Całusy za betę idą do Lasair :*

Dziękuję za komentarze. Cieszę się, że ktoś to czyta.

UWAGA: co do cytatu na początku. Tak jest inny niż Polkowskiego, ale też o to mi chodziło. Ponieważ w takiej formie pasuje lepiej do całości tekstu, do tego co się wydarzy. (Oczywiście tłumaczenie jest w ciąż dokładne)

Rozdział drugi

Draco wiedział, że zaraz zostanie rozerwany na strzępy. Zastanawiał się tylko, jak bardzo będzie bolało, co będzie czuł, kiedy jego wnętrzności będą odrywane od ciała i czy utrata krwi szybciej pozbawi go świadomości niż ból. Wszystkie te pytania uderzyły w niego w jednej chwili, pozbawiając oddechu. Zamknął oczy, nie mogąc zdecydować, czy lepiej jest patrzeć na zbliżającą się śmierć, czy nie.

Nagle uświadomił sobie, ze warczenie ustało, zamieniając się w coś bardziej przypominającego płacz. Otworzył oczy, by ujrzeć zgiętego wpół Pottera. Pochylił się niżej do tego stopnia, że opierał się na rękach i kolanach. Opuścił głowę i dziwne jęczenie zaczęło zamierać, sprawiając, że jedynym słyszalnym dźwiękiem był ciężki, sapliwy oddech.

I wtedy Potter uniósł głowę.

— Mal… foy… — powiedział bardzo powoli. — Nie… mogę… — wydukał, a kolejny jęk przeszedł w warczenie.

Draco patrzył niczym zahipnotyzowany, jak Potter toczy jakąś wewnętrzną batalię z samym sobą.

— Proszę… — udało mu się wyjęczeć. — Nie… chcę… próbuję… potrzebuję… — Jego frustracja zdawała się wygrywać, warknął głośno, potrząsając głową i obnażając kły. Kiedy podniósł wzrok na Draco, jego oczy wyglądały jak u krwiożerczej bestii.

— P— Potter — wyjąkał Draco. — Czy ty… czy wiesz, kim jestem?

Chyba udało mu się w końcu dotrzeć do Pottera, bo chłopak zacisnął mocno powieki i zmusił się do bezruchu. — Potter…

Harry zamrugał ponownie.

— Okulary — powiedział z widocznym trudem. — Nic… nie widzę.

— Co… co ci się stało?

Potter warknął.

— Twój ojciec — podniósł się — zostawił cię tu… dla mnie… żebym cię zjadł. Prawda? — Jego głos był zniekształcony, jak gdyby wypowiedzenie tych słów stanowiło niewyobrażalny wysiłek.

Draco patrzył, jak przez twarz Harry'ego przebłyskuje jakieś dziwne, pierwotne uczucie, a potem powraca na nią wściekłość.

— Czy zamierzasz mnie zjeść? — zapytał w końcu. Potter cofnął się pod ścianę i oparłszy się o nią plecami, zaczął wydłubywać kamień paznokciami.

— Nie, jeśli. Ty. Będziesz. Nadal … mówił — wydyszał.

Usta Draco otworzyły się i ponownie zamknęły. Nie wiedział, co ma powiedzieć, nie wiedział, co się dzieje, co jego ojciec zrobił Potterowi. Nie wiedział, czy powinien czuć teraz przerażenie, czy wściekłość. Czy może i to, i to.

— Mów! — warknął Potter zachrypniętym głosem.

— Ja… Jesteś w moim domu — zaczął niepewnie Draco. Zaryzykował odwrócenie wzroku od Pottera, by rozejrzeć się po pomieszczeniu. — Nie przychodziłem tu za często w czasach, gdy tu mieszkaliśmy — spojrzał ponownie na Harry'ego, który koncentrował się bardzo mocno, zaciskając powieki. — Nigdy nie przypuszczałem, że tu wrócę. Myślałem, że mieli wyburzyć rezydencję. — Potter nadal ciężko oddychał przez nos. — Byłeś tu już kiedyś. Na pewno to pamiętasz. — Draco nagle poczuł, jak bardzo jest spięty, jego ramiona napięły się, a dłonie były tak mocno zaciśnięte, że wręcz bolały. — Ty i… oni zapytali mnie, czy cię poznaję.

Wydawało się, z jakiegoś powodu Potter wraca do normy, wyprostował się.

— Ja… pamiętam — wydyszał. — Oczywiście, że pamiętam.

Draco przyjrzał mu się dokładnie. Niebezpieczna bestia najwyraźniej przestała sprawować kontrolę nad chłopakiem, Harry zaczynał bardziej przypominać swą poprzednią postać.

— Co — zaczął Draco, oblizując spierzchnięte usta — się dzieje?

Nawet w ciemnościach mógł dostrzec, jak szczęka Pottera się zaciska.

— Jestem zaskoczony, że nie wiesz. — Potknął się, jak gdyby nie mógł utrzymać równowagi. — Jestem taki zmęczony.

— Zachowywałeś się jak… jak jakiś wściekły pies — zauważył Draco.

— Dzięki na rzucenie światła na cała sytuację — odparował z sarkazmem Potter. — Kurwa… mać! — Jakiś cień przebiegł po jego twarzy, ale gdy tylko zamknął oczy, zniknął.

— Cóż, nie przejmowałbym się — odparł zjadliwie, wciąż drżąc ze strachu. — Gdyby nie fakt, że prawie rozerwałeś mi gardło.

Harry zadrżał, jego pięści na przemian zaciskały się i otwierały.

— Nie mam mojej różdżki. Potrzebuję… — Jego wzrok powędrował do okna. — Jak długo to trwało?

— Wnioskując po stanie, w którym się znajdujesz… — Draco ugryzł się w język, powstrzymując się od złośliwego komentarza, wiedząc, po jak cienkim lodzie stąpa. Jemu wyhodowanie takiego owłosienia zajęłoby kilka dobrych tygodni. — Zgaduję, że cztery — pięć dni.

Harry spojrzał na niego i w zamyśleniu podrapał się po owłosionej brodzie.

— Kurwa — mruknął pod nosem. — Muszę… oni na pewno zastanawiają się, gdzie jestem…

— Pisali o tym chyba w każdej gazecie. To stąd wiedziałem, że… — zawahał się.

Potter odsunął rękę od twarzy, która nagle pociemniała, jak gdyby pochłaniał ją cień.

— O czym się dowiedziałeś?

Draco spojrzał w bok. Potter w tym stanie przerażał go, ale nagle naszła go pewna myśl, myśl o uldze, jaką poczuje, mówiąc o wszystkim komukolwiek, mówiąc Potterowi. Wtedy może cały ciężar, jaki na nim spoczywał, szaleństwo jego ojca oraz wszystkie jego następstwa, zostanie zdjęty z jego barków.
— On… mój ojciec zaginął. O nie… Wiesz, że był w Azkabanie? Drugi raz.

— Tak — odpowiedział. Dawne żale zaczęły budzić się do życia, kiedy przypomniał sobie, jak Potter, Granger i Weasley zeznawali przeciwko jego ojcu, ale wtedy przypomniał sobie wyraz twarzy Lucjusza, kiedy mówił, że pomści jego śmierć, zostawiając go na pastwę bestii… — To tak, jakby nie pamiętał, że skończyła się wojna — mówił dalej powoli. — Nie zdawałem sobie sprawy… pracowałem, a on po prostu zawsze coś czytał… ale wtedy, parę tygodni temu odkryłem, że Fenrir, ten wilkołak, był w naszym mieszkaniu.
Potter spojrzał na niego ponuro.

— Wiem, kim jest Fenrir — powiedział złowrogo.

— Zawsze dobrze jest znać imiona ludzi, których się zabiło — odparował Draco. Cała krew odpłynęła z twarzy Pottera.

— Co? — warknął.

Draco zamrugał zaskoczony.

— To nie byłeś ty? — Jego oczy powędrowały mimowolnie do ciała leżącego w rogu komnaty. Harry spojrzał w tym samym kierunku.

— Kurwa. Ja nie… — przerwał, będąc jednocześnie smutny i zaskoczony. — To… nie wiem, co oni mi zrobili — wymamrotał przez zęby. — Ugryzł mnie i wtedy rzucili jakieś zaklęcie… nie pamiętam… to tak, jakby pamiętać uczucie… byłem taki zły i przestraszony i … żądny krwi… chciałem rozerwać go na strzępy, zanim on to zrobi. — Odwrócił się, by spojrzeć na Draco. — Co oni mi zrobili? To jak klątwa Imperisusa, tylko gorsza… to nie było tak, żeby dała mi szansę to zwalczyć… po prostu pociągnęła mnie w dół… i tylko te okropne uczucia mogły się wydostać na zewnątrz… — przerwał, ciężko dysząc.

Draco nie pojmował, jak bardzo się uspokoił do chwili, kiedy nie zaczął ponownie panikować.

— Ja… nie mam pojęcia, co oni ci zrobili, Potter.

— Mogę wciąż… — zaczął Gryfon. — To próbuje znowu przejąć kontrolę, a jeśli pozwolę na to choć na chwilę…

— Nie rób tego! — krzyknął Draco. — Ja… my nie wiemy, co zrobisz… no wiesz, właśnie zabiłeś najpotężniejszego wilkołaka na usługach Czarnego Pana…

— Nie nazywaj go tak — upomniał go ostro Harry. Draco natychmiast zamknął usta. — Chcę powiedzieć — kontynuował, patrząc gdzieś w bok. — Nie, przepraszam. Nie przestawaj mówić. To… to naprawdę pomaga, kiedy do mnie mówisz…

— Doprawdy?

— No… Tak. To daje mi… coś, na czym mogę się skupić. Muszę być w stanie… trzymać się czegoś, albo to znowu pociągnie mnie na dół.

— Co chcesz powiedzieć? Że tracisz rozum? — Głos Draco był teraz wyższy o parę, mimo to starał się go opanować. — Że stajesz się obłąkanym, krwiożerczym monstrum? Merlinie, muszę się stąd wydostać… — Ruszył w kierunku wyjścia.

— NIE! — w połowie krzyknął, w połowie warknął Harry. Wyszczerzył zęby w tym okropnym, nieludzkim grymasie i wygiął plecy w łuk. Jego mięśnie na szyi drżały, jak gdyby starał się ze wszystkich sił powstrzymać od skoku. — Nie. Zostawiaj. Mnie. — Wycedził, wyciągając przed siebie ręce.

Było to tak przerażające, że serce Draco wydawało się miażdżyć mu żebra od środka.

Przeszło mu przez myśl, że na zewnątrz zmierzcha, że w lesie wokół rezydencji nie jest dla niego bezpiecznie, już nie, a z pewnością nie będzie bezpieczny bez różdżki, ale jeżeli alternatywą było czekanie, aż Potter w końcu straci panowanie nad sobą i rozerwie go na strzępy, wiedział, że musi spróbować uciec.

Rzucił się biegiem w dół po stromych schodach, ciągnących się spiralą wzdłuż wieży. Za plecami usłyszał zgrzytliwe wycie, ale nie było to wycie wilka. Ten dźwięk brzmiał tak, jakby powodowany był rozciąganiem się i skręcaniem do granicy ludzkich możliwości strun głosowych Pottera, słyszalne w nim rozrywanie i pękanie powodowało u Draco dreszcze. Przemknął przez pogrążony w ciemności przedpokój, starając się nie patrzeć na puste portrety i cienie połamanych mebli. Rezydencja, teraz zimna, ciemna i pusta nie przypominała już jego domu. Była przerażająca i groźna. Draco zaczął biec tak szybko, jak tylko mógł, by dostać się do przedsionka. Wielkie drzwi wejściowe były zapieczętowane i zamknięte. Spojrzał przez ramię, bojąc się, że Potter jest tuż za nim, ale zobaczył jedynie ciemność. Ale w ten, w korytarzu rozległo się kolejne przerażające, łamliwe wycie. Draco nie patrząc za siebie ruszył w stronę szklanych drzwi, które otwierały się na portyk.

Klamka nie chciała się poruszyć. Draco chwycił drzwi za framugę, rozbite szkło przecięło jego skórę i kiedy tylko udało mu się je otworzyć, wybiegł prosto w ciemność nocy.

HDHD

Pierwsze, co poczuł, to ulga i świadomość, że nie znajduje się już dłużej w pułapce. Nad nim rozciągało się nocne niebo. Biegł przed siebie z zakrwawionymi, poranionymi dłońmi, potykając się o korzenie drzew, połapane drzewa i krzaki, próbując stworzyć jak największy dystans miedzy sobą a przerażającym stanem, w którym znajdował się Potter.

Kiedy nie mógł już dłużej biec, zwolnił, pot na jego rozgrzanej skórze nagle wydał mu się lodowaty. Uświadomił sobie, jak wilgotne i zimne było powietrze i to, że wokół niego zaczynała formować się mgła. Był bardzo zmęczony, bolały go płuca, nogi wprost paliły z bólu, więc usiadł pod drzewem i szczelnie owinął wokół siebie cienką kurtkę.

Nie mając nic do roboty poza myśleniem i drżeniem, Draco zaczął zastanawiać się, czy ucieczka od Pottera była naprawdę lepszym wyjściem. Teraz pozostał sam i bez różdżki w ciemnym lesie, a jego obłąkany ojciec zamienił jego szkolne nemezis w jakiegoś szalonego wilkołaka.

Normalnie, w lepsze dni był w stanie obwiniać Pottera za wszystkie potworne rzeczy, które go spotkały. Dziwną przyjemność sprawiało mu żalenie się na jego do bólu heroiczne wyczyny, wkurzającą sprawiedliwość, prawość i głupie szczęście. Nawet wspomnienie, w którym Potter wyciągnął go z przeklętego ognia było czymś, za co mógł go nienawidzić, skoro spowodowało to, że musiał mu być teraz wdzięczy do końca życia.

Teraz, mając w pamięci to, jak Potter wbijał palce w podłogę, jak nie panował nad swoim ciałem, jak go błagał i łkał sprawiły, że Draco zaczął się zastanawiać, co się z nim teraz dzieje, skoro zostawił go tam samego.

Czując zimny dreszcz przebiegający po całym jego ciele oraz ciemność otaczająca go z każdej strony wiedział, że popełnił błąd.

Zaczął myśleć o ojcu, o okropnych dniach, gdy mógł obwiniać tylko siebie. O dniach, które przyćmiewały wszystkie inne swoją beznadziejnością, kiedy robił sobie wyrzuty za to, że nie potrafił odkryć prawdy o swoim ojcu, za to, że nie był w stanie uratować swojej matki, za to, że pozwolił wszystkiemu toczyć się własnym torem, że jego gniew i potrzeba obwiniania się odciągały go od wszystkiego innego.

Teraz Draco był sam, nie miał kogo prosić o pomoc i nawet ta przytłaczająca, biała, gorąca wściekłość na wspomnienie, jak Lucjusz go porzucił, nie sprawiła, żeby poczuł się trochę cieplej, by był trochę mniej przerażony, trochę mniej samotny…

Siedział tak przez dłuższy czas, było mu coraz zimniej i zimniej, wiedział, że powinien wstać i iść dalej, ale nie mógł się do tego zmusić.

Zaczął powoli zasypiać, ale nagle obudził go głośny dźwięk.

Draco wyprostował się czując, jak serce ponownie zaczyna obijać się mu o żebra i usłyszał krótki dźwięk przeszywający jego uszy, dźwięk, który zawsze napawał go paniką. Włoski na jego karku uniosły się. Chciał zawołać i zapytać, czy ktoś tam jest, ale jego głos utknął gdzieś w gardle i wokół niego zaległa napięta cisza.

Wtem ciemny kształt ruszył na niego w ciemności. Krzyknął, ale zanim tamten zdążył go dopaść, z nikąd wyskoczył kolejny ciemny kształt i, skacząc na napastnika, przewrócił go na bok.

Draco usłyszał warczenie i syki świadczące o walce dwóch cieni, zlewających się razem w wijącą się ciemną masę.

Gdy jednej z nich podniósł się i wyprostował, Draco uświadomił sobie, że to był Potter, Potter, który teraz chwycił drugą kreaturę za paszczę i zaczął rozrywać ją rękami. Rozległ się okropny trzask i nieludzki krzyk. Gryfon odrzucił na bok ciało tajemniczej istoty i sam zwalił się na ziemię.

Draco w pierwszej chwili nie wiedział, co powinien zrobić, odczekał więc chwilę, by upewnić się, że żadna z bestii nie wstanie i nie zaatakuje go, kiedy tylko się poruszy. Wciąż bolały go dłonie, pokaleczone wcześniej przez szkło. Uświadomił sobie, jak głupio się zachował, wbiegając do lasu z krwią na rękach, oznajmiając tym swoją obecność wszystkim stworzeniom w lesie. Dziwił się, dlaczego przed atakiem żadne z nich nie próbowało go zaatakować, dopóki nie przyszło mu do głowy, że to obecność Pottera mogła je odstraszyć.

Harry musiał go śledzić, musiał czekać na…

Draco podszedł bliżej, omijając ciało drugiego wilka i kierując się do Pottera.

Przyklękł i położył dłoń na plecach wilkołaka, czując ciepło przebijające się przez cienką, potarganą, bawełnianą koszulkę i to, jak ciało porusza się z każdym ciężkim oddechem. Przesuwając dłonią, napotkał na jego ramieniu mokrą i lepką plamę. Była to prawdopodobnie krew z rany po ugryzieniu.
Harry stękał cicho, kiedy Draco muskał dłonią ramię, ale ten dźwięk nie przerażał chłopaka jak inne zwierzęce dźwięki, które wydawał wcześniej. Uspokajało go to i wydawało się dodawać mu trochę odwagi.

Pomógł Potterowi podnieść się do pozycji siedzącej, kładąc sobie na plecy jego ramię, co sprawiło, że tamten jęknął.

— Ciiii — wyszeptał. Przypomniał sobie słowa Pottera o tym, że czuje się lepiej, kiedy ktoś do niego mówi. — Musimy odnaleźć drogę do rezydencji — wymamrotał. — Jesteś ranny i robi się coraz zimniej.

Głowa chłopaka przekrzywiła się nieco na ramieniu Draco.

— Słyszysz mnie, Potter? — zapytał. Harry nie odpowiedział. — Potter! — Draco objął go ramieniem w pasie. — Musisz wstać. Proszę, nie poddawaj się. Musisz pomóc mi odnaleźć drogę do domu, nie wiem, jak wrócić. — Próbował się podnieść, ciągnąc go za sobą. — Proszę — powtórzył, przyciskając chłopaka mocno do siebie, czując jego ciężar i ciepło emanujące z żywego i oddychającego ciała; czując obok siebie drugiego człowieka, kreaturę, poczuł coś na kształt ulgi.

— W tę... stronę — powiedział Harry tak cicho, że Draco prawie go nie usłyszał. Podążył w kierunku wskazanym przez dłoń Pottera i razem poruszali się wolno przez mgłę.

Koniec rozdziału drugiego