Po wyjściu od Hokage, Kakashi zaczął swoje „przesłuchanie":

- Dlaczego nazywają cię Ookami?

- Pierwsze pięć lat mojego życia spędziłam wśród wilków.

- Aha.

- To nie wszystko. Potem znaleźli mnie jacyś wieśniacy, zaprowadzili mnie do wioski i przysposobili jako swoją córkę. Ale zawsze ciągnęło mnie do lasu, więc miejscowy łowczy nauczył mnie strzelać z łuku. Jakieś pięć lat po moim przybyciu do wioski, kilku pijanych wieśniaków zaczęło narzucać się moim przybranym rodzicom, mówiąc, że nie należę do wioski, i żeby im mnie wydać, to zrobią ze mną porządek, plugawą wilkołaczką, jak się wyrazili. Ojciec nie chciał się zgodzić, więc jeden z nich pchnął go nożem, śmiertelnie. Pomyślałam, że skoro chcą wilka, to będą go mieli. Nie miałam przy sobie broni, więc tego, który zabił ojca złapałam zębami za gardło i zabiłam. Potem wypędzili mnie z wioski, mówiąc, że jestem niebezpieczna. Przez jakiś czas mnie ścigali, ale przestali, gdy z grupy dziesięcioosobowej wróciły trzy osoby, zakrwawione, ledwie trzymające się na nogach. Odnalazłam moją watahę, i to wilki pomogły mi wtedy. Od tego czasu mieszkam w lesie, nie zbliżając się do siedzib ludzkich.

- Nie bałaś się?

- Nie. Ktoś, kto chce przeżyć w lesie, nie może się bać.

- Dlaczego nie jesteś teraz z wilkami? Przecież mają cię za swoją siostrę.

- Pokolenie, które pamiętało mnie jako swoją siostrę, zestarzało się i umarło. Następne pokolenie widzi we mnie tylko człowieka. Musiałam odejść. Teraz jestem samotniczką.

- Nie chciałaś wrócić do ludzi?

- Ludzie zabili mi kogoś, kogo kochałam. Poza tym ludzie polują na wilki. Może one już o mnie zapomniały, ale ja wciąż pamiętam i wciąż mam je za braci.

- Skoro mam być za ciebie odpowiedzialny, to znaczy, że będziesz musiała u mnie zamieszkać… - Kakashi nagle uśmiechnął się.

- Nie radzę ci nawet o tym myśleć. Wiem czemu się uśmiechasz. Ostatni, który próbował mnie podglądać, skończył z rozdartym gardłem. Wszystko mi jedno, gdzie będę mieszkać. Mogę mieszkać nawet na dworze.

- Nie miałem tego na myśli… O, tutaj mieszkam.

Weszli do mieszkania Kakashiego. Wnętrze było urządzone w spartańskim stylu. Nie było tu ozdób, a mebli było tylko tyle, ile jest niezbędne do życia. Pomimo to Kakashi natychmiast przygotował swój pokój do tego, by mógł w nim mieszkać gość.

- A ty gdzie będziesz spał? – zapytała Hatsu.

- Ja będę spał na kanapie.

- Jak chcesz… Słuchaj, wieczór się zbliża, może sprawdzę, co robi twoja drużyna? Zioła można bardzo łatwo pomylić…

- Iść z tobą? Możesz nie odnaleźć drogi powrotnej…

- Bez obaw. Ja nigdy nie gubię drogi i zawsze potrafię wrócić do jakiegoś miejsca, nawet jeżeli byłam tam tylko przez chwilę…

I już jej nie było. Kakashi zaczął zastanawiać się, jak dziwną będzie miał współlokatorkę, gdy nagle pojawił się Gai.

- Cześć, Kakashi! Słyszałem, że masz dziewczynę!

- A, to ty, Gai… Nie mam dziewczyny, tylko Hokage kazała mi się nią opiekować. To jakaś przybłęda.

- To się teraz tak nazywa… Ale nie martw się. Zakocha się tobie, zobaczysz…

- Taa… O ile mnie wcześniej nie zabije…

- Ha ha ha! To na razie, Kakashi!

--

W tym samym czasie Hatsu biegła przez las w poszukiwaniu wspomnianej drużyny Kakashiego. Znalazła ich niewiele dalej, niż ich zostawili. Nie wyglądali najlepiej.

- Sakura-chan, te zielska nie różnią się niczym! Jak mamy znaleźć te właściwe? – narzekał Naruto.

- Hatsu mówiła, że należy zbierać je po zachodzie słońca… To muszą być te!

- A jeżeli chciała nas wprowadzić w błąd? Skąd pewność, że jest przyjacielem? – tym razem Sai.

Hatsu zdecydowała się wreszcie ujawnić.

- Pogratulować ostrożności. Gdybym chciała, już byście nie żyli. Gdyby było tak, jak mówi Sai. Ale nie jestem wrogiem. Przynajmniej nie waszym. A jeśli chodzi o zioła, to te będą idealne, jeśli chcecie kogoś otruć. – wskazała na zioła, które Sakura miała w ręce. – Herbata z nich zrobiona wydziela trujące pary, bezbarwne i bezwonne, wprawiające w stan jakby upojenia alkoholowego. Zabijają powoli.

- A ty skąd to wiesz? – zapytał Sai.

- To niech cię nie obchodzi. Bywałam tu i tam. Widziałam działanie tego ziela. Waszym zadaniem jednak jest nazbieranie leczniczych ziół, prawda? Mogę wam pomóc. Pokażcie, co już macie.

Pokazali jej to, co dotychczas udało im się nazbierać. Pomimo, że było już ciemno, Hatsu wyrzuciła połowę z tego, co zebrali, tłumacząc, że to trujące zioła. Potem zniknęła w lesie i za pięć minut wróciła z pełnymi naręczami tych ziół, których potrzebowali.

- No, to możecie wracać. Macie już wszystko

- Pewnie! Jeszcze tylko pójdziemy oddać to Tsunade-obaa-chan! – wykrzyknął zawsze pełen energii Naruto i cała czwórka zniknęła w mroku.

„To może ja też już pójdę…" pomyślała Hatsu i wolnym krokiem ruszyła z powrotem.

Nie uszła nawet dziesięciu kroków, gdy drogę przestąpiło jej dwóch zamaskowanych wojowników. Po mrowieniu na plecach poznała, że pozostałych trzech ma za plecami. Ci dwaj, których widziała, mieli na sobie szare płaszcze, w których prawie całkowicie zlewali się z tłem. Jeden miał maskę z wizerunkiem pyska psa, a drugi kota. Obaj jak na komendę wyciągnęli broń. Hatsu poczuła przemożną ochotę, by ściągnąć łuk z pleców. Powstrzymała się siła woli.

- O co chodzi?- Postanowiła zapytać pierwsza.

- Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał „Pies".

- A kim jesteście wy, żeby mnie o to pytać? – poczuła, że ktoś wbija jej coś ostrego pomiędzy łopatki.

- My tu jesteśmy od zadawania pytań. Ty będziesz odpowiadać- warknął „Kot".

- A jeżeli nie zechcę? – Cała ta sytuacja zaczęła ją denerwować, a oni mieli to nieszczęście być jedynymi, na których mogła się wyładować.

- To my cię zmusimy do zeznań.. – poczuła, że ktoś przyłożył jej nóż do gardła.

- Więc jak? Będziesz mówić z własnej woli? – zapytał „Kot".

- Tamagawa Hatsu. Udzielono mi azylu w tej wiosce. – odpowiedziała oschle.

- Tak? Ktoś może to potwierdzić? – Tym razem ktoś z tyłu.

- Odpowiedzialny za mnie jest Hatake Kakashi.

- Sprawdzimy to. Tymczasem poczekasz tu. – Poczuła silne uderzenie w głowę, po którym straciła przytomność.

--

Obudziła się, słysząc ostrą kłótnię. Jednym z kłócących się był jej opiekun, Kakashi. Poznała jego głos. Drugim natomiast był zamaskowany człowiek w białym płaszczu. Nie rozumiała. co mówili. Rozróżniała tylko poszczególne słowa: „szpieg", „pomoc", „azyl", itp. Potem zaczęły do niej dochodzić całe wyrażenia: „nie możemy jej zaufać", „poczekajmy na dalszy rozwój sytuacji". Zmęczona natłokiem informacji zasnęła.

Obudziła się w domu Kakashiego, w swoim łóżku. Był blady świt. Obok drzemał na stołku Kakashi. Gdy jednak poruszyła się, Kakashi otworzył oczy.

- Już wstałaś? Co ci strzeliło do głowy, żeby drażnić ANBU?

- Zaatakowali mnie znienacka… Zaskoczyli mnie.

- Mogłaś zginąć! Wiesz, kim są ANBU?

- Nie, kim?

- Specjalnie szkolonymi wojownikami do ścigania zbiegów i zdrajców. Zabiliby cię i nawet byś tego nie zauważyła. A stawianie oporu tylko jeszcze pogorszyło twoją sytuację.

- Za co mieliby mnie zabić? Nic im nie zrobiłam! Nie jestem zbiegiem!

- Jesteś tu obca. Oni cię nie znają. Każdego obcego traktują jako potencjalnego szpiega. A poza tym, nie wolno ci się nigdzie ruszać bez opiekuna.

- Nie powiedziałeś mi o tym wczoraj.

- Nie miałem kiedy. Zanim sobie o tym przypomniałem, już poleciałaś do lasu.

- Dobra, przepraszam. Naraziłam cię na nieprzyjemności. Postaram się więcej nie sprawiać kłopotów. A, niedługo masz spotkać się ze swoimi uczniami, nieprawdaż? To może już pójdziemy, żeby się nie spóźnić?