W skrócie: Castiel jest uparty, Anna jest uparta, a Baltazar jest sobą.
- To niebezpieczne, bracie. - stwierdziła Anna, z trudem powstrzymując się od wybuchu. Nie podobał jej się ten pomysł i wcale się z tym nie kryła.
- Bzdura. - powiedział Castiel niecierpliwie, który nie potrafił zrozumieć, co Annie przeszkadza w jego propozycji. - Nie ma absolutnie NIC niebezpiecznego w podróży do Babilonu. To tylko parę lat, ktoś musi pilnować Izraela na wygnaniu.
- Ktoś nie znaczy ty! - Anna zaczynała tracić panowanie nad sobą. - To misja dla ochotników! Dla szeregowców, nie porucznika i dowódcy oddziału! - uderzyła w jego czuły punkt - Dobrze wiem, że nic ci nie grozi w Babilonie, ale nie możesz zostawiać swoich żołnierzy na pastwę losu dla jakiejś zachcianki! Gotowi się pobuntować!
- Moi ludzie się nie zbuntują. - oznajmił Castiel chłodno - Znam ich i zapewniam cię, że będą zachowywać się wzorowo.
- Może to miło, że w nich wierzysz, ale ta twoja wiara całkiem cię zaślepia. To były najbardziej niepokorne i zuchwałe jednostki w całym garnizonie. - Anna nie pozostała mu dłużna, odpowiadając z lodowatą urazą.
- Właśnie, były. - anioł nie zamierzał ustąpić - Zdaję sobie sprawę, że moi ludzie mają coś na sumieniu, ale już dawno to odpokutowali i teraz chcą jedynie jak najlepiej przysłużyć się sprawie. Wystarczy skierować ich energię w dobrym kierunku. Nic nie cieszy ich bardziej niż niszczenie demonów. Dobrze wiesz, że bez trudu można mnie zastąpić kimkolwiek, będą go słuchać tak samo. To ciebie zaślepia złość, siostro.
- Żyjesz we własnym, idealnym świecie, Castielu. - oskarżyła go Anna, którą to bardzo ubodło. Castiel nie odpowiedział.
Cała kłótnia miała miejsce w kamiennym forcie na zboczu góry. Budynek był kiedyś własnością oddziałów ludzkich strzegących granicy, ale te już dawno się zmieniły i obecnie fort był opuszczony. Został przez anioły przeznaczony na siedzibę dowództwa garnizonu. Ściany były solidne i zatrzymywały wiatr, tak że mogli rozmawiać, nie krzycząc na siebie (choć Anna i Castiel byli tego bliscy), tyle aniołom wystarczało.
W pokoju zawisło ciężkie milczenie. Castiel z zaciętą miną wpatrzył się w krajobraz za oknem, starając się uspokoić i znaleźć rozsądne argumenty, które przemówiłyby do przełożonej i przyjaciółki, Anna patrzyła na niego, zastanawiając się, jak go przekonać do pozostania. Faktycznie nie było jej to na rękę - oddziały Castiela wprawdzie nie pomyślałyby o jawnym buncie wobec Ojca, to trzeba było przyznać, ale tylko Castiel potrafił utrzymać ich w karności. Pod rządami ich ukochanego dowódcy sprawowali się idealnie, ale było naiwnością sądzić, że kogoś innego także będą tak słuchać. To było do niego podobne. Gdyby trwały działania wojenne, nasyciliby się krwią demonów, ale w czasie pokoju niemożliwe było utrzymać ich w gotowości bojowej. Co ten Castiel sobie myśli? Zostawiać wszystko, by pędzić absolutnie po nic do Babilonu? Każdego, ale jego nie posądziłaby o taką nieodpowiedzialność.
Długo trwającą ciszę przerwało pukanie do drzwi i, zanim któreś z nich zdążyło zareagować, wejście nieznanego Castielowi anioła, który najwyraźniej uznał pukanie za zwykłą formalność.
Jego ludzkie naczynie robiło wrażenie. Nie był rosły ani potężny, nic z tych rzeczy, ale jego jasne włosy i zielone oczy połączone z bladą cerą niesamowicie wyróżniały się nie tylko w porównaniu z egipską urodą Anny i prostą smagłą twarzą pasterza z Judei Castiela, ale także spośród wszystkich aniołów w garnizonie, którzy ostatnio brali naczynia z Persji i Asyrii. Po to ciało trzeba było pójść na daleką, mroźną północ. Anioł zadał sobie sporo trudu, by wyglądać egzotycznie.
Nieznajomy rozejrzał się. Twarze aniołów mówiły, że to raczej nieodpowiedni moment.
- Czyżby kłopoty w raju? - spytał z błyskiem w oku, a jego szeroki i dość złośliwy uśmiech bardzo nie spodobał się Annie.
- Nie dostajemy wiadomości o sytuacji w centrum, wybacz. - odpowiedział mu Castiel, robiąc przepraszającą minę. Nieznajomy zamrugał i popatrzył na niego, jakby spadł z księżyca.
- Czego chcesz, Baltazarze? - spytała Anna zmęczonym tonem. Zapowiadała się ciężka rozmowa, jak zawsze z nim, a ona miała dość po kłótni ze swoim porucznikiem.
- Rezygnuję ze stanowiska, siostrzyczko. - rzucił prosto z mostu Baltazar, patrząc na Castiela zmrużonymi oczami, niezdecydowany, czy to była, czy nie była drwina z jego osoby.
Annę poraziło.
- Baltazarze! - zawołała, okrążając stół i zbliżając się do niego. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mianowałam cię miesiąc temu? Miesiąc! - podkreśliła gniewnie - A ile lat mnie o to bezczelnie nagabywałeś? Pięćdziesiąt? A w końcu, gdy daję ci stanowisko z naprawdę minimalną odpowiedzialnością, ty rezygnujesz po miesiącu?
Ukryła twarz w dłoni i opadła bezsilnie na krzesło, błyskawicznie podstawione przez Castiela. Baltazar spojrzał na to z niejaką pogardą.
- Mam was dość. - rzuciła Anna w kierunku aniołów. - Obu. Naprawdę.
Castiel spojrzał na nią jednocześnie z troską i poczuciem winy.
- Z chęcią wywołam w tobie inne silne emocje, siostro. - Baltazar ukłonił się nisko, mrugając porozumiewawczo do anielicy.
- Zamknij się na chwilę, idioto. - zgasiła go Anna. Odetchnęła kilka razy głęboko i po paru sekundach zdjęła rękę z twarzy.
- Możesz mi chociaż wyjaśnić, czemu chcesz zrezygnować, kapralu? - spytała uprzejmym tonem, tak spokojnym, że mógł oznaczać tylko wypowiedzenie otwartej wojny.
- Kapral to nie jest stanowisko z minimalną odpowiedzialnością. - zwrócił Annie uwagę Castiel. Został całkowicie zignorowany.
- To nie dla mnie. - powiedział Baltazar, wzruszając ramionami.
- A nie mogłeś stwierdzić, że to nie dla ciebie, pięćdziesiąt lat temu? - głos Anny ociekał słodyczą.
- A co chcesz robić zamiast tego? - spytał Castiel ciekawie, nie słysząc i nie czując lodowatego milczenia na krześle obok. Baltazar zmarszczył brwi.
- Co cię to obchodzi? - odparł niegrzecznie, patrząc na niego niechętnie. - I czemu na ciebie się nie wścieka? - dodał, wskazując na przełożoną.
- Nie wiem. Zawsze tak robi. - tym razem to Castiel wzruszył ramionami, a Anna poczuła się jak mebel. - A ja jestem ciekawy, co inni chcą robić zamiast walczyć z demonami. - stwierdził prosto.
- Drwisz ze mnie? - spytał z groźbą w głosie Baltazar.
- Czemu jesteś zły? - zdziwił się Castiel, w ogóle nie reagując na zaczepkę. Rozłożył szeroko ręce na znak dobrej woli. - Ja tylko pytam. Nie musisz odpowiadać. - dodał pojednawczo.
- W takim razie jesteś szaleńcem. - oznajmił Baltazar, dość wrogim tonem. Zdecydował już, że nie podoba mu się to popychadło.
- Dlaczego? - Castiel był zaskoczony, ale trudno było nie widzieć napastliwej postawy obcego anioła, poczynał więc dość ostrożnie, by nie doprowadzić do bójki. Podejrzewał, choć wydawało mu się to bardzo dziwne i nieodpowiedzialne, że tamten dobrze wypił przed przyjściem tutaj.
- Każdy, kto chce walczyć z demonami z własnej woli, musi być idiotą lub szaleńcem. - wybuchnął Baltazar i machnął ręką, wyraźnie włączając zszokowanych Annę i Castiela w to grono. - Idiotą albo szaleńcem! - zawołał i zachwiał się lekko. - Niby dlaczego ktoś miałby rzucać się w to gniazdo zgniłych małp, spędzając resztę życia na beznadziejnej walce, kiedy może dobrze się bawić, patrząc na ich głupotę? W jakim celu? - wyrzucił z siebie wściekłym tonem. - Idioci! Wszyscy jesteście idioci! - zakończył przemowę dobitnie.
Anna dobrze wiedziała, co nastąpi. Nie chciała nawet patrzeć na Castiela.
Jakiś czas później Castiel i Baltazar znaleźli sobie kąt na zaśnieżonym placu, osłoniętym przed wiatrem wysokimi murami, tak że czuli się jak w studni. Baltazar siedział, uderzając raz po raz rytmicznie głową o ścianę i patrząc się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Siedzący obok Castiel co chwila podawał mu wodę w kubku z przyniesionego przezeń wiadra, bo załamanego anioła dręczył prawdziwy kac morderca.
- Jak? - powtarzał Baltazar jak mantrę. - Jak? Jak, ja się pytam? JAK?
- Przepraszam, mam dar przekonywania. A ty byłeś pijany. - powiedział Castiel usprawiedliwiającym tonem z poważnym wyrazem twarzy. Jego brat spojrzał na niego jednocześnie niedowierzającym i zmęczonym wzrokiem.
- Ty tak zawsze? - spytał zrezygnowany.
- Ja zawsze jak? - nie zrozumiał Castiel.
- Dobra, nieważne. Zamknij się na chwilę. - Baltazar potarł skronie, próbując myśleć. - Ustalmy przebieg wypadków. Upijam się w trupa, idę do kapitana z rezygnacją, wracam z dobrowolnym zgłoszeniem na misję w Babilonie z tobą jako przełożonym, dostaję kaca. Odnoszę wrażenie, że dwa środkowe punkty są zbędne. - powiedział do siebie zamyślony.
- Spodoba ci się w Babilonie. - stwierdził Castiel pojednawczo. - Z tego, co mówiłeś, chcesz zrobić coś dla świata. Wierz mi, Babilon to wspaniałe miejsce do rozwoju. Nigdzie nie ma tylu grzeszników do nawrócenia.
- Stanowczo za dużo wypiłem…- westchnął Baltazar, błądząc myślami całkiem gdzie indziej i wychylając enty kubek wody. Oddał pusty bratu. Spojrzał na Castiela. - Co mówiłeś?
- W Babilonie jest pełno grzeszników. - powtórzył anioł, nabierając następną porcję wody.
Kac bardzo przytępiał mu zmysły, jednak Baltazar nie był idiotą i w końcu tępe spojrzenie zastąpił błysk zainteresowania.
- Grzesznic także? - spytał ostrożnie.
- Mnóstwo. - potwierdził Castiel w błogiej nieświadomości intencji brata.
- Domy rozpusty?
- Są.
- Kasyna?
- Nie potępiam gry w karty jako takiej, ale tam jest ich naprawdę za dużo.
- Łaźnie?
- Nie widzę, co mają łaźnie do demonów i miejsc grzechu. - Castiel zmarszczył brwi, ale po chwili się rozpogodził; nic nie mogło mu popsuć humoru w tej chwili radości. - Za to wszystko inne to wspaniała okazja do wykazania się. - stwierdził z zapałem - Nie mogę się doczekać egzorcyzmów. A ty jak uważasz?
- Kocham cię. - oznajmił mu Baltazar i przygarnął zaskoczonego brata do piersi.
- Cieszy mnie twój entuzjazm. - powiedział Castiel zduszonym głosem w szatę anioła, który nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. - Ale czuję się niekomfortowo. - dodał, jakby przepraszając za to odczucie. - Byłbym wdzięczny, gdybyś mnie puścił. - spróbował znowu, bo Baltazar nie zareagował.
Zrezygnowawszy z prób oswobodzenia Castiel zamrugał, usłyszawszy na dziedzińcu dobrze znane kroki.
- Czy to nie Anna tam idzie? - spytał głośno. Brat puścił go natychmiast i rozejrzał się po placu.
Rzeczywiście, to Anna szła przez dwór do innej części budynku. Minęła ich, nie zaszczycając spojrzeniem, z wysoko uniesioną głową.
- Czekają nas ciche dni, bracie. - stwierdził Baltazar, patrząc w kierunku, w którym zniknęła. Castielowi zrobiło się trochę niewyraźnie. Wiedział, że Anna nie jest zadowolona z ich wyjazdu, ale mogła go chociaż zauważyć… Co, jeśli nawet jej nie pożegna przed tą mimo wszystko kilkuletnią misją?
- Przecież dała nam swoją zgodę. Dlaczego teraz nas ignoruje? - spytał przygnębiony, garbiąc się i patrząc w ziemię. - Wiem, że nie podobał jej się mój pomysł, ale nie rozumiem, czemu aż tak to bierze do siebie. - stwierdził i spojrzał na Baltazara, którego mina w pełni wyrażała jego uczucia.
- Ty naprawdę jesteś taki nieuświadomiony czy tylko udajesz? - spytał niedowierzająco.- Jesteś. - odpowiedział sam sobie.
- Rozmawiałem o tym z Anną. - powiedział przygnębiony Castiel, nie zwracając uwagi na miny kolegi. - Anna sądzi, że mój oddział będzie, bo ja wiem, niesforny? Gdy mnie nie będzie. - westchnął i oparł się o ścianę. - Mam przez to problemy. Rozumiem punkt widzenia Anny, szczerze. - zapewnił Baltazara - Ale moi chłopcy potrafią się podporządkować, nie ja muszę nimi kierować.
Zapatrzył się w studnię na środku placu.
- Będę im musiał powiedzieć, że jednak naprawdę odchodzę. - stwierdził smutno. - Do końca nie chcieli w to wierzyć. Ale przecież tutaj jest spokojnie. - usprawiedliwił się, wyraźnie go to dręczyło. - Nie ma demonów, nikt nie próbuje nas atakować, a tymczasem w Babilonie znajduje się samo centrum piekielnej kolonii, co druga napotkana osoba jest demonem, a my nic z tym nie robimy. Tu już swoje zrobiłem, nic na to nie poradzę. - zakończył z uporem, jakby spodziewał się protestu.
Oboje milczeli długą chwilę. Baltazar w ciszy popijał swoją wodę.
- Dobrze, że zgłosiliśmy się na tą misję. - uznał wreszcie. - Ty odetchniesz trochę od Anny, przy okazji poznasz życie, już ja się o to postaram, Anna przejrzy wreszcie na oczy, a mnie nie będzie wtedy w pobliżu, bo zamieszkam w samym gnieździe rozpusty. - stwierdził z satysfakcją. Poklepał nie bardzo pocieszonego Castiela. - Wszystkim nam to wyjdzie na dobre. - dodał łagodnie, co zdawało się do niego nie pasować, choć był aniołem. - Zupełnie nie rozumiem, jak taka sierota jak ty potrafiła to tak idealnie ułożyć. - powiedział już normalnym tonem.
Castiel się nie obraził, chociaż nie słyszał jeszcze takiej opinii. Słowa Baltazara przemówiły do niego i poczuł się trochę lepiej. Zaczął raźniej patrzeć w przyszłość, pełną demonów, grzechu, ludzi i walki w imię kochanego Pana. Nie umiał sobie wyobrazić nic wspanialszego.
