ROZDZIAŁ 1
„Bo wojna ma to do siebie, że nie pozwala nacieszyć się wygraną."
Za oknem grzmiały pioruny, fale niesionego wiatrem deszczu rozbijały się o szklaną taflę szyby. Krople dudniły o nią, spływając zaraz w dół i łącząc się ze sobą. Nieznośne podmuchy wyrywały z rąk parasolki, więc na ulicach zazwyczaj świeciły pustki. Nawet koty, psy i szczury pochowały się w bezpiecznych kryjówkach, nie wychylając się nawet o centymetr.
Otyły, blond włosy mężczyzna siedział przy biurku, podpisując coraz to nowe dokumenty. Mamrotał pod nosem niezrozumiałe słowa, dostrzegając w piśmie złe jego zdaniem sformułowania. Skreślał je, pisał nad nimi nowe i dopiero wtedy składał autograf w prawym dolnym rogu. Odchylił się do tyłu na krześle przy którymś z kolei papierze. Otarł płynące z czoła kropelki potu, zerkając na burzliwą pogodę na zewnątrz.
Nie zwracając na nią większej uwagi, zabrał się ponownie do jakże wyczerpującej pracy. Długopis sprawnie wprowadzał poprawki, ręka rzadko zatrzymywała się na coś więcej niż krótkie rozprostowanie palców. Lampka stojąca na skraju blatu zamigotała, gdy niebo przeszyła jaskrawa, rozgałęziona błyskawica.
Mrucząc, mężczyzna stuknął w nią palcem. Światło zamrugało, po czym zgasło całkowicie. Zdenerwowany biznesmen odłożył wszystko na bok, przełączył włącznik i dopiero wtedy wykręcił żarówkę. Przyjrzał się jej uważnie, klnąc pod nosem na brak zapasowych. Będzie musiał zjechać windą w dół i pofatygować się do biura elektryka.
Wstał ciężko z obitego skórą fotela, nie kłopocząc się, iż jedynym oświetleniem są pioruny za oknem. Odwrócił się z zamiarem wyjścia na korytarz. Głośny trzask rozbitego szkła przeciął pomieszczenie niczym pędząca strzała. Wyglądające jak kryształy odłamki rozpierzchły się na wszystkie strony, niosąc za sobą metalowe, niewielkie elementy.
- Kim ty… - wyjąkał mężczyzna, cofając się do tyłu.
Drzwi zamknęły się bezgłośnie, nawet klamka nie kliknęła. Średniego wzrostu, zakapturzony osobnik spokojnie, bez pośpiechu zbliżył się do miejsca pracy biznesmena. Wziął do ręki plik dokumentów, przeglądając je z pozornym zainteresowaniem.
- Ja… Bierz, co chcesz… tylko… - Przerażony niespodziewanym gościem blondyn wycofał się aż do dużego okna.
Nieznajomy odrzucił za siebie papiery. Te szeleściły, dopóki nie spotkały się z wypolerowaną podłogą. Tymczasem tak, jak zachmurzony granat znów przeorała bezlitośnie błyskawica, tak też srebrzyste ostrze rozcięło gardło otyłego mężczyzny. Długa plama krwi zabrudziła szyby, spływając po nich niczym deszcz po drugiej stronie.
- Grupa pierwsza, jesteście gotowi? – Przyczajony osobnik przemówił do niewielkiego, obramowanego złotem lusterka. Tuż za nim znajdowało się piętnaście osób w identycznych strojach – luźne szaty zarzucone na wygodne, nie krępujące ruchów mugolskie odzienie.
- Tak, czekamy tylko na was – odpowiedział brązowowłosy, pojawiając się w małym przedmiocie.
Rozłączyli się, aby nie zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi. Szesnastka ludzi schowana za rozpadającą się ścianą dobyła różdżek. Nikt nie odezwał się, kuląc na pozycji dogodnej do szybkiego ataku. Cienie połykały ich sylwetki, skutecznie kryjąc w sobie. Było im to niezwykle na rękę, gdyż woleli pozostać niezauważeni do odpowiedniego momentu.
- Na mój znak – wyszeptał szarooki, wychylając się zza sterty gruzu. Jedna z cegieł zachwiała się niebezpiecznie, mogąc osunąć się wraz z innymi na bruk.
Odparło mu głuche milczenie towarzyszy oraz mocniejsze zaciśniecie ich palców na broniach. Wtem mroki wydłużyły się, kiedy zza otwartych, obdrapanych drzwi wymknęła się mdła strużka światła. Wątła postać wysunęła się z holu na schody, rozmawiając z kimś stojącym w przedpokoju.
- Teraz – syknął Syriusz, jako pierwszy wypadając do przodu. Przeskoczył bezszelestnie mur, przygotowując różdżkę do konfrontacji.
Człowiek zbyt późno zorientował się o napaści. W chwili, gdy odwracał się do odejścia, otoczyło go kilkanaście osób. Sięgnął błyskawicznie do kieszeni, lecz nie zdążył nic zrobić. Jaskrawy, czerwony promień odrzucił go do tyłu, rozświetlając na sekundę całe otoczenie.
Ze środka budynku rozległy się już wcześniej okrzyki zaskoczenia. Szesnastka wpadła tam, obezwładniając sprawnie pierwszych, stojących najbliżej ludzi. Potem rozgorzała walka, podczas której barwne światła wypełniły pomieszczenia na parterze oraz piętrze.
Wraz z rozpoczęciem bitwy, górne szyby zostały roztrzaskane w drobny mak. Z dachu skoczyło kilkanaście nowych postaci, uczepionych przywiązanych do kominów lin. Wpadli przez wybite wejścia, odcinając możliwą drogę ucieczki. Wmieszali się zręcznie w cały ten hałaśliwy tłum, rozdzielając się i atakując parami.
Dowodzący grup spotkali się na schodach, zakleszczając tam dwóch poszukiwanych przez Ministerstwo mężczyzn. Black, uśmiechając się radośnie, mrugnął do przyjaciela. Zamachnął się różdżką, będąc z pewnością w swoim żywiole. Spętał razem z Remusem broniących się zaciekle przeciwników, nie dając im żadnej szansy kontrataku.
Odwracając się do siebie plecami, asekurując się tym sposobem, odparli mknące w ich stronę klątwy. Czarnowłosy szturchnął Lupina łokciem, na co ten kucnął, wytwarzając przy okazji mocną kopułę. Black okręcił się dookoła własnej osi, używając zaklęcia bicza. Długa, giętka lina o półprzeźroczystej barwie nieba smagnęła atakujących Śmierciożerców. Trafione niechcący świeczniki zleciały z łoskotem, uderzając w stopnie i tocząc się po nich w dół.
Zakon, dzięki zaskoczeniu oraz sprawnej organizacji, szybko przejął kontrolę nad sytuacją. Niespodziewający się napaści mieszkańcy Nokturnu nie zdołali w porę się przegrupować. Wyeliminowani pojedynczo zaczęli tracić liczebną z początku przewagę i siłę przebicia. Gdyby mieli czas, mogliby coś z tym zrobić. A tak, padali na ziemię po zaledwie paru minutach, nie mogąc przetrzymać gwałtownego, nagłego szturmu.
- Grupa pierwsza! Zabezpieczyć wyjścia! – krzyknął Remus, powalając ostatniego z nielicznych przeciwników.
Plątanina osób rozdzieliła się na części, każdy zmierzał w inną stronę. Pochwycono uciekającego przez okno człowieka, który starał się jeszcze bronić Avadą. Ogłuszyło go trzech ludzi, używając do tego Drętwoty. Zapanował mniejszy niż wcześniej chaos, ponieważ czwórka Śmierciożerców ostatecznie się poddała, rzucając broń pod nogi napastników i klękając na brudnej podłodze.
Syriusz prychnął, nakazując swoim zabrać ich jako pierwszych do tymczasowego więzienia Zakonu. Black odetchnął, uspokajając drżące z powodu walki dłonie. Adrenalina w dalszym ciągu krążyła w żyłach, pobudzając do działania. Uwielbiał pojedynki na śmierć i życie, gdyż takie akcje pozwalały jedynie rozwinąć skrzydła, oddać się w ręce instynktu.
- Świetna robota – pochwalił Remusa, klepiąc go zamaszyście po ramieniu. Wilkołak uśmiechnął się delikatnie, nawet się nie krzywiąc. Innym może przeszkadzałoby to, lecz dla niego nie były to mocne uderzenia.
- Twoi również wspaniale się spisali – rzekł spokojnie, wygładzając połatany, brązowy płaszcz. Łapa wyszczerzył zęby, chowając różdżkę do kieszeni szaty.
- Jak myślisz, dużo powiedzą? – zapytał, przeciągając się. Tuż obok nich przebiegła kobieta o rozczochranych, zapewne przez bitwę, włosach. Krzyczała coś do kolegi, pokazując mu spętanego poplecznika Voldemorta.
- Zważywszy na to, że ostatnio schwytani niewiele wiedzą… - Lupin nie musiał kończyć zdania.
Z budynku zdjęto wreszcie barierę antyteleportacyjną, która miała wcześniej za zadanie uniemożliwić ucieczkę Śmierciożercom. Założyło ją kilku ludzi obeznanych doskonale w tej tematyce, więc kopuła przetrwała całe starcie w nienaruszonym stanie. Teraz została zniesiona, choć zebrana w niej energia opierała się przez chwilę. Powierzchnia bańki zalśniła tęczowym blaskiem, wreszcie pokryły ją zwiększające się z każdą sekundą dziury. Resztki czaru zawirowały w miejscu, pękając z cichym odgłosem wystrzeliwanego z butelki korka.
- Ruchy, ruchy! – zawołał entuzjastycznie Syriusz, przejmując od kogoś jeńca. Rzucił szybkie spojrzenie przyjacielowi, mówiące: „Może coś z nich wydusimy". I deportował się z głuchym trzaskiem oraz wiszącą jeszcze moment magią w postaci niewidzialnej dla oka mgiełki.
Lupin pokręcił głową na zapał czarnowłosego, odbierając od stojącej obok kobiety listę schwytanych osób. Przejrzał ją wzrokiem, szukając znanych, najbardziej poszukiwanych nazwisk. Wokół panował zgiełk, szamotali się Śmierciożercy, członkowie Zakonu nawoływali się wzajemnie bądź zajęci byli zabezpieczaniem okolicy.
Albus Dumbledore przeglądał przysłane mu papiery wśród milczenia obecnych. Każdy czekał z napięciem na jakiekolwiek wieści, choć nikt nie odmówiłby czegoś optymistycznego. Remus wkroczył do kuchni, przystając na progu. Wracając z głośnego, wypełnionego najróżniejszymi dźwiękami pomieszczenia wydawała mu się nierealna taka cisza. Potrząsnął głową, zasiadając na swoim miejscu.
- Z naszej strony poległo czterech, paru jest rannych – złożył raport, a jego głos zabrzmiał niemal nienaturalnie.
- Miejmy nadzieję, że nie umarli na darmo. Jak wtedy – odezwała się z roztargnieniem Molly, podając wilkołakowi kubek parującej herbaty. Podziękował spojrzeniem, biorąc od razu łyk gorącego napoju.
Przyjemne uczucie rozlało się po ciele sprawiając, iż napięte dotąd mięśnie rozluźniły się momentalnie. Lupin odetchnął w duchu, zwracając uwagę na resztę. Niewielu znajdowało się w pomieszczeniu, gdyż właśnie rozgrywały się różne akcje. W ogóle rzadko wszyscy zbierali się w jednym miejscu. Zazwyczaj Albus zwoływał odpowiednich ludzi, przekazując im informacje i wysyłając na misje. Jedynie raz na jakiś czas odbywała się wielka narada, na której miał być każdy.
- Jak na razie niczego nowego nie odkryto – powiedział Dumbledore, odkładając pergaminy na drewniany blat. Moody prychnął głośno.
- To chyba oczywiste! Sam-Wiesz-Kto nie mówi ważnych rzeczy marnym sługusom, na jakich ciągle natrafiamy – warknął pogardliwie, mierząc obecnych jak zawsze czujnym wzrokiem. Niebieskie oko wirowało wściekle, jakby nieustannie sprawdzało bezpieczeństwo okolicy.
- Dlatego wypytujemy ich o Wewnętrzny Krąg - odparła wojowniczo Tonks, wcale nie okazując strachu przed starszym aurorem. Jej różowe jak guma balonowa włosy pociemniały nieznacznie, zaś błękitne dziś tęczówki zalśniły. – Zawsze krytykujesz i zrzędzisz. Wziąłbyś się do roboty – rzekła odważnie, nie zwracając uwagi na to, że drażni Alastora.
Pobliźniona twarz wykrzywiła się w gniewie, wywołując mimowolne dreszcze u zebranych. Sękata dłoń uderzyła mocno w stół, przewracając tym samym szklanki czy srebrne puchary rodu Blacków.
- Ty smarkulo…
Dalszą wypowiedź przerwał wybuch zielonego płomienia w kominku. Ogień strzelał jaskrawymi iskrami, jak gdyby ktoś po drugiej stronie wsypał za dużo proszku z powodu zdenerwowania. Dotąd spokojny Albus drgnął, spoglądając tam z doskonale ukrytym zaniepokojeniem. Wesołe błyski, coraz rzadziej pojawiające się w jego oczach, zgasły zupełnie.
- Dyrektorze! Wykiwali grupę Kingsley'a! – Z tym okrzykiem do kuchni wpadł Syriusz, gestykulujący żywo.
- Jak? – zapytał natychmiast Dumbledore, spoglądając na czarnowłosego znad okularów. On jako jedyny nie zerwał się z krzesła na te nieoczekiwane wieści.
- Wiedzieli o zasadzce i sami założyli pułapkę. Shacklebolt oraz jego ludzie wpadli w nią zaraz po przybyciu na miejsce. – Black opadł na wolne miejsce, masując skronie palcami.
Wybuchła wrzawa. Obecni przekrzykiwali się nawzajem, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Nimfadora, przewracając niechcący krzesło, wpadła do kominka, uprzednio wsypując w płomienie garść zielonego prochu i potykając się przy okazji. Molly podążyła za nią, oferując tym samym swoją pomoc przy opatrywaniu rannych. Artur dołączył zaraz do żony, wyciągając w biegu różdżkę.
- Wiesz, co się tam stało? – zadał pytanie Albus, powstrzymując tym samym dalsze wrzaski. Oparł łokcie o wypolerowany blat, zaś brodę o złączone dłonie.
- Nie dokładnie – odpowiedział Syriusz, marszcząc brwi. – Coś wybuchło, ogłuszając część z grupy. Na pozostałych napadli dobrze wyćwiczeni Śmierciożercy – wyjaśnił ogólnikowo, bez typowego dla siebie zapału. Wydawał się nad wyraz zmęczony, jakby walczył dzień i noc bez przerwy.
- I ma ta smarkula swój Wewnętrzny Krąg – powiedział Moody, wykrzywiając pogardliwie usta.
- Nie jest pewne, że to oni – odezwał się Remus pozornie spokojnie. Rozważne, złote oczy o żółtym poblasku kryły w sobie burzę emocji.
- Jeden gwint! Wszyscy oni to przeklęte ścierwo – odparł Alastor opryskliwie.
Nikt więcej niczego nie powiedział. Siedzieli, rozmyślając nad całą sytuacją i czekając na jakieś bardziej szczegółowe informacje. Black odchylił się nieco na krześle, spoglądając na dyrektora. Albus wyglądał na starszego niż wcześniej, kogoś, kto miał na barkach więcej niż inni.
- Najpierw ci biznesmeni, teraz to. Beznadziejny tydzień – wymamrotał do Remusa szarooki, porzucając jak na razie beztroski, luzacki ton. Zbyt szybka zmiana zwycięstwa w porażkę skutecznie się do tego przyczyniła.
Lupin skinął głową w zamyśleniu, wyglądając za okno. Przez niewielki moment miał wrażenie czyjeś obcej obecności. To szybko jednak znikło, pozostawiając za sobą tylko pustkę. Westchnienie wyrwało się z ust wilkołaka.
Bo wojna ma to do siebie, że nie pozwala nacieszyć się wygraną.
Gdzieś indziej, daleko od Kwatery Zakonu, jechał swoim stałym tempem pociąg. Koła brzęczały o szyny, z komina lokomotywy wydobywał się ciemnoszary, gęsty obłok dymu, zasnuwający błękit nieba. Pasażerowie wyglądali ze znudzeniem przez szyby, obserwując bez zainteresowania przesuwający się krajobraz.
Jeden mężczyzna nie zwracał na niego wcale uwagi. Śledził tekst zakupionej na stacji gazety, wyszukując potrzebnych danych. Czarne niczym węgiel tęczówki nie odrywały się od drobnych liter i zdjęć.
Letni wiatr podążył za wagonami, bawiąc się z nimi doskonale w berka. Zaglądał do przedziałów ciekawie, wpadając nieraz przez uchylone okna do środka. Porywał wtedy lekkie przedmioty w górę, doprowadzając niektórych niemal do szału. Tylko raz został zignorowany przez schowanego za pismem osobnika. Wrócił wtedy niezadowolony na zewnątrz, zaraz skupiając uwagę na czymś innym.
