Kurogane z miejsca pojął, że popełnił błąd. Blondyn, zamiast szamotać się i kląć, jak spodziewał się lekarz, znieruchomiał, szeroko otwierając oczy, w których pojawił się strach, a po chwili zaczął lekko drżeć. W tej chwili było już dla Youou oczywiste, że jego pacjent wie, czym jest przemoc i zdaje sobie sprawę, jak boli uderzenie od kogoś wzrostu i postury Kurogane i po prostu się go boi. Przeklął siebie w myślach, bo w ten oto sposób zaprzepaścił szansę na kontakt z Fayem, tak niezbędny, by kontynuować leczenie. Zanim zdążył pohamować gniew, całe zaufanie, które było potrzebne w czasie kuracji, uciekło z wrzaskiem, nie zdążywszy się nawet zadomowić. Przez jeden wybuch gniewu, nieprzemyślane posunięcie, pozwolenie emocjom wziąć górę nad rozsądkiem nie tylko odwyk tego chłopaka, ale i cała jego kariera medyczna wisiała na włosku. Bardzo cienkim, bo Yuuko nie tolerowała czegoś takiego w swoim szpitalu. I gdyby Fay powiedział coś o tym zdarzeniu komuś z personelu, Kurogane natychmiast wyleciałby z Togiyaku z prędkością światła. A razem z nim wilczy bilet, bo wiedźma z pewnością postarałaby się o to, by już nigdy nie dostał pracy w tym zawodzie. Musiał załagodzić sytuację i to jak najszybciej.

Zwolnił uścisk na szpitalnej koszuli, a potem ją puścił i odsunął się na tyle, by młody narkoman nie poczuł się osaczony. Kurogane przesunął się, odsłaniając wyłożoną kafelkami łazienkę oraz drzwi, chcąc, by Fay zobaczył, że droga ucieczki nie jest zablokowana. Flourite, rzucając szybkie spojrzenie na drzwi, trochę się uspokoił, jednak wciąż patrzył na lekarza niepewnie, nie wiedząc, co sądzić o wydarzeniach, które zaszły przed chwilą.

-Posłuchaj – odezwał się w końcu Kurogane, starając się uważnie dobierać słowa. – Jeszcze jeden złoty strzał i twój organizm tego nie wytrzyma, mówiłem ci. Nie niszcz sobie życia, do cholery – Kurogane uniósł trochę głos, ale szybko przypomniał sobie o opanowaniu. – Daj sobie pomóc.

Blondyn milczał, patrząc na niego tymi niebieskimi oczami, które nagle dziwnie skojarzyły się lekarzowi z lapis lazuli, kamieniem półszlachetnym, wykorzystywanym do ozdób. Sam miał w domu figurkę przynoszącą szczęście, wykonaną z tego minerału. Brunet, nie wiedzieć czemu wytrącony z równowagi tym niezwykłym spojrzeniem, zmarszczył brwi. Blondyn natychmiast spuścił wzrok i, ku zdumieniu Kurogane, zaczerwienił się.

W łazience zapadła niezręczna cisza. Od otwartego okna zawiało chłodem, na co blondyn zauważalnie się wzdrygnął. Co nie było niczym dziwnym, jak stwierdził Kurogane, bo ubranie szpitalne było cienkie. Jasne włosy Faya zadrżały pod wpływem wiatru, wpadając do lazurowych oczu. Jedna z lamp na suficie zazgrzytała i mrugnęła parę razy, sygnalizując koniec żywota żarówki, a następnie zgasła.

-Wyciągnę cię z tego, czy to ci się podoba czy nie – powiedział cicho Kurogane, a te słowa wymknęły się z tego ust zupełnie bez jego woli. – Obiecuję.

Blondyn patrzył na niego ze zdumieniem, po czym lekko się uśmiechnął. W jakiś taki dziwny sposób, że jego sylwetka wydawała się jeszcze drobniejsza, bledsza, a oczy bardziej niebieskie. I Kurogane zrozumiał bez słów, że jego pacjent przyjął podaną dłoń, mimo tego, że ta sama ręka przed chwilą mogła sprawić mu ból.

Kurogane zszedł z dyżuru z ulgą, ciągle sobie powtarzając, by już nigdy nie wpadł mu do głowy pomysł wzięcia za kogoś dyżuru, zwłaszcza, jeśli ów dyżur wypada zaraz po jego własnym. Była siódma rano, a on był na nogach dobrą dobę. Dziękował bogom, że tydzień wcześniej stwierdził, że warto wziąć sobie dzień wolnego z przypadającego mu na ten rok urlopu, bo z pewnością nie chciałby pracować kolejną zmianę. I z pewnością nie chcieliby tego pacjenci.

Rzucił krótkie powitanie i pożegnanie zarazem w kierunku Kakyo, jasnowłosego lekarza, który właśnie wszedł do dyżurki. Szybko przemierzył szpitalne korytarze, zjechał na dół windą i wsiadł do swojej czarnej Toyoty, kierując się w kierunku swojego mieszkania. Specjalnie wybierał mniej uczęszczane drogi, bo o tej porze wielu kierowców dojeżdżało do pracy, a on nie miał ochoty stać w korkach. Po dwudziestominutowej jeździe Toyota zajechała z cichym szmerem opon przed piętrowy dom. Kurogane zaparkował samochód na podjeździe, nie trudząc się wprowadzeniem go do garażu, po czym wyjął klucze z kieszeni i wszedł do mieszkania.

Rodzina Youou, choć nie można nazwać było ich bogaczami, to biedniejszych nie należała. Miało to głównie związek z wysokimi zarobkami ojca Kurogane, szanowanego prawnika, oraz częściowo ze spadkiem po dziadku. Mieszkanie, które lekarz kupił sam, było urządzone gustownie. Elegancki wystrój domu Kurogane zawdzięczał swojej kuzynce, która miała wręcz niesamowity zmysł artystyczny i którą jako jedyną z rodziny lubił.

Rodziców, mieszkających w uroczej posiadłości za Tokyo, odwiedzał rzadko. Miało to związek z niechęcią matki bruneta do jego pracy. Zawsze chciała, by jej jedyny syn poszedł w ślady ojca. Chociaż decyzję o wybraniu medycyny zaakceptowała, szybko zmieniło się to w dezaprobatę, gdy dowiedziała się, z jakimi pacjentami będzie pracować. Nie widziała syna w środowisku alkoholików i narkomanów i za każdym razem, gdy się spotykali, sugerowała mu, niekiedy niezbyt delikatnie, by zakończył tą karierę. Kurogane już dawno uznał, że próby przekonania jej, że ludzie z marginesu również są ludźmi i to często nieszczęśliwymi, którym należy pomóc, są bezsensowne, bo jego matka uparcie twierdziła, że to szumowiny i męty, a ktoś z tak dobrej rodziny nie powinien się z nimi zadawać. Ojciec Kurogane zwykle w zażenowaniu milczał, słysząc takie zarzuty, bo, jak powiedział kiedyś synowi, to jego droga i jeśli czuje się dobrze w tej pracy, nikt nie powinien się wtrącać.

Wziąwszy prysznic, położył się spać, zasuwając zasłonami okna sypialni. Drzemał przez kilka godzin, po południu wstał, zjadł pośpiesznie przygotowany posiłek i uruchomił laptopa. Gdy tylko zmienił status komunikatora, nadeszła wiadomość od wspomnianej kuzynki, dziewiętnastoletniej Tomoyo.

Fay, znudzony, siedział na krześle, patrząc bezmyślnie na budynki za oknem. Gdzieś w oddali rysowała się sylwetka Wieży Tokijskiej. Było już po południu, więc wszystkie badania, jakie miano na nim przeprowadzić, zostały zrobione, dawkę leków w kroplówkach dostał i został pozostawiony samemu sobie. Miał okazję przemyśleć wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Naprawdę był zaskoczony zmianą, jaka zaszła w lekarzu – od wybuchu gniewu, bądź, co bądź słusznemu, do obietnicy wyciągnięcia Faya z nałogu. Blondyn podświadomie wyczuwał, że ktoś taki jak Kurogane nie łamie przyrzeczeń, bo to wszak sprawa honoru. Co prawda, Fay znał sporo osób z półświatka, którzy honor mieli gdzieś, ale coś kazało mu wierzyć, że przystojny lekarz nie złamie słowa. W jakiś sposób podniosło go to na duchu i jego przyszłość zaczęła rysować się w nieco jaśniejszych barwach.

Wstał z krzesła, podejmując jakąś decyzję. Wyszedł na korytarz i poprosił pielęgniarkę o możliwość skorzystania z telefonu. Pięć minut później wykręcił znany na pamięć numer i uśmiechnął się blado, słysząc w słuchawce głos osoby, która zajęła się nim, gdy stracił wszystkich.

Na ekranie laptopa pojawiła się kolejna wiadomość.

Tomoyo pisze:

Wpadnij kiedyś. Fajnie byłoby pogadać osobiście, a laptop mi szwankuje.

Kurogane wystukał odpowiedź.

Kurogane pisze:

Żeby mnie matka znów wyklęła? Podziękuję.

Tomoyo pisze:

Daj spokój, może się już przyzwyczaiła. Poza tym, nie było cię w domu dobre pół roku. Ciotka ostatnio spokojna była.

Kurogane prychnął, po czym odpisał, szybkimi uderzeniami palców atakując klawisze.

Kurogane pisze:

Czyli nie wie.

Na moment zapadła cisza, najwyraźniej dziewczyna zawahała się.

Tomoyo pisze:

O czym?

Kurogane pisze:

Udajesz idiotkę? Nie musisz… Nie wiedzą, że idziesz na medycynę? Nie powiedziałaś im.

Kurogane uśmiechnął się złośliwie, wiedząc, że trafił w sedno, bo kuzynka odpowiedziała dopiero po dobrej minucie.

Tomoyo pisze:

No dobra, nie powiedziałam.

Kurogane pisze:

Witam w gronie wyklętych lekarzy. Życzysz sobie jakiś rytuałów inicjacyjnych?

Tomoyo pisze:

Złośliwiec.

Kurogane nie odpisał, czekając na dłuższą wypowiedź. Po paru sekundach ekran komunikatora rozświetlił się i pokazał kilka zdań.

Tomoyo pisze:

Serio myślisz, że mnie przeklną, że idę w twoje ślady? To pediatria, nie toksykologia. Nie będę pracować z narkomanami, a z dziećmi. To jakieś ryzyko?

Kurogane pisze:

Co do pierwszego: to moja matka. Można się spodziewać wszystkiego. A co do drugiego… Możliwe, o ile przetrwasz studia.

Tomoyo pisze:

Aż tak źle?

Szybko dodała kolejne kilka słów.

Tomoyo pisze:

W sensie, że studia.

Kurogane pisze:

Wiesz, ile razy chciałem to rzucić w diabły? Wykładowcy cię wykończą, młoda.

Tomoyo pisze:

Aha. A co w Togiyaku? Masz nowego pacjenta? Ładna?

Kurogane wywrócił oczami. Dziewczyna, jak zwykle, przeszła do konkretów, na które składały się próby wyszukania dziewczyny dla kuzyna.

Kurogane pisze:

To facet.

Tomoyo odpisała niemal natychmiast, pomijając w pośpiechu kilka literek.

Tomoyo pisze:

Ile ma lat? Ładnt chociaż? Jak m na imię?

Kurogane pisze:

Zaczęło się. Szukasz faceta wśród pacjentów Togiyaku? Jestem z ciebie dumny. Faktycznie, za TO cię wyklną. Więc co odnośnie tych rytuałów inicjacyjnych?

Tomoyo pisze:

Kuruś, no. Kto powiedział, że ja?

Kurogane pisze:

Aha, czyli twoje małe, nieoficjalne biuro matrymonialne się rozrasta? Już nie kuzyni i kuzynki, ale i przyjaciółki, przyjaciele, koledzy, znajomi i znajomi znajomych? Myślałaś już nad rejestracją firmy? I nie nazywaj mnie tak.

Kurogane, uśmiechając się pod nosem, czekał, co odpowie po tak ironicznej odpowiedzi. Lubił z nią pisać. Tomoyo, jak niewiele dziewcząt w jej wieku, miała zdrowe poglądy na wiele spraw. A fakt, że miała brzydki zwyczaj kojarzenia ludzi w pary, był mało ważny, o ile nie dotyczył bezpośrednio jego.

Tomoyo pisze:

A żebyś zgadł. Zamiast lekarką zostanę swatką… Powiedz, no. Z ciekawości pytam.

Kurogane pisze:

Dwadzieścia jeden lat, blondyn, niebieskie oczy. Chude to to i niskie. Opis ci odpowiada?

Kurogane złapał się na tym, że zamiast ,,niebieskie" chciał napisać ,,lazurowe". Pokręcił głową i się skrzywił. Za dużo pracy, za mało snu. Figurka kotka z podniesioną łapą, ponoć przynoszącą szczęście, stała na biurku i wykonana była właśnie z lapis lazuli. Oczy były dziwnie znajome. Faktycznie za mało ostatnio sypiał, zaczynał mieć zwidy.

Tomoyo pisze:

Mówi się ,,szczupły", Kurogane. Skoro ,,niskie" to niższy od ciebie, a o to nietrudno. Z opisu wnioskuję, że ładny. Mam rację?

Kurogane pisze:

Nie znam się na męskiej urodzie. Ocenę i ewentualne wyobrażenia zostawiam tobie. Kończę. Aha… I nie próbuj mnie umawiać. Nigdy więcej.

Tomoyo pisze:

Szkoda. Souma nie była w twoim typie? To jaki jest twój typ, kuzynie? Mogę pomóc.

Kurogane pisze:

Wbrew obiegowej opinii, Tomoyo, nie szukam na siłę żony. I jakoś mnie nie pociągają próby zeswatania mnie.

Tomoyo pisze:

Dobra, nie obrażaj się. Wiesz, że żartuję. Nie znalazłeś jeszcze nikogo odpowiedniego, prawda? Takiej drugiej połówki?

Kurogane pisze:

Odpowiedź jest chyba oczywista. Trzymaj się, młoda. Na razie.

Gdy wrócił do Togiyaku następnego ranka, przed wejściem do dyżurki zaczepił Sakurę. Dziewczyna poinformowała go o tym, co wydarzyło się w przeciągu ostatniej doby na oddziale, między innymi o tym, że Flourite'a odwiedził gość. Zaskoczyło go to nieco, bo blondyn wcześniej nie chciał nikogo zawiadamiać. Próbował wypytać pielęgniarkę o szczegóły, jednak nie dowiedział się praktycznie nic. Wszedł do dyżurki.

-Cześć, Kurogane – powitał go Seishiro, sącząc, jak zwykle, kawę z mlekiem. – Szkoda, że cię wczoraj nie było, emocjonujący dzień był.

-A co się stało? Clow kogoś przejechał? – burknął Youou, rzucając aktówkę na kanapę. Miał zwyczaj picia kawy dopiero w pracy, więc przychodził zwykle nie rozbudzony. Kakao, widząc stan, w jakim znajdował się kolega, wstał i zaczął majstrować przy czajniku elektrycznym, próbując go uruchomić. Maszyna nie raz odmawiała posłuszeństwa.

-Na szczęście nie – odpowiedział Sakurazuki, usadawiając się wygodniej w obrotowym krześle i uruchamiając komputer. – Chociaż biorąc pod uwagę, jakim jest piratem, naprawdę się dziwię, że jeszcze tu pracuje.

-Karetkę prowadzi normalnie, Yuuko nie obchodzi, że prywatne auto rozbija co tydzień.

-Akurat to zaleta – odezwał się Kakyo, wręczając Kurogane kubek czarnej kawy. – Yuuko lubi szybką jazdę.

-Mnie zastanawia, czy Togiyaku to szpital, posterunek policji, burdel czy miejsce schadzek – Youou usiadł na kanapie, przesuwając teczkę. – Nikt tu nie jest normalny, począwszy od szefowej i jej kochanku od karetek.

-Serio coś jest między nimi? – zaciekawił się jasnowłosy lekarz.

-Może… - mruknął Kurogane. – O co chodzi z tym emocjonującym dniem?

-Twojego blondyna spod siódemki odwiedziła sławna osoba – odpowiedział Seishiro. – Kojarzysz Infinitas? Taka książka, dramat psychologiczny. Głośno o niej było.

-Chyba kojarzę. Co w związku z tym?

-Otóż autor, Ashura Kouri, odwiedził dzisiaj Flourite'a – poinformował go Sakurazuka. – Znaczy się, Kouri to pseudonim literacki, nie znam jego prawdziwego nazwiska. W każdym razie twój pacjent chciał go zawiadomić, że tu jest. Rodzina jakaś czy co?

Kurogane wzruszył ramionami, przypominając sobie panieńskie nazwisko matki Faya. Doskonale wiedział, że w uzależnienie mógł wpaść każdy, niezależnie od stanu majątkowego. Fakt, że jego pacjent może być krewnym słynnego poety, a dodatkowo wnukiem prezesa znanej firmy farmaceutycznej, nie miał znaczenia. Zwłaszcza, że ów prezes jakoś chyba mało przejmował się tym, że jego wnuk żyje na ulicy i ćpa.

-Chie już przyszła? – zapytał, zmieniając temat.

-Przychodzi o dziewiątej, szczęściara – odpowiedział Seishiro, odstawiając pusty kubek na biurko i wyłączając komputer po sprawdzeniu najnowszych wiadomości w Internecie. – Będzie chciał z nią rozmawiać? Ten twój spod siódemki? Mówiłeś, że do współpracy jest niechętny.

-Może zmienił zdanie – odpowiedział Kurogane, powracając myślami do tamtego wieczoru. Zmarszczył brwi. – Ale jeśli jeszcze raz odwali mi taki numer, nie będę się cackał.

-Wiać ci próbował? No no… Ne wyglądał na takiego, jak go Clow karetką przywiózł – Seishiro wstał z krzesła i dyskretnie ziewnął, zakrywając usta dłonią. – Szczerze mówiąc, to wtedy w ogóle nie wyglądał… Dobra, idę do mojego pacjenta. Gość po studiach, magister inżynier i tak dalej, ale jaki był zdziwiony, jak się obudził na sali po połknięciu tabletki i wypiciu kieliszka wódki… Chyba podstawowe zasady mu umknęły, bo zaprzecza próbie samobójczej…

Kurogane usiadł przy stoliku z kubkiem kawy w ręce, patrząc obojętnie przez dużą szybę. Pomieszczenie, w którym się znajdował, było puste i zimne, bo Yuuko nie trudziła się, by wyglądał estetycznie. W milczeniu patrzył, jak jego pacjent wchodzi do pokoiku, rozglądając się niepewnie, jakby spodziewał się kozetki, biurka albo kręgu krzeseł. Ewentualnie łańcuchów i narzędzi tortur. Blondyn usiadł na jednym z krzeseł przy stole, najwidoczniej nieco uspokojony wyglądem pokoiku. Spojrzał w kierunku szyby, która dla niego była tylko lustrem i poprawił kosmyki włosów wpadających mu do oczu. Jak zauważył Kurogane, wyglądał zdrowiej niż kiedy widział go po raz ostatni. Najwidoczniej regularne posiłki – chociaż za ich jakość nie ręczył – i spokojny sen oraz detoksykacja przynosiły efekty. Bardziej przypominał teraz zagubionego nastolatka niż bezdomnego narkomana.

Kurogane pokręcił głową, po czym odnalazł wzrokiem mały guziczek na ścianie. Po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że Togiyaku nie jest szpitalem, a perfekcyjnie ukrytym komisariatem policji, bo podsłuch też tu mieli. Yuuko twierdziła, że pacjenci czują się swobodniej w obecności jedynie psychologa, a przecież po co informować później lekarza, skoro on może wszystko podsłuchać… Cóż, Wiedźma była Wiedźmą, jej pomysłom się nie sprzeciwiało, jeśli nie chciało się wylecieć z pracy, mimo to Kurogane osobiście uważał to za oszustwo, zważywszy na to, że w Pokoiku często pacjenci zwierzali się z tych największych sekretów i z pewnością nie byliby zadowoleni, wiedząc, że ot tak ktoś ich może podsłuchać.

Nacisnął przycisk, słysząc, jak uaktywniają się głośniki. Pociągnął łyk kawy i zaczął obserwować to, co dzieje się za szybą.

Weszła Chie, pełniąca funkcję szpitalnego psychologa. Miała obcięte na wysokości podbródka, brązowe włosy, których charakterystycznego, kasztanowego odcienia zazdrościła jej spora część żeńskiego personelu Togiyaku. Duże, ciemne oczy patrzyły jak zawsze ze spokojem. Kurogane uważał, że ta kobieta, niewiele od niego młodsza, idealnie nadaje się na psychologa. Nie oceniała nikogo – starała się zrozumieć i pomóc. Ktoś taki doskonale sprawdzał się w środowisku uzależnionych.

-Pani jest psychologiem? – zapytał blondyn od razu, nie kłopocząc się powitaniami. Nerwowo uderzył opuszkami palców o stół.

-Tak – odparła kobieta, obdarzając go lekkim uśmiechem. – Fay, prawda? Jestem Chie.

-Chie – powtórzył cicho Flourite. – Brzmi podobnie do Chii. – mruknął, jakby sam do siebie. – Co pani chce wiedzieć? – dodał głośno, widząc, jak psycholożka podchodzi do kredensu i wlewa do elektrycznego czajnika wodę.

-Chcę porozmawiać – odpowiedziała spokojnie szatynka, wyjmując z szafki paczkę herbaty. – Napijesz się? – zapytała. – Mam tylko czarną, ciągle zapominam, by kupić zieloną.

-Czarna jest lepsza – stwierdził ostrożnie Fay, nieufnie patrząc, jak kobieta włącza czajnik. – Czemu pani to robi? – zapytał. Nie podobało mu się to, miał wrażenie, jakby był dzieckiem, które jacyś obcy ludzie chcą przekupić cukierkiem.

-Przy herbacie lepiej się rozmawia – stwierdziła szczerze Chie.

Na moment zapadło milczenie. Blondyn obserwował, jak psycholożka przygotowuje herbatę. Chwilę później, trzymając w dłoniach kubek z gorącym napojem, rozluźnił się i poczuł się trochę lepiej. Kobieta miała miłe spojrzenie i była bezpośrednia, przy tym jednak delikatna i dyskretna. Usiadła naprzeciw niego i westchnęła cicho.

-Fay, wiesz, że będziemy rozmawiać – powiedziała łagodnie. – Proszę cię, byś mówił szczerze. Naprawdę chcemy ci pomóc.

-Po co to wszystko? – zapytał po krótkiej chwili blondyn. – Cokolwiek nie powiem, skończę w kółeczku, wśród innych ćpunów, pod nadzorem specjalistów, którzy będą oczekiwać, że podzielę się z nimi swoją jakże pasjonującą historią – ostatnie słowa zabrzmiałby zbyt gorzko, niżby Fay sobie tego życzył.

-To nie tak – Chie pokręciła głową. – To, o czym mówisz, to tylko jeden ze sposobów leczenia. Są inne metody. Dobiera się je indywidualnie, w zależności od charakteru pacjenta. Chcemy cię poznać, by znaleźć najlepszą.

-Pozna mnie pani po tym, co powiem? – zapytał z niedowierzaniem Fay. Pokręcił głową. – Przecież mogę kłamać.

-Jestem psychologiem. Uczyłam się, jak funkcjonuje ludzki umysł i uwierz mi, z zachowania ludzi i ich słów naprawdę wiele można wyczytać – odparła Chie, biorąc łyk herbaty. Spojrzała chłopakowi prosto w oczy. – Nie jesteś dzieckiem, Fay. Wydajesz się być naprawdę inteligentnym młodym człowiekiem. Dla własnego dobra nie powinieneś kłamać – dodała po chwili. – Musisz zdawać sobie sprawę, jak bardzo ten nałóg jest groźny. Chcesz z niego wyjść, prawda?

-Chcę – przyznał Fay cicho. Kobieta budziła zaufanie. – Ale jestem za słaby. Nie wytrzymam bez narkotyków dłużej niż kilka dni. Nie potrafię tego odstawić.

-Nikt cię do tego nie zmusi, przynajmniej nie od razu – powiedziała Chie. – Jak mówiłam, są różne sposoby. Ale musisz zaufać mi i twojemu lekarzowi.

-Youou? Taki wysoki, prawda? – Fay uśmiechnął się blado. – Już mam z nim na pieńku.

-Nie przejmuj się – kobieta obdarzyła go dodającym otuchy uśmiechem. – Kurogane może i zachowuje się trochę jak gbur, ale w gruncie rzeczy to dobry człowiek. I bardzo honorowy. – dodała, zerkając w bok, na szybę. Ciemne oczy zalśniły, gdy spojrzała w kierunku lekarza, nie mogąc go widzieć. – Nie łamie obietnic. Jeśli nie zrezygnował z opieki nad tobą po pierwszym kontakcie, to nie spisuje cię na straty.

Kurogane w sąsiednim pokoju zmarszczył brwi, notując w myślach, że przy najbliższej okazji wyjaśni psycholożce, że to już prywatna sprawa i nie wszyscy, a już zwłaszcza nie pacjenci, muszą o tym wiedzieć.

-To dobrze – przyznał Fay. Przesunął palcami po kubku i wypił łyk napoju. Płyn był słodki i Fay zdecydowanie wolał tą herbatę od zielonej. Wiązało to się ze wspomnieniami domu, bardzo małego, ale wypełnionego miłością zakątku, bratem i matką, która zawsze piła czarną herbatę, mimo że była droższa, bo była importowana spoza Japonii. To był symbol odcięcia się od rodziny, która uznawała jedynie tradycyjny napój. Odcięcia po tym, jak to rodzina wyrzekła się jej. Nic nieznaczący szczegół, ale jednak… - Co chce pani wiedzieć? – Fay zmusił się do chwilowego oderwania od wspomnień i spojrzał na psycholożkę.

-Czy wydarzyło się coś szczególnego, co sprawiło, że zacząłeś brać narkotyki? – spytała spokojnie Chie. W jej wzroku nie było niechęci ani wstrętu, jak u większości ludzi spotykających na swojej drodze ćpuna i to chyba sprawiło, że blondyn poczuł się na tyle pewnie, by odpowiedzieć.

-Tak – odparł Flourite. – Po tym, jak… - urwał, po czym westchnął zrezygnowany. – Wygląda na to, że muszę opowiedzieć wszystko od początku, by pani zrozumiała.

Chie kiwnęła głową, zachęcając go do kontynuowania.

-Zna pani Celes Company? – zapytał blondyn, przenosząc wzrok z kubka na kobietę.

-To firma farmaceutyczna – odpowiedziała psycholog. – Dość znana.

-Jej prezes miał córkę. To była… dość tradycyjna rodzina, z zasadami, więc gdy dowiedział się, że jego córka zaszła w ciążę, mając zaledwie siedemnaście lat, wpadł w szał – zaczął cicho Fay. – Nie chciał słuchać jej tłumaczeń. W końcu zaaranżował zawarcie małżeństwa z jej partnerem – blondyn lekko się skrzywił, co nie uszło uwadze Kurogane. – Dał im malutką kawalerkę oraz trochę pieniędzy, by nie wyszło, że wyrzucił córkę na ulicę, ale wydziedziczył ją i nie chciał jej już widzieć na oczy. Facet uciekł niemal natychmiast, a jedyne, co zostawił, to nazwisko. Potem urodziliśmy się my, ja i mój brat, Yuui. Byliśmy bliźniakami.

-Waszej matce z pewnością było ciężko – zauważyła współczująco Chie.

-Była chora – Fay zerknął w lustro, zapewnie po to, by psycholożka nie zauważyła zmiany zachodzącej w niebieskich oczach. Tylko Kurogane dostrzegł, jak wilgotnieją. – Dowiedziała się po porodzie, że ma AIDS. Ten dupek, który był naszym ojcem, zaraził ją i uciekł. Nigdy nie płacił alimentów, nigdy nie widzieliśmy go na oczy.

-Fay, czy ty i twój brat… - zaczęła ostrożnie kobieta, ale blondyn pokręcił głową, nie dając jej skończyć.

-Nie – odparł. – Ani ja, ani Yuui nie zaraziliśmy się. Matka wychowywała nas, jak mogła najlepiej – kontynuował. – Czasem było ciężko, ale zawsze dawaliśmy radę. Ja i Yuui byliśmy nierozłączni, jak jeden organizm. To chyba dlatego tak trudno mi się pozbierać po tym, co się stało później.

Blondyn zamilkł, ale Chie nie naciskała. Wargi Faya zadrżały, czując suchość w gardle szybko wypił kilka łyków herbaty. To go trochę uspokoiło, Kurogane widział jednak, że jest bliski płaczu. Lekarz opuścił wzrok na kubek z kawą, mając wrażenie, że już wie, co będzie dalej.

Wie pani, gdzie jest Biała Ścieżka?

-Wiem.

Kurogane również wiedział. Biała Ścieżka była potoczną nazwą jednej z tras rowerowych. Przebiegała głównie przez parki, jednak w pewnym miejscu ciągnęła się już obok bardzo ruchliwej ulicy, którą często przejeżdżał.

-Jest tam przystanek autobusowy – kontynuował Fay. – Przez to ścieżka zwęża się tak, że da się jechać tylko pojedynczo. Zaraz za przystankiem jest szeroka alejka, gdzie jest zakaz wjazdu. Prowadzi do parku, a dalej do domu spokojnej starości. Gdy mieliśmy piętnaście lat, często z Yuui'm tamtędy jeździliśmy na rowerach. Wtedy też… Zbliżaliśmy się już do przystanku, zwolniliśmy i powiedziałem mu, by jechał pierwszy. Minęliśmy przystanek, więc przyśpieszył – Fay cicho westchnął, czując jak łamie mu się głos. – Zawołałem do niego, by na mnie poczekał. Był już na tej alejce, na środku asfaltu. Odwrócił się do mnie, zwolnił… I wtedy z alejki wyjechało rozpędzone auto.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Blondyn otarł łzę z kącika oczu, odwracając głowę, by psycholog nie widziała jego słabości, patrząc prosto w weneckie lustro. Kurogane mimowolnie zacisnął pięść na pustym kubku, patrząc w wypełnione cierpieniem oczy swojego pacjenta. Jedna łza zdradziecko spłynęła po bladym policzku. Kurogane poczuł się jak intruz, jak natręt, który bezlitośnie naciska na kontakt, mimo, że druga osoba chce zostać sama. Świadomość, że Fay go nie widzi, wcale nie poprawiała sytuacji.

-Skonał mi na rękach – szepnął ledwo słyszalnie Fay, tak, że Kurogane miał problemy z rozpoznaniem słów. – Lekarze mówili, że nie miał szans. Złamany kręgosłup, uszkodzone narządy wewnętrzne… Gdybym… gdybym go wtedy nie zawołał, zdążyłby przejechać i by żył…

-To nie była twoja wina, Fay – powiedziała ściszonym głosem Chie. – To był wypadek.

Blondyn nie odpowiedział. Kurogane odwrócił wzrok, widząc, jak jego pacjent wbija spojrzenie w szybę.

-Ten facet był pijany – odezwał się po dłuższej chwili Fay pustym głosem. – Chciał się pochwalić przed znajomymi nowym autem, szalał po parku. Zamknęli go za jazdę po pijanemu i spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym – Flourite westchnął ciężko. – Ale nic to nie zmieniło. To nie oddało mi Yuui'a.

-Przykro mi, Fay – psycholog patrzyła na niego mądrymi, ciemnymi oczami.

-Mama się załamała – szepnął Fay. – Od pewnego czasu była słabsza, ale wtedy się poddała. Przestała walczyć… i przegrała. Zostałem sam. Przez pewien czas były tylko sądy rodzinne, rozprawy, przez chwilę nawet dom dziecka. Rodzina matki nie chciała mieć do czynienia z bękartem, ojciec wyrzekł się mnie natychmiast, gdy się z nim skontaktowali. Nigdy nie widziałem go na oczy – położył ręce na stole i ciężko oparł na nich podbródek. – Mi przestało zależeć na wszystkim. Na szczęście zajął się mną Ashura. Nie jest moją rodziną, ale znał matkę, pracowała kiedyś u niego w biurze, zanim na dobre zajął się pisarstwem. Lubił ją, więc gdy dowiedział się o jej śmierci, zaczął starać się o adoptowanie mnie. Sąd długo się wahał, bo Ashura jest bezdzietnym kawalerem, ale w końcu dał się przekonać. Dzięki temu, że pisze pod fałszywym nazwiskiem, żyje bez zainteresowania mediów. To dzięki niemu nie zamknąłem się w sobie. Jestem naprawdę mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił.

-Odwiedził cię w szpitalu, prawda?

-Zadzwoniłem do niego. To on przekonał mnie do tej rozmowy – blondyn wyprostował się i głęboko wciągnął powietrze. – Miał rację, lepiej mi, gdy wszystko opowiedziałem – stwierdził, a na jego twarzy zagościł blady uśmiech, mimo, że oczy nadal błyszczały od wilgoci.

-Tłumiłeś w sobie emocje – powiedziała Chie. – Nie pozwalałeś im wypłynąć. Fałszywe uśmiechy krzywdzą nie tylko innych, ale i ciebie, Fay. Płacz to nic złego, to jedynie dowód naszego człowieczeństwa.

-Tyle, że nie zawsze jest osoba, przy której można zacząć płakać – stwierdził cicho Fay. Po krótkiej chwili podjął temat. – Ashura długo nie wiedział, że biorę. Zacząłem niedługo po zamieszkaniu u niego. W szkole spotkałem kogoś… Nie ważne kogo. W każdym razie namówił mnie na spróbowanie. Poczujesz się lepiej, mówił. Byłem łatwym celem – zagubiony, załamany dzieciak… Na początku było fajnie, przestawałem myśleć o tym wszystkim. Spodobało mi się to. Dopóki chodziłem do szkoły, brałem co jakiś czas. Chciałem się uczyć, dobrze zdać egzaminy. Miałem marzenia – blondyn spojrzał ponuro na połowie pusty kubek po herbacie. – Gdy skończyłem szkołę, nagle odkryłem, że mam bardzo dużo czasu na myślenie, w tym i myślenie o mamie i Yuui'u. Nie mogłem tego wytrzymać, zacząłem ćpać na poważnie. Ashura miał wtedy kilka wyjazdów, dodatkowo był pewien, że robię sobie małe wakacje po szkole, że chcę się rozerwać po tygodniach nauki i przygotowań do egzaminów, więc nie niepokoił się, gdy znikałem na całe dnie. Był pewien, że jestem ze znajomymi. Ufał mi, że nie zrobię nic głupiego. Wstyd mi, że go okłamywałem. Któregoś dnia wrócił wcześniej, nakrył mnie naćpanego. Gdy jako tako doszedłem do siebie, doszło do kłótni… Głównie ja krzyczałem, Ashura praktycznie nigdy nie podnosi głosu. Wtedy uciekłem, trafiłem na ulicę i okazało się, że w Tokyo nocami wcale nie jest tak bezpiecznie, jak mówią. Wszystkie moje pieniądze, jakie miałem, poszły na narkotyki. Gdy nie miałem już nic, wróciłem do Ashury. Przyjął mnie z powrotem, ale odmówiłem, sam nie wiem, czemu. Byłem głupi. Błagałem go, by nie mówił nikomu, bym mógł żyć tak, jak wybrałem. Bym mógł siebie niszczyć - blondyn westchnął. – wiem, że cierpiał, ale byłem pełnoletni, nie mógł zamknąć mnie w domu. Nie miał nade mną władzy. Powiedział mi jednak, że zawsze będzie na zawołanie, jeśli będę go potrzebować. Przez wiele miesięcy nie pokazywałem się u niego. Gdy nie miałem kasy na działkę, kradłem. Znów wszystko przestało mieć znaczenie.- zamilkł, po czym wypił resztę ostygłej już herbaty.

-A teraz, Fay? – zapytała Chie.

-Ktoś otworzył mi oczy – powiedział Fay, a jego smutną twarz rozświetlił uśmiech. – Może niezbyt delikatnie, ale zadziałało. Chcę z tego wyjść, ale wiem, że sam nie dam rady. Potrzebuje pomocy i zgodzę się na nią. Odzyskałem marzenia i chcę je urzeczywistnić.

Kurogane wyciągnął dłoń i z cichym pyknięciem wyłączył głośniczek. W pomieszczeniu zapadła cisza. Nie patrzył w stronę weneckiego lustra, po prostu podparł głowę ręką i spoglądał na kubek. Niebieski.

-Dzieciak sporo przeszedł – mruknął do siebie. Coś na kształt poczucia winy dźgnęło go w serce jak miniaturowa igła, gdy pomyślał, jak szorstko, by nie powiedzieć brutalnie, obszedł się z pacjentem ostatnim razem. Uczucie minęło niemal natychmiast, bo ostatnie słowa Faya wciąż tłukły mu się w głowie. Przyjął wyciągniętą dłoń i zaufał mimo wszystko, pozwalając mu mieć od teraz nad nim władzę, by mógł wyrwać go z bagna uzależnienia. Kurogane już wiedział, co zrobi. Nie mógł teraz się cofnąć, obiecał przecież, a dane słowo było rzeczą świętą. Zacisnął lekko pięść, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że zamiast na kubek patrzy w dwa lustra ludzkiej duszy, trywialnie nazwane oczami. Nawet jasnożółty szlaczek na porcelanie wyglądał jak kosmyk włosów. Pomoże dzieciakowi. Ale najpierw musi się porządnie przespać, bo ma zwidy.

Uniósł głowę i z zaskoczeniem stwierdził, że Pokoik jest pusty. Wiedząc, że Chie będzie chciała z nim porozmawiać, wstał i pośpiesznie opuścił pomieszczenie, zostawiając puste naczynie na blacie stolika. Gdy znalazł się na korytarzu, zamrugał, bo szpitalny hol był dużo jaśniej oświetlony od pomieszczenia, w którym przebywał przed chwilą. Zauważył, że tuż obok stoi Chie i rozmawia z jego pacjentem. Słysząc kroki, Fay odwrócił głowę. W jego oczach błysnęło zaskoczenie, a potem coś, co chyba było mieszaniną sympatii i zaufania z dodatkiem niepewności. Kurogane sam nie wiedział, dlaczego się uśmiechnął. Nie był to szeroki uśmiech, a jedynie lekkie skrzywienie warg, ale to wystarczyło, by blondyn odwzajemnił gest. Lekarz bez słowa odwrócił się, kierując się w stronę oddziału, a jego myśli kłębiły się w takim chaosie, jak jeszcze chyba nigdy w życiu. Pasek farby na ścianie też miał niebieską barwę.

Tomoyo pisze:

Nie wierzę już w miłość. A już zwłaszcza w czerwoną nic przeznaczenia. :(

Kurogane pisze:

Co się stało?

Tomoyo pisze:

Pamiętasz, jak ci pisałam o Kamui'm?

Kurogane pisze:

Pisałaś, że ci się podoba.

Tomoyo pisze:

Jest gejem.

Kilka sekund milczenia. Palce Kurogane zastygły w bezruchu, dotykając lekko klawiszy. Ekran błysnął po raz kolejny.

Tomoyo pisze:

Nie uważam, że to coś złego, znasz mnie. Ale dlaczego robił mi nadzieję?

Nie odpowiedział, nie wiedząc, co odpisać.

Tomoyo pisze:

Zadzwoń, proszę.

Sięgnął po słuchawki z mikrofonem i założył je sobie na głowę. Podłączył do komputera i nacisnął klawisz połączenia głosowego. Chwilę później usłyszał drżący głos dziewczyny. Pogrążył się w cichej rozmowie z kuzynką, odsuwając od siebie własne problemy i rozterki.

-Nie był ciebie wart, młoda – mruknął Kurogane do mikrofonu, lekko biorąc w dłoń figurkę lazurowego kotka. Rzucił ją na fotel, a ozdoba zapadła w mrok, który opanował już we władanie sypialnię. Budzik wskazywał dziewiątą wieczorem. – Przyjadę, jak będę miał parę dni urlopu.

-Ja przyjadę – odpowiedziała nieco weselszym głosem Tomoyo, mimo że był pewny, że nadal ma łzy w oczach. – Nieraz się tłukłam metrem do Tokyo, to nie problem. Poza tym, pokażesz mi uniwersytet.