Domostwo Holmesów przypominało te wszystkie nawiedzone stare dwory z tanich horrorów, za to w żadnym stopniu nie przypominało miłej przytulnej ostoi . Sherlock nie znosił do niego wracać na rytualne piątkowe obiady. W wieku lat dwudziestu miał już za sobą rzucone studia, odwyk i nieudaną próbę samobójczą." Problem polegał na tym" myślał idąc szybkim krokiem w stronę metra, „że zawsze starałem się wszystkich zadowolić." Rodzinka, nie cofnij, szlachetny ród Holmesów powinien zostać zaopatrzony w kolejnego dobrze wychowanego młodzieńca, który z czasem przejąłby rodzinny interes i podtrzymywał dobre imię familii. „Wychowanie" oznaczało wszelkie możliwe korepetycje, osobistą nianię i wieczorne „audiencje" u ojca. Podczas tych rozmów Sherlock musiał grzecznie i prosto siedzieć w ogromnym fotelu i relacjonować co robił przez cały dzień. Ojciec z poważnym i srogim wyrazem twarzy zadawał pytania a mały chłopiec odpowiadał na nie wyczuwając dystans między nim a człowiekiem naprzeciwko. Być może takie właśnie traktowanie ze strony ojca, nie okrutne ale nie serdeczne sprawiło, że nie odczuwał empatii. Oczywiście była jeszcze matka… Jedyna istota, o której Sherlock mógł z pełną świadomością powiedzieć, że kocha. Pani Holmes była kobietą pełną gracji, piękną i życzliwą. Stabilizowała życie w domu i była łącznikiem małego Sherlocka z rzeczywistością. Jednocześnie była bardzo chorowita i praktycznie nie wychodziła z łóżka. Czasem myślał, że stanowiło to dla niej powód do rozpaczy. Wiele razy zdarzało się, że przepraszała go kiedy siadał przy niej, ale nigdy nie tłumaczyła za co przeprasza. Dopiero tego pamiętnego dnia kiedy miał 11 lat i ojciec wyjechał na jakieś ważne negocjacje zdecydowała, że pora porozmawiać z synem. Poprosiła go wtedy żeby zagrał jej coś na skrzypcach, coś prostego bo dopiero niedawno rozpoczął naukę, chociaż już objawiał spory talent. „Sherlock" powiedziała z uśmiechem wyciągając rękę. To był ich stały znak. Chłopiec podchodził wtedy bliżej, brał dłoń matki w swoje małe dłonie i delikatnie całował jej palce. Powodowało to u niej zawsze piękny uśmiech, na który uwielbiał patrzeć. „Przepraszam". Uniósł głowę. Przywykł do tych powtarzanych zawsze jak litania cichych słów, ale dzisiaj było inaczej, dziś te słowa nie zabrzmiały cicho. „Czy to dziś". „Tak". Czekał cierpliwie na rozwiązanie zagadki, na rozwiązanie tajemnicy. Na wyjaśnienie tego przepraszam. „Sherlock… Ja nie jestem dobrą matką…"

Zabrakło mu słów. W tym cichym pokoju, w jego strefie bezpieczeństwa, nagle poczuł strach. „Dlaczego tak mówisz"? „

„Bo widzisz mój mały" mówiła patrząc w zamyśleniu w sufit „w rodzinie każdy ma określone obowiązki. Obowiązkiem was dzieci jest uczyć się, dorastać i kiedyś stać się wspaniałymi ludźmi. Obowiązkiem nas rodziców jest zapewnienie wam bezpieczeństwa, edukacji i miłości. Wiem, że z dwóch pierwszych się wywiązaliśmy… Właściwie Twój ojciec bo to dzięki niemu możemy sobie pozwolić na taki komfort życia." Westchnęła „widzisz kiedy się pobieraliśmy powiedział mi, że nie jest osobą zdolną do porywczych uczuć. Powiedział mi też, że ceni moje towarzystwo i jeśli ja też cenię sobie jego to obiecuje zapewnić mi dostatnią przyszłość. Wiedzieliśmy oboje czego chcemy i jak będzie wyglądać nasze przyszłe życie. Zgodziłam się bez wahania, uważałam i dalej uważam Twojego ojca za wspaniałego i hojnego człowieka. Za swoją misję uznałam zaś uszczęśliwienie jego i naszych dzieci. Mycroft pamięta czasy kiedy chodziliśmy razem na spacery do lasu… Kiedy urodziłeś się Ty obiecałam sobie, że wasza dwójka będzie spędzać wspaniale dzieciństwo, ale… zachorowałam…" Przez chwilę miała bardzo smutny wyraz twarzy i nic nie mówiła, zaraz jednak podjęła temat. „Właściwie od kiedy pamiętasz leżę w łóżku. Nie byłam w stanie okazać Ci takiej czułości jak wcześniej Twojemu bratu. Wiele razy próbowałam wstać i zwyczajnie zjawić się w pokoju dziecinnym z książką pod pachą i talerzem ciastek w rękach jak każda normalna matka, ale za każdym razem ten pokój więził mnie i nigdy nie byłam dość silna żeby choćby przekroczyć jego próg. Sherlock… dlatego wciąż mówię przepraszam." Teraz patrzyła już na niego, szukała jego oczu, trzymała ciągle małe dłonie. „Wywiązałeś się wspaniale Sherlock" powiedziała z uśmiechem, „zawsze z pełnym oddaniem wykonywałeś swoje obowiązki i jestem z Ciebie niesamowicie dumna."

Siedział tam mały, i zdziwiony i słuchał. Nie do końca rozumiał, nie do końca wiedział co chce mu przekazać matka, ale próbował. Próbował zrozumieć. Ona, która znała go jak nikt, doskonale wiedziała co teraz dzieje się w głowie syna. Nie przestawała się uśmiechać i tłumaczyła dalej. Mówiła o tym czym jest oddanie, zaufanie, życzliwość. „I dotyk Sherlock. Dotyk jest bardzo ważny, wiele mówi o drugiej osobie. Pozwalając komuś na dotyk ofiarowujesz mu dobrowolnie kawałek siebie".

Wyraźnie zadrżał. „To niebezpieczne. Niebezpiecznie tak po prostu dać komuś siebie."

Pani Holmes patrzyła na niego wiedząc o tym o czym on nie wiedział. O tym, że brak dotyku matki miał swoje konsekwencje. Sherlock nie był dotykany. Nigdy. Ani przez ojca, który zapewniał bezpieczeństwo rodzinie, na własny sposób przygotowując synów do przyszłego życia, ani przez matkę, która mimo desperackiej potrzeby nie miała dość sił żeby mu dotyk ofiarować. Inni ludzie się nie liczyli, korepetytorzy, sprzątaczki… Wszyscy oni byli obcy. Zatrudnieni. Nic dziwnego, że 11letni Sherlock Holmes nie rozumiał potrzeby i wagi dotyku. Nic dziwnego, że (widziała to już teraz) będzie dorastał z przeświadczeniem, że fizyczny kontakt nie jest potrzebny.

„Niebezpieczeństwo też może być pociągające Sherlock, czasem warto zrobić coś nielogicznego i zaryzykować. Trzeba tylko pamiętać o jednym."

„O czym"?

„O tym, że ryzyko zawsze jest mniejsze gdy mamy przy sobie kogoś kogo kochamy".

To była ich ostatnia rozmowa. Pani Holmes zmarła tego samego dnia wieczorem. Przeczuwając koniec spokojnie napisała 3 listy. Do męża i dwóch synów. Sherlock nigdy nie dowiedział się co chciała przekazać ojcu i bratu, w swojej kopercie na niewielkiej kartce znalazł tylko trzy słowa.

Bądź szczęśliwy.
Dziękuję.

W ten sposób stracił nie tylko osobę, która wiązała go z rzeczywistością, ale też jedyną, do której czuł uczucia. Jedyna, która wzbudzała uczucia w Sherlocku Holmesie. Jedyna, która potrafiła mu je wytłumaczyć. Lady Holmes.

XXX

„Właściwie to wykazywałem się totalną ignorancją i naiwnością" myślał gorzko jadąc metrem. Po śmierci matki mały Holmes zostawiony sam sobie próbował tłumaczyć świat po swojemu. Wiecznie nieobecny ojciec i brat, który studiował na drugim końcu Anglii nie byli na tyle kompetentni żeby mu w tym pomóc. Sherlock więc eksperymentował chcąc poznać siebie i zrozumieć czym różni się od rówieśników. Holmes współczesny z autoironią wspominał jak próbował zwrócić na siebie uwagę przez idealne wyniki w nauce, później przez eksperymenty ze swoim ciałem i świadomością po to żeby dojść do wniosku, że każdy kolejny dzień sprawia mu niemal fizyczny ból, którego nie można niczym pokonać. Ostatecznie wylądował na intensywnej terapii po tym jak pokojówka znalazła go w pokoju z podciętymi żyłami. Miał szczęście, że zapomniała swojej szufelki i wróciła po nią, inaczej nikt by go nie odnalazł na czas i teraz leżałby cichy i sztywny pod grubą warstwą ziemi i nie czułby już nic. Tak mówił Mycroft. Troskę okazując w typowy sobie sposób i osadził go w psychiatryku. W pokoju bez klamek. Po kilku tygodniach miał dość i żałował, że w ogóle próbował popełnić samobójstwo. Ta stagnacja jakiej poddawany był w szpitalu była gorsza niż jego wątpliwa wolność. Nauczył się więc jak rozmawiać z lekarzami, jakie zachowania dają najlepsze rezultaty i po miesiącu więzienia wyszedł. Niedługo po tym wydarzeniu senior Holmes rozstał się z życiem w wypadku lotniczym. Tym samym Sherlock przeszedł pod prawną kuratelę brata, będąc na najlepszej drodze do ubezwłasnowolnienia. Widząc zbliżającą się katastrofę rozpoczął rokowania z Mycroftem. Ustalili, że Holmes starszy będzie trzymał nad nim pieczę a Sherlock pójdzie i jak normalny człowiek skończy studia a potem znajdzie pracę i wyjdzie na ludzi. Holmes młodszy obiecywał, przytakiwał i okazywał radosny entuzjazm, po czym zawalał semestr za semestrem, zmieniał kierunki, aż w końcu zrezygnowany i rozczarowany dał sobie spokój ze studiami. Wtedy właśnie wynikła sprawa terapii. „Musisz się leczyć bracie" cichy ton Mycrofta potrafił być przerażający… „Jesteś na etapie powolnej autodestrukcji i bardzo mi się to nie podoba…"

Sherlock powstrzymał słowa cisnące mu się na język i wyraz niechęci na twarzy zastąpił maską uprzejmości.

„Wybacz ale nie mam w najbliższym czasie w planach samobójstwa. Wolę móc podejmować własne decyzje, tym razem racjonalne" powiedział z naciskiem widząc otwierające się już usta brata. „Studia nie spełniały moich wymagań. Przyznaję chemia była ciekawa, na początku. Potem była to już tylko zwykła teoretyczna góra bzdur, kompletnie nieprzydatnych w realnym życiu. Fizyka? Medycyna? To samo. Prawo zaciekawiło mnie na dłużej, ale Mycroft, takich nonsensów jakie napotkałem studiując kodeksy nasłuchałem się ostatni raz w telewizji kiedy mówili o globalnym ociepleniu!"

„Wyrzucili cię z wydziału matematycznego…"

„Tak" potwierdził ponuro „twierdzili, że oszukuję bo podaję wyniki bez obliczeń".

Mycroft jedynie westchnął.

Wysiadł z metra i udał się do szpitala św. Batrłomieja. Terapia… Uznał, że to jedyny sposób na to żeby wielki brat się trochę uspokoił. Nie potrafił znieść ciszy i zimna rodzinnej rezydencji więc oświadczył, że przeprowadza się do Londynu. Mieszkali właściwie na peryferiach miasta ale zanim dostał zezwolenie musiał przeprowadzić długie i męczące negocjacje. Ostatecznie stanęło na tym, że Mycroft wynajmie mu hotel (który sam wybrał) blisko terapeutki (którą sam wybrał), a Sherlock będzie się meldował po każdym spotkaniu z Liz i zdawał relację z postępów. Holmes młodszy miał bolesną świadomość, że brat kontynuuje stare „audiencje" u ojca a widmo przymusowych obiadów w „rodzinnej atmosferze" sprawiało, że zbierało mu się na mdłości ale nowy układ stwarzał podstawy do stopniowego usamodzielnienia się.

„Taa akurat, tyle tylko, że jest pan głupi panie Holmes młodszy i założył pan, że brat autentycznie się o pana martwi, cholera jasna". Olśniło go podczas terapii ale była to myśl tak abstrakcyjna, że z początku ją zlekceważył. W końcu jednak zrozumiał. Mycroft o niego nie dbał. Obserwował go jako kolejnego potencjalnego świra. Dyskretnie, z ukrycia, zakrywając to braterską troską a on jak ostatni głupek mu uwierzył. Bo podobno w rodzinie należy od siebie dbać. Z dużym opóźnieniem zrozumiał, że tak jak on grał przed bratem miłego i robiącego postępy, tak on grał przed nim miłego i martwiącego się. Jedyna różnica była taka, że Sherlock robił to dla niego…

Teraz kiedy było to dla niego jasne zrozumiał, że nigdy więcej nie będzie już grał. Przed nikim. Usiłował się dopasować do reszty społeczeństwa, zachowywał się tak jak od niego oczekiwano co nie było wielkim wyzwaniem. Wiedział, że jest inny, więc próbował to zmienić. Dopiero teraz zrozumiał, że będąc fałszywie miłym dla innych w efekcie głęboko unieszczęśliwiał siebie. Mieszanina pogardy, i złości na samego siebie pogłębiała się i sam nie wiedział jak i kiedy nabył broń. Schował ją do szuflady, żeby po prostu była. Świadomość, że jest zaraz pod ręką uspokajała go i to samo w sobie było niepokojące. Świadomość zdrady ze strony najbliższej mu osoby sprawiła, że się zbuntował. Nie zrobił nic za co Mycroft mógłby go znowu zamknąć w psychiatryku ale wiedział, że balansuje na cienkiej linie, i co najlepsze, to uczucie bardzo mu się podobało. Ponieważ odkrył, że tym co kazało mu badać samego siebie i wszystko dookoła, tym co pchnęło go do podcięcia sobie żył, tym co przerażało go po wizytach u Liz i odbierało oddech była nuda. Teraz kiedy podjął działanie, kiedy sam decydował co dalej robić ze swoim życiem i miał świadomość tego co go zabija od wewnątrz mógł z nią walczyć. Zamierzał teraz żyć po swojemu, nie schematowo. I było to bardzo odświeżające uczucie.

Kiedy dotarł do szpitala było zdrowo po 21. Miał jednak nadzieję, że osoba, której szuka także tym razem zostanie po godzinach i… miał szczęście. Mike Stamford był w swoim gabinecie sprawdzając jakieś prace studentów. Kiedy zobaczył Sherlocka w drzwiach, z walizką i z dość zdeterminowaną miną po prostu wstał i zrobił im obu herbaty. Poznali się kiedy Holmes studiował jeszcze medycynę zaciekawiła go publikacja Stamforda w dość znanym i cenionym piśmie medycznym więc zaintrygowany skontaktował się z nim przez maila. Konwersacja rozwinęła się na tyle, że Mike zaprosił Sherlocka do szpitala i tam zgłębiali temat. Ich znajomość nigdy nie rozwinęła się w nic większego ale zawsze z zainteresowaniem słuchali wzajemnych wniosków. Poza tym Mike Stamford był jedyną osobą poza Liz, z którą Holmes młodszy utrzymywał w miarę stały kontakt.

„Więc nie masz teraz ani miejsca do spania, ani żadnego wsparcia ze strony rodziny"?

Pili gorącą herbatę, Mike rzucał na Sherlocka okiem jakby… z troską? Nie, przecież nie miał powodów… Raczej z irytacją, że zawraca mu głowę o tej godzinie.

„Mike" westchnął „nie mam wsparcia ze strony rodziny odkąd skończyłem 11 lat. Brat ma w planach ubezwłasnowolnienie mnie."

Stamford wydawał się wstrząśnięty. „Dlaczego"?

„Ponieważ tak byłbym wygodniejszy do opieki".

Od kiedy jego głos nabrał takiej obojętności?

Przez chwilę trwała cisza.

„Co teraz planujesz?"

„Przede wszystkim muszę rozwiązać sprawę z mieszkaniem. Jutro poszukam jakiejś taniej kawalerki. Później wybiorę się do Liz i zakończę terapięw trybie przyspieszonym. Następnie muszę zadbać o zabezpieczenie swojej niezależności finansowej, co oznacza, że będę musiał znaleźć sobie jakąś pracę. Jeżeli tego nie zrobię Mycroft będzie mnie dalej trzymał jak psa na uwięzi."

„Twój brat zdaje się być straszny".

„Bywa".

Znowu cisza, szuranie kubków o blat stołu.

„Sherlock, mieszkam sam w kawalerce… Nic wielkiego, na pewno nie to do czego przywykłeś w swojej rezydencji" nerwowy śmiech „nie masz teraz gdzie się podziać, a ja i tak siedzę wiecznie przy papierach, przyjmij propozycję."

To tyle. Żadnego „zamieszkaj u mnie jeśli chcesz". Sherlock cenił Stamforda. Widział sens rzeczy i umiał rozmawiać z Sherlockiem- Świrem- Holmesem.. Jeden z nielicznych wyjątków.

„Dzięki Mike, doceniam to. Zostanę na dzisiejszą noc i jutrzejszy dzień jeśli nie masz nic przeciwko."

Czy to krótki błysk radości w oczach? Czemu? Przecież to on wyświadcza przysługę… Ludzie są nielogiczni.

„Oczywiście, czuj się jak u siebie, ale nie ma potrzeby żebyś tak się spieszył ze wszystkim, możesz zostać na dłużej".

„Nie" powiedział zdecydowanie Sherlock.

Mike wyczuł drugie dno tego krótkiego nie, dlatego odczekał chwilę zanim zapytał.

„Dlaczego?"

„Ponieważ…" powiedział powoli warząc każde słowo „... muszę zdążyć przed Mycroftem."

Więcej już nie rozmawiali, Sherlock się zamyślił a Mike nie wnikał. Pół godziny później wyszli ze szpitala i ruszyli do Stamfordowego mieszkania.