Dziękuję za odzew! To wspaniałe uczucie, kiedy piszecie od siebie kilka słów :). Przed wami druga cześć i już teraz mówię, że chyba będzie ich więcej niż trzy. Nadzwyczajnej w świecie się nie zmieszczę w trzech :D mam nadzieję, że to raczej dobra wiadomość.

Ta cześć to głównie Sonea x Merin i mam nadzieję, że was to nie zniechęci. Kolejna jest już w połowie napisana i mam w zamiarze opublikować ją w połowie następnego tygodnia. A w niej duuuuużo Sonei i Akkarina…

Krótka playlista na ten rozdział (kolejny będzie miał dłuższą):

Mumford and Sons – Thistle and Weeds

Twenty One Pilots – Isle of Flightless Birds

Muse – Madness

Pim Stones – We have it all

X Ambassadors - Unsteady

Sonea

Odkąd zgodziła się zostać królewskim magiem, w Gildii wybuchło niemałe zamieszanie. Po egzaminach, Merin zaprosił starszyznę na spotkanie i na nim oznajmił, że wybrał następcę dla jej zmarłego poprzednika. Czekała wtedy w osobnym pokoju i obserwowała zebranych przez weneckie lustro. Merin uznał to chyba za zabawne, lecz ona nigdy nie zapomni wyrazu twarzy Akkarina, gdy król wypowiedział jej imię. Przez krótką chwilę była nawet pewna, że zaprotestuje. Mięśnie jego szczęki zacisnęły się tak mocno, że Sonea mimowolnie zaczęła obawiać się o jego zęby, jednak bardzo szybko na jego twarzy pojawiła się beznamiętna akceptacja.

Czuła ulgę, wyprowadzając się z rezydencji i zostawiając za sobą dawne życie. Jedynie cień sentymentu pozostał, gdy ostatni raz zamykała za sobą drzwi do swojej sypialni. Akkarina nie było wtedy w domu. Nie wiedziała, czy jego nieobecność była zamierzona, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.

Minęły kolejne tygodnie i Sonea spędziła ten czas w pałacu, podczas gdy przygotowania do uroczystości nadania jej tytułu ruszyły pełną parą. W tym czasie kilka razy widziała się z Merinem, jednak na krótko. Spotkania odbywałby się zawsze w towarzystwie przedstawicieli Domów, którzy chcieli ją poznać.

Została jej przydzielona służba oraz osoba, którą Sonea w myślach nazwała pieszczotliwie Struną. Była to kobieta w średnim wieku, wyjątkowo chuda i poważna. Miała wprowadzić ją w dworskie życie i uświadomić zasady, które tam panowały. Przez ten czas nauczyła się wielu dworskich manier. Wiedziała na przykład, na jakiej wysokości trzymać wzrok, gdy była przedstawiana gościom i jak uśmiechać się, by nie rozbolały jej policzki.

Wszyscy odnosili się do niej z ogromnym szacunkiem, a nawet strachem. Sonea nie cieszyła się z tych reakcji i podejrzewała, że gdy kolor jej szat z zieleni zamieni się w złoto, będzie tylko gorzej.

Był to wieczór przed nadaniem jej tytułu, gdy Merin wezwał ją do siebie. Przemierzała długie korytarze pałacu, który stał się jej domem i zastanawiała się, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do ilości otaczającego ją złota.

Merin przyjął jej w jednym z wielu pokoi stanowiących sieć jego apartamentu. Był jak zawsze gładko ogolony, a w jego jasnych włosach błyszczała cienka, srebrna korona. Powitał ją uśmiechem, na który jej serce podskoczyło nerwowo i poprosił by podeszła do okna, skąd rozpościerał się widok na Gildię. Zatrzymała się obok niego i skinęła głową.

- Jak ci się podoba pałac? – zapytał, patrząc przez szybę.

- Jest… ogromny – odpowiedziała. – I piękny. Nie wiem czy przywyknę do tego bogactwa.

Merin wydał z sobie zduszony, krótki śmiech.

- Przywykniesz. To w końcu każdemu się nudzi.

Odwrócił się w jej stronę i Sonea pomyślała, że mogła stanąć odrobinę dalej.

- Zaprosiłem cię, bo pomyślałem, że przez ten cały czas nie zadałem ci pewnego pytania. Skoro ty zgodziłaś się na moją propozycję, czas żebym i ja spełnił twoją. Tak więc Soneo, czy masz jakieś życzenia? Coś, o co chciałabyś mnie prosić?

Zawahała się i chociaż istniała rzecz, o której chciała porozmawiać, nie wiedziała, czy nie było na to za wcześnie.

- Właściwie to jest coś, Wasza Wysokość.

Merin skinął głową, więc zaczęła mówić dalej.

- Myślałam o mojej rodzinie. W slumsach mieszka moja ciotka i wuj z dwójką dzieci. Gdyby dało się zrobić cokolwiek, by polepszyć warunki ich życia-

- Możemy znaleźć dla nich pracę na dworze wraz z mieszkaniem. Zapytam o to mojego kasztelana. Czy to cię zadowoli?

Było to więcej, niż ośmieliłaby się prosić. Pełnym zaskoczenia wzrokiem spojrzała na jego twarz i kiwnęła głową.

- Tak, Wasza Wysokość. Niezmiernie by mnie to ucieszyło.

Posłał jej delikatny uśmiech, po czym odwrócił głowę.

- Kiedy jesteśmy sami, możesz mówić mi po prostu po imieniu. Jestem zmęczony tymi wszystkimi zasadami i tytułami. Pozwól, że chociaż przy tobie nie będę musiał udawać.

Nie odpowiedziała, zastanawiając się nad jego słowami. Poznała go w sumie prawie dla lata temu, ale dopiero w ciągu ostatniego pół roku widywała się z nim regularnie. Nie mogła powiedzieć, żeby znała Merina. Nigdy nie mówił jej nic o sobie, zawsze tylko zadawał pytania. Nie rozumiała, jak mógł mówić o nieudawaniu w jej obecności, podczas gdy ona z trudem potrafiła się przy nim rozluźnić.

Jakby słysząc jej myśli, Merin odezwał się:

- Nigdy nie lubiłem tego miejsca. Jako dziecko, wolałem przebywać w domu mojej ciotki, niż tutaj. Pałac mnie przytłaczał. Chyba dlatego, że wiedziałem, że spędzę tutaj resztę życia.

Nie wiedziała, czy potrafiła go zrozumieć. Ona jako dziecko patrzyła na pałac jako na coś zakazanego i będącego uprzedmiotowieniem jej snów. Nigdy nie sadziła, że dane będzie jej zamieszkać w tych murach i być tak blisko króla.

W zamyśleniu nie zauważyła, że Merin odwrócił się do niej i obserwując ją, skrzyżował ramiona na piersi.

- Ostatnio stwierdzam, że życie w pałacu nie jest najgorsze – zażartował, ciągnąc poprzednią myśl.

Zanim zdążyła się zarumienić, Merin pochylił się w jej stronę i kolejny już raz założył jej włosy za ucho.

Nadanie tytułu przebiegło szybko i w obecności jedynie najważniejszych przedstawicieli Domów, Ambasadorów Krain Sprzymierzonych oraz Gildii. Jej zielona szata została przepasana ozdobną, złotą szarfą, a następnie goście udali się do sali balowej na ucztę.

Siedziała na honorowym miejscu po prawej stronie króla. Naprzeciwko zasiadł Ambasador z Elyne wraz ze swoją małżonką o nietuzinkowej urodzie. Twarz młodej kobiety przyciągała nie tylko jej uwagę, lecz także siedzącego po jej prawej stronie Akkarina. Sonea zauważyła, że Wielki Mistrz rzucał kobiecie przelotne spojrzenia, podczas gdy ona przyglądała mu się lekko zmrużonymi oczami.

Gdy Akkarin usiadł obok niej zaklęła w duchu, jednak on jedynie skinął jej głową, nie odzywając się. Uczta trwała długo, zdecydowanie z długo, jak na jej gust, a gdy wino zaczęło lać się strumieniami, Sonea zaczęła mieć naprawdę dość. Wypiła kilka kieliszków, powoli sącząc alkohol i zastanawiając się, czy zdoła polubić ten cierpki smak. W końcu rozmowy przeniosły się do kuluarów, a służący przemykali między stojącymi grupkami jak cienie, zastępując puste kielichy w ich dłoniach pełnymi.

Sonea, znużona rozmowami o niczym, wymknęła się na balkon, ciągnący się wzdłuż całej sali. Był środek lata i gorące powietrze nie przyniosło jej wyczekiwanej ochłody. Podeszła do barierki i spojrzała przed siebie. Długo wpatrywała się w światła Gildii i poczuła ukłucie tęsknoty. Brakowało jej spotkań z Rothenem i biblioteki. Oraz Uzdrawiania. Będzie musiała porozmawiać z królem o lecznicy, którą jej obiecał.

Za plecami usłyszała zbliżające się dwie lub trzy osoby. Gdy się obejrzała, ujrzała Merina w otoczeniu dwóch bliżej jej nieznanych osób. Wiedziała, że wkrótce będzie musiała nauczyć się ich imion i tytułów. Merin rzucił jej przelotne spojrzenie i coś błysnęło w jego oczach. Gestem polecił swoim towarzyszom, by zostawili go samego. Gdy dwójka mężczyzn zniknęła za drzwiami, podszedł do niej niespiesznym krokiem. Jego czerwony płaszcz wirował mu wokół kostek, a w złotej koronie mieniły się otaczające ich światła. Uśmiechnął się do niej i Sonea pomyślała, że pomimo jego wystawnego ubioru i królewskich regaliów, wyglądał bardzo młodo.

- Wasza Wysokość – skłoniła się lekko.

- Soneo – cmoknął z dezaprobatą, przypominając jej o ich wczorajszej rozmowie.

Stanął obok i gdy odwróciła głowę, podążył za jej wzrokiem.

- Takie wieczory to jedne z niewielu powodów, dla których warto tu mieszkać.

Nie mogła się z nim zgodzić, więc postanowiła milczeć.

- Czasem, kiedy nic się nie dzieje, można się poczuć strasznie samotnym – dodał i spojrzał na nią.

Przytaknęła. Co do tego, nie miała żadnych wątpliwości. Zerknęła na jego twarz i od razu poczuła rumieniec, którym się oblała. Kiedy przestanie reagować tak na jego bliskość? A może właśnie o to mu chodziło?

Jakby słysząc jej myśli, Merin oparł się o balustradę, tym samym jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Dopiero wtedy poczuła zapach alkoholu. Mogła się spodziewać, że on także nie stronił od wina.

- Kiedy poznam resztę królewskich Magów? – zapytała, chcąc szybko wybrać bezpieczny temat do rozmowy.

- Jutro. Albo pojutrze. Kiedy tylko zechcesz – powiedział, uśmiechając się.

Odwróciła twarz jeszcze bardziej, chcąc ukryć zakłopotanie. Nie rozumiała, dlaczego tak się zachowywał. Dlaczego tak się do niej uśmiechał, a jego wzrok tańczył na jej twarzy w sposób, który przyprawiał ją o szybsze bicie serca.

- Wiesz… - mruknął i ku jej przerażeniu stanął za nią – kiedy się tak rumienisz, jesteś urocza.

Zacisnęła powieki, czując dreszcz na karku, w miejscu w którym musnął ją jego oddech. Było coś ekscytującego w sposobie, w jaki jego sylwetka górowała na jej własną, a niski ton jego głosu wibrował w jej ciele. Jednak coś było nie w porządku, lecz nie była pewna czy to wypity przez niego alkohol czy jej strach, ale nie chciała by posunął się dalej. Jego zainteresowanie jej osobą nie mogło być przypadkowe, nie była nikim wyjątkowym. I nie była głupia-

Merin przerwał jej rozmyślania, kładąc dłoń na jej szyi. Zamarła, czując jednocześnie lęk i pożądanie. Jego ciepły dotyk patrzył jej skórę. Merin pochylił się nad jej uchem i delikatnie pociągnął w swoją stronę. Mocniej złapała się balustrady, jednak jej plecy i tak zderzyły się z jego torsem.

- Cała jesteś taka urocza – szepnął.

Poczuła znajome pulsowanie w podbrzuszu i z całych sił zacisnęła nogi. Nie teraz, nie teraz, błagała swoje ciało.

Wyrwała się z jego uścisku i odwróciła się do niego. Merin chwycił barierkę po obu stronach jej talii i uniósł jeden kącik ust. Był to uśmiech dobrze jej znany i tak łudząco podobny do tego, który znała wręcz na pamięć. Przez chwilę stał przed nią nie król Merin, lecz jej były mentor, o smutnym spojrzeniu ciemniejszym niż noc. Zadziałało to na nią jak kubeł zimnej.

- Przestań, nie.. nie tutaj.

Powinna była powiedzieć coś innego. Powinna była powiedzieć nie chcę tego.

Nie jestem gotowa.

Nie znam cię.

Przerażasz mnie.

Lecz było ją stać jedynie na coś tak słabego.

Merin zacisnął usta i jeszcze bardziej się nad nią pochylił, lecz wtedy usłyszeli otwierające się drzwi balkonowe. Szybko odsunął się od niej i zwiększył dzielący ich dystans do kilku kroków. W drzwiach pojawił się Akkarin i Sonea prawie jęknęła z ulgą.

Pierwszy raz w życiu ucieszyła się na jego widok.

Akkarin

Porażka. Tak nazwałby to, co wydarzyło się tuż pod jego nosem, kiedy był zbyt zajęty likwidowaniem szpiegów, zamiast tym, co działo się między Soneą, a królem Kyralii.

Może gdyby interweniował, skończyłoby się to inaczej. Wszelkie próby wyciagnięcia czegokolwiek z Merina spełzały na niczym. Prawdopodobnie to właśnie jego Magowie nauczyli go chronić myśli przed wścibskimi umysłami innych.

Odkąd Sonea została jednym z nich minęły dwa tygodnie. W tym czasie był na dworze trzy, lecz ani razu nie spotkał ani Merina, ani jej. Miał nadzieję, że nagle wejdzie do pokoju i nieco złagodzi nieprzyjemne uczucie w jego sercu. Kiedyś myślał, że wraz z jej zniknięciem, wszystko wróci do normy, ale nie mógł być w większym błędzie. Było gorzej z każdym dniem. Myślał o niej częściej, niż wtedy kiedy mieszkała z nim pod jednym dachem.

Nieustannie wracał do tamtej chwili podczas uczty, gdy zastał ją wraz z Merinem na balkonie. Pamiętał wyraz jej brązowych oczu, gdy na niego spojrzała. Jej źrenice były rozszerzone, a ich czerń zdawała się go pożerać. Było w niej coś niepokojącego. Dopiero później uświadomił sobie, dlaczego jego serce zgubiło rytm i robiło to nadal, gdy myślał o niej z tamtej chwili.

To było podniecenie. W jej oczach dostrzegł to, co śniło mu się po nocach.

Ale było tam coś jeszcze. Wiedział to, lecz ta świadomość sprawiała, że czuł węzeł w gardle.

Strach.

Bała się i…

Nie, nie mógł myśleć, że poczuła ulgę, bo przerwał im coś, czego się przestraszyła. Takie myślenie zaprowadziłoby go donikąd.

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Zdenerwowany głos Lorlena wyrwał go z transu. Spojrzał na mężczyznę, którego kiedyś mógł nazywać przyjacielem i szybko odwrócił wzrok. Zbyt wiele bolesnych wspomnień łączyło się z tymi błękitnymi oczami.

- Wybacz, zamyśliłem się – odparł zgodnie z prawdą.

- Mówiłem, że przyjęcie kolejnych Nowicjuszy z biednych dzielnic, wzbudzi poruszenie. Teraz Domy plotkują o Sonei, ale za chwilę ten temat im się znudzi i przerzucą się na coś innego.

- Od kiedy przejmujemy się plotkami?

Lorlen rzucił mu przelotne spojrzenie, pełne bólu, który zakiełkował w nim tamtego wieczoru, gdy Akkarin wdarł się do jego umysłu.

Akkarin westchnął ciężko.

- Mówiąc szczerze, to myślałem właśnie o niej. – Nie wiedział, dlaczego to powiedział, ale może zadziałał instynkt mówienia Lorlenowi wszystkiego. Prawie wszystkiego.

Administrator przyglądał mu się przez chwilę badawczym wzrokiem. Nagle jego oczy rozszerzyły się i powiedział, trochę jakby do siebie:

- Martwisz się o nią. - Niedowierzanie w jego głosie było wyraźne. - Nie wiem tylko, czy obawiasz się o nią, czy o sekret, który ze sobą zabrała. Pod nos samego Merina.

Akkarin skrzywił się i zacisnął pieści. Myślał o tym tak często, że słowa Lorlena zabrzmiały jakby wypowiedział je on sam, a nie stojący przed nim mężczyzna.

- Ciekaw jestem jakiego podstępu użyłeś tym razem. W jaki sposób udało ci się ją zastraszyć na tyle, by zapewnić sobie bezpieczeństwo – dodał po chwili ciszy.

Nagły gniew sprawił, że zerwał się na równe nogi. W błękitnych oczach Lorlena zamigotał strach, lecz jego przyjaciel szybko go ukrył.

- Martwię się o nią, bo uważam, że jest tam z mojego powodu. Ostatnim razem gdy ją widziałem-

- Wolała uciec wprost w objęcia samego króla, niż dłużej tkwić pod twoim terrorem.

- Nigdy – warknął zbyt głośno i impulsywnie – nie chciałem by się mnie bała.

- Moje gratulacje Akkarinie. To znacznie uszlachetnia twoje podłe zachowanie.

- Nie masz pojęcia-

- O czym nie mam pojęcia? – Lorlen zrobił krok w jego stronę i Akkarin zaczął się zastanawiać jak to się stało, że tak łatwo stracił w tej rozmowie grunt pod stopami. Zapomniał jak szczerzy do bólu potrafili dla siebie być, zanim Lorlen, tak samo jak każda osoba którą kochał, odsunął się od niego.

Wpatrywał się w jego twarz, na której malował się upór i determinacja. Widywał ten wyraz kiedy ćwiczyli sztuki wojenne, będąc jeszcze Nowicjuszami. Lorlen zawsze dawał z siebie wszystko, lecz najczęściej i tak przegrywał. Teraz zacięcie w jego oczach miało inny charakter i wynikało z głęboko zakorzenionego bólu.

- Powiedz mi, Akkarinie – rzekł, gdy on ciągle milczał. – Dlaczego? Co się stało? Co cię tak zmieniło? Dlaczego czarna magia?

Przypomniał sobie ich rozmowę, tuż zanim opuścił Kyralię, by szukać czegoś, co znał pod nazwą „starożytna magia".

- Dlaczego? Dlaczego chcesz jechać sam? – wypytywał go z troską w oczach.

- Nie bądź głupi. Dopiero co zacząłeś nauki, by osiągnąć wyższy stopień. Sam mówiłeś, że chcesz zostać Mistrzem Wojowników, a teraz nagle poczułeś zew przygody? – odparł z lekkim uśmiechem i szturchnął przyjaciela w żebro.

W niebieskich oczach Lorlena pojawiło się ukłucie bólu.

- Moim zdaniem znowu wpakujesz się w jakieś kłopoty. Kto cię z nich wyciągnie, jeśli nie ja?

Akkarin zaśmiał się głośno.

- Daj spokój Lori.

- Ty i biblioteka? Co będziesz tam robił? Nie mów mi, że chcesz tam coś czytać?

Zgromił go spojrzeniem i na widok drwiny na jego twarzy, przewrócił oczami.

- Może znajdę tam jakiś sposób, byś w końcu wygrał ze mną pojedynek.

- Odwal się, Aki.

Nagle jego spojrzenie pociemniało i Lorlen wbił je w swoje buty, którymi kopał drobne kamyki wokół strumienia. Przychodzili tam za każdym razem, by porozmawiać o czymś ważnym.

- Będziesz pisać?

- Wiesz, że tak – powiedział i objął go jednym ramieniem.

- Rok? Nie będzie cię tylko rok?

- Dłużej nie wytrzymam w Elyne – odparł z uśmiechem, na co Lorlen także wykrzywił usta.

- Dobra. Ale jak wrócisz, opowiesz mi wszystko raz jeszcze. Obiecaj.

- Obiecuję. Pod warunkiem, że nie umrzesz wtedy z nudów.

Lorlen prychnął pod nosem. Wyślizgnął się spod zawsze odrobinę od niego wyższego Akkarina i zmrużył oczy.

- W takim razie, powodzenia bracie. – Wyciągnął do niego dłoń.

Akkarin zamknął ją w silnym uścisku i uśmiechnął się tak szeroko, jak tylko mógł.

- Dzięki Lori.

Czuł w sercu ranę na miejscu tego wspomnienia. Jak wiele zmieniło się od tamtego czasu.

Obiecał. Obiecał mu wszystko powiedzieć. Po powrocie okłamał go pierwszy raz w ich życiu. Było to pierwsze kłamstwo z wielu, których się dopuścił. Pragnął przerwać ten ciąg i powiedzieć prawdę pierwszy raz od dawna.

Spojrzenie Lorlena stało się nagle łagodniejsze i Akkarin poczuł, jak coś w nim pękało, próbowało przebić się na powierzchnię.

Nie.

Nie mógł tego zrobić.

Nie mógł się przyznać do tego co się z nim działo, ani czego się dopuścił.

- Widzimy się za tydzień o tej samej porze – rzucił oschle i wyszedł z gabinetu Administratora tak szybko, jak tylko mógł bez wzbudzania dalszych podejrzeń.

Trzy dni później, gdy siedział w swojej bibliotece w Rezydencji, Takan powiadomił go przez krwawy pierścień, że miał gościa.

Gdy zszedł do przedpokoju, serce podskoczyło mu do gardła. Sonea wydawała mu się tak samo mała na tle wielkich drzwi, jak za każdym razem gdy ją tam widywał. Miała na sobie czarną, dopasowaną kamizelkę, narzuconą na czarną koszulę, wciągnięta w granatowe spodnie oraz wysokie do kolan, skórzane buty. Brak jej szat oznaczał, że nie wpadła z oficjalną wizytą.

Zachodzące słońce rzucało na jej rozpuszczone włosy rudawe refleksy. Gdy podszedł bliżej, spojrzała na niego i skinęła głową.

- Wielki Mistrzu.

- Mistrzyni – powitał ją.

Jak dziwnie brzmiał ten tytuł w jego ustach. W jego myślach była Soneą. Zawsze Soneą. Jego Soneą o dużych, brązowych oczach, w których zawsze tlił się upór.

Teraz patrzył na jej drobną sylwetkę, odzianą w dopasowane do ciała ubranie i stwierdził, że wolał gdy nosiła szaty. Nie rozpraszała go wtedy aż tak bardzo, jak w tym momencie.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedziała, ukradkiem spoglądając w stronę kuchni, z której dobiegały odgłosy zwiastujące nadchodzącą kolację.

Gdy się poruszyła, w jej stroju zobaczył drobne elementy, które przypomniały mu o tym, kim się stała. Guziki jej kamizelki były wykonane ze złota, tak samo jak zapięcia mankietów jej koszuli. Włosy nad uszami spięła złotymi wsuwkami. Miał wrażenie, że nawet jej oczy błyszczały na złoto.

- Zostaniesz na kolacji?

Mógł zapytać dlaczego przyszła i czy Merin wiedział, że tutaj była, lecz odłożył te pytania na później. W jej spojrzeniu było coś alarmującego. Coś co błagało, by nie zadawał pytań i pozwolił jej zostać.

Było to dla niego coś zupełnie nowego. Nie mógł nie dać się temu skusić.

Zasiedli przy stole, na swoich dawnych miejscach i wkrótce Takan przyniósł dla nich posiłek. Sonea zaczęła jeść, lecz widząc sposób, w jaki to robiła, jedzenie stanęło mu w gardle.

Doskonale pamiętał, jak zwykła rzucać się na swoją porcję, mlaskając i pomagając sobie palcami. Teraz Sonea siedziała wyprostowana jak struna. W nienaganny sposób trzymała w dłoniach sztućce i wkładała do ust maleńkie kawałeczki. Gdy skończyła, wytarła usta skrawkiem serwetki i spojrzała na niego.

- Co się dzieje? – zapytał, zanim zdążył się powstrzymać.

A wtedy jej podbródek zadrżał, a w jej oczach zalśniły łzy.

Akkarin zerwał się ze swojego miejsca i w mgnieniu oka znalazł się przy jej krześle. Ona także podniosła się na nogi, jakby w panice i strąciła przy tym pusty kieliszek po winie. Nie wiedział dlaczego to zrobił i dlaczego Sonea się nie odsunęła.

Chwycił jej ramiona i czując jak drżały zapytał raz jeszcze, wkładając w swój głos tyle spokoju, ile tylko był w stanie:

- Co się dzieje?

Sonea

Nie powinna była przychodzić. Teraz gdy już siedziała z nim przy jednym stole czuła, że popełniła błąd. Cały czas jej się przyglądał. Było dokładnie tak, jak gdy jadali posiłki raz w tygodniu.

Tylko ona była inna. Spięta bardziej niż zazwyczaj, a w brzuchu czuła kamień, który powiększał się z każdym kęsem.

Kiedy w końcu odważyła się na niego spojrzeć wiedziała, że on widział.

- Co się stało? – zapytał, a w jego głosie było coś, czego nigdy wcześniej nie słyszała.

Troska.

Poczuła, jak bariery, które wzniosła wokół siebie, zachwiały się i runęły.

Dwa tygodnie wcześniej – Sonea

Była zdziwiona, kiedy otrzymała polecenie od Merina, by następnego dnia wstać wcześniej, niż zwykle. Gdy się przebudziła, w swojej komnacie zastała spakowaną skrzynię podróżną.

Zjadła śniadanie w milczeniu, w towarzystwie trzech innych Magów. Widziała ich jedynie kilka razy w życiu, nie wspominając już rozmowie. Szybko zauważyła, że oni także nie prowadzili między sobą żadnych rozmów. Ją i siebie nawzajem traktowali jak powietrze.

Okazało się, że Merin postanowił zabrać ją ze sobą na kilka dni poza Imardin. Musiał odwiedzić jednego z największych plantatorów winogron w kraju i jak sam stwierdził, taki wyjazd byłby dla niej dobrą lekcją. Jej zadanie miało polegać oczywiście na ochronie oraz na włączeniu się w negocjacje handlowe. Merin chciał wpłynąć na ceny wina w stolicy.

Miała ochotę przewrócić oczami. Jeśli chodziło o wino, król był skłonny osobiście fatygować się i odwiedzić producenta. Jeśli chodziło o żyjące w biedzie slumsy, jego zapał gdzieś się ulatniał.

Droga zajęła im niecały dzień. Podróżowała osobnym powozem i cały czas zachłannie wyglądała przez okno. Nigdy nie opuściła Imardinu, a widok Kyralii w środku lata był wart zapamiętania. Usiany pagórkami krajobraz, pełen uginających się pod własnym ciężarem zbóż i dzika przyroda. Nie sadziła, że żyła w tak pięknym kraju.

Na miejscu okazało się, że winnica była znacznie większa niż sobie ją wyobrażała. Wystrój mógł konkurować nawet z samym pałacem, choć było w nim znacznie więcej kwiatów. Właściciel okazał się rubasznym, starszym panem, który wyraźnie nadużywał alkoholu. Od razu zrozumiała, że siedział u Merina w kieszeni, a cała wyprawa była bardziej na pokaz, niż w celu faktycznego targowania się.

Po kolacji została zaprowadzona do swojej sypialni. Na dworze dawno już zapadł zmrok. Była zmęczona podróżą i marzyła o kąpieli. Udała się do łaźni i odkręciła wodę, która szybko zapełniła przestronną wannę. Zrzuciła z siebie podróżne ubranie i zanurzyła się po samą szyję.

Kilkanaście minut później drzwi do łaźni otworzyły się z hukiem i do środka wszedł Merin z uwieszoną na jego ramieniu dziewczyną. Sonea pierwszy raz widziała tę kobietę, ale jej skąpy strój, który odkrywał więcej ciała niż zakrywał, podpowiedział jej, kim była.

Widząc ją, Merin zatrzymał się i rzucił jej spojrzenie pod zmarszczonych brwi.

- Myślałem, że udałaś się na spoczynek.

Sonea robiła co w jej mocy, by ukryć rumieniec, oraz przygarnąć w swoją stronę więcej piany.

- Właściwie, to już wychodziłam, Wasza Wysokość.

Merin ściągnął dłoń z wąskiej talii swojej towarzyszki i Sonea poczuła gniew. Dlaczego jej widok tak ją denerwował? Była jedynie jego ochroną, a po tym co wydarzyło się podczas uczty, wolała trzymać się od niego na dystans.

Widocznie okłamywała samą siebie, bo gniecenie, które czuła w żołądku, niewątpliwie było zazdrością.

Merin odprawił kobietę niedbałym ruchem nadgarstka. Czarnowłosa piękność natychmiast opuściła łaźnię, nie racząc jej nawet spojrzeniem.

W następnej chwili król zbliżył się do niej kilkoma krokami, na co Sonea z przerażeniem wcisnęła się w kąt wanny. Nie wiedziała, ile jej nagiego ciała było widoczne dla jego oczu w mlecznej wodzie, ale modliła się, by nic nie zobaczył.

- Masz coś przeciwko, żebym się przyłączył? – zapytał.

Co miała mu powiedzieć? Wpatrywała się w jego twarz zaskoczonym spojrzeniem, aż w końcu Merin wzruszył ramionami i ku jej przerażeniu zaczął się rozbierać. Odwróciła wzrok i wbiła go w pianę falującą na tafli. Gdy wszedł do środka, piana poruszyła się, a woda podniosła się nieznacznie.

- Co sądzisz o naszym gospodarzu? – zapytał, sadowiąc się po przeciwległej stronie wanny.

- To pijak. Jeśli chcemy, by obniżył cenę, nie będzie z tym problemów. Jest tak pochłonięty spożywaniem swojego wina, że prawdopodobnie nie interesują go zyski.

- Bystra jesteś. Po czym poznałaś, że pije?

W końcu na niego spojrzała i przełknęła ślinę. W szarych oczach Merina błyszczała ciekawość. Nagie ramiona oparł o brzeg wanny i Sonea mimowolnie pomyślała, że nie były tak umięśnione, jak Akkarina. Nie mogła powstrzymać się przed tym porównaniem. Byli jedynymi mężczyznami, których widziała bez ubrań, odkąd zaczęło ją to w ogóle interesować.

- Po drżeniu rąk. Widywałam je tysiące razy w spelunkach. Ci, którzy przychodzili tam codziennie, zawsze mieli rozedrgane ręce.

Merin mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak „mhm".

- A Akkarin?

Drgnęła na dźwięk jego imienia, lecz nie dała sobie poznać wrażenia, jakie na niej wywarło.

- Akkarin? – powtórzyła.

- Czy pił? Czy nadużywał alkoholu?

Zdumiało ją to pytanie, lecz odpowiedziała na nie bez wahania.

- Nie. Nigdy nie pił więcej niż trzy lampki wina. A jego dłonie nigdy nie drżały.

Jedna brew Merina drgnęła. Sonea pomyślała, że mogła powiedzieć to inaczej. Zabrzmiało to tak, jakby go dobrze znała. Bo tak było.

- Dlaczego go nienawidziłaś?

Nagle jej największym zmartwieniem stało się nie to, że siedziała nago w jednej wannie z innym mężczyzną, lecz dziwne pytania, które zaczął jej zadawać.

- Odebrał mnie innemu Magowi. Komuś, kto był dla mnie jak ojciec i wprowadził do Gildii. Myślę, że miałam mu to za złe, jednak nie użyłabym słowa nienawiść.

Skrajne emocje zawsze budziły zainteresowanie, nie mogła pozwolić, by Merin zaczął ją dalej wypytywać. Jeśli zależy ci na życiu twoich bliskich, będziesz milczeć. Powiedział jej Akkarin jednego dnia. Doskonale pamietała te słowa i nie chciała się przekonać, co by się stało, gdyby powiedziała za dużo.

- Ciekawe. Dlaczego Akkarin miałby przejmować nad tobą opiekę i na dodatek odbierać cię innemu Magowi?

- Nie wiem – skłamała, patrząc mu prosto w oczy.

- Nie wiesz? Co sprawiło, że porzucił swoje wygodne życie i zajął się niańczeniem nastolatki?

Mocno zacisnęła zęby i odwróciła wzrok.

- Może chciał mi pomóc. Grupka Nowicjuszy znęcała się nade mną.

Naprawdę nie wiedziała, jakim innym kłamstwem mogła zamydlić mu oczy. Miała nadzieję, że Merinowi znudzi się ten temat, zanim skończą jej się wszystkie pomysły.

- A ja myślę, że chodziło o coś więcej – powiedział z rozbawieniem. – Uprawiałaś z nim seks?

Zachłysnęła się gorącym powietrzem i niemal wstała z oburzenia.

- Co?! Nie!

Merin zaśmiał się głośno.

- Twoja niewinność jest słodka.

Czuła, że twarz paliła ją żywym ogniem. Nie znała do końca zasad panujących na dworze, ale w Gildii nikt nie rozmawiał o tych sprawach w tak otwarty sposób. Prawdę mówiąc, jej pojęcie na temat seksu ograniczało się do jej wyobraźni i rozmów podsłuchanych od innych Nowicjuszy.

- Mam dla ciebie zadanie, moja słodka Soneo – mruknął. – Skoro naprawdę nie wiesz, co jeszcze sprawiło, że Akkarin został twoim Mentorem, dowiedz się tego.

Rozszerzyła oczy w zdumieniu. Nie spodziewała się, że Merin wpadnie na coś podobnego. Jak miała to rozegrać, kiedy znała prawdziwy powód.

Zanim zdążyła zareagować, Merin wstał, a jej oczy spoczęły na jego nagim ciele. Król nie wydawał się być speszony swoją nagością, wręcz przeciwnie. Nie, żeby miał się czego wstydzić…

Szybko odwróciła oczy, zanim jej umysł zdążył zapamiętać więcej szczegółów, poza delikatnie zaznaczonymi mięśniami jego brzucha i wąskimi biodrami.

Następny dzień minął im na zwiedzaniu plantacji oraz rozmowach z właścicielem. Wieczorem zaprosił ich na degustację najlepszych gatunków jego wina i Sonea po trzecim kieliszku stwierdziła, że miała dość. Następne próbowała jedynie czubkiem języka i udawała, że tak samo jak poprzednie, smakowały wyśmienicie. Merin za to nie stronił od wina i Sonea zaczęła czuć niepokój, pamiętając czym skończyło się to ostatnim razem, podczas jej zaprzysiężenia.

W końcu, gdy zapadła już noc, Merin pozwolił jej oddalić się do swojej sypialni.

Szła jednym z czterech korytarzy ciągnących się w posiadłości zbudowanej na planie kwadratu. Jej buty stukały po kamieniu, który wyściełał posadzkę. Dlatego nie usłyszała kroków za plecami do momentu, aż ktoś chwycił ją za ramię. Odwróciła się na pięcie i cudem nie wniosła wokół siebie tarczy.

Przed sobą zobaczyła twarz kobiety, z którą dzień wcześniej Merin wszedł do łaźni. Jednak tym razem jej usta nie były rozciągnięte w uśmiechu.

- Witaj – powiedziała, gdy nieznajoma przypatrywała jej się w milczeniu.

- W czym niby jesteś lepsza ode mnie? – warknęła w odpowiedzi.

Przez pierwsze kilka sekund Sonea nie miała pojęcia, o czym dziewczyna mówiła. Jednak jej bystry umysł natychmiast skojarzył fakty. Merin, oczywiście, że chodziło jej o niego.

- Nie wiem, o co ci chodzi. – Postanowiła grać na zwłokę.

- Jestem córką właściciela. Mam na imię Azyra.

Zdziwiła się, słysząc te słowa. Myślała, że dziewczyna była zwykłą nałożnicą, którą Merin zabawiał się w wolnym czasie.

- Nie wiedziałam. Nie zostałyśmy sobie przedstawione.

Azyra prychnęła gniewnie.

- Nie taką córką. Bękartem.

- Och – wymsknęło jej się.

- Od kilku lat, król przyjeżdżał tutaj latem. Spędzaliśmy razem kilka tygodni. A w tym roku przywiózł ze sobą ciebie – warknęła i Sonea odruchowo zrobiła pół kroku w tył.

- Jestem jednym z jego doradców. Zostałam mianowana kilka tygodni temu. Przyjechałam tutaj jako jego ochrona, nie musisz czuć się zagrożona.

Dziwne, ale sama nie wierzyła w swoje słowa.

- Doradcą? – prychnęła ze śmiechem.

Sonea zacisnęła zęby. Jeśli ta dziewczyna miała zamiar ją obrazić, nie da jej tej satysfakcji.

- Myślisz, że jesteś lepsza ode mnie? – zapytała czarnowłosa ze złością i zmierzyła ją wzrokiem.

- Nie zamierzam rywalizować z tobą na tej płaszczyźnie – odparła beznamiętnie.

- Myślisz, że dlaczego cię wybrał? Czym różnisz się od kolejnego dodatku do jego łoża?

Gniew zaatakował ją ze zdwojoną siłą. Zacisnęła pieści a wokół jej ciała powstała tarcza, o której istnieniu dziewczyna nie mogła nawet wiedzieć. Ale gdyby tak zrobiła krok w jej stronę…

- Nie rób takiej miny – warknęła. – Merin potrzebuje kobiet tylko w jednym celu. I na pewno nie po, by słuchać ich rad.

- Skoro jesteśmy w temacie, to masz może jeszcze jakieś inne cenne rady? – odwarknęła.

- Tak. Nie wchodź mi w drogę, bo pożałujesz.

Sonea zaśmiała się w myślach. Ta żałosna istotka nie miałaby z nią żadnych szans. Czy to możliwe, żeby nie wiedziała, że ona była Magiem? I mogła zamienić ją w kupkę popiołu jednym kiwnięciem palca?

- Nie interesujesz mnie ani ty, ani bliższa relacja z Merinem. Jestem tutaj w pracy. Zdaje mi się, że ty także – dodała po chwili wahania.

Azyra zacisnęła pieści, a Sonea poczuła w ustach słodki smak zwycięstwa. Odwróciła się do niej plecami i oddaliła się, nie opuszczając tarczy.

Zamknęła drzwi do swojej sypialni i odetchnęła z ulgą. Użeranie się z zazdrosnymi kobietami Merina nie było jej ulubionym sposobem na zakończenie dnia. Wciąż myśląc o tamtej rozmowie, obmyła się w stojącej na stoliku misce z wodą i założyła koszulę nocną. Już chciała się położyć do łóżka, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

Otworzyła je, spodziewając się zastać tam pretensjonalną córkę właściciela plantacji, jednak ujrzała przed sobą Merina.

- Wasza… Merinie – poprawiła się szybko.

- Jeszcze nie śpisz? – zapytał, a Sonea powstrzymała się przed zrobieniem kwaśnej miny. Mógł przecież obudzić ją pukaniem. – Mogę wejść?

- Oczywiście.

Stanęła na środku pokoju i zaczekała, aż zamknął za sobą drzwi. Przyjrzał jej się z błyskiem oku, lecz ona nawet nie drgnęła. Wiedziała, że miała na sobie cienka koszulkę, sięgającą połowy jej łydek i odrywającą jej ramiona. Jednak była jego doradcą i odmówiła zachowywania się, jak naiwna dziewczyna.

Najwidoczniej, Merin miał na ten temat inne zdanie. Podszedł do niej bliżej, zachłanniej wpatrując się w jej sylwetkę.

- Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Chciałem ci powiedzieć, że wrócimy do Imardinu za cztery, a nie jak planowałem, dwa dni.

- Rozumiem – potwierdziła ozięble.

Merin w lot zauważył jej nastrój.

- Co się stało, Soneo? Na pewno nie wyrwałem cię ze snu?

- Nie zdążyłam się jeszcze położyć. W drodze powrotnej zatrzymała mnie Azyra.

- Och – mruknął z zaciekawieniem.

Sonea odwróciła wzrok od jego przystojnej twarzy, skąpanej w blasku jej świetlistej kuli i spojrzała na wiszący na ścianie obraz. Prezentował scenę zbierania winogron. Wszystko w tym miejscu kręciło się wokół wina.

- Nie przejmuj się nią. Jest odrobinę zaborcza.

- Zaborcza, to mało powiedziane.

- Czy to tak cię trapi?

W jego głosie była wyraźna troska i Sonea nie wiedząc czemu, zaczęła mówić:

- Powiedziała, że wcale nie potrzebujesz mnie jako swojego doradcy. Że zależy ci jedynie na…

Urwała czując, że się rumieni.

- Na czym? – zapytał podchodząc jeszcze bliżej.

Jasne włosy opadły mu na czoło. Nie miał na sobie ani korony, ani królewskich szat i wyglądał tak normalnie…

- Nie ważne. I tak nie miała racji.

Odwróciła się od niego ale złapał ją w porę za rękę. Spojrzała na jego dłoń wokół jej własnej i poczuła, jak jej serce przyspieszyło tempa.

- Masz rację. Cokolwiek powiedziała ci Azyra, było kłamstwem.

- To dlaczego ja? Dlaczego wybrałeś akurat mnie?

Merin zmarszczył przelotnie brwi.

- No dobrze. Powiem ci coś, ale zanim zareagujesz, pozwól mi dokończyć.

Skinęła, a on, wciąż trzymając jej dłoń zaczął mówić.

- Zazdrościłem Akkarinowi. Kiedy wybrał sobie ciebie na Nowicjuszkę i przyprowadził cię do pałacu, poczułem zazdrość. Wydawałaś się tak posłuszna i dobrze wychowana. A on jakby był z ciebie dumny.

Gniew sprawił, że miała ochotę wyszarpnąć rękę z jego uścisku.

- Później zacząłem o tobie myśleć i zastanawiać się, co było w tobie takiego wyjątkowego. Patrząc na ciebie widziałem coś, czego nie mogłem mieć, bo należałaś do niego.

Tym razem nie zdołała się pohamować i wyrwała dłoń. Czuła mdłości słysząc sposób, w jaki o niej mówił.

- A kiedy lepiej cię poznałem, zacząłem być zafascynowany tobą. Twoją mocą, skromnością, ale także tym, jak działał twój umysł. Soneo – mówiąc to, zbliżył się do niej i chwycił ją za ramiona.

- Zrozumiałem, że zawsze brakowało mi kogoś takiego jak ty. Jesteś nieprzeciętnie inteligentna i dojrzała jak na swój wiek. Wiedziałem, że będziesz powiewem świeżości w radzie i pragnąłem cię zatrzymać. Przyznaję, że wciąż chciałem odebrać cię Akkarinowi-

- Nigdy nie byłam i nie jestem czyjąś własnością – syknęła.

- Oczywiście, że nie – pospieszył z tłumaczeniem. – Wiesz, że w każdej chwili możesz zrzec się tytułu i mnie opuścić. Jednak, proszę cię, nie rób tego.

W jego oczach pojawiła się szalona iskra i Sonea nie pierwszy raz poczuła przed nim lęk. Było coś przerażającego w zapale z jakim o niej mówił.

- Nie zrobisz tego, prawda?

- Nie, Merinie – powiedziała głucho.

Nagle jego twarz znalazła się tak blisko jej, że jedynym co widziała, były jego szare oczy, idealnie prosty nos i usta, które wydawały się nadzwyczaj miękkie…

- Ale nie podoba mi się sposób, w jaki o mnie mówisz. Nie jestem twoją zdobyczą, ani własnością. Obiecałeś mi lecznicę w slumsach i dlatego zgodziłam się zostać twoim Magiem.

- Zgodziłaś się, bo tego chciałaś – powiedział szybko i chwycił jej podbródek.

Odebrało jej tchu, gdy jego własny oddech omiótł jej twarz. Pulsowanie w podbrzuszu wróciło i Sonea przeklęła swoją słabość do wysokich, tajemniczych mężczyzn.

- Chciałaś tego, prawda? Chciałaś wyrwać się od Akkarina. Wybrałaś mnie, zamiast niego – powiedział niemal szeptem.

- Ja…

Spojrzał na jej usta, a ona by zatrzymać szalone myśli zacisnęła powieki. Czuła jego zapach, jakby był jej własnym, a na jej wargach tańczył jego oddech. Miała nawet wrażenie, że słyszała bicie jego serca.

- Nie wiem, co mam ci powiedzieć – wyszeptała i była to prawda.

Otworzyła oczy i poczuła dreszcz na widok złości w jego źrenicach. Zrozumiała, że źle dobrała słowa.

- Jesteś. Teraz. Moja.

Pochylił się w jej stronę, a ich usta przez moment dzieliły milimetry. Gdyby tylko drgnęła, pocałowałaby go.

Przypomniała sobie jednak to, co powiedziała jej Azyra i odepchnęła go od siebie, powoli lecz zdecydowanie. Natychmiast tego pożałowała. Merin był królem i za podobne zachowanie, mógł rozkazać ją zabić. On jednak patrzył na nią w zdumieniu.

- Jestem twoim doradcą i radzę Waszej Wysokości udać się na spoczynek.

Była pewna, że przez moment na jego ustach zatańczył uśmiech.

- Masz rację Soneo – powiedział, jak gdyby nic się nie stało. Jak gdyby przed chwilą prawie jej nie pocałował. – Śpij dobrze.

Następne dni minęły jej w mgnieniu oka. Merin ledwie potrzebował jej towarzystwa, zajmując się rozmowami z ich gospodarzem oraz sącząc wino. Sonei kręciło się już w głowie od tego zapachu. Wolny czas spędzała na świeżym powietrzu, spacerując między obrośniętymi winogronami tyczkami. Czasem siadała w cieniu i medytowała.

Droga powrotna minęła jej na czytaniu książki, którą odszukała w biblioteczce jeszcze przed wyjazdem. Była to luźna powieść o powstaniu kast społecznych w Kyralii. Teraz, gdy stała się ich częścią, ten temat wydawał jej się dość interesujący.

Na miejscu okazało się, że podczas ich nieobecności napiętrzyło się trochę spraw. Merin miał przed sobą kilka ważnych spotkań, które jak jej oznajmił, nie wymagały jej obecności. W ciągu następnych kilku dni widziała go zaledwie dwa razy.

Czuła się przy nim jeszcze bardziej spięta, niż wcześniej. Słowa, które powiedział jej tamtego wieczoru wciąż dzwoniły jej w głowie. Analizowała je setki razy i choć wciąż czuła złość na sposób w jaki o niej mówił; jakby była jego własnością, to zrozumiała jedną rzecz. Gdzieś po drodze, Merina ogarnęła dziwna obsesja związana z jej osobą. Było w tym coś niepokojącego i Sonea zaczęła się zastanawiać, czy mogła zrobić cokolwiek, by powstrzymać jego zachowanie. Z jednej strony gdy myślała o ich rozmowie na plantacji, powracał do niej dyskomfort, a z drugiej, czuła łaskotanie w żołądku. Oznaczało to, że była dla niego ważna. Wreszcie znaczyła coś dla kogoś.

Kolejne dni minęły jej na zagłębianiu się w historię królewskich dynastii i próbie zapamiętania Domów, które od zawsze im sprzyjały. Jednego popołudnia Merin wezwał ją do siebie. W drzwiach minęła się z innym królewskim Magiem, który powitał ją ledwie skinieniem głowy.

- Jesteś wreszcie – powiedział z niecierpliwieniem.

Przybyła tak szybko, jak tylko mogła, nie rozumiała tonu w jego głosie. Gdy podeszła bliżej do miejsca przy oknie, gdzie stał, zauważyła, że był wyraźnie zdenerwowany.

- Wzywałeś mnie – powiedziała spokojnie, ignorując jego wcześniejsze słowa.

- Zajęłaś się już tym, o co prosiłem cię wcześniej?

Otworzyła usta, próbując przypomnieć sobie to, o czym zapomniała, ale wszedł jej w słowo.

- Po twojej minie widzę, że nie.

Akkarin. Teraz już pamietała.

- Miałam zamiar wkrótce go odwiedzić.

- Jeśli każe ci coś zrobić, oczekuję byś zrobiła to natychmiast – warknął.

Jego szare spojrzenie wierciło w niej dziury.

- Ja… ja – zająknęła się i opuściła głowę. – Wybacz Merinie. Zajmę się tym jeszcze dziś.

Ogarnęła ich cisza. Czuła, że jej się przyglądał, lecz bała się podnieść wzrok. Nagle Merin chwycił ją za szyję i sprawił, że na niego spojrzała. Z jego oczu zniknął gniew. Wyglądał bardziej na zmęczonego i udręczonego. Jego uścisk rozluźnił się, a dłonią zaczął gładzić jej szczękę. Jego palce musnęły jej podbródek, a następnie dolną wargę. Wpatrywała się w niego pytająco i zastanawiała się, czy tym razem ją pocałuje. Czy zdoła się mu oprzeć?

- Jest już późno. Zajmij się tym jutro – powiedział łagodnie, nie spuszczając z niej wzroku.

Ciężko było jej nadążyć za zmianami jego nastroju. Kogoś jej w tym przypominał…

Chciała cofnąć się o krok jednak nagle jego druga dłoń spoczęła na jej talii, unieruchamiając ją.

- Śniłem dziś o tobie – szepnął. – Byliśmy w jakimś nieznanym mi miejscu, a ty… - zwilżył usta językiem – byłaś w sukni. Miałaś rozpuszczone włosy.

To mówiąc, wplótł palce w jej związane na karku włosy. Poczuła dreszcz, rozprzestrzeniający się po całym ciele i prawie mruknęła.

- Sny o tobie są jak tortury. Zaczynam wątpić w to, czy dobrze zrobiłem mianując się doradcą, zamiast-

Wyszarpnęła mu się i natychmiast cofnęła o kilka kroków. Gdyby jej spojrzenie mogło zabijać, Merin padłby trupem na miejscu. Wiedziała, do czego zmierzał i nie miała zamiaru dać mu dokończyć. Była jego Magiem, nie dziwką.

Zrozumiała, że popełniała błąd, pozwalając mu się do siebie zbliżać. Będzie musiała zacząć walczyć z tym uczuciem. Nie przybyła tu, by zostać jego kochanką, lecz by móc pomagać ludziom.

- Zajmę się Akkarinem jeszcze jutro rano. Gdy wrócę, chciałabym porozmawiać z Waszą Wysokością na temat lecznicy w slumsach.

W spojrzeniu Merina pojawiły się gniewne iskry, lecz szybko je ukrył.

- Dobrze Soneo.

Odprawił ją gestem dłoni. Wyszła, szybko zamykając za sobą drzwi i oparła się o nie z walącym sercem. Zaczynała stąpać po kruchym lodzie. Wiedziała, że królowi się nie odmawiało.

Rano wysłała posłańca do Rezydencji Wielkiego Mistrza, by zapowiedzieć swoje przybycie. Będzie musiała powiedzieć Akkarinowi, że jego sekret stał pod znakiem zapytania. Dostała jednak odpowiedź od Takana, że Akkarina nie było w domu i nie wiedział, kiedy powróci. Postanowiła spróbować wieczorem, a tymczasem zająć się lecznicą. Usiadła przed pustymi kartkami papieru i zaczęła spisywać swój pomysł. Praca pochłonęła ją do tego stopnia, że nawet nie zauważyła, kiedy się ściemniło. Otrząsnęła się dopiero, gdy usłyszała naglące pukanie do drzwi.

Wstała z krzesła i jęknęła, czując zastane mięśnie. Zaleczyła je magią i podeszła do drzwi. Otworzyła je i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła Merina. Nigdy nie odwiedzał jej w jej komnatach. Nie widziała też, by kiedykolwiek zapuszczał się w to skrzydło pałacu.

- Merin?

Zamiast odpowiedzi, pchnął drzwi do środka tak, że zatoczyła się o kilka kroków. Zatrzasnął je za sobą i zmrużył oczy. Wydawało jej się, że widziała w nich gniew.

- Nie udało mi się z nim zobaczyć od rana, nie było go – wyrzuciła z siebie usprawiedliwienie, lecz on zdawał się jej nie słuchać.

- Myślałem o tobie od naszego pierwszego spotkania – powiedział rozgorączkowanym tonem. – Nie chciałem na ciebie naciskać, dać ci czas. Ale wczoraj…

Obniżył głos jeszcze bardziej, a Sonea wzdrygnęła się. Merin wyglądał, jakby nie spał pół nocy. Na jego idealnie bladej skórze, pod oczami, pojawiły się sińce. Jasne włosy miał w nieładzie, a ich kosmyki opadały mu na czoło. Spod zmarszczonych brwi jego szare spojrzenie zdawało się ją pożerać i Sonea poczuła ścisk w gardle.

- Wczoraj zrozumiałem, że to ja jestem królem. To ja mam władzę. I jeśli moim pragnieniem jest posiadanie ciebie, to mogę wziąć to, czego chcę.

Ruszył się w jej stronę, na co ona w panice odsunęła się, aż wpadła plecami na szafę. Merin dopadł ją i jedną dłoń zamknął na jej szyi, tak samo jak wczoraj. Drugą, oparł na wysokości jej twarzy. Jego oddech pachniał winem i Sonea zaklęła w myślach. Czy jeśli przy użyciu magii pozbawi go przytomności, Merin będzie to jutro pamiętał?

- Przestań – syknęła.

- Pogrywasz sobie ze mną – jęknął. – A ze mną się nie pogrywa.

Pocałował ją tak samo nagle, jak wpadł do jej sypialni. Jego usta były gorące, a język jeszcze bardziej. Smakował jak wino, lecz pachniał dokładnie tak samo, jak gdy go poznała. Chciała go odtrącić, jednak gdy westchnął z ulgą, wciąż całując jej usta, poczuła znajome pulsowanie w podbrzuszu.

To było przyjemne. Bardzo. Pragnęła tego dłużej, niż zdawała sobie z tego sprawę. Nie chciała go dalej prowokować, jednak jej biodra wbrew jej woli naparły na jego własne.

W tym momencie Merin warknął i chwycił ją za udo. Podniósł jej nogę i jeszcze mocniej przycisnął się do miejsca między jej nogami, na co wydała z siebie cichy jęk. Czuła, że pod spodniami był twardy i gotowy. Niepewnie odpowiedziała na jego pocałunki, a on puścił jej szyję i zaczął podciągać jej szatę. Gdy jego gorący dotyk musnął jej udo od wewnątrz, Sonea oprzytomniała. Odwróciła głowę, lecz on potraktował to jako zaproszenie i zaczął całować jej szyję. Zaczął ssać i przygryzać jej skórę. Sonea poczuła, jak ciepło w jej wnętrzu zaczęło zamieniać się w wilgotną plamę na jej bieliźnie.

To było złe.

Nie mogła mu na to pozwolić.

Zacisnęła powieki i zebrała w sobie całą silną wolę. Odepchnęła go od siebie, a on zatoczył się w tył. Rzucił jej dzikie i nieprzytomne spojrzenie.

- Przestań. Nie możemy, jestem twoim Magiem – powiedziała tak spokojnie, na ile pozwalały jej drżące usta.

- Jeśli ja mówię, że możemy, to możemy.

Kilkoma krokami podszedł do niej, chwycił za ramiona i popchnął na łóżko. Upadła na materac z jękiem. Zanim zdążyła się podnieść, Merin był już nad nią. Przyszpilił ją pod sobą i zaczął całować, jednocześnie rozpinając guziki jej szaty. Wydała z siebie jęk protestu i spróbowała go odepchnąć, lecz wtedy on jednym pociągnięciem rozerwał resztę jej szaty, odsłaniając cienka przepaskę wokół jej piersi.

- Przestań, nie- chwyciła jego dłonie, na co on chwycił jej nadgarstki i przy użyciu jednej ręki, unieruchomił je na jej głową.

Zaczęła wić się w prosteście, gdy wsunął dłoń pod materiał na jej piersiach i zaczął je dotykać. Ogarnęło ją przerażenie. Zrozumiała, że nie chciała by jej pierwszy raz wyglądał w ten sposób.

Nie tak.

Nie tutaj.

Nie…

Nie z nim.

Merin pociągnął za materiał, a jej piersi ukazały się jego oczom. Oblał ją rumieniec wstydu. Pochylił się nad nią i syknęła, gdy wziął jeden z jej sutków do ust.

- Proszę, nie… - błagała, lecz nie słuchał jej.

Nie miała wyboru. Nie mogła mu na to pozwolić.

Skumulowała w sobie niewielką cząstkę mocy i korzystając z kontaktu z jego skórą, wniknęła do jego organizmu. Sekundę później jego ciało osunęło się na nią bezwładnie.

Sonea przez dłuższą chwilę trwała w bezruchu, patrząc w sufit, dysząc i czekając, aż jej serce uspokoi się odrobinę. Następnie zakryła twarz dłońmi i wybuchła płaczem, który wstrząsnął jej ciałem.

Wszystko co wydarzyło się później było jak zły sen. Zrzuciła z siebie podartą szatę i ubrała się w strój, który jako pierwszy rzucił jej się w oko. Następnie przy pomocy magii odniosła nieprzytomnego Merina do jego komnat, cudem unikając kontaktu z jego strażą. Położyła go na łóżku, a na szafce przy jego głowie postawiła otwartą butelkę wina, którą znalazła w pokoju. Wyszła od niego drżąc na całym ciele i zanosząc się tłumionym szlochem. Nie wiedziała, co miała zrobić. Nie miała w pałacu nikogo, kto mógłby jej pomóc. Nikogo, kto by ją wysłuchał.

Nie wiedziała, co kierowało jej stopami, gdy szła w stronę rezydencji. Wieczorne powietrze osuszyło jej łzy i wygładziło jej twarz. Miała nadzieję, że gdy stała w przedpokoju, nie wyglądała jak niedoszła ofiara gwałtu. Poczuła woń kolacji, którą przygotowywał Takan i coś ścisnęło ją w dołku. To był zapach, który kojarzył jej się z… domem.

Wyłącznie pojawieniem się Akkarina powstrzymało ją od płaczu. Gdy zasiadła do posiłku, mogła jedynie machinalnie wkładać do ust kawałki jedzenia. Wciąż czuła na sobie jego dotyk, jego zapach. Miała wrażenie, że jej szyja wciąż była mokra od jego pocałunków.

Odłożyła sztućce i podniosła wzrok. Akkarin patrzył na nią w przerażeniu.

- Co się dzieje? – zapytał, a ona poczuła, jak coś w niej pęka.

Kilka długich kroków sprawiło, że nagle stanął tuż przed nią i chwycił jej ramiona. Jak to się stało, że nagle poczuła się bezpieczna? Mężczyzna, którego nienawidziła przez te wszystkie lata, okazał się pierwszą osobą, o której pomyślała, gdy to wszystko się wydarzyło. Nie rozumiała, dlaczego właśnie on. Ale nie potrafiła dłużej ufać własnemu zdrowemu rozsądkowi. Była pewna, że zgubiła go gdzieś po drodze, wraz ze swoim sercem. Na moment zaufała Merinowi i gorzko tego pożałowała.

- Co się dzieje? – zapytał ponownie, zaglądając jej w twarz.

- Zrobiłam coś głupiego – wydusiła z trudem.