Co złego to nie ja!

Dlaczego?
W tym krótkim pytaniu egzystencjalnym zawarty był cały ogrom ludzkiego sprzeciwu. Buddyści powiedzieliby, że to karma. Ekolodzy, że to Matka Natura. Pastafarianie, że to Wola Przedwiecznej Siódmej Macki Losu Wielkiego Potwora Spaghetti. Polacy, że to wszystko wina rządu. Feliks jednak miał na to własną, uniwersalną teorię na każdy wszechświat. Dlaczego?
Bo tak.
Błoga ciemność uległa lekkiemu rozrzedzeniu, a do mózgu chłopaka zaczęły dolatywać strzępki, jak określiłby fachowy spiker, najświeższych wydarzeń. Nocna inspekcja. Portal w lustrze. Drugi Feliks. Gdyby to nie była metafizyczna wędrówka po ciemnych zakamarkach wyobraźni, Felek z chęcią uderzyłby się w czoło, tak dla zasady. Znów ta sama heca! Jakieś nowe, magiczne draństwo uczepiło się go niczym glonojad szyby, po czym przeciągnęło na swoją stronę mocy. O jakichkolwiek ciasteczkach mógł jednak zapomnieć. Kłopoty stały się jego specjalnością, wręcz dyscypliną olimpijską. Wpadał w tarapaty pasjami i tak często, że jego terminarz był zajęty na trzy lata z góry. A mimo to ktoś bezczelnie wepchnął się w kolejkę. Owszem, niektóre stworzenia po prostu tak miały, że przyciągały nieszczęścia, jednak w razie śmiertelnego zagrożenia potrafiły udawać nieżywe lub bronić się w jakiś zadziwiający sposób. Gdzie zatem była ewolucja, kiedy rodził się Felek? Gdzie są jego prawa do strony trzysta siedemdziesiątej drugiej w Czerwonej Księdze Zwierząt? Z takim szczęściem powinien już dawno albo zasilić grono niebiańskie o kolejnego blondziatego aniołka, albo przeobrazić się dżdżownicę. Że się tak zdobędzie na dowcip - grunt to bezpieczeństwo.
Chłód szczypał go w pięty coraz mocniej. Wierzgnął nogami kilka razy, lecz błogie ciepełko nie przyszło. Gdzie się podziała kołdra? Zniecierpliwiony otworzył oczy i z zaskoczeniem zauważył, że właśnie kontempluje świat z poziomu paneli. Przez okno wpadały do pomieszczenia promienie słońca.
- O psiakostka - sarknął, z cmoknięciem odlepiając policzek od podłogi. - Myślałem, że problem ze spadaniem z łóżka minął razem z przedszkolem.
Nie znajdował się jednak w swojej sypialni, ale w garderobie. Tak, tej samej, z której teoretycznie został porwany przez siły nieczyste czy też cokolwiek innego z tej samej kategorii. Gilbert byłby setnie ubawiony, gdyby usłyszał, że Felek miał zniknąć, a pozostał w miejscu, gdzie nie powinno go być. Kolejny nieproszony paradoks leciał w załączniku do jego CV.
Czy wobec tego w nocy nie wydarzyło się zupełnie nic? Nie odnalazł żadnego zaginionego brata-bliźniaka? Nie został porwany przez kosmitów? Żaden klon nie uciekł nikomu z tajnego laboratorium? Był zadziwiony faktem, że tylu ludzi na świecie pasjami zaglądało do szklanek z alkoholem, podczas kiedy on mógł użerać się ze swoimi pokręconymi, abstynenckimi wizjami całkowicie za darmo. Trudno, tym razem jakoś obędzie się bez kolejnego magicznego spotkania trzeciego stopnia. Najważniejsze, że wszystkie organy były na swoim miejscu, przynajmniej te kluczowe. Felek nigdy nie dbał o bezpieczeństwo swojej ślepej kiszki.
Chłopak zebrał swoje zziębnięte jestestwo do pozycji pionowej, masując obolały fragment twarzy. Pewnie wygląda teraz jak niedorobiony klaun, mając na policzku okrągły, czerwony placek... Nagle Feliks zatrzymał się niczym sparaliżowany. Odwrócił się i zerknął w znajdujące się za jego plecami lustro, by oszacować rozmiar odcisku, jednak coś stanęło mu na przeszkodzie. A właściwie brak czegoś.
- Zostałem wampirem - jęknął w końcu.
Odbicia nie było.
Osłupiony Felek drgnął, tknięty złym przeczuciem, i rozejrzał się uważnie po garderobie. Nic nie było już normalne. W nocy za długo wpatrywał się w lustro, dlatego tuż po przebudzeniu nie spostrzegł nawet, że cały rozkład pomieszczenia jest nieco inny niż w jego domu. Szafa zamiast po lewej stronie, stała teraz na prawo od drzwi, a zegar powoli przesuwał swe wskazówki w odwrotną stronę. Chaosu dopełniał brak jego własnego odbicia. Chłopak dotknął powierzchni zwierciadła - bez efektu, jakby przejścia na drugą stronę nigdy nie było. Zamachał jeszcze dziko rękami i nogami, jednak lustro nadal pozostawało martwe. Feliks poczuł się niczym zjawa. Może tak naprawdę przestał istnieć, stając się niematerialnym bytem, który widzi, słyszy i... ma zimne stopy. Spojrzał w dół i wesoło przebrał palcami. Nie, dezintegracja ze świata materialnego chwilowo mu nie groziła. Podniesiony na duchu podszedł do szafy. Czy się stoi, czy się leży, para skarpet się należy. Poza tym Stwórca nie popełniłby chyba tak podstawowego błędu, każąc biegać, pardon, lewitować zjawom z wyziębionymi nogami. Jako że nie samymi skarpetami człowiek żyje, Felek wybrał także czarne spodnie, paskowaną koszulę i granatową kamizelkę. U szyi zawiązał sobie swoją ulubioną, błękitną wstążkę. Włosy dla wygody zebrał w kucyk.
Zamknął drzwi do garderoby, po czym ostrożnie ruszył na parter swojego-nie-swojego domu. Kiedy wyjrzał przez okno, nie dostrzegł w ogrodzie niczego dziwnego, nie licząc oczywiście "drobnego" przemeblowania w stronach świata. Poruszanie się po odwróconych pomieszczeniach sprawiało chłopakowi nieco trudności, mimo to udało mu się sprawnie dotrzeć do kuchni. Z szafki pod zlewem wydobył egzemplarz wyjątkowo twardej patelni. Konieczność zaciukania samego siebie tępym narzędziem kuchennym na chwilę obudziła w nim złe przeczucie. Co by się stało, gdyby z jakichś powodów zamiast dwóch Feliksów przy życiu został tylko jeden? Jego wyobraźnia nie potrafiła jednak odpowiedzieć na to pytanie inaczej niż poprzez projekcję czarnej dziury, która jednym międzygalaktycznym siorbnięciem wchłania kilka pobliskich wszechświatów niczym cieplutkie spaghetti. Szybko jednak odgonił od siebie tak drastyczną myśl. To nie film science fiction, tylko ciężko magiczny przypadek, a Felek nie używał piły mechanicznej, tylko patelni. W korytarzu wsunął na nogi buty z wysokimi cholewami i gotowy do działania przystanął przed drzwiami wyjściowymi. Nie był pewien, gdzie ukrywała się jego zafelista kopia, ale nie miał zamiaru ułatwiać nikomu zadania i dać się potraktować łomem zza któregoś rogu. Jeśli tylko jego sobowtór spróbuje go zaatakować, to będzie przez bity miesiąc zeskrobywać teflon z zębów!
Powoli wyściubił nos zza drzwi, trzymając w pogotowiu swego Pogromcę Jajecznic, jak ochrzcił w myślach patelnię. Pogoda dopisywała tak samo jak w prawdziwym świecie. Noce trwały już nieprzyzwoicie krótko, a późna wiosna zbliżała się do momentu, kiedy należało przekazać pałeczkę latu. Chłopak zrobił szybką rundkę wokół domu, jednak nie znalazł nawet najmniejszego śladu bytności drugiego siebie. Spostrzegł jednak, że im bardziej oddalał się od domostwa, tym okolica coraz mniej przypominała mu znaną z jego strony zwierciadła. Drzew było tu stanowczo za dużo, zupełnie jakby trąba powietrzna rzuciła jego-nie-jego chatynkę w sam środek lasu. Tutejszy świat przestał być swoją idealnie symetryczną kopią. Felek domyślił się, że było to spowodowane ograniczonymi możliwościami odwzorowania prawdziwego świata - co może dać kilka rozrzuconych po domu luster czy innych wypolerowanych powierzchni? Otoczenie było na tyle podobne, na ile odbiły je przedmioty znajdujące się w jego domu, nie mniej i nie więcej. Uśmiechnął się do siebie, idąc przez podjazd w kierunku, w którym powinna znajdować się droga do centrum miasta. Kiedyś byłby zaskoczony takim tokiem rozumowania, ale wizyta w Krainie Czarów zrobiła swoje. Inna sprawa, że zrobiła głównie sieczkę z mózgu.
Przytroczył patelnię do specjalnie przerobionego paska i przystanął na ścieżynce. Zamiast równej, szerokiej drogi Feliks ujrzał coś na kształt brukowanej, ogrodowej dróżki, która wiła się między drzewami niczym wąż z przepukliną. Nie wiedział, czy powinien ruszyć przed siebie, czy na wszelki wypadek zostać w pobliżu domu i nie tracić z oczu tego felernego lustra. Podejrzewał, że mimo wszystko transport przez magiczne zwierciadło powinien działać w obie strony, jedyną niewiadomą była tu opłata w odpowiednim nominale. Zatopiony w rozmyślaniach nawet nie usłyszał, gdy z lewej strony rozbrzmiał typowo damski stukot obcasów, a następnie do dźwięku dołączyła sama właścicielka spieszących się stópek.
- Przepraszam! - krzyknęła do Feliksa. - Waćpan stoi na drodze ewolucji!
Skonsternowany chłopak ujrzał chyba najbardziej nieodpowiednio ubranego maratończyka w historii obu wszechświatów. Młoda, uśmiechnięta kobieta biegła sobie wąską ścieżką jak gdyby nigdy nic. Cała sytuacja była jednocześnie absurdalna przez fakt, że osóbka ta dostojnie podtrzymywała na wysokości kolan skraj swej obszernej, obszytej mnóstwem koronek, soczyście czerwonej sukni. Na nogach nosiła pantofelki na znacznym obcasie. Z lewej strony długich, kasztanowych włosów można było dostrzec coś na kształt spinki ozdobionej czerwono-czarnymi kwiatami, a czubek zgrabnej głowy wieńczyła maleńka korona. Miało się wrażenie, że to Kopciuszek porzucił w diabły karocę Wróżki Chrzestnej i postanowił pieszo pognać na bal przy okazji wieczornego joggingu. Zanim jednak Felek zdążył uskoczyć, uświadomił sobie, że mimo fantazyjnego stroju zna osobę, która właśnie ku niemu zmierzała.
- Elcia! - zawołał z entuzjazmem, unosząc ręce w celu wyściskania domniemanej kuzynki. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę!
Dostojna dama zatrzymała się przy chłopaku, jednak w dalszym ciągu uskuteczniała bieg w miejscu. Na jej twarzy malowało się zdziwienie zmieszane z dezaprobatą.
- Cieszy mnie to, że waćpan się cieszy, ale najprawdopodobniej nie jestem osobą, za którą mnie waćpan bierze. Jestem Elżbieta, Czerwona Królowa - zawahała się przez chwilę. - Dla przyjaciół Sisi.
No tak. Skąd w ogóle pomysł, że mógłby tutaj spotkać kuzynkę? Przecież był po drugiej stronie lustra. Zawiedziony chłopak opuścił dłonie. Korona na jej głowie była bardziej oczywistą oznaką królewskiego pochodzenia niż sam akt urodzenia. Ta dziewczyna była z pewnością alternatywną Elcią, zamieszkująca ten świat razem z jego sobowtórem. Prawdopodobnie ci dwoje nawet się nie znali, bo Królowa nie zwróciła się do niego w żaden uczuciowy sposób jak choćby "słoneczko" albo "zjeżdżaj"... Jak to dobrze, że jego Elcia władczynią nie była, bogu paluszków dzięki. Felek zdążył sobie dzięki temu przypomnieć, że miał uczulenie na koronowane głowy, jednak nie za bardzo mógł cokolwiek poradzić w kwestii spotykania przypadkowych przechodniów.
- Przepraszam za swoje iks... imf... impertynenckie zachowanie - powiedział, kłaniając się w pas dziewczynie. - Jeśli Jaśnie Panienka mogłaby mi wybaczyć...
- Ależ nic się nie stało! - uspokoiła i uśmiechnęła się do niego. - Niech się waćpan Feliks nie wygłupia z tymi ukłonami.
Chłopak wytrzeszczył oczy, zupełnie jakby piorun pomacał go po czterech literach osobistego majestatu.
- Jak... od kogo... za ile... - zaczął dukać, zszokowany. - Skąd znasz moje imię?
W odpowiedzi Królowa machnęła ręką, jednak cofnęła ją szybko, żeby z powrotem chwycić skraj sukni.
- Och, to nic dziwnego. Nie mamy tu wielu obcokrainowców. Z pewnością nie więcej niż wyrzucanych przez okno władczyń - stwierdziła poważnym tonem.
Historia zrobiła wyimaginowane salto i capnęła zębami swój własny ogon. Dla Felka stało się jasne, że w ten czy inny sposób znów znalazł się w Krainie Czarów lub jej niedalekim, lecz równie pokręconym sąsiedztwie. Postanowił jednak zachować dla siebie dalsze pytania rozpoczynające się od "jak" oraz "dlaczego" - tak podpowiadała mu to jego Zafelista Intuicja do Spraw Wyciągania Informacji. Nie chciał marnować czasu na powtórkę z atrakcji. Tym razem to on będzie tutaj kwiatem lotosu na środku jeziora cierpliwości i zaczeka, aż odpowiedzi raczą pokornie przytuptać do niego w odpowiednim czasie.
- Miło się gawędziło, jednak muszę się już żegnać - powiedziała Królowa po namyśle, jakby nie zwracając uwagi na chwilową konsternację chłopaka. - Mam opóźnienia w ewolucji. Do zobaczenia!
Obróciła się z gracją i bez zbędnych słów pomknęła w dalszą drogę, wystukując na kamieniach takt cztery czwarte. Choć Felek powstrzymał się od zadania miliona konkursowych pytań, to jednak nie chciał tak szybko pozbywać się swej etatowej towarzyszki po tutejszych wertepach. Nie zaprzątając sobie dalej głowy pewnym magicznym lustrem, zaczął gonić uciekającą pannę mło... tfu, pannę Elżbietę.
- Poczekaj! - zawołał, biegnąc za Królową. - Znaczy, proszę poczekać! Co panienka miała teraz na myśli? I co znaczyło to wcześniejsze "stanie na drodze ewolucji"?
Obejrzała się za siebie, wykonując taneczny piruet na lewym obcasie. Zwolniła znacznie tempa, jednak nie zatrzymała się po raz kolejny. Felek westchnął i dopasował się do maratońskiego tempa Elżbiety. W końcu swego czasu biegało się na Wyścigach Przez Duże Wu i było się ściganym przez zastępy karcianych żołnierzy. Rozmowa w czasie przebieżki była niczym leniwy odpoczynek na plaży w tropikach – bezpieczna i bezstresowa.
- To obcokrainowcy nie znają czegoś takiego jak "ewolucja"? - zdziwiła się Królowa. - Jeśli biegniesz, jesteś w stanie pozostać w miejscu, jednak jeśli się nie poruszasz, zaczynasz się cofać.
- Skomplikowana teoria, ale chyba łapię, o co w tym chodzi - odparł, doganiając dziewczynę. - Żeby zachować swój status i nie wypaść z obiegu, musisz się udoskonalać, być lepszy od innych. U nas nazywa się to wyścigiem szczurów.
- U nas szczury się nie ścigają - zauważyła. - Wolą pracować w stoczniach na stałych posadach. Nie dziwię się, w końcu nikt nie jest lepszy od szczura jeśli chodzi o budowę niezatapialnych statków.
Feliks uniósł brew. Wyobraził sobie, jak tutejszy Tytanic roztrzaskuje górę lodową taranem, ponieważ szczurza myśl inżynieryjna postarała się, aby przydomek transatlantyku nie był tylko picem na wodę. Ha, ha. Na wodę. Wisielczy humor zapląsał obok niego dance macabre.
- To tak jakbym ja postanowił zostać pogromcą potworów. Przede wszystkim zapobiegać, jak głoszą sprzedawcy witamin - mruknął bardziej do siebie niż do rozmówczyni. Po chwili znów spojrzał na Elżbietę. - Nie uważasz, że traktujecie ten bieg nieco zbyt... dosłownie?
Dziewczyna wzruszyła ramionami, unosząc odrobinę wyżej trzymaną suknię. Zgrabne kolana błysnęły na moment i ponownie skryły się pod kurtyną falbanek.
- Nie jest obowiązkowy, ale jest to dobry sposób, żeby do czegoś dojść bez potrzeby mutowania się czy wprowadzania tyranii.
Na potwierdzenie tych słów nagle coś cicho pyknęło, a na głowie Feliksa pojawił się czerwony beret ozdobiony małym, pawim piórkiem. Królowa niezgrabnie zaklaskała w dłonie.
- Moje gratulacje! Właśnie zostałeś kasztelanem.
Chłopak pomacał nakrycie głowy, kontemplując w myślach swojskie brzmienie słowa. Gorzej z tym, że najczęściej wychodziło ono z ust pijaczków, mijając się z pierwotnym znaczeniem o kilkaset lat i kilka milionów litrów. Miał tylko nadzieję, że w Krainie Czarów nie nazywano tak "browarnika". Mimo to postanowił przyjąć funkcję z odpowiednim nastawieniem.
- Pnę się po szczeblach kariery zastraszająco szybko... - zażartował. - O! W sumie to o czymś takim panienka mówiła, tyle że w poziomie.
- Właśnie. Ja jestem najszybsza w tych stronach, dlatego zdobyłam pozycję królowej - dodała tonem wyjaśnienia.
- To znaczy, że nie jest panienka królową z dziada pradziada?
Kąciki ust Elżbiety drgnęły.
- Trudno przypuszczać, żeby moi dziadowie i pradziadowie nosili miano "królowych". Miałoby to sens, gdyby dla przeciwwagi kobiety zostały "królami". - Nagle wybuchnęła radosnym, wręcz niepoprawnym śmiechem, jakby była tylko zwykłą, prostą dziewczyną. - Królcia Elcia!
Czerwona Królowa chichotała przez dobrą minutę, aż łzy pociekły jej po policzkach. Feliks wystraszył się nawet, że to jakiś specyficzny atak astmy, jednak szybko rozpoznał w objawach najzwyczajniejszą głupawkę. Zbyt dużo ciężkich przypadków widział w czasach szkolnych.
- Och, co ja robię! - Elżbieta opanowała się równie szybko jak przyszedł atak wesołości. - Przepraszam! To nie tak, że śmiałam się z tego, co powiedziałeś. Nie chciałam być grubiańska.
Jego towarzyszka spłonęła rumieńcem, jednak z powodu podtrzymywanej sukni nie mogła go dobrze ukryć. Felek czym prędzej zamachał rękami.
- Wcale się nie gniewam. Jestem tylko nieco zaskoczony, że całkiem normalna z panienki... panienka.
- Jestem władczynią od niedawna, przez co ciężko mi się czasem opanować - usprawiedliwiła się. - W końcu królowa musi nosić długie suknie i trzymać się etykiety.
- Nie należy też przesadzać w drugą stronę, bo się z człowieka zrobi manekin - stwierdził sentencjonalnie Felek, unosząc w górę palec wskazujący. - A właśnie! Może darujemy sobie ceremoniały i będziemy sobie mówić po imieniu? - zaproponował.
Elżbieta zwolniła tempa, a po chwili zatrzymała się. Feliks przystanął obok niej, obserwując, jak dziewczyna usilnie się nad czymś zastanawia. Nagle pomyślał, że naruszył któreś z dobrych dwunastu tysięcy praw o nieproponowaniu koronowanej głowie mówienia do niej per "ty" przez przypadkowych, podrzędnych blondynów. Nawet jeśli zdążyli zostać kasztelanami albo innymi wysoko postawionymi urzędnikami. Kiedy Czerwona Królowa wreszcie uderzyła zwiniętą w pięść dłonią w drugą dłoń, podejmując w myślach decyzję, Feliks był gotów brać nogi za pas, gdyby za chwilę paść miało zdanie zawierające frazę "brać go".
- Do licha z tym wszystkim! Korona mi z głowy przecież nie spadnie. - Mimowolnie zerknął na czubek głowy dziewczyny, nie będąc pewnym, czy chodzi jej jeszcze o metaforę, czy już o prawa fizyki. - Zezwalam waćpanowi na używanie zwrotu "Elcia" wedle chęci i potrzeb.
Królowa uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę na znak porozumienia. Chłopak zamrugał kilkukrotnie, resetując ustawienia wszystkich kończyn, po czym podał towarzyszce swoją rękę.
- A mnie wystarczy sam "Felek". - Delikatnie potrząsnął dłonią, odwzajemniając gest.
- W takim razie bardzo mi miło znów się poznać.
I zapadła taka niezręczna cisza… Feliks poczuł ulgę, bo jego niewyparzony język nie sprowadził na jego głowę żadnego nieszczęścia, chwilowo jednak postanowił nie korzystać z jego wątpliwej pomocy. Na szczęście Elżbieta nie wyczerpała zasobów swych królewskich możliwości. Klasnęła trzykrotnie i zaraz na jednej z jej dłoni wylądował mały, posrebrzany zegarek kieszonkowy. Spojrzała na niego przelotnie, po czym machnięciem odesłała go z powrotem w niebyt.
- Myślę, że wystarczająco dziś wyewoluowaliśmy - powiedziała, chwytając fałdy swej sukni. - Niedaleko kończy się las, a zaczynają pola krokietowe. Czy dasz się zaprosić na skromny piknik?
Uprzejmie skinął głową i ruszył za Elcią, choć na dźwięk słowa "krokietowe" zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa. Ostatnim razem, a dokładnie ostatnim bardzo morderczym razem Feliks miał wątpliwą przyjemność w asystowaniu w grze zupełnie innej królowej. A właściwie królowi, czego Jego Transwestycka Mość chyba nie przyjmował do wiadomości lub nakazywał nie przyjmować do wiadomości pod groźbą unicestwienia osobowości. W każdym razie chłopak czuł się lekko zaniepokojony, mimo że obecna sytuacja różniła się diametralnie od tej poprzedniej - wszak spotkał sympatyczny okaz władczyni o znajomej twarzy i pacyfistycznych poglądach, a nie babochłopa o skłonnościach sado-maso.
- Pozwolisz, Felku, że zadam ci pytanie? – zagaiła Elcia, kiedy wreszcie minęli ostatnie drzewa i wyszli na zieloną równinę. - Cóż to za straszliwą broń dzierżysz u pasa?
Zanim dotarło do niego, że jest o coś pytany, Feliks uważnie obserwował przechodzące się tu i ówdzie grupki graczy. Czasami słychać było czyjś śmiech albo okrzyki bawiących się w berka dzieci. I to by było na tyle w kwestii jego panikarstwa. Nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek był przymuszany do zabawy, nie licząc oczywiście jakichś nieuleczalnych przypadków mężów-pantoflarzy.
- Co? Broń? A...! Chodzi o to? - Do głowy wpadł mu pewien pomysł. Wyciągnął przed siebie patelnię, po czym odkaszlnął teatralnie i oznajmił dostojnym tonem: - Oto mój teflonowy Ekskalibur, Szczerbiec i Durendal w jednym. Przedstawiam ci, Elciu, Pogromcę Jajecznic. Za jego pomocą osobiście pozbawiłem bytności dobrych dwadzieścia pełnych cholesterolu poczwar. Wiedz, że nie oprze mu się żadne zwierzę ani warzywo.
Królowa najwyraźniej nigdy nie zetknęła się z czymś tak zaawansowanym kulinarnie jak jajecznica i wzięła sobie żartobliwe przechwałki Feliksa za dobrą monetę. Z wyraźnym zaciekawieniem wpatrywała się w patelnię.
- O, dokładnie czegoś takiego było mi trzeba. - Elżbieta kolejny raz klasnęła i znikąd pojawił się w jej rękach Pogromca Jajecznic II. - Będę musiała spytać swojego nadwornego płatnerza, czy mamy w zbrojowni jakieś lżejsze modele. Albo lepiej! Dwie mniejsze patelnie byłyby w sam raz.
Ciesząc się swoim najnowszym nabytkiem, Czerwona Królowa wyglądała niemal jak dziewczynka ciesząca się z gwiazdkowego prezentu. Nie trwało to jednak długo - z poważniejszą miną zwróciła się w kierunku chłopaka.
- Swoją drogą, Felku, czy znaczy to także, że jesteś zaprawiony w boju? To by się dobrze składało, bo ostatnio...
Zanim jednak zdołała dokończyć swój wywód, z oddali dobiegł ich pełen przerażenia krzyk któregoś z krokietowych graczy.
- Jabbersmok! Uciekajcie! To Jabbersmok!
Feliks powoli opuścił patelnię, przeklinając w duchu wszystkich bogów odpowiedzialnych za wprowadzenie do użytku zwrotu "zupełnie przypadkiem w tym samym momencie". Wszelkie zbiegi okoliczności miały skuteczność tak gwarantowaną, że producenci płynów do zmywania naczyń mogli pójść do kąta i łkać z powodu swojej niekompetencji. Felek natomiast nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Dlaczego to wszystko go spotykało?
Bo tak.