To raczej fakt, że jest tak bardzo zamieszana w wojnę z Voldemortem ich martwi.
Ron i Ginny drgnęli słysząc to nazwisko.
- Ale przecież nie mają pojęcia o tym, że mamy szukać... - Zaczął zdanie Ron, kiedy Harry przerwał mu, sycząc ostrzegawczo.
Ron zreflektował się w porę i spojrzał na Ginny mrucząc coś pod nosem.
Dziewczyna widząc to nachmurzyła się i wstała gwałtownie z kanapy, odstawiając pustą szklankę z winem na stolik.
- Widzę, że nadal macie jakieś swoje święte sekrety. Nie będę wam przeszkadzać, porozmawiajcie sobie, SAMI - powiedziała i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
Ron wzruszył ramionami.
- Zapomniałem, przepraszam - rzucił w stronę Harry'ego, ale ten nie słuchał go, wpatrując się z uwagą w trawnik za oknem.
- Właśnie wrócił twój ojciec. Jest z jakimś facetem, nie wiem, nie znam go...- Powiedział marszcząc brwi.
- Z jakimś facetem? - Powtórzył Ron podchodząc do okna. - Mama się wkurzy, że zaprosił kolegę z ministerstwa o tej porze.
- A może to wcale nie jest... - Harry nie dokończył, bo z dołu usłyszeli wyraźnie okrzyk grozy pani Weasley.
Spojrzeli na siebie z przerażeniem, dobywając swoich różdżek. Zdążyli dobiec do drzwi, kiedy otworzyły się i stanęła w nich blada jak nigdy Ginny.
- Harry...Ron...Nie uwierzycie w to... Stało się coś strasznego. Hermiona... Ona zniknęła. A jej rodzice…Oboje nie żyją.
Wpatrywali się w nią z niedowierzaniem.
- Co? - Wykrztusił z siebie Harry.
- Wrócił tata z jakimś aurorem z ministerstwa. Znaleziono ich dzisiaj wieczorem, martwych, przy drodze. Podobno przed śmiercią byli torturowani Cruciatusem.
Zapadła pełna przerażenia cisza. Ron opadł na kanapę, chowając twarz w dłoniach. Z jego ust wydobył się jakiś nieartykułowany dźwięk, coś pomiędzy szlochem a jękiem. Harry stał jak wmurowany w podłogę, słuchając z niedowierzaniem dalszych słów Ginny.
- Wiem tylko tyle ile zdołałam usłyszeć. Prawdopodobnie zostali napadnięci, kiedy wracali z zakupów samochodem do domu...Hermiona była z nimi, ale jej nie odnaleziono. Nie wiedzą, co się z nią stało…
- O Boże - Harry zacisnął pięści. - Jak mogło do tego dojść? Kto mógł?.. Oczywiście - na twarzy chłopaka pojawił się grymas nienawiści - Śmierciojady...
Ginny podeszła do niego i przytuliła się, płacząc cicho. Ron nadal siedział nieruchomo, wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę. Drgnął, kiedy Harry dotknął jego ramienia.
- Znajdziemy ją, nie pozwolimy by stało się jej coś złego. - "Jeżeli nie jest na to za późno " - pomyślał, bojąc się wypowiedzieć te słowa na głos.
Nie zauważyli stojących w drzwiach państwa Weasley.
- Obawiam się, że nie będziecie mogli wyruszyć na żadne poszukiwania - odezwał się Artur.
- Co? - Ron spojrzał na niego z niedowierzaniem, a Harry wysunął się z objęć Ginny, stając naprzeciw ich ojca.
- Z całym szacunkiem panie Weasley, ale nie może mi pan mówić, co mogę a czego nie.
Artur westchnął i już otwierał usta chcąc mu odpowiedzieć, kiedy wtrąciła się Molly.
- Harry, Ron... Zastanówcie się. Hermiona zniknęła, a jej rodzice zostali zamordowani! Nie wiemy, kto ją porwał i dlaczego. Być może jest to pułapka by złapać ciebie, Harry... Nie możemy pozwolić żebyście obaj... - Głos pani Weasley załamał się i wybuchnęła płaczem. Artur spojrzał na nich z rezygnacją.
- Sami wiecie, że...
- Tak panie Weasley! - Harry nie dał mu dokończyć zdania dając upust swej wściekłości.
Starał się nie patrzeć na szlochającą matkę Rona.
- Czy według was, mamy przejść nad tym spokojnie do porządku dziennego? A Hermiona? Może właśnie w tej chwili jest torturowana!
Gdzieś za sobą usłyszał pełen przerażenia jęk Ginny.
- Wiemy o tym! - Pani Weasley podniosła głos - Ale szukanie jej to nie jest robota dla was, są odpowiedni ludzie, którzy właśnie w tej chwili to robią... To zbyt niebezpieczne… Arturze! -
Zwróciła się z pretensją do męża oczekując wsparcia.
W nagłej ciszy wyraźnie usłyszeli szept Rona.
- Ona nie może tak po prostu...
Harry spojrzał na niego z przerażeniem. Narastało w nim straszne podejrzenie, że porwano ją dlatego, że przyjaźniła się z nim. Jeżeli zginie, on nigdy sobie tego nie wybaczy.
Przypomniał sobie, że Hermiona wie o Horkruksach. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeżeli Voldemort dowie się, co planują przeciwko niemu, to będą bez szans.
Jednakże w tej chwili miał to gdzieś. Teraz najważniejsze dla nich było to, żeby Hermiona odnalazła się cała i zdrowa.
