N/A Staram się nie zostawiać niedokończonych spraw. (Jak tam „Mater semper certa est"?)

Bardzo dziękuję za komentarze pozostawione pod ostatnim rozdziałem. (Pierwszym i ostatnim, Badhbh, trochę precyzji, na litość wszystkich bogów...)

Mam nadzieję, że i ten rozdział kogoś zainteresuje, wtedy postaram się doszlifować i pozostałe fragmenty. (Napisać, chciałaś powiedzieć - bo te urywki dialogów to dopiero coś na kształt bazy dla tekstu i nic ponadto.)

Cóż, Sponsorem dzisiejszej notki jest mój Wewnętrzny Krytyk, który kocha się ze mną przekomarzać. (Nie dziękuj, Badhbh, przecież wiesz, że mam rację, ludzie nadal tu zaglądają. I co? I nic. No skoro nie masz sumienia, to chociaż serce miej po właściwej stronie!)

Bardzo dziękuję Ariance za betunek! (Słusznie! Ma anielską cierpliwość do alternatywnej interpunkcji!)


Rozdział 2

Mary Watson siedziała na ławce w parku Dukes Meadows, delikatnie kołysząc wózkiem i cichutko gwiżdżąc „Kaval sviri".

Promienie słoneczne prześwitywały przez korony drzew.

Latorośl Watsonów spała w najlepsze, nic dziwnego, skoro nie zmrużyła oka przez całą noc i dopilnowała, by żadne z rodziców nie udało się w objęcia Morfeusza.

- Pani Watson, prawda? – Mary przestała nucić i zlustrowała nowoprzybyłą nieprzychylnym spojrzeniem. Przyczyniły się do tego: nienaganny czarny kostium, olśniewająco biała bluzka, perfekcyjny, chociaż bardzo dyskretny makijaż i fryzura w której absolutnie każdy włosek był na miejscu. Mary Watson poczuła ukłucie zazdrości – nie miała czasu na więcej niż trzy pociągnięcia szczotką, a zakładanie na wierzch czegokolwiek innego niż rozciągnięty sweter Johna było daremne – w ulewaniu panna Watson osiągnęła wirtuozerię.

- Jestem asystentką pana Holmesa. Chciałby z panią porozmawiać. W pobliżu jest bardzo przyjemna kawiarnia. Tak będą państwo mogli… - Niezrażona młoda kobieta w eleganckim kostiumie kontynuowała wypowiedź, a firmowy uśmiech nawet przez chwilę nie zszedł z jej oblicza.

- Odmawiam! – zaprotestowała ostro Mary. Samo wspomnienie Mycrofta Holmesa wywołało na jej twarzy grymas wściekłości.

- Oczywiście, może nie przyjąć pani zaproszenia. - Kobieta chrząknęła znacząco. Wyjęła telefon i uruchomiła aplikację. - Życzy pani sobie antyterrorystów na drugą czy trzecią nad ranem?

- Słuchaj, dziewczyno! Nie chcę spotykać się z Mycroftem Holmesem! – podkreśliła dobitnie pani Watson i poderwała się na równe nogi.

- Jak sobie pani życzy. – Ton „Anthei" wyrażał chłodną uprzejmość. - Jednak najprawdopodobniej milej byłoby wysłuchać propozycji pana Holmesa w zaciszu kawiarni niż w innych okolicznościach.

- Głucha jesteś? – Zapytała znacząco Mary. Westchnęła teatralnie i postanowiła zmienić taktykę. – Rozumiem, że to jest twoja praca. Po prostu w dzisiejszych, niespokojnych czasach należy unikać problemów. Spotkanie z panem Holmesem to dość stresująca perspektywa. Po prostu troszczę się o spokój mojej rodziny – zakończyła wypowiedź zbolałym głosem.

- Interesujące. Rozmowa z panem Holmesem to co najwyżej dwadzieścia minut. Zabójstwo w Suffolk zajęło pani co najmniej półtorej godziny. - Mary Watson pobladła. – Tak, widziałam pani akta. Precyzyjnie rzecz ujmując: skompletowałam pani akta – objaśniła asystentka rządu brytyjskiego.

- Widziałaś moje akta i mimo to przyszłaś tutaj bez obstawy? – Mary poczuła się zagrożona na tyle, że postanowiła zaatakować. - Jesteś albo głupia, albo odważna. Chociaż z drugiej strony akurat jesteśmy w miejscu publicznym, a ja nie jestem w życiowej formie – dorzuciła cynicznie.

- Pani Watson. Ponieważ pani nie widziała moich dokumentów, sugeruję przestać mnie prowokować. – Przez twarz asystentki przebiegł grymas, a kąciki ust na ułamek sekundy uniosły się.

- Zgaduję, że Mycroft ma jakieś specjalne plany co do mnie. Ty już wiesz, o co chodzi. I sądząc po twojej reakcji bardzo ci się to podoba.

- Szczegóły przedstawi pan Holmes. Czy możemy już do niego dołączyć? – zapytała neutralnie „Anthea".

- Możemy. – Mary skinęła zrezygnowana, zacisnęła pięści na rączce wózka.

„Anthea" wysłała sms. Mary rozejrzała się po okolicy. Część ze spacerowiczów to z całą pewnością agenci, a dziewczyna raczej posiada umiejętności, o których mimochodem wspomniała. Doktorowa uznała, że nie pozostaje jej nic innego jak zdać się na los.

Jej nemezis przyjęło formę Mycrofta Holmesa ze śladami lukru na krawacie. Więc szlag trafił dietę rządu brytyjskiego, pomyślała Mary. „Anthea" oddaliła się dyskretnie do stolika po przeciwnej stronie sali. W tle cicho grało radio. Na stolikach leżały kraciaste obrusy. Obsługa dyskretnie usunęła się z pola widzenia, a pozostali klienci okupowali ogródek restauracyjny. Niemniej z błyskawicznych kalkulacji wyszło Mary, że nie poradzi sobie z tu obecną dwójką. Zrezygnowała z blefu, w którym skorzystałaby z córki jako zakładniczki vel. żywej tarczy.

- Witaj, Mary. Usiądź proszę. – Mycroft wstał i wskazał kobiecie miejsce naprzeciwko.

Zajęła je z zaciętym wyrazem twarzy.

- Mała, widzę, rośnie jak na drożdżach, a jak się miewa John? – zapytał rząd brytyjski niemal wesoło.

- Sam to wiesz najlepiej. Czego od nas chcesz? - fuknęła Mary.

- Myślałem, że wypijemy kawę, porozmawiamy o starych dobrych czasach. Powspominamy to i owo. – Tak, nie dało się nie zauważyć, że Mycroft Holmes to urodzony dyplomata.

- Więc czego chcesz? – nie ustępowała Mary, która chciała jak najszybciej znaleźć wyjście z tej mocno niewygodnej dla niej sytuacji.

- Skoro wolisz obcesowo. Oczekuję drobnej przysługi w zamian za bezpieczeństwo twojej rodziny – powiedział i Mycroft i wyzywająco uniósł podbródek.

- Jeśli myślisz, że nie umiemy sobie poradzić sami…! – wyartykułowała wściekle Mary.

- Zabawne. Twoje bezpieczeństwo nie wchodzi w skład tego pakietu, jest natomiast ceną, której żądam. – Zgromił ją wzrokiem.

- Konkrety? – spytała Mary, z trudem łapiąc oddech.

- Maksymalnie półroczna wycieczka. Masz trzy dni na odświeżenie swojego polskiego – poinformował neutralnym tonem. - Napijesz się kawy czy herbaty? – zapytał, kładąc przed nią menu.