Moja wina
Po zniknięciu Lorda Voldemorta trzymanego w kurczowym uścisku przez Harry'ego Pottera w Hogwarckim Skrzydle Szpitalnym zapanowała martwa cisza. Wszyscy stali bez ruchu, nie wierząc w to, co się właśnie stało.
Po chwili rozległ się łopot skrzydeł. Do sali wleciała sowa Pottera, czarodzieje obserwowali jej przelot, ignorując ich Hedwiga złapała w łapy różdżkę i okulary chłopaka ze stolika i opuściła salę.
Dopiero wtedy zastygły w pół ruchu dyrektor się ocknął i rzucił do drzwi by ją złapać, zatrzymać, ale było za późno. Sowa skorzystała z otwartego okna w korytarzu i już znikała w chmurach wysoko nad Zamkiem.
Dumbledore zaklął, co zwykle rzadko mu się zdarzało. Jednak w tej chwili kompletnie stracił swoje zwykłe opanowanie: Złoty Chłopiec zniknął z ich najgorszym wrogiem, a jedyna istota, która mogła do niego trafić właśnie odeszła jego śladem.
Przygarbiony i zmęczony Starzec powrócił do sali i westchnął ciężko.
- Madame Pomfrey, proszę nikomu nie mówić o tym co spotkało Harry'ego Pottera: wczoraj i dziś. A my chodźmy, musimy postanowić, co teraz z tym zrobić.
Gdyby Lord Voldemort schwytał, czy uprowadził Harry'ego Pottera bez skrupułów by go natychmiast zabił. Po ostatnim razie, kiedy chłopak mu uciekł zdecydowanie nawet by zrezygnował z tortur, byle wreszcie mieć go z głowy, ale teraz…
Nie potrafił.
Oczywiście wiedział, że to tylko głupi odruch, wiedział też skąd się bierze: Potter wezwał go na pomoc a kiedy kogoś uratujesz czujesz się zobowiązany, by go chronić: zwykła psychologia. A on dobrze znał się na psychologii, wiedział jak ludzie działają, sam też miewał takie automatyczne odruchy.
Mógłby być naprawdę popularny i uwielbiany, gdyby im ulegał.
Tyle że zwykle nie robił tego: co powinien, co wypada, co samo mu się nasuwało. Czasem ze złośliwości, czasem z ciekawości. Czasem tylko dlatego, że po prostu mógł: łamać reguły… i łamać ludzi…
I teraz mógł...
Bez problemu mógłby to zrobić, opuścili już Hogwart i to w o wiele prostszy i przyjemniejszy sposób - w tamtą stronę Potter go ściągnął do siebie i musiał poddać się temu wezwaniu.
A był to doprawdy imponujący przejaw mocy: nawet pomimo tego, że magia życzeniowa, przypadkowa zawsze była zadziwiająco silna (także u najsłabszych) i biorąc pod uwagę moc Pottera i jego własną… I tak tempo w jakim dostał się do Hogwartu i brak jakichkolwiek oporów osłon były zadziwiające.
Powrót do siebie za to był dla niego znacznie bardziej odpowiedni: osłony same chciały go wypchnąć, a chłopak nie opierał się, też bardzo chciał uciec, więc kiedy Voldemort rzucił zaklęcie zadziałało błyskawicznie i całkowicie zgodnie z Jego wolą.
A więc: z powrotem był w swoim Zamku, w swoim gabinecie z wciąż wczepionym w niego jak kleszcz Złotym Chłopcem. Nie podobało mu się to i najchętniej by go przeklął… Ne było nikogo by go przed tym powstrzymać…
I nie zrobił tego...
Ale nie ma to jak stara dobra racjonalizacja:
Miał czas, nikt się tu nie zjawi, nie zaszkodzi się dowiedzieć skąd Potter wpadł na tak absurdalny pomysł i dlaczego tak bardzo chciał uciec swoim Jasnym opiekunom.
Nigdy nie próbował pomagać ludziom w szoku, wolał ich do takiego stanu doprowadzać.
Jednak zawsze jest ten pierwszy raz: najpierw ujął więc w dłonie mocno zaciśnięte na jego szacie palce, próbując je siłą otworzyć i oderwać. Nie dał rady - zaklął w duchu.
- Potter. – Powiedział, a ponieważ do cierpliwych nie należał, krzyknął, próbując dojrzeć ukrywającego się za nim chłopaka. – Potter! Puść mnie i powiedz czego chcesz!
Uchwyt ledwo zauważalnie się rozluźnił, ale to mu wystarczyło, z ulgą się uwolnił i trzymając mocno nadgarstki dzieciaka, aby zapobiec ponownemu uściskowi odwrócił się twarzą do niego.
Chłopak był oszołomiony i przestraszony, ale to nie jego się bał, raczej ogólnie był w szoku. Zginęło to obłędne przerażenie, jakie widział w szpitalu sprawiające, że wyglądał jak zaszczute zwierzę.
Chociaż nie, bardziej jak złapane w pułapkę, zdecydowane odgryźć łapę, by uciec. W jego oczach była determinacja, która teraz zniknęła.
To było wręcz obraźliwe: sam, całkiem w jego mocy - zresztą na własne życzenie - i Złoty Chłopiec kompletnie ignorował go jako zagrożenie.
Miałby ochotę walnąć w Pottera jakąś klątwą, żeby go z tego stanu otrząsnąć, ale zamiast tego przyjrzał mu się uważniej: dzieciak był w szpitalnej koszuli, wyczuwał na nim zaklęcia lecznicze i chyba też był pod wpływem eliksirów…
Może stąd ten obojętny spokój, kiedy powinien panikować i wrzeszczeć?
Odchrząknął.
- Nie możesz tak chodzić w samej koszuli. – Rzucił cierpko i przywołał jedną ze swoich szat, wyciągnął rękę, a wobec braku reakcji sam założył ją na kompletnie bezwolnego Pottera.
Szata dopasowała się, ale dzięki niej chłopak wcale nie wyglądał lepiej: czerń materiału podkreślała jeszcze bardziej jego bladą skórę i opuchnięte podkrążone oczy, z iskrami szaleństwa drzemiącymi pod pozorami spokoju.
Zniecierpliwiony wypuścił powietrze. No przecież nie będą tak stać cały dzień, dopiero pora śniadania.
I tu wpadł na genialny pomysł: Może jak chłopak zje coś ciepłego, to się ocknie, ponoć czekolada pomaga na stres. Zawołał skrzata i zamówił śniadanie na dwie osoby, a potem odprowadził chłopaka do jadalni.
Pomimo, że mieszkał sam jego stół był odpowiedni do imponującej, lordowskiej siedziby: na kilkadziesiąt osób. Posadził go na krześle u szczytu, a sam chciał usiąść naprzeciwko, na drugim końcu. Niestety kiedy go puścił Potter natychmiast wstał, by iść za nim. Zgrzytając zębami, przywołał więc krzesło i usiadł obok niego.
Powinien po prostu go zabić. Naprawdę powinien...
Niech to szlag!
Czekając na powrót skrzata nieskrywanie przyglądał się Potterowi: pierwszy raz miał taką okazję, dotąd zawsze w trakcie spotkania koncentrowali się na obrzucaniu się klątwami.
Złoty Chłopiec jak na zbawcę świata był zadziwiająco przeciętny, a wręcz poniżej przeciętnej: mały, chudy, nie przyciągający uwagi, może poza jego oczami: wielkie i pełne uczucia, poruszające nawet w takim stanie.
A propos jego stanu. Potter kompletnie nie reagował na jego zachowanie, poza tym, że trzymał się blisko, więc może by tak…?
Ostrożnie sięgnął do jego myśli: splątane i przerażone wspomnienia kotłowały się na powierzchni i bez trudu od razu dowiedział się co go spotkało.
Widywał już gorsze rzeczy (robił gorsze rzeczy), ale nie z tego punktu widzenia - jakby przeżywał to sam…
Najgorsze jednak było to, że chłopak czul się winny: że w ogóle tam został czekając na profesora, że nie zniknął gdy zobaczył w jakim mężczyzna jest stanie, że nie zdołał się obronić...
Nawet nie zauważył powrotu skrzata, spokojny na zewnątrz, ale równie wstrząśnięty jak Potter tylko że nie załamany, a głównie wściekły. Wstał i od razu poczuł dłoń łapiącą za jego rękaw.
Chłopiec także się podniósł i nie chciał go puścić.
Może wyczuł jego emocje: Snape mówił, że według dyrektora mógł je wyczuwać.
- Snape. – Zasyczał krzywiąc się i oczy Pottera rozszerzyły się. Zrobiwszy uspokajającą minę, taką na ile zdołał, objął jego nadgarstek i zdjął rękę ze swojej szaty, sadzając go na miejsce. Włożył mu w dłoń przyniesioną przez skrzata czekoladę.
- Wypij to, pomoże ci.
Chłopak zacisnął palce wokół naczynia ale nic więcej, nie próbował się napić. Zbliżył się, pochylając i patrząc mu w oczy.
- To nie twoja wina, Potter. Nigdy nie wolno ci tak myśleć. - Mówił cicho, spokojnie, ale stanowczo.
Przez długie chwile nie było żadnej reakcji, potem powoli chłopak skinął głową i uniósł filiżankę.
Voldemort polecił skrzatowi usiąść na swoim krześle obok niego i pilnować, żeby zjadł śniadanie… i nie opuszczał komnaty. Sam za to skierował się do sali spotkań.
W gabinecie dyrektora Hogwartu Dumbledore ze swoimi najbliższymi współpracownikami: McGonagall i Snapem naradzali się, co powinni teraz zrobić. Nie mieli za wiele pomysłów.
Teoretycznie Czarny Pan porwał Harry'ego Pottera, tyle że praktycznie to ewidentnie sam chłopak tego chciał.
Dlaczego? To było kompletnie bez sensu i żadne z nich nie miało nawet cienia pojęcia, co mogło doprowadzić Złotego Chłopca do takiego szaleństwa.
Może powinni go wtedy przywiązać do łóżka, tyle że na to już za późno…. Nie ma sensu dyskutować, co by było… Trzeba się skupić na tym co można zrobić…
Tylko właśnie… Co?
Siedzieli w ciszy, nie mając nic mądrego do powiedzenia, kiedy Snape poczuł najpierw lekkie drgnienie, a potem palący ból Mrocznego Znaku. Czarny Pan chciał go widzieć. Natychmiast.
Od razu wstał, dyrektor poznawszy po jego wykręconej bólem twarzy, co się właśnie działo ucieszył się: może jego ulubiony szpieg czegoś się dowie, a może uda mu się ściągnąć chłopaka z powrotem?
Co prawda spaliłoby to jego misję, ale bez Złotego Chłopca wszelkie misje stracą sens. Uścisnął ramię mężczyzny i bez słowa popchnął go w stronę kominka. Snape skinął głową i wszedł w płomienie udając się do swoich komnat, by stamtąd ruszyć do Mrocznego Zamku.
Ledwo zdążył zniknąć rozległ się alarm i raport posągu: dwoje uczniów stało w korytarzu chcąc widzieć się z dyrektorem: Hermiona Granger i Ron Weasley.
Dumbledore westchnął ciężko i otworzył przejście. Nie miał zamiaru mówić im całej prawdy - jednak coś powinien. Przez szukanie przyjaciela na własną rękę i wypytywanie wszystkich mogą narobić jeszcze większych kłopotów.
Miał wciąż kompletnie szaloną nadzieję, że sprawa się rozwiąże, zanim Prorok i Ministerstwo się dowiedzą.
Mistrz Eliksirów od lat był Śmierciożercą i nieraz widział na twarzy swojego Pana mroźną furię, tylko że tym razem była w całości skierowana na niego. Padł na podłogę i skulił się wewnętrznie, nie mając pojęcia co takiego zrobił, żeby mu się aż tak narazić. Przejrzał w myślach wczorajszy dzień i spotkanie.
Nie znalazł w swoim zachowaniu nic niewłaściwego, zresztą kiedy Lord Voldemort ich zwolnił był zadowolony.
Może ma to związek z Potterem? Ale to nie jego wina, że chłopak ściągnął go do Hogwartu - i z tego akurat Czarny Pan powinien się cieszyć: przecież Złoty Chłopiec sam oddał się w jego ręce.
Z twarzą przyciśniętą do posadzki czekał na jego słowa.
- Wstań, Snape. – Nie wróżyło to dobrze, zwykle Voldemort używał ich imion: specjalnie, by podkreślić, że oni nie mogą odpowiedzieć tym samym. Teraz jadowitym tonem niemal wypluł jego nazwisko. – Czy wiesz, dlaczego cię wezwałem?
Mężczyzna nie wiedział, ale to nie miało znaczenia.
- Błagam o wybaczenie. – Pochylił się w ukłonie, nie odważając się znowu paść na kolana, skoro Czarny Pan polecił mu wstać.
Voldemort widział jego przerażenie, ale nie było one wystarczające, chyba faktycznie nie miał pojęcia co się dzieje… Może uważał, że za to co zrobił Potterowi należy mu się nagroda? … A może… Czyżby…?
Zajrzał w myśli Snape'a i stwierdził, że ten faktycznie nie wiedział, co się stało.
Pokazał mu więc, to co zobaczył w głowie Złotego Chłopca. Posiniaczone, obolałe myśli, mimo starań chłopaka wyraziste i nie dające się wyciszyć wspomnienia.
Snape rozszerzył oczy w szoku, Czarny Pan wciąż obserwujący jego myśli widział wyraźnie jego porównywanie tego, czego teraz się dowiadywał z jego własną wersją: Snape miał niejasne wrażenia, że to jego ukochana przyjaciółka przyszła, aby go pocieszyć i ukoić ból.
W jego przekonaniu to był sen, nie zdawał sobie sprawy, że to zdarzało się naprawdę, a już tym bardziej że to wcale nie była Lilly tylko Harry Potter, ani że chłopak się bronił i walczył.
Jego wola była silniejsza niż tego dziecka, bo zdołał wyprzeć prawdę i zakopać głęboko pod lepszą wersją.
Ale nawet teraz kiedy Mistrz Eliksirów już ją odkrył i znaczenie tego do niego dotarło zamiast wpaść w rozpacz, wściekł się, a jego oczy zwęziły się w złości. Tyle że wcale nie był zły na siebie, ale na chłopaka: o to że zepsuł jego niby- wspomnienie i że znowu przez niego wszyscy mają kłopoty.
W Czarnym Panu coś pękło: przypomniał sobie inne miejsce i innego starszego, brutalnego mężczyznę, który nie potrzebował alkoholu aby znęcać się nad sierotami i który zawsze mówił mu, że to jest jego wina – że jest złym dzieckiem i wszystko, co go spotyka, to jego wina.
Oczywiście kiedy przestał być bezbronny odnalazł go i pokazał jak bardzo jest Zły, żądając zapłaty za wszystko. Wspomnienia spłynęły razem z jego krwią i bólem, wyrzucił je na pożarcie sępom razem z resztkami jego ciała.
Od tamtej pory nigdy już o tym nie myślał, do dzisiaj.
Severus Snape miał teraz dla niego twarz tamtego człowieka, jego opiekuna - wychowawcy. Mistrz Eliksirów w tej chwili był dla niego taki sam: miał się opiekować swoimi uczniami, a on wykorzystał dziecko i jeszcze go za to obwiniał?!
Uderzył go pięścią w brzuch, a kiedy zgiął się w pół poprawił unosząc w górę ciosem pod brodę. Snape zachwiał się, a po kolejnych ciosach upadł na podłogę.
Czarnoksiężnik od lat nie używał siły fizycznej, nawet zanim utracił ciało ani potem, kiedy je odzyskał. Sprawiało mu to zaskakującą przyjemność. Czarodziej nie uchylał się, ani nie bronił, więc systematycznie uderzał, zmieniając jego twarz w krwawą miazgę, aż poczuł nagle dotyk na ramieniu.
Natychmiast zastygł, od razu wiedząc, kto to mógł być, bo nikogo innego nie było w Zamku i nikt inny nie odważyłby się go dotknąć, zwłaszcza w takiej chwili.
Dłoń przesunęła się w dół po jego ramieniu, na chwilę zatrzymała się na nadgarstku i w końcu objęła zakrwawione palce pociągając go do góry.
Voldemort mechanicznie uniósł się, podnosząc wzrok na Pottera, który wpatrywał się w ich dłonie. Sam też na nie spojrzał i wyjął dłoń z uścisku chłopaka rzucając zaklęcie czyszczące na swoje ręce i chłopaka, który natychmiast potem znowu ujął jego dłoń, tym razem splatając ich palce i ciągnąc w kierunku drzwi.
Za chłopakiem miotał się skrzat, który nie spełnił jego polecenia, waląc się za to po głowie. Voldemort odprawił go machnięciem ręki. To już nie miało znaczenia.
Złoty Chłopiec pierwszy wyszedł z komnaty, Czarny Pan w drzwiach jeszcze obrócił się, odsyłając nieprzytomnego Snape'a pod bramy Hogwartu. Niech Dumbledore sam się zajmuje swoimi śmieciami.
Na pewno zainteresuje się, za co jego pupilek dostał lanie, a kiedy dowie się, co zrobił...
No cóż, Lord Voldemort miał nadzieję, że Starzec miał jeszcze jakieś resztki sumienia i dołoży mu także swoją karę.
Potter zaprowadził go do jadalni, a potem posadził na jego krzesło, podając filiżankę czekolady.
- Wypij to. Pomoże ci. – Powtórzył dokładnie jego słowa i zachowanie…
Mężczyzna popatrzył na niego, szukając wytłumaczenia, szukając emocji, które teraz kierowały chłopakiem. Nie zobaczył nic, zniknął nawet ten cały strach... ale nie był już obojętny, nie było też śladów szoku. Po prostu spokojnie patrzył na niego, może z kompletnie zaskakującym lekkim cieniem uśmiechu w oczach.
Czarny Pan podniósł naczynie do ust, biorąc pierwszy łyk.
Harry Potter, który usiadł obok niego podniósł swoją czekoladę i także się napił.
Rzeczywiście - pomagało.
Osłony Zamku dały znak dyrektorowi, że Severus Snape wylądował przed bramą. Natychmiast posłał skrzata, by zabrał czarodzieja prosto do jego gabinetu. Kiedy go zobaczył rozszerzył oczy i kazawszy położyć na kanapie od razu rzucił zaklęcia lecznicze i pobudzające.
Snape po chwili otworzył oczy, rozglądając się dookoła wystraszonym wzrokiem. Zobaczywszy Dumbledore'a i McGonagall wcale się nie uspokoił.
- To moja wina... To ja... - Zaczął urywanym, chrapliwym szeptem. - Dyrektor patrzył na niego, zdziwiony. - To ja... wczoraj...
Zaczynając rozumieć dyrektor kręcił przecząco głową.
To niemożliwe. Niemożliwe!
Snape kontynuował szybko, chciał się wytłumaczyć, chociaż wiedział, że nic go nie usprawiedliwi.
- To było naprawdę ciężkie spotkanie, poszedłem po nim z kolegami się napić. Bylem kompletnie niepoczytalny, nie wiedziałem, nie pamiętałem co robiłem... co zrobiłem Potterowi. - Przerwa by złapać oddech. - Czarny Pan, dowiedział się od niego i pokazał mi to... i za to On...
Dumbledore już przerwał zaklęcia lecznicze, po prostu stał nad Snapem nie mogąc i nie chcąc uwierzyć w to co słyszy.
Lord Voldemort pobił Snape'a... za Harry'ego Pottera?!
I odesłał go do niego... To oznaczało, że mężczyzna był już dla niego skończony... Dla nich obu...
Patrzył na czarodzieja, który zniszczył jego wszystkie plany. Wreszcie odezwał się, cicho, niemal niesłyszalnie, wskazując ręką na kominek:
- Wróć do swoich Komnat, profesorze Snape. - Już nie Severusie. - Później postanowię co z Tobą zrobić.
Czarodziej zrozumiał wszystko, wstał bez słowa, z opuszczoną głową i zniknął w płomieniach.
Dumbledore opadł ciężko na fotel, zakrywając dłonią twarz.
- To moja wina, Minervo. Wiedziałem, że Snape jest dla niego okrutny i niesprawiedliwy, Harry sam mi o tym mówił, a ja nic nie robiłem, mówiłem mu, że ma być grzeczny i bardziej się starać... Dlatego przestał się skarżyć... A teraz, po tym co... Wczoraj... Kazałem Snape'owi się nim zając... Na pewno myślał, że znowu będzie tak samo, jak zawsze. Że stanę po stronie profesora... Merlinie, biedne dziecko...
Dyrektor siedział z opuszczoną głową, nie patrząc jej w oczy, w pewnej chwili nawet oparł czoło o oparte łokciami na biurku ręce.
- Nie broniłem go, Minervo, ani przed jego krewnymi, ani przed profesorem. Dlatego wezwał jedyną osobę, o której wiedział, że może Snape'a... I mnie... Powstrzymać. - Zwiesił głowę jeszcze niżej. - To moja wina. To wszystko moja wina. Teraz jest w rękach Voldemorta i jeżeli coś mu się stanie...
Jeżeli oczekiwał zaprzeczenia, nie doczekał się. Minerva McGonagall od początku uważała, że mugolska rodzina Harry'ego nie nadawała się do zajmowania się dzieckiem, a i co do zachowania Severusa Snape'a wobec chłopca miała wiele uwag, które zgłaszała wcześniej dyrektorowi.
Starzec miał rację: Cokolwiek może teraz spotkać Harry'ego Pottera to była, jest i będzie jego wina.
