Powrót do Shire okazał się być cięższy, niż Bilbo na początku przypuszczał i przyniósł ze sobą zdecydowanie mniej radości, niż się hobbit spodziewał. Przestąpiwszy ponownie – miał wrażenie, że po raz pierwszy – próg swojej norki poczuł dziwną pustkę; jakby był nie na miejscu, choć przecież wrócił do domu.
W grubiej warstwie kurzu pokrywającej podłogę dostrzegł odciski stóp, zapewne tych, którzy powynosili z norki jego rzeczy, aby posprzedawać je na aukcji. Norka wydawała mu się obca, ale może było to wrażenie wywołane tylko brakiem sporej części mebli i ogólnym bałaganem panującym we wszystkich pokojach. Bilbo, przemierzający ciche pomieszczenia, zasłane porwanymi papierami jak opadłymi liśćmi, podejrzewał jednak, że chodzi o coś więcej.
Zostawił ślad swoich własnych stóp pomiędzy krzyżującymi się ścieżkami odcisków. Stąpał bardzo cicho, ostrożnie, jakby stąpał po kawałkach szkła. W leżących na podłodze skrawkach papierów rozpoznawał kartki ze swoich starych dzienników i starannie wykaligrafowane pierwsze strony nigdy nieskończonych powieści. Zawsze urywały się wpół zdania, porzucone na zawsze, gdy Bilbo zdawał sobie sprawę, że nie ma o czym pisać. Nie było mu przykro oglądać je teraz w takim stanie, leżące w strzępach na podłodze niczym drugi dywan. Pewnie rozrzucił je wiatr, a podeptały stopy hobbitów, głodnych wzbogacenia się na pozostawionym bez opieki majątku pana Bagginsa.
W gabinecie na biurku wciąż leżało pióro, porzucone w pośpiechu, gdy Bilbo chlapiąc atramentem po całym blacie podpisywał pozostawiony przez krasnoludy kontrakt. Nie zdążył uprzątnąć pokoju; nie zatkał nawet kałamarza. Wybiegł wówczas spiesząc się na pierwszą – i ostatnią – prawdziwą przygodę swojego życia.
Zniknęło gdzieś jego ulubione krzesło, to, w którym wieczorami siadywał z filiżanką herbaty i kawałkiem ciasta, żeby uzupełnić dziennik, albo napisać szybko jakiś kiepski wiersz i zaraz go pokreślić gniewnymi, szarpanymi liniami. Ktoś zabrał też niewielki stolik, a leżące na nim szkice rozrzucił po podłodze. Z parapetu zniknęła nawet doniczka z zawsze dość mizernym, jak sobie mgliście przypominał Bilbo, kwiatkiem.
Nikt za to nie pokusił się o przetrząśnięcie zawartości otwartej biblioteczki i Bilbo uśmiechnął się mimo wszystko na myśl o hobbitach, którym nawet nie przyszło do głowy, że książki to najcenniejsze, co mogą znaleźć w tym domu. Cóż, Bilbo był zapalonym czytelnikiem, czego nie można było powiedzieć o większości mieszkańców Shire.
Przebiegł palcami grzbiety pozostawionych w spokoju książek, jakby ściskał dłonie dawno niewidzianych przyjaciół. Jednocześnie usiłował w sobie odnaleźć to dawne wrażenie, którego zwykł doznawać, gdy sięgał po jakąś książkę: przyjemne połączenie podniecenia, oczekiwania i gotowości, by przeżyć przygodę, jak zniecierpliwienie przed długą podróżą.
Nie poczuł jednak nic takiego; te wszystkie cudne historie, opowiedziane w tych książkach, które kiedyś budziły w nim tęsknotę za wędrówką; baśnie, które kochał i mógł czytać w nieskończoność, czując, jakby były bardziej prawdziwe niż życie – teraz to były tylko zwykłe opowieści, zamknięte między okładkami, jak ptaki o przetrąconych skrzydłach. Choć bez wątpienia cudne, wszystkie te historie blakły w porównaniu z jego wspomnieniami.
Gandalf miał rację, pomyślał Bilbo, zdejmując z półki wybrany na chybił trafił tomik wierszy. Prawdziwy świat nie chowa się między tymi stronicami. Jest tam, za oknami; tam, gdzie w dalekich, obcych stronach czeka na ciebie przygoda. Tam, gdzie zostawisz swoje serce i gdzie zostanie ono złamane.
Kiedyś wydawało mu się, że w tych książkach kryje się cały świat, a w wierszach uczucia są bardziej prawdziwe niż te, których kiedykolwiek będzie mu dane doświadczyć. Jakże się mylił! Kiedyś wiersze brzmiały dla niego słodko i zdawało mu się, że w słowa pisarze zakuwali piękno i uczucia, za którymi Bilbo tęsknił, ale których nie rozumiał. A teraz… Teraz słowa, choć przecież pozostały takie same, wydawały się hobbitowi puste. Czarne, nic nieznaczące znaczki na papierze, podczas gdy w sercu Bilba śpiewały gwiazdy, płonął jasny ogień, a potworna tęsknota, którą czuł, nie dawała się zakuć w okowy żadnych słów.
Dłonie mu zadrżały, gdy przerzucał strony trzymanego w nich tomiku. Spomiędzy kartek książki – pożółkłych nieco na rogach od palców tak niecierpliwie przeglądając kiedyś strony – wypadł zasuszony, zbrązowiały dębowy liść. Bilbo jak przez mgłę przypominał sobie pewien zimny, wczesnojesienny poranek, gdy wybrał się na daleki spacer w stronę Pagórka i natrafił na wielki, rozłożysty dąb, stojący samotnie na wrzosowisku. Bilbo miał wówczas ze sobą koc i książkę, parę kanapek i ciepłą kurtkę, więc usiadł u stóp drzewa i spędził kilka godzin na lekturze wierszy. Pamiętał, że je czytał wśród mgły pełzającej po otwartym polu; słońce przeświecało przez chmury, blade i słabe. To wtedy musiał zabrać ze sobą liść; może użył go jako zakładki, a potem o nim zapomniał.
Bilbo schylił się i ostrożnie podniósł liść z podłogi, a chłód wypełnił mu pierś. Prawdziwe życie…. Gorzkie i piękne.
I dla mnie skończone, dodał w myślach, wsadził liść z powrotem między kartki książki i zatrzasnął ją.
