-Merry-

Na Going Merry było dziwnie spokojnie. Sanji zajmował się robieniem obiadu ze składników, które znalazł w lesie i z ryb, które złowił Usopp. Strzelec wymieniał zepsute deski przy burcie. Nami starała się ustalić dalszy kierunek żeglugi. Brak było zwykłego hałasu, który na co dzień rozbrzmiewał na statku. Mimo, że Luffy'ego i Zoro nie było od jakiejś godziny, wszyscy zauważyli brak kapitana.

Usopp podniósł się i przeciągnął leniwie. W końcu skończył naprawy. Nie spodziewał się, że będzie ich tak dużo już przy pierwszej wyspie. Rozejrzał się. Przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył jakiś błysk przy wschodnim krańcu plaży. Nic się jednak nie działo, więc uznał, że mu się przywidziało. Wpadł na pomysł, by sprawdzić, kiedy będzie obiad. Szybko z niego zrezygnował. Kucharz i tak pewnie będzie chciał poczekać, aż wróci reszta. Westchnął z rezygnacją. „Czy Luffy chociaż raz, nie może zrobić czegoś bezpiecznego?" pomyślał. Nie mając nic do roboty, postanowił, że zacznie eksperymentować z nowym typem amunicji, który niedawno wymyślił.

-Luffy-

W tym samym czasie Luffy się świetnie bawił. Normalna osoba uznałaby pewnie jego sytuację za przerażającą i niebezpieczną. Chłopak jednak się tym nie przejmował. Zawsze lubił przygodę i wyzwania.

Schylił się, by uniknąć pazurów drapieżnego kota, po czym obrócił się.

-Gomu gomu no... pisutolu!- krzyknął z uśmiechem na ustach. Jego ręka rozciągnęła się, trafiając tygrysa w podbrzusze. Ten odleciał kawałek, uderzył o drzewo po czym podniósł się i uciekł.

Luffy rozciągnął rękę, chwytając się wysokiej gałęzi i wystrzelił się w powietrze. Z tamtą przyjrzał się goniącemu go stadku. Podążały za nim jeszcze jakieś cztery osobniki. Chociaż i te zaczęły się wycofywać. Słomkowy nie był pewien, ile ścigało go na początku, ale na pewno dużo więcej. Zauważył brak swojego towarzysza, co go trochę zmartwiło, ale postanowił się tym nie przejmować. Wierzył, że Zoro poradzi sobie nawet z tak trudną sytuacją. Byli w końcu towarzyszami, więc to wydawało się Luffy'emu oczywiste. W pewnym momencie poczuł pieczenie w ramieniu. Obrócił głowę. Jedna z bestii musiała zakraść się za niego i teraz go ugryzła. Na twarzy chłopaka przez chwilę zawitał uśmiech, który szybko zgasł. Zauważył, że szczęka stworzenia przegryzła nie tylko jego rękę, ale i też słomiany kapelusz, który na początku walki opuścił sobie na plecy. Wściekle uderzył tygrysa, zrzucając go z siebie.

-Gomu gomu no... gatulingu.- wykrzyknął. Jego ręce zaczęły się wydłużać i uderzać w przestrzeń przed nim. Wyglądało to tak, jakby pirat miał wiele rąk. Tygrys został uderzony kilka razy, po czym padł nieprzytomny na ziemię.- Nie ważcie się dotykać mojego skarbu!- wykrzyknął w stronę pozostałych kotów, które zgodnie uciekły.

Ściągnął kapelusz z pleców i popatrzył na niego. Był w dobrym stanie, nie licząc kilku dziur, śladów po zębach. Zmartwiło go to, ale przypomniał sobie, jak Nami pomogła mu naprawić nakrycie głowy, po tym, jak został uszkodzony w walce z innym piratem Buggym. Uśmiechnął się i postanowił poszukać drogi powrotnej na statek. Uznał, że Zoro też tam pójdzie, jak tylko upora się ze swoją częścią stada.

Nawigatorka tłumaczyła im, zanim wyruszyli, że jeśli chcą wrócić na statek muszą kierować się na północ. Wyciągnął palec w górę.

-Tam jest najzimniej.- stwierdził, wskazując przed siebie.- Czyli tam jest północ i statek.- uśmiechnął się i ruszył w wybranym kierunku.

-Zoro-

Zoro otworzył oczy. Przez chwilę próbował skupić wzrok na jakimś punkcie. Przypomniał sobie, co się stało i szybko dotknął dłonią swojego brzucha. Był pewien, że poczuje lepką krew, albo twardą, już zaschniętą skorupę. Zamiast tego poczuł jakiś miękki materiał, który był dokładnie zawinięty wokół jego tułowia. Podniósł się zdziwiony.

Znajdował się na całkiem wygodnym posłaniu. Było to coś na kształt stosu liści i mchu przykrytego grubym kocem. Był w pokoju, który wyglądał jak naturalna jaskinia, którą ktoś postanowił powiększyć i wyrównać. Obok niego w równym rządku stały oparte jego trzy katany, a brudna od krwi, biała koszula wisiała na krześle. Przed nim, na wprost drzwi siedział i przyglądał mu się... czarny lis.

Szermierz zamrugał parę razy. Był pewien, że jest to wytwór jego wyobraźni. Obraz, spowodowany utratą zbyt dużej ilości krwi, czy coś w tym rodzaju. Zwierze nie chciało jednak zniknąć, mimo usilnych prób chłopaka.

-Musiałem mocno walnąć się w głowę.- uznał.- Może teraz poproszę lisa, o przyniesienie mi czegoś do picia?- zapytał sam siebie.

Stworzenie popatrzyło na niego błękitnymi oczami, po czym podniosło się i wyszło z pokoju.

Zielonowłosy podrapał się w tył głowy, po czym uznał, że spróbuje wstać.

-Wody, czy herbaty?- rozległ się damski głos. Zoro spojrzał z niedowierzaniem na drzwi, w których przed chwilą znikł lis.

-Że co?- zapytał, niepewny co o tym myśleć.

W drzwiach pojawiła się jakaś głowa. Tym razem człowieka. Popatrzyła na niego piwnymi oczami.

-Mówiłeś, że chcesz coś do picia. Pytam, czy ma być woda, czy herbata?

-Nie masz może sake?- odpowiedział pytaniem, czując ulgę, że mimo wszystko nie gadał z lisem.

-Nie.- krótka odpowiedź

-To może być... herbata- westchnął.

Głowa zniknęła, a on postanowił podnieść się. Mimo stanowczego sprzeciwu ze strony jego ciała, zrobił to, po czym umieścił swoje miecze przy pasie. Od razu poczuł się pewniej, mając przy sobie swoją biała katanę. Wcześniej należała do jego przyjaciółki z dzieciństwa, Kuiny. Oboje, będąc dziećmi rywalizowali ze sobą w dojo, w którym się uczyli sztuki szermierki. Rozegrali 2000 pojedynków. Kuina wszystkie wygrała. W końcu Zoro zaproponował jej pojedynek na prawdziwe miecze, zamiast drewnianych. Także w tym dziewczyna wygrała. Wtedy opowiedziała mu o swoich zmartwieniach. O tym, że Zoro i tak będzie od niej lepszy i że nie będzie mogła przejąć dojo swojego ojca, bo jest dziewczyną. Wtedy chłopak się zdenerwował, ponieważ Kuina zawsze była celem, do którego dążył zielonowłosy. Złożyli sobie obietnicę, że w przyszłości jedno z ich stanie się najlepszym szermierzem na świecie. Następnego dnia dziewczyna zginęła w wypadku. Zoro poprosił ojca dziewczyny, by ten oddał mu jej miecz.

Teraz ta katana znaczyła dla niego bardzo wiele i zamierzał za wszelką cenę dotrzymać obietnicy z dzieciństwa.

Chłopak zrezygnował z zabierania koszulki, jak tylko na nią spojrzał. I tak był owinięty bandażami, więc nie był mu potrzebna. Ruszył w stronę drzwi. Gdy je przekroczył, znalazł się w kolejnym pomieszczeniu, gdzie nie było nic, oprócz kolejnych kilku drzwi. Przez najbliższe zobaczył, że dziewczyna, która mu pomogła, jest właśnie tam. Wszedł.

Pomieszczenie było sporych rozmiarów. W rogu stał stół z kilkoma krzesłami. Pod jedną ze ścian ciągnął się rząd szafek. Był tam też murowany piecyk, na którym akurat stał czajnik. Na innej ścianie suszyło się dużo rożnych i dziwnych roślin.

Zoro przyjrzał się dziewczynie. Stała w pobliżu pieca i wsypywała coś do dwóch kubków. Miała na sobie długie ciemne spodnie i taki sam kolor butów. Czarna koszulka na krótki rękaw miała na sobie różne niebieskie wzory. Brązowe włosy, zebrane w koński ogon, opadały jej na plecy. Przy prawym boku miała katanę ( co najbardziej zainteresowało szermierza), a na lewym udzie niewielką pochwę, z której wystawała błękitna rękojeść. Wyglądała na o kilka lat od niego młodszą. Gdy odwróciła się na chwilę, Zoro ją rozpoznał.

-To ty byłaś nad tym jeziorem! I te tygrysy...

Wzruszenie ramion.

-Nie mogłam z nimi walczyć. Zorientowaliby się, że ktoś tu jest.

-Kto?- chłopak zastanowił się. Czy ktoś jeszcze był na tej wyspie?

-Piraci... a przynajmniej ci, którzy się za nich podają.- zastanowiła się przez chwilę.- Prawdopodobnie będziesz się spierał, ale ja uważam, że najlepsi ludzie są właśnie wśród piratów. A te wszystkie osoby, które brutalnie napadają na wioski i mordują innych... To zwykłe ścierwa, niezasługujące na nazywanie siebie piratami... Ale póki Marynarka twierdzi inaczej, to jest obowiązujące prawo.- wyrzuciła z siebie wściekle. Zoro zauważył, że nie pałała miłością do „złych" piratów ani do Marynarki.

-Zgadzam się.- potwierdził

-Naprawdę?- spojrzała na niego z niedowierzaniem. I czymś jeszcze... Nadzieją?

-Gdybym twierdził inaczej, nie byłbym zbyt dobrym piratem, nie?- rozsiadł się na krześle i obserwował reakcję dziewczyny.

Odwróciła się od niego, zalewając herbatę. Potrzebowała chwili na przetrawienie jego słów i zdecydowaniu, czy może mu zaufać.

-Jestem Ritsu. Mishi D. Ritsu.- powiedziała w końcu, odwracając się i stawiając kubek z gorącą zawartością przed szermierzem.

-Roronoa Zoro. - powąchał płyn, po czym uświadomił sobie, co usłyszał.- D?

-Tak... Nie wiem co to znaczy, ale każdy z mojej rodziny miał to w nazwisku. - przyznała.

-Hmmm, nasz kapitan też tak ma.

-Właśnie, wspominałeś, ze jesteście piratami?

-Yhm.- zrezygnował z próby poznania zawartości kubka i oparł się wygodnie o ścianę, przymykając oczy.

-Więc... jesteście silni?- zapytała niepewnie.

Zielonowłosy podejrzanie spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek.

-Chyba tak.

Ritsu usiadła naprzeciw niego z westchnięciem.

-Opowiem ci coś o tej wyspie. Wiele lat temu osiedliła się na niej pewna piracka załoga. Spodobała im się, więc postanowili zrobić sobie na niej bazę wypadową. Po pewnym czasie odkryli pewną jej własność. Środkowa jej część była zamieszkiwana przez dziwne stworzenia. Kilka z nich już widziałeś. Trzymały się one jednak granic, które ciężko było wyznaczyć i nie odchodziły ani kroku dalej. Wkrótce znaleźli źródło tego zjawiska. Na szczycie góry, która jest pośrodku wyspy, rośnie pewne drzewo. To właśnie niego trzymają się wszystkie nierealne zwierzęta. Pewnie to ono w jakiś sposób odpowiada za ich mutacje. W każdym razie, piraci zauważyli, że liście tego drzewa trzymane przy sobie zapewniają, że nic cię nie zaatakuje. Tylko, że zerwany liść działa około miesiąca. Właśnie dlatego chciałam się tam dostać i byłam goniona. Ostatnio ciężko było przejść obok drzewa niezauważonym i nie zdążyłam zdobyć liści na czas.

-Nie lubicie się z tymi piratami?- domyślił się

-Czy się lubimy... Oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu. Dlatego nie mogłam zaatakować tych tygrysów. Po ich ranach od razu zorientowaliby się, że ktoś tu był.

-To oni odpowiadają za zaginięcia ludzi na tej wyspie?

-Tak. Nie chcą, żeby ktoś odkrył ich sekret. Nawet teraz boją się Marynarki.

-Czyli nas też nie będą chcieli puścić?

-Pewnie nie. Macie mało czasu na odpłyniecie. Szczególnie że trochę pokaleczyłeś te bestie. Twój przyjaciel nie był lepszy...- przerwała na chwilę. Naglę jej oczy szeroko się otworzyły.- Co on wyprawia!?- wykrzyknęła podrywając się z miejsca.

-Co się dzieje?- spojrzał na nią lekko zdziwiony.

-Ten idiota, z którym byleś, zamiast wrócić do statku pędzi prosto do bazy tych piratów.

-Luffy?- zapytał podnosząc się. Mimo wszystko, był wierny swojemu kapitanowi i nie mógł odpoczywać, gdy ten mógł mieć kłopoty.

Ritsu przeklęła głośno. Wbiegła do sąsiedniego pomieszczenia. Po krótkiej chwili wybiegła, niosąc ze sobą niewielki, brązowy plecak.

-Jak chcesz pomóc temu idiocie to się pośpiesz i chodź za mną.

Zoro ruszył biegiem za nią. Mimo, ze było jeszcze dużo pytań bez odpowiedzi, postanowił zadać tylko jedno.

-Dlaczego chcesz nam pomóc? Przecież możesz dalej się ukrywać. Mogłaś mi nie pomagać.

Spojrzała w jego stronę, a szermierz po raz pierwszy dostrzegł na jej twarzy prawdziwy uśmiech.

-Bo od pierwszego momentu, kiedy spotkałam tego błazna, wiedziałam, że jest prawdziwym piratem.