Rozdział 2: Absynt i koniak

Bill odszedł.

Remus czekał cały dzień. Czekał na to, że Bill wróci do domu, przytuli go i powie, że to już koniec z Fleur, że to jego wybrał. Właściwie, o dziewiętnastej zdołał samego siebie przekonać, że nie ma innej możliwości — zawsze był dobry w okłamywaniu siebie.

Być może właściwie dlatego było to dla niego szokiem, gdy już podstarzała sowa Errol wleciała przez okno i rzuciła mu notkę, na której była najwyraźniej napisana w pośpiechu wiadomość.

Zostaję na noc w Norze. B.

Przez kolejną godzinę Remus próbował zaabsorbować swój umysł lekturą. Nie podziałało to w żaden sposób, ponieważ jego umysł wędrował w kierunku innym niż wszystko, co mogło być w książce. Zrobił sobie kawę, ale wydawało się zbyt gorzka, gdy sam ją pił. Zaparzył herbatę, ale efekt był taki sam, przez co poczuł się gorzej. Nie mówiąc już o tym, że jedyna herbata w tym obrzydliwie pustym mieszkaniu miała jabłkowo-cynamonowy smak ust Billa.

Remus znalazł nawet starą butelkę koniaku i próbował się upić, ale to też nie działało, ponieważ zawsze miał wysoką tolerancję na alkohol. Trzy szklanki bursztynowego płynu sprawiły, że lekko szumiało mu w głowie i czuł się znacznie bardziej samotny. Jego osamotnienie patrzyło na niego z każdego kąta oczami Billa. Remus bardzo starał się usłyszeć, czy ma mu coś do powiedzenia. Cisza pochłaniała go jak ciemna otchłań i nagle nie mógł oddychać. Musiał się stąd wydostać. Uciec z tego miejsca, w którym słyszał wykrztuszone imię Billa swoim własnym podnieconym głosem, ilekroć pozwolił swojemu umysłowi wędrować po wspomnieniach.

Znalazł się na ulicy, drżąc z zimna, gdy stał tam jedynie w cienkiej, lnianej koszuli. Nie miało to większego znaczenia, mimo tego, że była to listopadowa noc, zimna i bezlitosna. Nagle uświadomił sobie coś. Za kilka tygodni będzie Boże Narodzenie. Spojrzał w górę na atramentowe niebo, które wydawało się bardziej niebieskie, niż czarne z całą tą mgłą i odległym światłem księżyca. Kolejne samotnie spędzone Święta.

Przypadkowy przechodzień w średnim wieku spojrzała na niego z dziwną mieszaniną litości i awersji widoczną na twarzy. Wyglądała tak, jakby był bogaty, zamężna i szczęśliwa. Mająca kogoś z kim spędzi Boże narodzenie.

— Idź kupić sobie coś ciepłego — powiedziała i umieściła w jego dłoni banknot wartości dziesięciu funtów.

Uśmiechnął się gorzko z ironii tej sytuacji, ponieważ jego mieszkanie z wbudowanym kominkiem znajdowało się zaledwie kilka kroków dalej. Wciąż jednak tam stał, w cienkiej koszuli, kwestionując swój Los i prosząc się o zapalenie płuc.

Wyglądał na tak zagubionego i zbłąkanego, że aż obcy człowiek dał mu pieniądze. Naprawdę ironiczne, czyż nie… Dostał pieniądze, których potrzebował przez całe swoje życie, kiedy były one ostatnią rzeczą, o której myślał.

— Dziękuję.

Podniósł wzrok znad bezsensownego papierka w dłoniach, ale pani już dawno odeszła. Remus uśmiechnął się, gdy pomysł dobrej wróżki pojawił mu się głowie, ale potem wzruszył ramionami.

Miał pieniądze i nie mógł wrócić do domu, ponieważ to miejsce nie było już domem. Dom jest tam, gdzie serce — pomyślał i spojrzał w okno mieszkania, które kiedyś było takim miejscem. Nadal było oświetlone. Musiał zapomnieć wyłączyć światło. Wiedział, że nie mógłby wytrzymać tam ani jednej minuty dłużej… Jego serce były wysuszone i czuł się niewidzialny. Pieniądze wciąż były w jego dłoni. Było to wszystko, czego potrzebował, aby udać się do miasta, by znaleźć klub, kawiarnię lub jakikolwiek budynek, w którym mógłby wydać te dziesięć funtów.

Ludzie patrzyli na niego, tak naprawdę nie widząc go. Ludzie w ciepłych płaszczach i w szalikach, którzy mogli pozwolić sobie na litowanie się nad nim, ponieważ ich serca były we właściwych miejscach.

Po chwili trząsł się z zimna. Ta listopadowa noc była pod każdym względem nieprzyjemna, mroczna i sztucznie oświetlona w tym samym czasie, w którym latarnie drażniły mu oczy. Maleńkie płatki śniegu spadały na niego. Mógł poczuć każdy z nich, roztapiający mu się w materiał koszuli i sprawiający, że jego mały spacer stał się jeszcze bardziej nieszczęśliwy, jeśli w ogóle było to możliwe. Chodził po ulicach, które były zbyt ciche i zbyt głośnie, ponieważ tamta noc była pełna ironii i paradoksów. Słyszał ciszę samotności, która roztaczała się przed nim, jak zasłona. Czuł niemal każdy rytm głośnej muzyki, wydobywającej się z różnych nocnych klubów.

W końcu, zimno stało się do niezniesienia i wszedł do jednego z budynków ze święcącą, kolorową reklamą na zewnątrz.

Było tam kilkadziesiąt, a może setki ludzi, głównie młodych, ale niektórzy byli nawet starsi od Remusa. Atmosfera samotności uderzyła go niczym uderzenie młotu w głowę. Mimo że wszędzie byli ludzie, którzy uśmiechali się, tańczyli i starali się wyglądać tak, jakby dobrze się bawili… czuł, że ogólna izolacja mrowi w wypełnionym dymem powietrzu. Każdy był sam w społeczeństwie. Uśmiechnął się na kolejny paradoks tej nocy. Instynktownie przyszedł do miejsca, które było przesiąknięte uczuciem, przed którym próbował uciec.

Usiadł przy barze i zamówił absynt. Z jego odpornością i pieniędzmi, które posiadł, nie było nawet szans, aby się upił, ale wciąż mógł próbować.

Remus wypił swojego drinka jednym haustem i zamówił drugiego. Dopiero, kiedy skończył trzeciego, wydając ostatnie pieniądze jakie miał, zorientował się, że ktoś go obserwuje.

— Pozwolisz mi postawić kolejnego?

Łagodny głos niemal był niemal niesłyszalny w tym całym hałasie, ale Remus usłyszał go, tak jakby te przeszywające turkusowe oczy mogły wysłać wiadomość bezpośrednio do jego mózgu. Nie był pijany, był daleki od tego… ale coś w nim nie powstrzymało młodego mężczyzny przed zamówieniem kolejnego absyntu. Coś głęboko w nim nie chciało powstrzymać tego przystojnego, młodego i oczywiście bogatego mężczyzny. Był wszystkim, kim nie był Remus i wszystkim, czego pragnął w tamtej chwili.

Wypił drinka i spojrzał nieznajomemu w oczy.

— Z pewnością potrafisz pić. — Mężczyzna uśmiechnął się i znowu machnął do barmana. Kolejny napój pojawił się przed Remusem. — Jestem William.

Remus spojrzał na niego. Ten ostatni drink pozostał nietknięty, jako wyimaginowana granica między tym, co było i co mogło być.

— Remus.

— Co za dziwne imię.

William roześmiał się i odrzucił głowę do tyłu. Jego ciemne włosy opadły z jego twarzy i lekko dotykały szyi w sposób, który Remus dobrze znał. To było niemal rozczarowujące, gdy William znów na niego spojrzał i zamiast czekoladowych głębił, był ten intensywny turkus.

— Przypominasz mi Syriusza — szepnął z roztargnieniem Remus, dotykając szklanki. Drink miał przeszywający kolor oczu Williama.

Picie tego absyntu było jak picie z duszy tego mężczyzny i czuł z tego takie ciepło, że Remus nie mógł się powstrzymać przed tym, by nie przytrzymać dłużej niż wcześniej jego smaku na języku.

— Więc lubisz gwiazdy?

William znów się uśmiechnął. Jego głos był pełen głębokiej, uwodzicielskiej melodii. Był znacznie młodszy od Remusa. Wilkołak zgadywał, że miał około dwudziestu trzech lat, a może nawet mniej. Jego flirtowanie było trochę niezręczne, ale był tak pewien siebie i piękny, że Remus nie mógł się oprzeć. Jego spojrzenie zatrzymało się na młodszym mężczyźnie. Uśmiechnął się, kiedy przełknął ostatni łyk zielonego drinka.

Powstrzymał Williama przed ponownym zwróceniem na siebie uwagi barmana, niemal wyciągając rękę, by dotknąć palców Williama. Obawiał się swojej śmiałości.

Niemal.

— Masz oczy bestii — mruknął William.

Najwyraźniej był zafascynowany i przyciągany do starszego mężczyzny niczym mucha do światła. Remus uśmiechnął się tylko, gdy spragniony młodzieniec pochylił się w jego stronę, gdy wychodzili z nocnego klubu, całując go namiętnie. Jego wargi były trochę sztywne. Remus doszedł do wniosku, że nie był zbyt doświadczony, jeśli brało się pod uwagę to, w jaki sposób jego ruchy było nieskoordynowane. Powoli zmusił młodzieńca do zwolnienia i pocałował go dokładnie, przygryzając dolną wargę, badając jego usta i pozwalając Williamowi odnaleźć jego wydłużone kły. Młodszy mężczyzna wydawał się zaskoczony, ale jeszcze bardziej podniecony tym odkryciem.

Remus nadal nie był pijany. Wiedział, co robił… tylko, że nic więcej nie wiedział. Jedyną pewnością, jaką miał w życiu, było to, że teraz w Norze dyskutowano o nadchodzącym ślubie i był w tej części miasta, w której nigdy wcześnie nie był, pozwalając, by jakiś przypadkowy mężczyzna przytulał go, całował w taki sposób w jaki myślał, że nikomu nie pozwoli. Nikomu oprócz dwóch mężczyzn w swoim życiu, z których jeden był martwy, a drugi wkrótce się żenił.

A ten przypadkowy człowiek wyglądał, tak jak ten martwy i nosił imię tego, który wkrótce się żenił. Wyglądał jak tortura wysłana mu z Piekła, a może z Nieba. Remus najwyraźniej nie mógł już dostrzec różnicy. Ten człowiek był Billlem, Syriuszem, a jednak nie był nimi, ale pomimo tego był Billem i wyglądał, jak Syriusz. Miał naturalny talent, jeśli chodziło o cielesną przyjemność, gdyż językiem przebiegał trasę od gardła do klatki piersiowej Remusa, uśmiechając się do nagiej skóry.

— Jesteś zimny.

— Jestem — szepnął Remus i poczuł, jak inny płatek śniegu stopił mu się w oku i prześlizgnął się po nieogolonym policzku.

— Ogrzeję cię.

Tępy odgłos rozpinanych spodni rozbrzmiał echem po opustoszałej uliczce, głośniej niż muzyka z podziemnego klubu, którego wibracje Remus czuł pod stopami. Zamknął oczy, wiedząc, że to było niesprawiedliwe, ale nie chciał być uczciwy. Po prostu chciał o wszystkim zapomnieć, a gorące usta wokół jego penisa, były najgorszym na to sposobem. To było paskudne i okropne. Tak absolutnie odrażające, że aż Remus drżał z niesmaku. Mimo to, było to uczucie obrzydliwości wymieszanej z przyjemnością i nie musiał zbyt mocno się starać, aby zapomnieć o innych ustach, które tam nie były. Ponieważ William był niedoświadczony, jego zęby od czasu do czasy zadrapywały wrażliwą skórę Remusa, przynosząc mu dziwną mieszankę bólu i przyjemności. Dziwną potrzebę głębszego wepchnięcia mu się w usta i odsunięcie się od nich.

Remus wiedział to i odczuwał odrazę, ale była to najbardziej radykalna rzecz, jaką mógł wymyślić, a nawet jeśli chciał płakać i uciekać, wciąż tam był, stojąc nieruchomo i wchodząc głęboką w te chętne usta nieznajomego z twarzą Syriusza i imieniem Billa.

Nie wiedział, jak udało mu się wrócić do domu. Nie wiedział nawet, czy oddał przysługę obcemu za swoim domem. Ale jakoś sobie poradził i znalazł się na podłodze swojego mieszkania, łkając głośno. Łzy spływały mu po twarzy, palce miał we włosach, ciągnąc je, aż do bólu, ponieważ było to przynajmniej trochę prawdzie i znajome. Było to jedynie uczucie, jakie mógł w tej chwili odczuwać. Domowe uczucie z Wrzeszczącej Chaty, gdzie sam się ranił, gryzł swe ciało i wydawał agresywne okrzyki bezradności, które przynajmniej trochę go uspokajały. Nagle żałował, że pełnia nie nadejdzie, dzięki której mógłby się przekształcić i ugryź się tak mocno, by mógł się wykrwawić.

Myśl o pełni księżyca ponownie przypomniała mu o Billu.

Płakał, aż rozbolała go głowa i nie miał już więcej łez.