007 przejrzał zawartość szuflady ze sztućcami. Wyjął dwa noże i obejrzał każdy z nich.
- Kiedy ostatnio je ostrzyłeś?
- Nigdy? – Q oparł się o ścianę, krzyżując ramiona na piersiach.
- A szkoda. – Bond przesunął palcem po obu ostrzach. Wybrał mniejszy z noży.
- Nie mam czasu na takie rzeczy – rzucił Q, czując potrzebę kontynuowania rozmowy.
- Na jakie konkretnie?
Kwatermistrz zawahał się.
- Na normalne? – podsunął jego rozmówca.
- Można tak powiedzieć.
Twarz Bonda rozjaśnił uśmiech.
- A teraz bardzo nie masz czasu, chłopcze?
Q odchrząknął.
- Teraz akurat mam. A co? Potrzebujesz pomocy?
- Jeśli byłbyś tak łaskaw… Pokrój pieczarki.
- Jak? – Kwatermistrz podszedł do kredensu i sięgnął po deskę do krojenia.
- W ćwiartki, małe kawałki, ale nie za małe.
- Może powiedz mi, jaką mają mieć objętość, będzie prościej.
- Użyj wyobraźni, chłopcze. I najpierw je opłucz.
Bond mieszał makaron, jednocześnie pijąc wino. Przygotował patelnię i nalał na nią oliwy. Tuńczyka z puszek przełożył do miski i zaczął go przyprawiać. Biodrem przesunął lekko Q i sięgnął po młynki z pieprzem i solą.
- Szybciej z tymi pieczarkami – mruknął.
- Robię, co mogę.
Po chwili Q mieszał grzybki smażące się na rozgrzanej oliwie. W kuchni pachniało zachęcająco.
- Kto nauczył cię gotować? – zapytał Bonda, kiedy ten znowu zbyt długo zajmował się butelką wina.
- A nie mogłem sam się tego nauczyć?
- Myślę, że nie.
- M.
- Słucham?
- To M nauczyła mnie gotować. Prawie ćwierć wieku temu. Nauczyła mnie mnóstwa rzeczy, w tym właśnie gotowania. – Umilkł na chwilę i pociągnął łyk wina. – Tak, mieliśmy romans. To bardzo stare dzieje, ale jest co wspominać. – Q spojrzał na Bonda: ten akurat uśmiechał się do siebie. – Bardzo stare dzieje.
- Znałem ją bardzo krótko – rzucił, a po chwili dodał: - Przykro mi.
- Daj spróbować pieczarek. Czy są miękkie.
Q sięgnął po widelec, nabił na niego kawałek i podał Bondowi. Ten pokiwał głową i dorzucił na patelnię tuńczyka.
- Dolej oliwy – polecił. Kwatermistrz wykonał polecenie, ale nie mógł się powstrzymać przed spróbowaniem tuńczyka. Wszystko pachniało tak cudownie. Smakowało zresztą też.
Kiedy makaron był już na talerzach, a Q nakładał na niego tuńczyka z pieczarkami, Bond wyrzucił do kosza pustą butelkę po winie.
- Gdzie jemy? – zapytał.
- No, tutaj? Przy stole?
- Lubię jeść przy telewizorze.
- Nie mam nic przeciwko.
Poszli do pokoju dziennego, gdzie Q usiadł na kanapie, a Bond na podłodze i sięgnął po pilota. Kwatermistrz podsunął pod siebie nogi i patrzył, jak agent skacze po kanałach, aż wreszcie znalazł CNN. Ściszył wiadomości i zaczął jeść, wpatrzony w ekran.
- Może nie powinienem pytać – zaczął Q, kiedy cisza zaczęła go nieco nudzić – ale wydawało mi się, że M wzięła ślub bardzo wcześnie i podobno kochała swojego męża. Oczywiście, tak, jak powiedziałem, może nie po…
- Kochała go – przerwał mu 007. – Mną się trochę pobawiła, ale myślę, że miała do mnie słabość.
- Wszyscy to wiedzieli. O jej słabości do ciebie. Wszyscy w MI6. Ale nie o romansie…
- Cóż, któż lepiej niż szpiedzy pilnuje swoich sekretów?
- To pytanie retoryczne, jak się domyślam.
- Byłem wtedy chyba nawet młodszy od ciebie. Petersburg zimą… Dużo wspomnień. Ale większość nie nadaje się do powtórzenia akurat tobie.
- Niby dlaczego? – Q poprawił się na kanapie. – Nie jestem dzieciakiem. Wiem… dużo.
- Nie wątpię, chłopcze, nie wątpię.
Q przez chwilę jadł w milczeniu.
- Spotykasz się teraz z kimś? – zapytał go Bond.
- Nie. A ty?
- Tak.
- „Spotykanie się" definiujemy jako „uprawianie seksu" czy jako „chodzenie na randki"?
- Jako seks.
- Oczywiście – mruknął Q. – Ty i Moneypenny.
- W MI6 lubimy plotki, prawda?
- Lubimy wiedzieć wszystko. Po prostu.
- Lepsza od wiedzy jest władza.
- To temat na dłuższą dyskusję. – Q przez chwilę ssał widelec. – Ale mamy czas.
- „Mamy czas". Posiadanie lub nie czasu to również temat na długą rozmowę.
Q odstawił pusty talerz.
- Czasem zastanawiam się, czy nie jestem na to wszystko za stary – mruknął Bond.
- „Na to wszystko"?
- Na życie, chłopcze. Za dużo śmierci widziałem, żebym setki tysięcy razy nie myślał o tym, jak zginę. A ostatnio myślę o śmierci zdecydowanie za często.
- Lepiej porozmawiaj o tym z psychologiem.
- Dziękuję, postoję – mruknął, odstawiając obok siebie talerz. – Ty mi wystarczysz.
- Nie mam odpowiednich kompetencji.
- Nie żartuj – prychnął 007. – Masz uszy. Niczego więcej od ciebie nie wymagam.
- No dobrze, słucham.
- Nie widzę już kobiet i mężczyzn, widzę ludzi: sojuszników, wrogów i tych neutralnych, którzy ani mi nie pomogą, ani nie zaszkodzą. Ci są chyba najgorsi.
Bond umilkł. Q sięgnął do jego ramienia i położył na nim dłoń.
- M wie. M wie wszystko i tylko czeka na mój błąd. Chce odsunąć mnie od czynnej służby. – Bond nadal siedział plecami do Q. – Jeden mały błąd i koniec. A ja nic więcej nie potrafię. Umiem tylko być agentem, nic więcej.
- Co chcesz, żebym powiedział?
- Że jestem dobrym agentem.
- Jesteś do…
- Żartowałem, chłopcze. – Bond obejrzał się na niego, wstając. – Ale możesz dokończyć zdanie.
- Jesteś dobrym agentem, 007. Naprawdę tak myślę.
Mężczyzna zasalutował kwatermistrzowi.
- Najchętniej to bym się upił do nieprzytomności – mruknął Bond, przeciągając się – ale jestem tutaj gościem, więc pozmywam, a potem po prostu wezmę prysznic i pójdę spać.
- Mogę pozmywać.
- W porządku, twoje mieszkanie, twoje warunki. – Agent wyglądał na zadowolonego.
][
Q przygotował dla gościa posłanie w pokoju dziennym. Zostawił mu śpiwór, dwie poduszki i koc. Kiedy przyszedł powiedzieć dobranoc, agent siedział w fotelu i czytał „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet".
- Dobranoc – odpowiedział znad książki, uśmiechając się leniwie.
Kwatermistrz obudził się przy pierwszym dźwięku budzika i szybko zebrał się do wyjścia. Kusiło go, żeby zajrzeć do Bonda, ale bardzo długo się powstrzymywał. Wreszcie zrobił sobie kawę i przelał ją do kubka termicznego. Zakręcając wieczko, stanął w progu pokoju dziennego. Bond leżał na boku pod kocem. Miał zamknięte oczy.
- Żeby nie było, że śpię – powiedział nagle, ale nie poruszył się. – Wstałem o piątej, jak zwykle. Zrobiłem pięćdziesiąt pompek, doczytałem do końca Larssona, obejrzałem dwa razy wiadomości na dwóch różnych kanałach, wypiłem kawę i poważnie rozważyłem kwestię porannego joggingu. Tutaj poległem niestety.
- Jesteś dobrym agentem, 007.
Bond uśmiechnął się. Q zrobił to samo.
Kwatermistrz miał wrażenie, że dzień strasznie mu się dłużył. W przerwie znalazł jakąś stronę z przepisami i postanowił zrobić potrzebne zakupy, żeby Bond znowu mógł mu coś ugotować. Znowu posiedzą razem i porozmawiają. Potem pomyślał o tym, że mógł mu zostawić klucze. Ale Bond jakoś dostał się do jego mieszkania, więc pewnie znajdzie sposób, żeby wyjść, zamykając za sobą drzwi, gdyby chciał.
Wracając z pracy, zrobił zakupy. Tym razem kupił trzy butelki wina. I jedną whiskey.
- Jestem! – zawołał, wchodząc. – Bond?
Odpowiedziała mu cisza. Q obszedł wszystkie pomieszczenia, ale w mieszkaniu nikogo nie było. Na kanapie leżały poskładane śpiwór i koc. Na poduszce leżała zamknięta książka. Q poczuł się dziwnie. Przecież Bond miał zostać u niego trzy dni. Zmienił zdanie? Dostał misję? Kwatermistrz wrócił do kuchni i położył zakupy na stole. Wyciągnął z torby karton mleka i podszedł do lodówki. Nagle znieruchomiał, dostrzegając przyczepioną do drzwiczek magnesem w kształcie brokułu kartkę. Od razu poznał pismo.
Jeśli wrócę na noc, to raczej w stanie mocno wskazującym. Nie czekaj.
- Nie czekać! – prychnął Q. – Tak jest, sir! Oczywiście.
