Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, zwłaszcza że sama byłam średnio zadowolona z efektu swojej pracy :) A oto ciąg dalszy.
PS. sissel snape, przepraszam! :) Ale to już było gotowe, zanim skomentowałaś pierwszą część :P
Na środku korytarza zatrzymała się i przeciągnęła dłonią po włosach. Gdzie on mógł poleźć? Po chwili zastanowienia ruszyła szybko w stronę sali pacjenta w śpiączce.
Jak mogła się domyślić, jedynym śladem obecności House'a był porzucony kubek po kawie i, oczywiście, zielona karteczka z jej imieniem.
Zimno!
Zaczynało ją to irytować. Ten facet naprawdę nie wiedział, kiedy przestać. Dobrze przynajmniej, że nie zostawiał różowych karteczek, bo wyglądałyby jak listy miłosne. Diabli wiedzą, gdzie jeszcze je porozkładał…
Jeszcze raz rzuciła okiem na wiadomość. House nie byłby House'em, gdyby cokolwiek jej podpowiedział, chociaż…
Tupiąc obcasami, zbiegła po schodach do kostnicy. Wszystkie światła były zgaszone. Zadrżała. Nigdy nie lubiła tego miejsca, a po ciemku było jeszcze gorsze. Szybko zapaliła duże lampy nad stołem do sekcji, tylko po to, by przekonać się, że jest sama. Nie licząc kilku lokatorów szuflad z kartkami przywiązanymi do dużych palców, rzecz jasna. Odruchowo rozejrzała się za zieloną kartką. W pierwszej chwili myślała, że to koniec kretyńskich liścików, ale szybko przekonała się, że jej nadzieje były płonne. Karteczka wystawała z jednej z szuflad. Westchnęła zirytowana. Bardzo śmieszne, doktorze House, pomyślała. Wyjęła ją i wyszła, nawet nie sprawdzając, co tym razem nabazgrał.
Powoli kończyły jej się pomysły. Podobnie zresztą jak czas. Do przyjścia Cuddy zostało nie więcej niż półtorej godziny. Usiadła na fotelu przy jednej z sal i zaczęła bezmyślnie bawić się karteczkami. Teraz miała już ich siedem – z jego biurka, gabinetu Wilsona, sali faceta w śpiączce, kostnicy, dachu, damskiej toalety i schowka na miotły. Przez chwilę przekładała je w palcach, a potem zerwała się i ruszyła w kierunku przychodni. W normalnych warunkach House prędzej odstawiłby Vicodin niż się tam pokazał, ale tym razem warunki zdecydowanie nie były normalne. Nie zaszkodzi sprawdzić.
Po drodze natknęła się na Chase'a.
- Zjesz ze mną lunch? – Pocałował ją w biegu w policzek.
- A widziałeś gdzieś House'a?
- Nie…
- To nie zjem.
Chase uniósł brwi.
- Od kiedy nasze wspólne posiłki uzależnione są od położenia House'a na planie szpitala? Skoro tak ci zależy, zaraz go znajdę.
- Nie znajdziesz – westchnęła. – Próbuję od prawie trzech godzin, bez większego sukcesu. Cuddy mnie zabije.
- Za zgubienie House'a? – roześmiał się Chase. – Myślę, że raczej by się ucieszyła.
Cameron uśmiechnęła się blado. W tym momencie zapiszczał pager Chase'a.
- Przepraszam, ale musze lecieć. Powodzenia w poszukiwaniach.
- Czy doktor House ma dzisiaj dyżur? – zapytała pielęgniarkę stojącą przy rejestracji.
- Teoretycznie tak, ale do tej pory się nie pojawił. Martwię się, że stało mu się coś złego…
Cameron obrzuciła ją zdziwionym spojrzeniem.
- Jak długo tu pracujesz?
- Od wczoraj.
- To wiele wyjaśnia. W którym gabinecie powinien przyjmować doktor House?
- Numer 3, ale go tam nie ma. Doktor Cameron, czy pani wie, gdzie on jest?
- Dużo bym dała, żeby się dowiedzieć – uśmiechnęła się i ruszyła w stronę gabinetu numer 3.
Ani śladu genialnego diagnosty. To było do przewidzenia. Na kozetce leżała zielona kartka z jej imieniem. Aż dziwne, że nikt jej jeszcze nie zabrał i nie przeczytał. W tym szpitalu nie istniało coś takiego, jak prywatność. Jeśli wiadomość nie była w kopercie zaklejonej Super Glue, przewiązanej wstążeczką i nie miała naklejki „Własność rządu USA", to szanse, że zostanie przeczytana, były większe niż 100%. Szczerze mówiąc, jeśli miała taką naklejkę, to szanse przeczytania wzrastały trzykrotnie.
Sięgnęła po kartkę i rozłożyła ją. Miała już nie czytać tych idiotycznych liścików, ale trzeba sprawdzić, czy nie zostawił w miejscu publicznym czegoś, co by ją skompromitowało.
Cameron, ty zdziro! Jak mogłaś zrobić mi coś tak podłego?! Zupełnie nie masz serca! Nigdy ci tego nie wybaczę! Moje życie straciło sens…
H.
P.S. O, słodka naiwności! Naprawdę myślałaś, że tu będę?
No pięknie. Żart zupełnie w jego stylu. Teraz cały szpital jest przekonany, że złamała serce House'owi, a on potnie się z rozpaczy. Jeszcze tylko opinii zdziry jej brakowało do kompletu.
Spojrzała na zegarek. Do przyjścia Cuddy zostało jej mniej więcej pół godziny. Westchnęła. Mogła zacząć pakować swoje rzeczy.
