Kilka kolejnych dni pozwoliło Edwardowi na przemyślenie tego wszystkiego, co go spotkało. Cztery dni temu Alice miała wizję dotyczącą samobójstwa Belli. Jeden dzień zajęła mu podróż i gdy trzeciego dnia wieczorem stanął przed Volturi, a ci odrzucili jego prośbę, podjął próbę ujawnienia istnienia wampirów.

Nie pamiętał jedynie wydarzeń z czasu pomiędzy atakiem Demetriego a przebudzeniem. Pobyt w Wieży nie był najgorszym z tego, co mogło go spotkać, ale strach o Bellę napełniał jego serce lękiem. Każdego dnia spędzał kilka godzin z Artredorą i Sulpicją, które mimo tylu setek lat odosobnienia okazały się dobrymi towarzyszkami. Zazwyczaj rozmawiali, chociaż czasem na ich życzenie do wieży przybywała Heidi, posiadająca wyjątkowo piękny głos, i do późnej nocy słuchali smutnych pieśni o miłości. Alec zjawiał się co wieczór przy kolacji, służąc Edwardowi w czasie posiłku, po czym odprowadzał go do pokoju, rozmawiając z nim przez całą drogę. Chłopak był wyraźnie zauroczony Edwardem, na co tamten nie zwracał większej uwagi, do dnia, w którym Jane nie zagroziła mu, że ześle na niego najsilniejszy, nieustający ból, jeśli skrzywdzi jej brata, czego ten wolał nie ryzykować, i po kilku dniach doszedł do wniosku, że może poudawać, że odwzajemnia uczucia Aleca. Za każdym razem gdy się widzieli, Alec całował go w policzek przy powitaniu i pożegnaniu, co Aro kwitował zwykle uśmiechem. Edward coraz częściej łapał się na tym że myśli o Alecu, o tym jak cudownie układają się jego włosy na czole, jak błyszczą mu oczy, gdy żartuje, jak wyglądają jego wargi, gdy szepcze i jak bardzo interesujący jest ten lekki rumieniec wstępujący mu na twarz, gdy ich ręce stykały się pod stołem. Rozmawiał z nim zazwyczaj podczas posiłku, chociaż zdarzało się, że spotykał go w korytarzu obok jego pokoju, wówczas zatrzymywał się i patrzyli na siebie, dopóki nie usłyszeli kroków Sulpicji i Artredory. Alec rumienił się wówczas, jak gdyby robili coś niedozwolonego i pocałowawszy Edwarda w policzek, znikał w ciemnościach.

Pewnego dnia Edward zdobył się na odwagę i gdy Artredora wyszła na chwilę, zapytał Sulpicję:

- Sulpicjo, czy jesteś tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała po chwili milczenia, patrząc mu w oczy:

- Nauczyłam się tolerować swój los, Edwardzie.

- Ale czy jesteś szczęśliwa?

- Nie jestem nieszczęśliwa. - Uśmiechnęła się ze smutkiem w oczach. – Wiem, że Aro i wszyscy ci, którzy bronią Volturi, dopuszczają się niejednokrotnie okrucieństw i wcale nie pochwalam tego, ale zapewnia nam to bezpieczeństwo.

- Czy to nie za wysoka cena za życie bez trosk?

- Nie wiem, Edwardzie, nie znam świata, z którego pochodzisz. Nie uważam tego za wybór: żyć tu lub tam... Urodziłam się w czasach, gdy nieba nie przecinały ze świstem samoloty, ale gdy ludzie uprawiali mały kawałek ziemi i oddawali część z tego wielkim panom. Byłam córką jednego z takich właścicieli i podczas burzy na nasz dom napadły głodne wampiry, przemieniły mnie i mojego brata Kajusza. Ból przemiany był niewyobrażalny, palił me ciało i rozrywał je na strzępy, nie czyniąc mi jednak krzywdy; w kilka dni po przebudzeniu samotna i zbłąkana dołączyłam wraz z Kasjuszem do grupy, a ich przywódca, Aro, wkrótce został moim mężem. Było to w czasach tak dawnych, że tylko dar pamięci pozwala mi wrócić do tamtych dni. Nazwaliśmy się Volturi i po kilku wiekach zdobyliśmy władzę w świecie wampirów, wypychając z tej pozycji dotychczasowych władców Serbów. Zamieszkaliśmy w Volterze, a po śmierci żony Marka, Didyme, która zginęła podczas powstania wilkołaków, przerażony możliwością zabicia nas, Aro, rozkazał wybudować Wieżę jako schronienie dla żon Volturi. Odpowiadając na twoje pytanie, nie, Edwardzie, nie jestem nieszczęśliwa.

Drzwi się otwarły i stanęła w nich Artredora.

- Edwardzie. - Zarumieniła się lekko, jak za każdym razem, gdy go widziała i już miała coś powiedzieć, ale ten, używając swego daru, znalazł w jej myślach potwierdzenie wiadomości, której się spodziewał i tylko obecność obu szacownych kobiet powstrzymała go od podskoczenia z radości. Rodzice przyjechali! Emmet Jasper i Rosalie też! Podziękował Artredorze za informację i skłonił się lekko, gdy obie kobiety wychodziły. Założył śnieżnobiałą koszulę i czarne spodnie, a plecy okrył podbitą futrem peleryną - prezentem od Aleca. Zerknął na klepsydrę z grubego szkła, osadzonego na mahoniowej podstawie, stojącą na stoliku w salonie, wynikało z niej, że miał jeszcze siedem minut do kolacji.

Schodził powoli porfirowymi schodami do jadalni, w której rozpoznał już z odległości, po jasnych ubraniach odcinających się od czerni Volturi, wielką postać Emmeta i szczuplejszego Jaspera, siedzących obok Alice i Rosalie w połowie stołu oraz Carlisle i Esme obok Marka. Edward zajął miejsce pomiędzy swoim narzeczonym a Artredorą, oddając temu pierwszemu pocałunek na powitanie. Siedzący naprzeciw niego Carlisle i Esme popatrzyli z zaciekawieniem na towarzysza ich syna, wiedząc już zapewne, kim jest.

Pierwszy przemówił Aro:

- Moje dzieci. - Powiódł wzrokiem po wszystkich siedzących. – Zaiste, wielki zaszczyt przypadł nam dzisiaj w udziale. Oto jesteśmy świadkami połączenia się dwóch rodzin: Cullenów - skinął głową Carlisle i Esme - oraz Volturi - popatrzył na swoją rodzinę - poprzez połączenie Edwarda i Aleca. - Wzrok wszystkich zatrzymał się na nich i w tej chwili narzeczeni niezauważalnie chwycili się za ręce pod stołem. - Wypijmy zatem za miłość, która ich połączyła i za przyszłą fuzję obu rodzin.

Wszyscy wstali i wychylili srebrne kielichy, po czym głos zabrał Carlisle.

- Jak mówił mój przedmówca, złączyła nas tym dniu zapowiedź połączenia naszych dzieci i pragnąłbym, o ile jest to w interesie nas wszystkich, aby te związki, w które wstąpicie - tu spojrzał wymownie na narzeczonych - stały się początkiem nowej epoki, wspólnoty obu rodzin złączonej w jedną.

Wychylono kolejny kielich i po chwili z każdej strony posypały się prośby.

- Czy mogę ci służyć? - Chłopak skłonił głowę jak za każdym razem, gdy czekał na odpowiedź.

- Będę zaszczycony – odparł Edward i po chwili białe, arystokratyczne palce Aleca podały mu kielich z krwią; na początku pił powoli, ale później opróżniał jeden puchar za drugim, aż w końcu był syty.

Edward patrzył na chłopaka, który nie skosztował ani kropli krwi mimo pragnienia, jakie musiał odczuwać; słyszał je, czuł jego żądzę wszystkimi zmysłami, tak jak gdyby był nim. Po chwili chwycił kielich i podał Alecowi.

- Skosztujesz? – zapytał, akcentując ostatnią sylabę w słowie.

Chłopak popatrzył na niego ze zdziwieniem.

- Nie mogę.

- Dlaczego? Jeśli chodzi o moją zgodę, ja ci pozwalam.

- Mężowie nie piją razem z żonami, oni jedynie je częstują, służąc im, ale sami pożywiają się tym, co upolują a dokładniej tymi, których zwabi tu Heidi. Podobno to, że służymy wam w czasie uczty jest nawiązaniem do pierwszych wampirów, które przynosiły pożywienie swoim żonom.

- Dziwne zasady, doprawdy czy nie masz nic przeciwko wizycie w moim pokoju dzisiaj wieczorem, chciałbym byś poznał moich rodziców. - Spojrzał mu w oczy. - Jeśli byłbyś zajęty czy coś to... nie musisz się tym przejmować.

- Z chęcią ich poznam - odpowiedział prawie natychmiast.

Obaj spojrzeli na Jane.

- Ją również zapraszam - odpowiedział Edward z niewyraźną miną.

- Wydaje się, że nie przyjmie zaproszenia. - Chłopak zagapił się w przestrzeń, a Edward złapał się na tym, że zerka na niego ukradkowo, jak gdyby nieświadomy szeptów dookoła.

Alec miał czarne włosy okalające jego przystojną, młodzieńczą twarz, bladą cerę i dziwnie różowe wargi. Ubrany był w długą pelerynę, której koniec w czasie siedzenia przewinął przez ramię.

- Miło mi, że doceniłeś mój prezent. - Chłopak spojrzał na ozdobioną futrzanym kołnierzem pelerynę Edwarda.

- Jest bardzo wygodna. - Z tymi słowami zagłębił twarz w obszernym kołnierzu z futra. - Bardzo miło z twojej strony.

- To dla mnie przyjemność. - Skinął lekko głową. - Zastanowiłeś się, co ubierzesz za dwa dni?

- Nie, a dlaczego pytasz? - Spojrzał mu w oczy.

- Wolałbym byś miał na sobie coś ładnego w dniu naszego ślubu.

- Czy my...

- Tak.

- Za dwa dni?

- Czy to zły termin?

- W sumie rzeczy nie... chyba nie będą wymagali od nas... no, wiesz.

- Publicznej konsumpcji? Nie, pozostawiają nam to we własnej gestii.

- Za dwa dni będziemy małżeństwem.

- Wiem, trochę to dziwne.

- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Edward zapatrzył się w przestrzeń.

- Chyba wiesz, że po ślubie zamieszkamy razem?

- Tak, Sulpicja - obaj spojrzeli na małżonkę Aro - dała mi to do zrozumienia.

- Nie cieszysz się?

- Myślę, że będziemy musieli do siebie przywyknąć.

- Aro odbył ze mną rozmowę i mam zakaz spotykania się z tobą sam na sam.

- Dlaczego? Nie jesteś dla mnie zagrożeniem.

- Dla twojej opinii tak. - Spojrzał mu głęboko w oczy. - Nie możemy się widywać przez te dwa dni.

- Jeśli jest taka konieczność - wypowiedział te słowa głośniej, świadom tego, że wszyscy przy stole słyszą ich rozmowę,

Alec uśmiechnął się do swojego narzeczonego, tak, ten chłopak był niezwykły i znał cenę tej gry. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Aro pożąda darów Edwarda i Alice, a najlepszym sposobem na ich zdobycie był ten mariaż.

Kiedy drzwi salonu zamknęły się za ostatnią wchodzącą osobą, przez chwilę Edward myślał, że zaraz zginie; Jasper, Emmet, Carlisle i Rosalie skoczyli w jego stronę i wszyscy na raz chcieli go objąć, z boku stała Esme niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, przejęta tym, że znów widzi swoją rodzinę w komplecie, zaraz zza niej wyłoniła się Alice i rzuciła się na Jaspera, jakby chciała tym jednym uściskiem przekazać mu cały żal i rozgoryczenie tych dni, gdy nie było go przy niej.

Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi i po cichym "Proszę" Edwarda do salonu wszedł Alec.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - zapytał cicho, szukając wzrokiem swojego narzeczonego, który zaraz stanął obok niego, obejmując go delikatnie na wysokości ramion.

- Mamo, tato, oto mój narzeczony. - Chwycił Aleca za rękę i zaczął przedstawiać mu swoją rodzinę. - To mój tata, Carlisle, moja mama, Esme, i reszta mojego rodzeństwa. Chłopak skinął im głową na powitanie, a ci odpowiedzieli z początku niechętnie, ale po jakiejś chwili zaczęli do niego podchodzić i witać się z nim.

Pierwsza podeszła Esme.

- Witaj w rodzinie, Alec, długo czekaliśmy, by cię poznać. - Przytuliła go lekko, na co ten się rozpromienił.

- Ja również oczekiwałem państwa przyjazdu. - Chwycił jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. - Edward nie wspominał, że ma tak piękną mamę.

Na te słowa narzeczony Aleca i jego matka zarumienili się lekko.

- Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi z Edwardem. - Ton głosu Carlisle'a wskazywał na to, że nadal trudno mu było zaakceptować "narzeczonego" syna. – Chciałbym, by wasz ślub przebiegł bez zakłóceń... wiesz, o co chodzi.

- Panie Cullen, wymogłem na Jane obietnicę, że nie zrobi żadnemu z was krzywdy. - Na to wyznanie większość twarzy się rozpogodziła. Żadne z nich nie ukrywało, że powinowactwo z Jane nie jest największym atutem tego związku. Wszyscy się rozluźnili, jedynie Jasper ciągle zerkał ukradkiem na Aleca.

- Nie zwracaj na niego uwagi. Jasper zawsze tak reaguje na wampiry ze zdolnościami - wyszeptał Edward. - Może usiądziemy?

Zajęli kilka eleganckich krzeseł, po czym Emmet szepnął Edwardowi do ucha:

- Słodki jest, czy wy już to... ? - Po czym padł na ziemię bez ducha, na co wszyscy Cullenowie powstali z krzeseł.

- Przepraszam. - Jedynie Alec pozostał na swoim miejscu, a jego uśmiech był oszałamiający. - Tik nerwowy.

- Co mu jest? - zapytała Rosalie, rozdarta pomiędzy pobiegnięciem ukochanemu na pomoc, a strachem o samą siebie.

- Obudzi się za kilka minut. Dostali państwo już klucze do pokoi? Gdzie was zakwaterowano?

- Tak, dostaliśmy zaraz po przyjeździe. Mieszkamy naprzeciw Alice, piętro niżej, z kolei Emmet i Rosalie w głównym budynku. - Esme uśmiechnęła się łagodnie. - A gdzie ty mieszkasz?

- Na razie w podziemiach, tuż obok Biblioteki Volturi.

- To ona naprawdę istnieje? - zapytał Edward. – Słyszałem, że podobno nawet Aro nie może tam wejść.

- Istnieje. - Przełknął głośno ślinę. - Została zapieczętowana przez poprzednich właścicieli zamku w piątym wieku naszej ery i od tamtej pory nikt nie zdołał jej otworzyć, mimo licznych prób. Podobno znajduje się tam wiele ksiąg, nikt nie zna ich treści, zostały rzekomo spisane na ludzkiej skórze wzmocnionej jadem najsilniejszych wampirów, więc nigdy nie ulegną zniszczeniu.

- Jednym słowem: obrzydliwość - rzekła Alice, zmieniając temat. - Czy naprawdę musimy tutaj pozostać?

- Takie jest życzenie Aro.

- A czy wiesz na jak długo? - zapytał Jasper, mrużąc oczy.

- Prawdopodobnie tak długo jak ja i Edward będziemy razem. A to - spojrzał na Edwarda - mam nadzieję, będzie trwało wiecznie.

Carlisle przestawił swoje krzesło, tak aby mógł siedzieć naprzeciw Aleca.

- Chciałem o tym porozmawiać, jest kilka rzeczy, których nie rozumiem.

- Słucham, panie Cullen. - Alec wytrzymał badające spojrzenie oczu najstarszego Cullena, samemu również patrząc mu prosto w oczy.

- Jakie masz zamiary wobec mojego syna? - zapytał ze wzrokiem utkwionym w chłopaku.

- Chcę, by był szczęśliwy.

- Z Volturi? - wypowiedział te słowa z powątpiewaniem.

- Ze mną.

- Wiesz, że jest za wcześnie na takie obietnice, ledwo się znacie, jesteście tacy młodzi...

- Dzięki Bogu, dysponujemy raczej nieograniczoną ilością wolnego czasu, a co do wieku - mam dwieście trzydzieści lat i będę wiedział jak zaopiekować się pana synem. Słyszałem, że Trójca zaproponowała panu przyłączenie się do Rady.

- Jestem zmuszony przyjąć tę propozycję. - Carlislie brzmiał na zmęczonego - Moja żona zamieszka w Wieży, a moje dzieci dołączą do Volturi.

- Tato! - Głos Edwarda brzmiał nieco ochryple. - Nie zgadzam się, nie możecie tu zostać.

- Albo jesteśmy tutaj albo nigdzie, tak brzmiała odpowiedź Aro. - Doktor Cullen spojrzał na syna ze smutkiem. - Albo jesteśmy razem albo w ogóle. Nie mamy wyboru.

- Poza tym chyba nie chcecie pozbawić mnie przyjemności organizacji wesela mojego ukochanego braciszka. - Radosny głos Alice rozniósł się po pokoju. - Wyobrażam sobie ceremonię w kolorze ciemnego burgunda na trzysta osób, za to wesele w modnym ostatnio błękicie z Chartres.

Entuzjazm Alice rozjaśnił twarze wszystkich zgromadzonych, wywołując nawet nieśmiały uśmiech na ustach Aleca. Wszyscy odwrócili głowy, gdy usłyszeli powstającego powoli Emmeta.

- Co mi się stało? - zapytał cicho.

- Zemdlałeś - odpowiedział Edward. - Radzę ci, nie mów nic w czasie wesela, bo poproszę Aleca, by porozmawiał z Jane o tym, że masz ochotę z nią zatańczyć.

- I wierz mi. - Uśmiechnął się Alec. - Jej się nie odmawia.

Wszyscy w salonie roześmieli się, co nieco rozładowało atmosferę.

Alice stanęła obok Aleca i szepnęła tak cicho, że prawie niedosłyszalnie.

- Który z was założy suknię? - Spojrzała na swojego przyszłego szwagra z błyskiem w oku.

- Na razie nic mu nie mów - wyszeptał równie cicho. - Załatwię to. Ah, i jeszcze jedno.

- Tak?

- Nie myśl o tym w jego obecności.

- Wiesz, że zawsze mogę sprowadzić coś z Nowego Yorku czy Mediolanu...

- To musi być suknia ślubna Volturi z koronkami i welonem, inaczej ceremonia będzie nieważna. - Popatrzył na nią i Alice zobaczyła, że Alec rumieni się delikatnie. - Ceremonię poprowadzą Aro i Carlisle.

- Przynajmniej zamówię dla Edwarda szpilki od Prady - powiedziała rezolutnie. - Kupię je dla siebie, w końcu panna młoda musi mieć coś pożyczonego.

- Jutro Artredora i Sulpicja przyjdą dopasować suknię, więc lepiej pośpiesz się ze złożeniem zamówienia.

- Wiesz, że on nas zabije?

- Wiem, ale mam nadzieję, że do tego czasu on i ja będziemy już małżeństwem, więc wtedy będzie mnie chroniło prawo.

- Miło, że pomyślałeś o mnie. - Uśmiechnęła się przekornie.

W ostatniej chwili zauważyli, że w ich stronę zmierza Edward z Esme.

- Alice, siostrzyczko, czy możesz oddać mi mojego narzeczonego? - Objął go w pasie, na co tamten zesztywniał. - Muszę się nim nacieszyć.

Esme spojrzała na obu chłopców i w równym stopniu szczęśliwa, co zawstydzona, pożegnała się z nimi i wyszła, a jej śladem poszedł Carlisle, skinąwszy uprzednio głową młodemu pokoleniu.

Rosalie wyjęła z torby nieduży przenośny laptop i już po chwili średniowieczne mury wypełniła głośna muzyka, pulsująca równie szybko jak serce noworodka. Jakiś czas później obie pary poszły tańczyć, zaś narzeczeni stali przy ścianie i rozmawiali cicho.

- Chcesz zatańczyć? - zapytał Edward, patrząc partnerowi w oczy.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu...

Ustawili się w stosownej odległości z rękami ani za nisko ani za wysoko i zaczęli tańczyć powolne fandango do starej, hiszpańskiej ballady, wyszukanej pośpiesznie przez Alice. Patrzyli sobie prosto w oczy, wirując po kamiennej posadzce; przy każdym obrocie Alec unosił lekko Edwarda ponad ziemię, tylko po to, by zaraz go na niej postawić, po czym rozłączali się i każde z nich podnosiło i wdzięcznie opuszczało ręce do chwili, gdy znów się łączyli w ostatnim silnym takcie ballady. Rozejrzeli się dookoła i zauważyli, że byli sami w pokoju, reszta musiała wyjść, gdy byli zbyt zaabsorbowani tańcem, by to zauważyć. Oddychali ciężko jak gdyby po przebiegnięciu kilkuset kilometrów.

Patrzyli sobie w oczy, nie opuszczając rąk, podczas gdy zaczęła się kolejna ballada.

Lo dudo, lo dudo, lo dudo

que tú llegues a quererme

como yo te quiero a tí

lo dudo, lo dudo, lo dudo,

que halles un amor más puro

como el que tienes en mí

Poruszali się powoli, leniwymi ruchami od czasu do czasu przechylając się a to na jedną, to na drugą stronę; czuli jak w wolniejszych momentach, tuż przed obrotem, ich ciała ocierają się powoli o siebie tylko po to, by zaraz się rozłączyć. W końcu gdy ostatnie crescendo ucichło, oni nadal połączeni, tańczyli w ciszy.

- Zostaliśmy sami - powiedział po chwili prawie niedosłyszalnie Edward, muskając jego rękę swoją dłonią i zanurzając twarz w jego włosach. - Co z tym zrobimy?

- Przecież wiesz, że nie możemy. Aro przed ślubem sprawdzi naszą czystość. - Zatrzymali się, wpatrzeni w siebie.

- Wiem i wiem, że warto będzie poczekać. - Niski baryton Edwarda drażnił rozgrzaną skórę chłopaka.

- Dobranoc. - Alec pocałował go w policzek odrobinę dłużej niż zazwyczaj, wyplątując się z jego ramion i wyszedł w ułamku sekundy.

Edward został w salonie i przesiedział całą noc, zastanawiając się co miał znaczyć ten pocałunek.

Dopiero brzaski świtu wyrwały go z zamyślenia.