Nie widywali go zbyt często, a nawet wtedy najczęściej przychodził tuż przed Severusem i uzupełniał jego informacje, co niezwykle irytowało Mistrza Eliksirów. Pozostawił mu też pełen wykaz swoich notatek i odkryć, co niezwykłe – wydrukowanych na komputerze, więc coraz częściej zaczynali wątpić w to, że jest czysto krwistym czarodziejem. Ci przecież nie parali się mugolską techniką. Zawsze był ubrany tak samo, w stary sweter, który lata świetności miał już za sobą, wytartą skórzaną kurtkę, zapewne kiedyś czarną i połatane spodnie. Uparcie odmawiał zamiany tego stroju na inny. Nigdy nie chciał od nich nic, prócz posłuszeństwa, więc z czasem zaczęli zmieniać bariery ochronne. Przebudowali korytarz, w którym ich zaskoczył. Ginny zamieszkała w domu Syriusza i przestała pracować.
Nie skomentował tego, ale nie musiał.
Właśnie tego dnia siedzieli nad mapą mugolskiej okolicy Dover, gdy po raz pierwszy odezwał się niepytany. Niepoprzedzony przez Severusa, wygłaszając swoim odrobinę zbyt szorstkim głosem kilka strategicznych uwag.
- Port jest niechroniony magicznie od strony morza. Bardzo trudno uchwycić spokój na wodzie do założenia barier, a w Dover prawie nigdy nie jest spokojnie – wtrącił, lekko pukając we wskazanym przez siebie kierunku.
Severus po raz wtóry zmarszczył się i warknął, ale Falco nie zrażony spojrzał cierpliwie w stronę Moody'ego, który skinął tylko głową. Auror nie ufał mu, ale Szalonooki nie ufał własnej matce, więc po prostu stawiało ich to na równi.
Wesley'owie zajęci byli swoimi sprawami. Artur pomagał w planowaniu obrony wybrzeża asystując Remusowi i Harry'emu, którego wspierał Ron. Ginny i Molly gotowały, mając nadzieję, że zdążą przyrządzić potrawy dla piętnastu osób, które zamieszkiwały dom przy Grimmauld Place 12. Stworek został wykopany wraz ze swoją panią przez Severusa przy pierwszej potyczce słownej, którą przegrał Mistrz Eliksirów i Harry chyba po raz pierwszy wtedy cieszyć się z obecności matrony.
Fred i George korzystając z magicznych narzędzi majstrowali coś przy miotłach, a Hermiona na wszelki wypadek ostrożnie ich nadzorowała znad grubego tomiszcza, o które nikt nie pytał. Właściwie nie wychodziła z biblioteki Blacków, chyba, że obiecała przyglądać się bliźniakom lub odbywała się właśnie jedna z codziennych narad wojennych, które stały się ich zwyczajem.
- Byłeś tam? – spytał ciekawie Lupin.
Nie jednokrotnie próbowali wciągnąć go w głębsze dyskusje. Był dla nich zagadką, a Gryfoni wprost uwielbiali rozwiązywać tajemnice. Do ich małej gierki przyłączył się nawet Severus, odkrywszy przy okazji, że Falco zna świetnie język francuski, co nikogo nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że uczył się w Beauxbatons. Mężczyzna ignorował ich przeważnie przez cały czas, ale niekiedy dawał się też sprowokować. Tak jak wtedy, gdy nazwał bliźniaków głupimi rudymi łbami po tym jak przykleili go do krzesła. Zaraz jednak opanował się i stwierdził, że w zasadzie w czasie wojny czasem przyda się chwila rozluźnienia i wyczarował nad ich głowami wiadra zielonej farby.
- Tak, wczoraj – odpowiedział, patrząc w oczy Severusa.
Mistrz Eliksirów zdał sobie sprawę z wyzwania i, o ile to jeszcze możliwe, zmarszczył się tym bardziej próbując sobie przypomnieć kogo Lucjusz Malfoy wysłał na misję.
- Avery, Nott, Worthington, Dare – wymienił jednym tchem.
Falco pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony. Żaden z nich nie miałby na tyle rozumu, by zmodyfikować od stuleci znany eliksir.
- Zajmijmy się atakiem. Czarny Pan ponownie wyjechał, ale Lucjusz Malfoy dobrze kieruje jego ludźmi i niedługo nastąpi jeden z większych ataków. Będą tam wszyscy Śmierciożercy, więc będziecie mieli okazję przetrzebić jego szeregi – powiedział spokojnie.
- Skąd masz te informacje? – spytał sucho Snape, nie chcąc się przyznać, że sam musiał posiłkować się domysłami, gdy Falco był całkiem pewny swego.
- Wprost z Wewnętrznego Kręgu, Severusie – zwrócił się do niego jak zwykle, używając imienia. Nigdy nie mówił do nich inaczej,
- Nie przyjęliśmy nikogo młodego – odwarknął tamten.
- Nigdy nie mówiłem ile mam lat, sami stwierdziliście, że jestem równolatkiem młodego pokolenia – odparł niespeszony.
Zrobiło się odrobinę ciszej. Severus nachylił się nad stojącym Falco, ale właśnie wtedy weszła Molly Wesley, oznajmiając, że kolacja jest już gotowa.
- Falco, zostanie pan z nami? – spytała uprzejmie.
Mężczyzna przywołał zaklęciem magiczny zegar i spojrzał uważnie na Severusa.
- Zostajesz? Jeśli zostaniesz, mogę zjeść z wami zjeść kolację – oznajmił.
Kilka minut później siedział sztywno wyprostowany spoglądając z niedowierzaniem w talerz pełen podejrzanej mazi. Pozostali korzystając ze sztućców zajadali ze smakiem gulasz, obgadując przy okazji wyniki ostatniej tabeli rozgrywek quidditcha. Jego niepewny wzrok podchwycił Severus, który natychmiast uśmiechnął się kpiąco i wyszedł do kuchni, by przynieść mu to samo, co sobie. Udko kurczaka i odpowiednio przysmażone kulki ziemniaczane. Para białych rękawiczek spoczęła zaraz obok talerza.
- Proszę, Falco – warknął, jakby życzył mu śmierci, a nie podawał kolację. – I co nam to mówi? – Kilka osób oderwało głowę znad swoich talerzy. – Francuski, maniery, twój sposób wyrażania się, typowo czysto krwiste zachowanie przy stole – urwał. – Na pewno nie jesteś Czarnym Panem, to czarodziej półkrwi – mruknął, podchodząc do swoje miejsca i zajmując je bez dalszych komentarzy.
- Gratuluję Severusie, zawęziłeś krąg poszukiwań do… wszystkich Śmierciożerców – grał dalej w tę samą grę.
- Na pewno nie wszystkich, Falco. Popełnisz błąd, a ja wtedy pierwszy się o tym dowiem – zagroził swoim lodowatym głosem.
- Wątpię Severusie. Ty swój już popełniłeś i zapewne teraz Dracon Malfoy właśnie składa wyczerpujący raport na twój temat, więc pozwól, że oddalę się i posłucham – urwał mężczyzna. Wyniosły ton doprowadził do rumieńców wściekłości na zazwyczaj nieruchomym obliczu Snape'a. Były takie chwile. Takie jak ta, gdy Harry szczerze podziwiał Falco. – Jeśli życie ci miłe, nie pojawiaj się już więcej… Wiesz gdzie – dodał i zniknął.
Kolacja została nietknięta na pustym miejscu. W pośpiechu dokładane krzesło nie spełniło oczekiwań, ale czuli, że doszło do przełomu w ich relacjach. Mistrz Eliksirów często kłócił się z drugim szpiegiem, jakby bał się o swoją długo wypracowywaną pozycję, ale Harry instynktownie pojmował, że to kwestia dumy. Ślizgońskiej, skomplikowanej i bliżej nie zrozumiałej Gryfonom. Myśleli tak samo, dostęp do wiedzy posiadał jednak tylko jeden, a gdy wypierasz organizm z jego niszy ekologicznej zaczyna się walka o przetrwanie. I choć Lupin niejednokrotnie zapowiadał Mistrzowi Eliksirów, że miejsce w Zakonie będzie miał zawsze. Niezależnie od szpiegowskiej działalności, a antagonizm rósł.
Każda jednak, nawet z tych najmniejszych potyczek przynosiła nowe informacje, które jednak nie doprowadzały do nowych wniosków. Albo tak jak teraz. Cofali się krok do tyłu, nie wiedząc nawet czy mają do czynienia z nastolatkiem, człowiekiem w średnim wieku, a może jednym ze starszyzny. Falco był bez wieku. Bez rodziny, bez przeszłości. I ta nieokreśloność przeszkadzała im coraz bardziej.
Severus Snape wstał od stołu i odłożył jedwabne rękawiczki, który zazwyczaj obierał mięso. Przyzwyczajenie przyniesione od czasów jego posiłków przy stole Slytherinu. Tak jadała szlachta. Podczas posiłku zawsze masz mieć czyste ręce. Na pamiątkę nieskazitelnej bieli dłoni Nimue, kochanki Merlina. Rozpowszechniły to kobiety jeszcze w XIII wieku, a obecnie stosowali się do tej zasady również mężczyźni, którzy chcieli pokazać, że są lepsi od innych. Niepisana zasada, która pokazywała ignorantom gdzie ich miejsce.
- Gdzie idziesz? – spytał Lupin.
- Jeżeli Draco zamierza mnie oskarżyć o zdradę, chcę to widzieć – warknął.
- To czyste samobójstwo – zaprotestował Remus, wstając również i podchodząc bliżej.
- Młody Malfoy nie ma na tyle odwagi, by to zrobić – mruknął. Już dawno przestał mieć nadzieję, że uda mu się uratować chłopaka. Mimo całej jego pomocy, Ślizgon jednak zaatakował Dumbledore'a, a on sam musiał go zabić. Nie, chłopaka już dawno spisał na straty. – Jeśli się nie pojawię, będzie to przypieczętowaniem jego niepewnych słów. Jeszcze mogę utrzymać swoją pozycję – warknął na odchodnym, zabierając swoją pelerynę i wychodząc w mrok nocy.
ooo
Mistrz Eliksirów aportował się w środku zebrania Wewnętrznego Kręgu, starając się jednocześnie wyglądać na znudzonego jak i obojętnego. Zajął bez pytania swoje miejsce, nie patrząc nawet na pusty fotel Czarnego Pana u szczytu stołu. Avery i Nott uśmiechnęli się do niego podejrzanie szeroko i dopiero wtedy zobaczył pobladłego Draco, który suchymi ze zdenerwowania ustami szeptał swojemu ojcu na ucho. Kiedy ich wzrok skrzyżował się blondyn speszony odwrócił twarz.
Severus nie rozróżniał słów, które z szybkością Błyskawicy wypadały z ust jego byłego wychowanka, ale wyraz twarzy Malfoy'a Seniora nie przywodził na myśl nic innego. Może Falco miał jednak rację? Zdążył pomyśleć niepewnie zanim wstał. Goyle niemal natychmiast położył mu ogromną dłoń do ramienia i zepchnął z powrotem na krzesło.
Dużo stało się na raz. Lucjusz popatrzył na niego z jawna kpiną i jego usta ułożyły się w jedno słowo: ZDRAJCA. Dracon zerwał się na równe nogi i wycelował w jego stronę różdżkę, patrząc lodowatymi oczami wprost w swojego ojca chrzestnego.
- Crucio! – krzyknął i było to ostatnie słowo, które usłyszał Severus.
Czerwona nitka zaklęcia uderzyła w jego głowę, posyłając do mózgu jedyne możliwe polecenie ucieczki przed dominującym bólem. Chwilę potem bezwładne ciało grzmotnęło w drewnianą ławę, a potem osunęło się na kamienną podłogę i zabarwiło ją czerwienią. Tak intensywną jak atrament, którego używał poprawiając prace uczniów.
