Uwagi: 1)Postać Arianrod nie ma nic wspólnego z Arian. Tak wyszło przez przypadek, a Arian powiedziała, że jej nie przeszkadza 2) Tytuły rozdziałów odnoszą się zazwyczaj do jednej z bohaterek żeńskich (ale nie zawsze). Poza tym czasami trzeba poczekać do dalszych rozdziałów, żeby odkryć, czemu brzmią tak, jak brzmią.
*/*/*/*/*/*/*
„Drzewo, z natury zagmatwane"
*/*/*/*/*/*/*
Kiedy ranek wstał, Tina Abrokle była prawie gotowa na przywitanie dnia w pełnej jego krasie z podniesionym czołem i satysfakcją z dobrze wykonanego zadania. Chleby zostały upieczone, kurczęta oskubane i wypatroszone, owoce wyniesione z piwnic, ziarno ze spichlerzy, deser w postaci placków wiśniowych właśnie się studził, kuchnia wyglądała jak dobrze zorganizowane pobojowisko, a pomocnice kuchenne jak kobiety, które przez wiele w życiu przeszły. Mąż Tiny zajrzał do niej pięć minut temu i wycofał się w pośpiechu, nie mogąc wytrzymać gorąca buchającego ze wszystkich stron. Tina wymieniła przepoconą koszulę na tę przyniesioną przez zbyt delikatnego małżonka i rozejrzała się dookoła. Wszystko było w normie. Zmęczone twarze, sterty jedzenia, hektolitry potu, krajobraz zasnuty przez mało przejrzyste opary mieszających się bez ładu zapachów. Wszystko jak trzeba. No, może poza jednym.
Blisko krawędzi stojącego najbliżej drzwi wyjściowych stołu leżała taca wypełniona po brzegi książęcym śniadaniem, które najwyraźniej spokojnie sobie stygło.
Ten chłopak, pomyślała Tina z rezygnacją, ale bez gniewu, bo Merlin wzbudzał w niej takie ilości uczuć macierzyńskich, że mógłby prawdopodobnie zamordować pół zamku nocą, a ona i tak uznałaby najpewniej, że miał ku temu jakiś istotny powód, skoro zmuszony został do aż takiego czynu. Bo przecież bardzo miły z niego chłopiec. I w ogóle to ci martwi ludzie powinni się wstydzić, że sprowokowali biedaka do tak gwałtownych reakcji. A potem nakarmiłaby Merlina porządnie, bo jak na jej gust, to ważył on tak ze trzydzieści kilo za mało. Takie chucherko w okolicy jej kuchni stanowiło wręcz obrazę majestatu. Poza tym, chłopak jeszcze będzie jej za to tuczenie wdzięczny. Kobiety lubią solidnych mężczyzn.
Tina westchnęła i odłożyła na chwilę plany tuczenia Merlina. Istniały pilniejsze sprawy do załatwienia. Na przykład książęce śniadanie. Bo książę najprawdopodobniej właśnie się budził i zaraz zacznie się niecierpliwić. Zniecierpliwiony książę oznacza zdenerwowanego księcia, a zdenerwowany książę nie był tym, co Tinie jakoś specjalnie odpowiadało.
— Agneto?
Ciemnowłosa dziewczyna o twarzy umorusanej mąką przerwała ugniatanie ciasta i uniosła głowę.
— Tak, proszę pani?
— Nie przerywaj – pouczyła ja Tina. - Zakładam, że umiesz gnieść ciasto i słuchać jednocześnie.
Agneta spłoniła się rumieńcem i rzuciła z powrotem do pracy.
— Tak, proszę pani. Oczywiście.
— Jak skończysz ugniatać to ciasto, zabierzesz tę tacę do sypialni księcia. Zostawisz mu jedzenie i wrócisz natychmiast do kuchni. Po drodze zajrzyj do Merlina i sprawdź, czy już wstał. Kojarzysz go?
— Tak, oczywiście. Wszyscy kojarzą Merlina.
— Jak go znajdziesz, powiedz mu, że jeszcze jedna tak późna pobudka i przestanę go kryć. Możesz dorzucić też sugestię, że będę wtedy bardzo zła i możliwe, że nadzieję go na rożen, podpiekę i podam królowi na kolację z jabłkami i żurawiną.
Agneta zastygła na sekundę, a potem uśmiechnęła się i zabrała ze zdwojoną siłą do pracy.
— Postaram się przekazać tę wiadomość jak najwierniej.
Tina przytaknęła z aprobatą i wróciła do swoich zajęć. Za pół godziny w kuchni miała zjawić się służąca Lady Morgany z listą jej życzeń względem jadłospisu na kilka następnych dni i tego, co należałoby zakupić w najbliższym czasie do królewskich spiżarni. Może nawet Lady Morgana poczuje się dziś lepiej i sama zejdzie na dół. Nie można było wykluczyć takiej możliwości. Na wszelki wypadek Tina oddelegowywała kilka pomocy kuchennych do szorowania przypadkowych powierzchni. Lady Morgana miała wzrok sokoli.
A poza tym, szorowanie przypadkowych powierzchni wyrabia charakter.
*/*/*/*/*/*/*
Część 2/14 – „O tej, która znała odpowiedzi na wszystkie pytania"
*/*/*/*/*/*/*
Artur obudził się dość wcześnie rano, gdy słońce nie doszło jeszcze zbyt daleko w swej wspinaczce na nieboskłon. Podniósł się do pozycji siedzącej, przeciągnął i przeczesał palcami włosy. Chrząknął raz, drugi, odczekał minutę, potem parę następnych, a w końcu zaryzykował okrzyk: "wstałem", od którego poczuł się dość dziwnie, bo wprawdzie głęboko wierzył, że jego codzienne przebudzenie powinno być dla gawiedzi źródłem szczęścia i radości, ale wydawało mu się też, że nie wypada się z tym aż tak obnosić, bo wygląda to, jakby domagał się komplementów. A to przecież nieprawda. On się niczego nie domagał, on tych komplementów oczekiwał (i zawsze doczekiwał), co było zupełnie inną parą kaloszy.
Nie nastąpiła jednak żadna reakcja. Żadnych zachwytów, powitań, uśmiechów i pokłonów. Zupełnie nic. Artur załamał wewnętrznie ręce nad niewdzięcznością świata i nieporadnością własnej służby i postanowił odczekać następnych parę minut.
Gdy i to nic nie dało, Artur zrezygnował z utrzymywania pozycji siedzącej i opadł z powrotem na poduszki. Był przekonany, że gdzieś w tym momencie powinien się koło niego krzątać jakiś służący albo dwóch. Nie był do końca pewien, czy umiałby tych hipotetycznych służących rozpoznać i zdecydowanie nie pamiętał ich imion, ale był przeświadczony, że co jak co, ale istnieć to oni powinni. Jacyś. Obojętnie w sumie jacy. Nie był aż tak wybredny w tym względzie, niezależnie od tego, co sugerowała Morgana po tym, jak wysłał Jeremy'ego na zasłużoną emeryturę o jakieś trzydzieści lat za wcześnie. Artur po prostu nie lubił dźwięku jego głosu. I sposobu, w jaki mówił „dzień dobry". I kształtu jego nosa. W każdym razie, Artur wcale nie był wybredny i wymieniał osobistych służących tylko raz na trzy miesiące, co w ogóle nie było jakąkolwiek ekstrawagancją i w ogóle nie było jego winą, tylko po prostu naturalną konsekwencją tego, że świat był pełen idiotów i większość z nich najwyraźniej wcześniej czy później trafiała do Artura na służbę. Pewnie po to, by zrobić mu na złość.
Artur westchnął i podniósł się z łóżka, ruszając w kierunku szafy i zastanawiając się jednocześnie, czy to możliwe, że udało mu się dnia poprzedniego upić do tego stopnia, że znów zwolnił pół służby, zapomniał o tym kompletnie i sam był sobie winien. Po dłuższym namyśle (i odnalezieniu spodni, bo Artur umiał wykonywać dwie czynności na raz, co się mu bardzo chwali) doszedł do wniosku, że opcja z piciem jest mało prawdopodobna, bo przy takim scenariuszu czułby się bardziej jak jednostka rozdeptana przez konie bojowe niż cokolwiek innego, a on był w miarę sprawny i przytomny i nawet w uszach mu nie dzwoniło. Bark nadal lekko go pobolewał, dalekie echo rany, o której jeszcze parę dni temu mówiono, że jest śmiertelna, a kiszki wygrywały jakiegoś zbyt żwawego marsza, ale poza tym nic mu nie dolegało. Co nie znaczy, że jego osobistemu służącemu, albo osobistym służącym, kto ich tam wie, ilu ich właściwie jest, ujdzie płazem zostawienie go głodnego na pastwę dnia, pomyślał Artur, zasznurowując koszulę. Miał szczery zamiar pozamiatać nimi podłogi albo ewentualnie kazać im pozamiatać podłogi (wersja bardziej humanitarna, ale mniej zabawna), jak tylko przypomni sobie, jak się nazywają. Lub chociaż jak wyglądają.
Artur przypasał miecz do pasa i wyszedł z komnaty z miną, która musiała wiele mówić o jego stanie emocjonalnym, bo strażnicy stojący w pobliżu automatycznie się wyprostowali. Wymienili jakieś tajemnicze spojrzenia, z których Artur zrozumiał niewiele poza tym, że jego nastrój został rozpoznany i skatalogowany jako "kolejny wybryk księcia pana", co trochę go ubodło, bo to nie było tak, że on się jakoś specjalnie nad ludźmi znęcał i dostawał jakichś napadów szału co tydzień. Zanotował sobie w myślach, że ma zafundować tym strażnikom permanentny przydział na wachtę nocną. Jak tak im się ciężko patrzy na następcę tronu, to on im już to nie-patrzenie ułatwi. I niech nikt mu nie mówi, że nie jest wielkoduszny.
Po drodze na plac ćwiczebny napotkał jeszcze dwie pary strażników, których porozumiewawcze spojrzenia też kwalifikowały ich na doskonałych kandydatów do przejmowania nocnej warty, a także pomoc kuchenną, niosącą tacę pełna jedzenia, która zbladła na jego widok, dygnęła i oświadczyła, że już biegnie po Merlina, kimkolwiek ten Merlin nie miałby być. Czemu ten cały Merlin i to, czy pomoce kuchenne do niego biegały czy nie, miałoby Artura interesować, nie było jasne, ale Artur nie miał zamiaru w tę kwestię jakoś specjalnie wnikać. Szczególnie, że pomoc kuchenna czuła najwyraźniej potrzebę zwierzenia się Arturowi z całego swojego życiorysu, bo próbowała zacząć jakąś rozmowę na temat tego, dokąd niesie to całe śniadanie, nie bacząc zupełnie na to, że Artur był głodny i absolutnie nie chciał słyszeć o tym, że inni ludzie dostają śniadanie do łóżka. Musiał jej w końcu przerwać i odesłać do kuchni za pomocą odpowiednio rozkazującego spojrzenia i wysoce autorytarnego wygięcia brwi, które podpatrzył kiedyś u Gajusza.
A potem doszedł w końcu na plac ćwiczebny, gdzie jego rycerze też najwyraźniej chcieli trafić na tę nieszczęsną, bardzo zatłoczoną nocną zmianę, choć objawiało się to u nich trochę bardziej subtelnie. Sir Garaint spojrzał na niego i rzucił jakąś dobroduszną uwagę na temat tego całego Merlina, późnego wstawania i nastrojów, z czego Artur zrozumiał niewiele, ale obiecał sobie, że jeśli okaże się, że ten cały Merlin ma coś wspólnego ze zniknięciem jego śniadania, to Artur się juz do niego przejdzie i przypomni mu, kogo tu trenowano od najmłodszych lat na bezlitosnego zabójcę, a kogo nie.
Reszta ćwiczeń przebiegła mniej więcej normalnie, a rycerze skupili się na nieatakowaniu jego osłabionego prawego ramienia i jednocześnie nie dawaniu po sobie znać, że omijają ten newralgiczny punkt, żeby przypadkiem Artur nie domyślił się, że go oszczędzają. Ponieważ nie mieli jednak talentu Artura do wykonywania dwóch rzeczy jednocześnie ot tak, bez mrugnięcia okiem (bo mrugnięcie byłoby już czynnością trzecią, a to juz pewna przesada), ich podchody były dla Artura dość oczywiste, a oni sami potykali się z całego tego skupienia podejrzanie często o własne nogi. W efekcie wyglądało to tak, że rycerze próbowali Arturowi ustępować, nie wyglądając przy tym, jakby ustępowali komukolwiek, a Artur wściekle atakował ich za to całe ustępowanie i mimo nie do końca sprawnego barku udawało mu się to robić nawet skutecznie, bo rycerze byli na tyle przejęci myśleniem o oszczędzaniu arturowego ramienia, że nie zwracali najmniejszej uwagi, co w danym momencie Artur akurat z tym ramieniem robi.
Na szczęście z daleka wyglądało to prawie jak normalne ćwiczenia, a jeśli po ochach i achach sądzić, to widownia była całkiem ukontentowana. Artur był w głębi duszy niezwykle rad, że prosty lud jest z natury prosty.
Trening zakończył w końcu trochę wcześniej niż zwykle, bo istniały jednak pewne limity, a on nie chciał zagłodzić się na śmierć. Był przekonany, że bardziej się przyda Camelotowi niezagłodzony.
W komnacie znów zastał absolutny brak jakiejkolwiek służby, tacę z bardzo zimnym śniadaniem oraz niepościelone łóżko. Zgromił wzrokiem i łóżko, i śniadanie, ale żadnemu z nich się od tego nie polepszyło, a potem w akcie głodnej desperacji rzucił się na zziębłego do reszty pieczonego kurczaka. To wszystko zaczynało mu wyglądać na jakąś pełną premedytacji akcję obliczoną na wywołanie w nim irytacji, gniewu i kto tam wie, czego jeszcze, i gdyby nie to, że Morgana zajmowała się ostatnio głównie leżeniem w łóżku i popadaniem w histerię, to uznałby, że to jej sprawka. A może te całe histeryczne wyskoki to była tylko przykrywka? Może Morgana odgrywała komedię, a w tajemnicy, kiedy on się tu martwił wewnętrznie o jej stan umysłowy i w ogóle, znów snuła plany, jakby mu tu życie uprzykrzyć? Artur obiecał sobie, że jak tylko wróci z audiencji u ojca, zajrzy do Morgany i zbada całą sprawę. Nie wnikał, czemu myśl o tym, że Morgana może w ukryciu prowadzić z nim wojnę podjazdową za pomocą nieposłanych łóżek i zimnych śniadań poprawiła mu humor. Wnikanie w uczucia nie należało do jego zwyczajów.
Porzuciwszy wreszcie kurczaka, a raczej jego kościste pozostałości, Artur zmienił kurtkę na bardziej adekwatną do sytuacji dworskich i już miał wychodzić, gdy ktoś zapukał do drzwi. Za drzwiami stała służąca Morgany. Ginewra, podpowiedziała jakaś część mózgu Artura, z którą Artur musiał chyba poważnie porozmawiać, bo wyraźnie pamiętał, że ustalił sam ze sobą jakieś parę lat temu, że służącą Morgany należy ignorować i najlepiej zapomnieć o jej istnieniu. Gi... służąca Morgany wyglądała na tak samo zdziwioną jak on faktem, że książę sam musi sobie otwierać drzwi. Zerknęła przez jego ramię, jakby spodziewała się tam kogoś zobaczyć, a potem dygnęła.
— Panie — przywitała go, schylając głowę tylko na sekundę, a potem wyczekująco unosząc wzrok do jego twarzy. Artur uniósł brwi, a przez jej twarz przebiegło coś na kształt zdziwienia, jakby nie tego się spodziewała.
— Coś się stało twojej pani? — zapytał, bo Gine... służąca jego siostry milczała nadal, a sposób, w jaki się mu przyglądała, był dość drażniący. Jakby zapomniała całkowicie o tej niepisanej umowie, w myśl której oni mieli się w ogóle nie zauważać.
— Nie, nie — odpowiedziała mu prędko. — Wszystko w porządku. Lady Morgana czuje się dziś całkiem dobrze. Zdecydowanie lepiej niż parę dni temu.
Coś we wnętrzu Artura odetchnęło z ulgą. Coś. Artur odmawiał utożsamiania tego czegoś z samym sobą.
— O co więc chodzi? — zapytał.
— Ja... Szukam Merlina?
— Merlina?
Artur zaczynał mieć poważne problemy z tym całym Merlinem. Czy on musiał mu się we wszystko pakować?
— Nikt go od rana nie widział, pytałam w kuchni, a gdy go wczoraj spotkałam, wyglądał dość dziwnie i...
Zawiesiła głos, jakby nie była pewna, czy powinna dokończyć zdanie. Artur, który nadal absolutnie nie rozumiał, czemu ona mu się zwierza z tej całej historii o zaginionym idiocie i czemu on miałby się tym w ogóle zajmować, skupił się na przypominaniu sobie, że bycie niegrzecznym dla ukochanej służącej Morgany mogłoby się dla niego skończyć drastycznie i dlatego nie może pod żadnym pozorem wypowiedzieć na głos nic z tego, co właśnie myśli.
— On ze mną wczoraj tak jakoś dziwnie rozmawiał — dokończyła w końcu Ginewra, gdy jasnym się już stało, że oczekiwanie na odpowiedź Artura nie przyniesie pożądanych rezultatów. A potem uśmiechnęła się nerwowo i trochę przepraszająco. — Ale to pewnie nic takiego.
— Z pewnością — potwierdził Artur, bo z jego punktu widzenia wyglądało to jak strasznie wielkie nic. — Może po prostu gdzieś zbłądził po drodze. Spotkał dziewczynę, stracił poczucie czasu.
Na twarzy Ginew... służącej Morgany pojawił się wyraz pełnej konsternacji.
— Spotkał dziewczynę?
Najwyraźniej Merlin i dziewczyny to nie były elementy chadzające w parze.
— Może i chłopaka.
Ginewra spojrzała na niego z ciężkim przerażeniem, co wydało się Arturowi lekką przesadą, bo wprawdzie związki męsko-męskie nie były jakąś straszną normą w Camelocie, ale święte oburzenie to chyba jednak zbytnio drastyczna reakcja… i właściwie, czemu on się wewnętrznie tłumaczy z tematu? I czemu w ogóle o tym rozmawia?
— Jestem pewien, że cokolwiek to jest, nie jest to nic poważnego — skwitował stanowczo. — A teraz, jeśli pozwolisz, jestem już spóźniony na audiencję.
— Oczywiście. — Usunęła się z przejścia. — Przepraszam za kłopot.
Artur skinął głową na znak, że łaskawie wybacza.
— Przekaż Lady Morganie, że odwiedzę ją zaraz po audiencji — rzucił na odchodnym, nie odwracając się nawet za siebie.
Ginewra skierowała swoje „tak, panie" gdzieś w stronę jego oddalających się pleców i posłała mu kolejne skonsternowane spojrzenie, którego nie miał nawet szansy zauważyć. Ale i bez tego doszedł do wniosku, że ten dzień zaczął się dla niego nader dziwnie.
I tak jak się zaczął, tak trwał w tej swojej dziwności w najlepsze, a Artur miał wrażenie, że gdzie by się nie spojrzał i kogo nie minął, to wszyscy albo odwracali od niego wzrok w sposób mało naturalny, więc najpewniej bardzo znaczący, albo przyglądali mu się z ciężką fascynacją, jakby oczekiwali z jego strony jakichś atrakcji, albo, i to była ta część, której Artur naprawdę nie rozumiał, usiłowali z nim rozmawiać o tym nieszczęsnym Merlinie i ewentualnym miejscu jego pobytu.
Artur był całkiem zadowolony z tego, że najwyraźniej mieszkańcy dworu wreszcie wzięli do siebie zapewnienia jego ojca o tym, że ród Pendragonów jest ni mniej, ni więcej, tylko omnipotentny i basta, ale tak na serio to w stu procentach zadowolony byłby dopiero, gdyby jego ojciec zdołał mu tę nieszczęsną omnipotencję podarować, bo on sam z siebie jej jakoś w sobie wykształcić nie potrafił. A próbował solidnie i z zapałem.
W każdym razie, Artur nie był do końca wszystkowiedzący, choć z tym brakiem intelektualnym starał się zbytnio nie obnosić. Nieobnoszenie się było jednak utrudniane przez stada nieznanych mu zupełnie osób dopytujących się czy na pewno jednak nie wie, gdzie jest Merlin, i czy jego książęca mość z pewnością dobrze się czuje, bo może trzeba jednak wezwać medyka? Te przebłyski troski o jego stan zdrowia były jedynym powodem, dla którego Artur nie oddelegował jeszcze połowy zamku do szorowania wnętrz cel więziennych i ograniczył się do syczenia przez zęby, że nie, nie ma pojęcia, gdzie jest Merlin, i nie, nic go to nie obchodzi.
A potem odchodził, korzystając z tego, że jego rozmówcy byli na tym etapie zazwyczaj zbyt zaszokowani, by próbować go zatrzymać.
(Artur nie chciał nawet wnikać skąd ten szok im się w ogóle brał, bo cenił swoje zdrowie psychiczne.)
Wskutek całego tego zamieszania, tajemniczo znikającego służącego tudzież służby sztuk kilku, zbyt zimnego i spóźnionego śniadania, nadopiekuńczych rycerzy idiotów, nagłej gadatliwości, która dotknęła pół mieszkańców zamku i tego, że najwyraźniej gdzieś ktoś postanowił mu dziś życie utrudniać (Artur mógł się założyć, że ten ktoś miał na imię Merlin), Artur, pierwszy raz odkąd skończył lat trzynaście, powitał z ulgą i radością wieść o tym, że jego ojciec chce, żeby Artur towarzyszył mu przy przeglądaniu ksiąg rachunkowych. Jakieś dwie czy trzy godziny upłynęły im na wpatrywaniu się w rzędy cyfr i wymienianiu zdań typu "trzeba wysłać kogoś, by sprawdził spichlerz przy granicy". Uter co jakiś rzucał w stronę Artura jakąś uwagę na temat tego, jaki powinien być właściwy stosunek rodziny królewskiej do zapasów suszonej wołowiny i czemu żyto jest istotniejsze nawet niż pszenica, a Artur przytakiwał w odpowiednich miejscach i wypełniał dziury w dialogach pomrukami aprobaty. Nikt nie zapytał Artura ani raz o żadnego Merlina i było z tym Arturowi bardzo dobrze. Może trochę zbyt dobrze, bo ojciec zaczął mu się pod koniec rozmowy przyglądać z dość dziwnym wyrazem twarzy. Na szczęście na szczerych rozmowach od serca znał się mniej więcej tak jak Artur i tak samo jak Artur wyznawał zasadę permanentnego unikania tematu.
(Po kimś to Artur odziedziczyć przecież musiał.)
Gdy minęły trzy godziny, Uter zamknął księgi z satysfakcją i wysłał pachołka do kuchni po obiad. Pachołek, jak kompletny idiota do dwóch zliczyć nieumiejący, powrócił z kuchni z jedzeniem dla jednej osoby. Po tym, z jakim spokojem przyjął ten fakt jego ojciec, Artur domyślił się, że tak właśnie być miało i mentalnie przerzucił pachołka z kategorii „antytalent matematyczny" do przegródki „wyczulony na potrzeby pana i władcy". A potem skupił się na nieodczuwaniu zawiści wobec osób do których śniadania, obiady, tudzież inne posiłki jakoś trafiają i to w stanie niezmarzniętym na kość. Zerknął na pieczeń z pewną dozą wrogości i skrzętnie ominął wzrokiem pachnący świeżością chleb, bo jego wytrzymałość miała jednak granice. Skupił się na kontemplacji faktu, że jego ojciec co roku coraz bardziej rozrasta się w pasie. Starał się nie definiować tego mentalnie jako kary za obżarstwo i ogólnie dowodu na istnienie sprawiedliwości w świecie.
— Gdzie jest ten twój służący? — zapytał znienacka Uter, przerywając synowi rozmyślania na temat tego, kto w rodzinie ma zbyt swobodny dostęp do spiżarni, a kto nie. — Normalnie chodzi za tobą jak cień. Czyżbyś znowu go zwolnił?
— Oczywiście, że nie — odpowiedział Artur z pełną determinacją osoby, która pojęcia nie miała, co dokładnie robiła dnia poprzedniego.
Uter przeżuł spokojnie jakiś wyjątkowo twardy kawałek chleba i dopiero potem wrócił do swojego pierwotnego pytania.
— No więc? Gdzie jest twój służący?
— Nie mam najmniejszego pojęcia.
To akurat było szczere zdanie z jego strony. Ubogi był ostatnio w pojęcia.
Uter przeżuł następny kęs czegoś, czemu Artur nie miał zamiaru się zbyt uważnie przyglądać. Masochizm mu nie służył.
— Lepiej go znajdź — oświadczył jego ojciec. — To nie wygląda najlepiej, gdy następca tronu nie umie upilnować nawet własnej służby.
— Oczywiście.
— W końcu to tylko jeden chłopak. Nikt nie wymaga od ciebie byś znał po imieniu każdą pomywaczkę pracującą w tym zamku, ale jednego osobistego służącego, którego ci osobiście przydzieliłem, mógłbyś jednak mieć na oku.
— Oczywiście — powtórzył Artur beznamiętnie, wpatrując się gdzieś w przestrzeń ponad głową strażnika, który ze swojej strony wpatrywał się gdzieś w przestrzeń obok arturowego ramienia, udając, że nic nie słyszy. Co oznaczało prawdopodobnie, że nim minie pół dnia, cały zamek znów dowie się o tym, jak to Artur nie nadaje się na króla. Jakby to była jego wina, że jakiś służący postanowił dać nogę i rzucił posadę nie poinformowawszy o tym nikogo.
— Kazałem komuś rozejrzeć się za nim — skłamał w końcu. — Ale najpewniej nie ma go już w zamku. Ostatnio wielu służących nas opuszcza w pośpiechu. Praca wydaje im się za ciężka, a w swojej głupocie myślą, że poza zamkiem będzie im lżej.
Uter zerknął na niego spod zmarszczonych brwi.
— Jakoś wątpię, żeby o to tu chodziło. Ten chłopak jest wprawdzie chyba niedorozwinięty umysłowo, ale jest wobec ciebie niesłychanie lojalny. Wątpię by odszedł ot tak sobie.
Artur wyglądał chyba na zaskoczonego, bo jego ojciec na dobre przerwał jedzenie.
— O co chodzi?
Artur wzruszył ramionami.
— To trochę niepodobne do ciebie tak zwracać uwagę na służbę.
— Jestem królem, zajmuje się służbą na co dzień, tak, jak wszystkimi innymi mieszkańcami Camelotu.
— Ale zazwyczaj nie pamiętasz nawet ich imion, o posiadaniu opinii na temat ich charakteru nie wspominając.
— Ale my nie mówimy o całej służbie, a o osobistym służącym mojego syna. Zawsze interesuję się tym, co robisz. Nie myślisz chyba, że pozwoliłbym, żeby zajmował się tobą ktoś, wobec kogo mam wątpliwości?
— Nie, oczywiście, że nie — odpowiedział Artur po chwili, odwracając wzrok. Nie najlepiej sobie radził z momentami, gdy jego ojciec wykazywał nagle troskę i uczucia. Tak rzadko je widywał, że nigdy nie wiedział, co z nimi robić.
— Pójdę już, jeśli pozwolisz. Chciałem jeszcze zajrzeć do Morgany.
Jego ojciec zbył go królewskim gestem; jednym ruchem ręki, tym samym, którym oddalał wszystkich petentów i sługi.
— Morgana czuła się rano dość dobrze — powiedział jeszcze, gdy Artur właśnie miał wyjść z sali. — Ale daj mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.
— Oczywiście — powiedział Artur czując, jak to zwykle w rozmowach z ojcem, że nadużywa tego słowa w sposób niemiłosierny.
Wyszedł z sali i przez następne piętnaście czy szesnaście sekund rozważał skręcenie w kierunku kuchni w poszukiwaniu jedzenia i czuł się z tym rozważaniem dość monotematycznie i lekko dziwacznie, bo mógłby przysiąc, że jeszcze niedawno jego życie nie obracało się wokół tego czy ktoś mu doniesie posiłek, czy nie. Artur dopisał te niefortunne odczucia do listy rzeczy, które niechybnie są winą jego zaginionego, bezimiennego służącego i poczuł się odrobinę lepiej.
A potem przypomniało mu się, że jest księciem, i zamiast samemu się gdziekolwiek fatygować w sposób nieprzystający jego pozycji społecznej, zrzucił zadanie znalezienia dla niego posiłku na barki trochę zaskoczonego tym rozkazem strażnika i ruszył usatysfakcjonowany w kierunku komnat Morgany.
Zastał ją pogrążoną w ożywionej rozmowie, przechyloną do przodu, gestykulującą, trochę chyba zaniepokojoną. Oderwanie się od konwersacji i zareagowanie na jego wtargnięcie zajęło jej odrobinę dłużej niż zwykle.
— Morgano.
— Arturze.
Morgana odpowiedziała nieznacznym przechyleniem głowy na jego skinienie, a potem zamarła, jakby oczekiwała od niego jeszcze czegoś.
Artur zamknął za sobą drzwi.
Morgana nadal trwała w zamarciu.
Artur postanowił więc zamrzeć do wtóru, głównie z grzeczności.
Nie nastąpiło potem nic specjalnie ciekawego, bo Morgana nie dostrzegła w nim chyba tego tajemniczego wyczekiwanego czegoś, co wydawało jej się tak niezbędne do dalszego prowadzenia rozmowy, że była gotowa na to konto zastygać. Odtajała, zmarszczyła brwi i wymieniła znaczące spojrzenie ze swoją służącą. Artur poczuł ukłucie irytacji.
— Widzę, że czujesz się już lepiej — oświadczył i bardzo możliwe, że jego ton nie do końca pasował do treści zdania.
— Przykro mi, że aż tak cię to irytuje — odrzuciła w jego stronę Morgana, jak zwykle reagując nie na tę część przekazu co trzeba.
— Nie bądź śmieszna.
— A jestem? Nie miałam zamiaru.
Artur poczuł, że na skroni zaczyna pulsować mu żyła zwiastująca rychły wybuch, z którego najprawdopodobniej długo będzie się musiał tłumaczyć. To był jakiś okropny dzień. Nic a nic nie szło jak trzeba. Jakby świat się na niego uwziął.
Westchnął, zacisnął zęby i podszedł do okna. Na podwórzu Gajusz rozmawiał o czymś z koniuszym. Artur zarejestrował przeczący ruch głowy koniuszego i napięcie ramion Gajusza, które dało się zauważyć nawet z wysokości drugiego piętra. Zanotował te fakty i obiecał sobie sprawdzić, o co chodzi. Może to nic, a może coś bardzo istotnego.
— Bardzo interesujące dziś to podwórze? — zapytała Morgana głosem emanującym uprzejmością, co w jakiś sposób uczyniło tę uwagę bardzo impertynencką.
Artur zgromił Morganę spojrzeniem.
— Jestem tu tylko dlatego, że ojciec się o ciebie martwi.
— Uter był tu dziś rano. Widział na własne oczy, że nic mi nie jest — odparła spokojnie Morgana. Za jej plecami służąca udawała bardzo zajętą porządkowaniem toaletki swojej pani. Artur wiedział, że tylko udaje, bo gdy przyglądał się wydarzeniom na podwórzu poczuł, jak raz czy dwa przebiega po nim jej wzrok.
— Cóż. Z jakiegoś powodu mnie tu przysłał. Powinnaś docenić jego troskę o swoje delikatne kobiece nerwy.
— Moje nerwy nie są delikatne.
— Skoro tak twierdzisz.
— Masz rację, powinnam być wdzięczna za to, że Uter troszczy się aż tak o moje zdrowie. Nawet o twój stan nie dopytywał się aż tak często.
Zdaniu towarzyszył słodki uśmiech, ale Artur i tak rozpoznał w nim atak. Zazwyczaj unikali takich uwag, tych drobnostek i tych wielkich, istotnych kwestii, o których oboje wiedzieli, że ranią i bolą, ale najwyraźniej dziś Morgana nie miała ochoty na uprzejmość i nie dbała o jego samopoczucie. Coś z tym dniem rzeczywiście było nie tak, tyle Artur był w stanie stwierdzić na pierwszy rzut oka, ale duma nie pozwalała mu ustąpić nawet jeśli wiedział, że rzecz skończy się marnie. Jeśli Morgana chce wojny, dostanie wojnę (a Artur wcale a wcale nie będzie się zastanawiał, co takiego zrobił, że sprowokował ja do ataku w momencie, kiedy myślał, że ten etap mają już za sobą. I wcale a wcale nie będzie mu przykro.)
Już miał wymierzyć kolejne zdanie jak cios i rozpocząć walkę na noże, kiedy Gwen wkroczyła między nich, dosłownie i w przenośni, i postawiła na stoliku nocnym paterę pełną dorodnych jabłek. Zrobiła to zbyt gwałtownie i hałaśliwie jak na siebie, więc Artur rozpoznał w tym coś znaczącego. Morgana i jej służąca znów wymieniły spojrzenia i Artur obserwował, sam nie wiedząc czemu, trochę zbyt uważnie, jak Gwen przygląda się Morganie bez słowa, a Morgana pod tym wzrokiem uspokaja się i łagodnieje.
Było w tym coś takiego, co kazało odwrócić mu od nich wzrok.
Skupił się na stoliku i paterze. Jasnym połysku doskonale wypolerowanego srebra, lśniącej powierzchni jabłek, ich optymistycznej, nieposkromionej czerwieni. Nadal był głodny.
Gdy wyciągnął rękę po owoc, Morgana jakby nagle się obudziła i szybkim ruchem uniosła paterę do góry, poza jego zasięg.
— Zabierz to do kuchni, dobrze? — powiedziała do Gwen, która wyglądała na tak samo zdziwioną jak Artur. — I przynieś proszę zamiast nich trochę tych miniaturowych placków, które Artur tak lubi.
Gwen przytaknęła niepewnie, przejmując paterę z rąk swojej pani.
Artur nie mógł uwierzyć w to, co działo się na jego oczach. Placki. Jego ulubione. Morgana próbowała go ułagodzić. Tylko po co? Przecież nie po to, żeby jej jabłek nie zjadł?
Myśl ta była tak idiotyczna, że musiał coś z nią zrobić. Wypróbować i otrzymać zaprzeczenie.
— Poczekaj — rzucił w stronę odchodzącej Gwen. Nonszalancko, jakby od niechcenia. Nie spuszczał jednak wzroku z twarzy Morgany. — Wezmę jedno dla zabicia apetytu.
Morgana natychmiast stanęła między nim a jego celem.
— Lepiej nie próbuj. Wprawdzie wyglądają bardzo ładnie, ale coś z nimi jest nie tak. Smakują jak papier. Zepsujesz sobie apetyt.
— Pozwolisz, że sam zde…
— Gwen, wynieś je do kuchni.
— Nie bądź…
— Proszę.
W oczach miała ten sam zestaw burzliwych, splątanych chmur, które widział w nich, gdy zbiegała oszalała po schodach. Ustąpił. Trudno było postąpić inaczej. Gwen wyniosła paterę, zerkając na odchodnym z niepokojem za siebie.
Artur przyglądał się Morganie, która wcale nie przyglądała się jemu i samo to było tak nie w porządku, że wołało o interwencję. Morgana nigdy nie ustępowała. Ani słowem, ani tym bardziej wzrokiem.
Co on miał z tym wszystkim zrobić?
Rozmyślania wiodły w wiele stron i rozwidlały się na tysiące możliwości, a na końcu Artur i tak obrał ścieżkę mało subtelną i zupełnie niedyplomatyczną.
— Co się z tobą ostatnio dzieje?
Morgana wzruszyła ramionami. Niepraktyczne rękawy jej zbyt przewiewnej sukni załopotały do wtóru.
— Nic się ze mną nie dzieje.
— To co to było, czysta złośliwość?
Morgana zacisnęła wargi.
— Po prostu dbam o ciebie. Wybacz, jeśli ci to nie na rękę.
— Nie odwracaj kota ogonem.
— Uwierz mi, że nic nie odwracam. Kotów, psów czy innej zwierzyny.
Sarkazm znów powrócił do jej tonu, o jakieś zdanie czy dwa spóźniony. Dopiero gdy powrócił, Artur mógł zdecydować, że wcale a wcale za nim nie tęsknił. Był tego dnia ogólnie jakiś mało odporny na świat.
— Poddaję się — oświadczył. — Coś z wami wszystkimi dziś nie tak. Powariowaliście doszczętnie.
— My?
Morgana okazała uprzejme zainteresowanie, którego Artur nie miał zamiaru docenić, bo był prawie pewien, że jest fałszywe. Jeśli nie samo w sobie, to w tej części z uprzejmością.
— Wy — potwierdził. — Bardzo kolektywne wy. Obejmujące najwyraźniej cały ten zakichany zamek. Od ojca zaczynając, na tej twojej służącej kończąc.
Mięśnie twarzy Morgany drgnęły nieznacznie.
— Ta służąca ma imię.
— I jest służącą. Nie mam obowiązku znać imion całej służby.
Morgana odwróciła się w jego stronę gwałtownie, jej lewa dłoń ściśnięta w pięść, prawa złożona w oskarżycielski gest, oczy zwężone w szparki. Artur nie cofnął się nawet na milimetr, bo był rycerzem zaprawionym w boju i to do czegoś jednak zobowiązywało. Poza tym, za jego plecami stało coś pokrytego podejrzanie koronkową materią, z którą nie miał zamiaru wchodzić w żadne kontakty.
— O co ci dziś chodzi? Obraziła cię? Bo w to nie uwierzę. Nadepnęła na książęcy odcisk? Bo myślałam, że z tą komedią się już pożegnaliśmy.
— Z jaką komedią?
— Z tym udawaniem, że jej nie widzisz, żeby nie musieć jej patrzeć w oczy, bo ci wstyd.
Dla podkreślenia swojego oburzenia, Morgana dźgnęła Artura palcem w ramię. Artur przyjął to ze stoicyzmem i wyrazem twarzy sugerującym, że niestraszne mu takie ataki.
— Nie mam pojęcia, skąd ci się w głowie te szalone koncepcje biorą i chyba nie chcę wiedzieć.
— Z faktów. Fakty są często bardzo inspirujące. Nie proponowałeś kiedyś Gwen, jak to ująłeś, „stałego dostępu do książęcej osoby" w zamian za przeniesienie się do ciebie na służbę? Nie wspominałeś czegoś o „najbardziej szlachetnych klejnotach Camelotu" i „satysfakcji gwarantowanej, możesz zapytać kogo chcesz, a najlepiej żonę Sir Marka"?
Artur roześmiał się w sposób zbyt głośny, nagły i nienaturalny. A potem powtórzył czynność, tak na wszelki wypadek.
— To zupełnie i absolutnie nie brzmi jak coś, co mógłbym wypowiedzieć na głos — oświadczył, wyprostowując się przy tym odrobinę i starając promieniować pewnością siebie i autorytetem. Starał się też udawać, że nie ma rozpalonych policzków i nie wygląda prawdopodobnie jak wielki, odczuwający głębokie zażenowanie, pomidor. W diabły z tym wszystkim. Człowiek jest młody i głupi, raz wypije za dużo, rzuci całkiem rozsądną, acz może niezbyt delikatnie sformułowaną, propozycję w nie do końca może odpowiednią stronę, i sprawa ciągnie się potem za nim latami.
— Szczerze? — Morgana uśmiechnęła się szeroko, a jej zęby zabłysły drapieżnie. — Brzmi dokładnie jak twoja wypowiedź. Zresztą, siedziałam obok, gdy te hasła wygłaszałeś. Byłeś trochę zbyt pijany, żeby mnie zauważyć. W każdym razie, popracowałabym nad techniką podrywu, bo...
— To nie był żaden podryw!
Artur przyrzekł sobie długie życie znaczone przez abstynencję, opanowanie i lakoniczność. Zdecydowanie lakoniczność.
— ... bo nie wiem, czy to zadziała na kogokolwiek — kontynuowała Morgana spokojnie. — Radziłabym trochę więcej subtelności. Może nawet jakieś kwiatki. Tak dla dobra twojego życia uczuciowego oczywiście.
— Jeśli musisz wiedzieć, moje życie uczuciowe ma się dobrze. Rozwija się całkiem prężnie bez twoich rad. Jak nie wierzysz, możesz zapytać...
— Żonę Sir Marka? — podsunęła Morgana radośnie. — No, ona na pewno ma bogaty materiał do porównań...
— Och, zamilcz już.
Uwaga była dość nieprzemyślana. Morgana nie była z tych, co milczały, gdy im kazano. Była z tych, co na nakazy milczenia reagowali ślepą i automatyczną agresją.
— Rozumiem. Lubisz swoje kobiety milczące i bezmyślne?
— Lubię je niezłośliwe.
— Więc na czym polega twój problem z Gwen? W Ealdorze było już w porządku, a teraz znów...
Artur zatrzymał się przy nieznajomym słowie.
— Gdzie było w porządku?
— W Ealdorze? Wiosce Merlina?
Arthur wydał z siebie zirytowany pomruk.
— Merlin, Merlin i Merlin. Wszyscy dziś jak mańka wstańka z tym Merlinem... Co on ma do tego wszystkiego?
Morgana przyjrzała mu się uważnie.
— Najpierw Gwen, teraz Merlin. Co się dzisiaj z tobą dzieje?
— Ty mnie o to pytasz? Ty?
Morgana machnęła dłonią na znak, że ten wątek rozmowy jest nieistotny i nie na temat.
— Nie zmieniaj tematu. Co Merlin znów narobił?
— A skąd ja mam wiedzieć. Wszyscy się dziś zachowują, jakbym ja się niczym nie zajmował, tylko poczynaniami tego jakiegoś Merlina!
I tu Morgana zamarła znowu, w zdziwieniu, które wyglądało na kompletnie naturalne.
— Tego jakiegoś?
— Przecież ja go nawet nie znam.
— Nie znasz?
— Nie, nie znam. — Artur zacisnął dłonie w pięści i skupił się na niepodnoszeniu głosu. — Co w tym takiego dziwnego? Zamek jest dość duży. Jestem pewien, że jest w nim całkiem sporo osób, których nawet ty nie kojarzysz.
— Ale to Merlin, a nie ktokolwiek.
— I...?
— Ty na serio...?
Spojrzenie, które posłała mu Morgana, było prawie bezradne. Jakby napotkała właśnie coś, co przekraczało jej możliwości i nie wiedziała, co ma teraz z tym zrobić.
— Co ja na serio? — odwarknął bardziej niż zapytał, bo nie lubił, gdy patrzono na niego jak na problem wymagający naprawy. Był, jaki był.
— Kto jest twoim zdaniem twoim osobistym służącym? — zapytała Morgana, skręcając nagle w boczną uliczkę zupełnie innego tematu i nie tłumacząc się zupełnie.
— Nie pamiętasz? — Artur uniósł brwi. — Jak tak, to nie masz prawa robić mi wyrzutów, że nie mówię Ginewrze po imieniu.
— Właśnie mówisz — wytknęła mu Morgana, uśmiechając się nieznacznie, mimochodem. A potem wróciła do tematu, skupiona, zbyt poważna, nadająca temu wszystkiemu zbyt wielką wagę. Artur nabrał nagle wrażenia, że za chwilę zacznie się dusić, ściśnięty przez te wszystkie oczekiwania i wymagania.
— Kto jest twoim osobistym służącym?
— Wiesz co? Nie mam ochoty na twoje gierki. Widzę, że czujesz się lepiej. Zawiadomię o tym ojca. Wydaje mi się, że tyle na dziś wystarczy.
Drzwi były jednak o jakieś pół kroku za daleko, a może jego wolta była po prostu o pół sekundy spóźniona.
— Arturze!
Zatrzymał się, jak zwykle, na sam dźwięk jej rozkazującego, podniesionego głosu. Automatyczna reakcja. Czasami sam się zastanawiał, czemu to robi.
— Jak wygląda twój służący?
— Mówiłem przecież, że nie mam siły...
— Jedno zdanie, góra dwa. A potem dam ci spokój. — Posłała mu proszące spojrzenie. — Przecież to nic takiego.
Artur wzruszył ramionami. W jego głowie miejsce, w którym powinny znajdować się żądane informacje, ziało ciemną, zimną pustką. Samo myślenie o tym wiejącym chłodem braku informacji przyprawiało Artura o dreszcze. Nie chciał zapuszczać się w te rejony, nie chciał brodzić przez lód, pozbawiony światła i oparcia. Łatwiej było żartować i budować konstrukcje zastępcze, omijać przyczynę i narzekać na skutki. Czemu Morgana nie mogła dać mu spokoju?
— Mój służący wygląda jak wygląda — powiedział w końcu, siląc się na nonszalancję. — Jak większość służby. Mniej więcej mojego wzrostu, ciemnowłosy. Wygląda na nisko urodzonego wieśniaka, którym zresztą jest.
— Coś jeszcze?
— Nie przyglądam się służbie aż tak uważnie.
— Pamiętasz ucztę z okazji podpisania traktatu handlowego z mercjańskimi portami?
— Pamiętam. Wbrew twoim insynuacjom pamiętam, co się ze mną dzieje.
Morgana nie zmieniła wyrazu twarzy. Patrzyła na niego cała pochmurnooka i poważna.
— Znów zbyt dużo wtedy wypiłeś.
Artur przytakuje, bo pamięta, że dzień był frustrujący, a miód dobry, i pamięta szum i mgłę skrywającą coraz dokładniej wydarzenia wieczoru, i ból głowy, który przywitał go następnego poranka. Nie zwraca uwagi na delikatny odcień sugestii, że może jednak zbyt często zdarzają mu się te frustrujące dni, które trzeba topić w winie, by pozbyć się ich gorzkiego posmaku. To i tak nie ma znaczenia. Nieaktualne. Artur nie upił się ani razu odkąd… Odkąd…? Właściwie odkąd co?
— Gdy za dużo wypijesz, robisz się gadatliwy — kontynuowała Morgana spokojnie. — Odesłałam twojego służącego, żebyś nie słuchał twoich pijanych wywodów. Spędziłeś pół tego wieczoru opowiadając mi o tym, jak to jego oczy mają kolor "chabrów, nieboskłonów i może czasami flag Mercji, ale to mu akurat wybaczysz, bo gdyby były koloru flag Camelotu, to wyglądałyby w ogóle dziwnie i nienaturalnie, a ten niebieski jest jak chabry i błękity, i w ogóle czemu on ma na złość takie piękne oczy". I opowiadałeś o tym, jak przyglądasz się czasem jego profilowi, i czy to nie typowe, że on ma taki piękny profil, że ty się „jak jakiś odszczepieniec" wpatrujesz w linię jego szczęki zamiast, jak przy każdej innej normalnej osobie, skupiać się na jakichś elementach bardziej istotnych, typu na przykład kształt ud czy pośladków, ewentualnie nagie klaty damskie i męskie, a nie tak idiotycznie, jak to u twojego służącego idioty, ni z gruszki ni z pietruszki, nagle profil? I było tam też dużo zażaleń na temat tego, że ten twój służący chodzi w jakimś bezkształtnym worku i chyba robi to specjalnie, żebyś musiał, nadal cytuję, „dostawać jakichś fetyszów na punkcie dłoni i uszu z braku dostępu do innych elementów"? A tam potem było jeszcze dużo, za dużo informacji, których nigdy nie chciałam znać, na temat tego, o czym ty myślisz, gdy patrzysz na te uszy.
Artur odwrócił od niej wzrok. Od tych jej historii bez pokrycia i dowcipów, od których nie było mu wesoło. Od tego pustego miejsca w jego głowie, gdzie wszystko to schodziło się w jedno i znikało w ciemności.
— Artur... — Morgana złapała go za rękę. — To trwało z półtorej godziny. Nic nie pamiętasz?
Wyrwał nadgarstek z jej uścisku.
— Jak już mówiłem, nie mam dziś cierpliwości na twoje zagrania.
— Czekaj, posłu...
— Do widzenia, Morgano — uciął natychmiast, pewnie, nie dając jej zbyt wiele pola do manewrów. Tym razem był bliżej drzwi.
— Arturze!
Znów zatrzymał się odruchowo, tylko na ułamek sekundy, ale to wystarczyło jej na sformułowanie kolejnego zdania. Będzie musiał coś zrobić z tym odruchem.
— Merlin jest twoim osobistym służącym. Merlin.
Artur nie zareagował. Chwycił za klamkę, pożegnał się skinieniem głowy wymierzonym gdzieś w przypadkowy kraniec komnaty i wyszedł, niezatrzymywany już przez żadne okrzyki. Zamknął za sobą drzwi i prawie wpadł na Ginewrę, która wracała właśnie z kuchni z tacą pełną słodkich przysmaków.
— Panie?
— Jak się nazywa mój służący? — zapytał ją, sam nie wiedząc czemu.
— Merlin, panie.
W jej głosie ukryty był znak zapytania. Bardziej jednak w tym "panie" niż w "Merlinie". Artur nie zaryzykował zerknięcia na jej wyraz twarzy.
Odszedł nie dziękując jej za nic, choć coś w nim domagało się, by to zrobił.
*/*/*/*/*/*/*
Krok podążył za krokiem, cień za człowiekiem, słońce za wiecznie uciekającym horyzontem, czas za początkiem, który dawno minął. Kwiaty złożyły się z powrotem w ciasny pąk, liście wytrwały w swym upartym wyprostowaniu, psy, koty, myszy i szczury, proszone czy nie, znalazły schronienia pod strzechami domostw, ptaki zwołały nocne zgromadzenie, a gałęzie ugięły się pod ciężarem ich obrad.
Niebo wyciągnęło wszystkie swoje błyskotki, delikatne sznury bladych gwiazd, efektowne układy konstelacji, elegancką prostotę ostrej krawędzi półksiężyca.
Świat usnął.
Świat się przebudził.
Za parę godzin, najpóźniej paręnaście, słońce pojawi się z powrotem na horyzoncie i zepsuje nocy humor swoją ostentacyjną kolorystyką. Niebo przypisze słońcu brak gustu i umiaru, a potem ustąpi, tak jak zawsze ustępowało i jak zawsze ustępować będzie, i życie zacznie się od nowa, a noc skryje swe klejnoty przed palącym blaskiem dnia.
Nie dla jasnych promieni jej wdzięki.
Nie dla bystrych, ludzkich oczu.
Nocna uroda to przyjemność przeznaczona dla koneserów.
Nim minie jednak jej godzina i zniknie jej czar, równie ulotny jak jej władza, na chwilę świat należy do niej, ciemny, cichy i niemy. Gdy noc przejmuje we władanie nieboskłon i gdy ich dłonie i włosy splatają się w jedność, coś w świecie łagodnieje i pozbywa się na chwilę ciężkich oków prawdopodobieństwa. Wszystko jest wolne. Swobodne. Nieskończenie możliwe.
Magiczne.
Ci, którzy nie mieli szczęścia lub mieli go za dużo, ci, którzy prosili o zbyt wiele lub o zbyt mało, wybryki natury i wybrańcy losu, wszyscy oni zastają nocą otwarte drzwi. Po drugiej stronie jest prawda, kłamstwo i mnóstwo złudzeń, ale jeśli dobrze się przyjrzysz, odnaleźć tam możesz dokładnie to, czego szukasz.
Za każdym razem gdy zapada zmrok, noc otwiera podwoje swojego królestwa. Niewielu jednak przekracza jej progi.
Jak każdej nocy, tak i tej, w krainie pełnej zbyt ostrych prawd i zbyt realistycznych kłamstw, Morgana jest praktycznie sama. Nie kompletnie, ale prawie.
W środku pełnej magii nocy, we śnie, z którego niewiele zapamięta prócz zestawu poplątanych przeczuć, w świecie, w którym noc ma absolutną władzę, Morgana stoi u stóp niezbyt imponującego drzewa i wyzywa je od głupców i upartych mężczyzn. Drzewo nie odpowiada, jego niedobrane liście szumią, niesione wiatrem, którego istnienie jest kwestią wątpliwą. Morgana wzdycha i wyciąga dłoń przed siebie, wnętrzem do góry. Nie wiem, co twoim zdaniem mam z tym wszystkim zrobić, mówi.
Tryby przesuwają się, magia zwija i pręży, noc rozwija skrzydła, obejmując całą scenę we władanie. To wszystko stało się już przedtem i stanie się ponownie.
To zdarzenie już raz miało miejsce i czeka nas jeszcze jedna powtórka.
Jabłko spada na dłoń, jedno, jedyne, choć na gałęziach jest ich wiele, a każde równie dojrzałe.
Szansa jest jednak tylko jedna.
Jabłko spada na dłoń, opada w dół, rzucając się w przepaść z nieistniejącego klifu i nikt nie jest zdziwiony tym skokiem ani zbyt prędką dojrzałością sprawy. Ten świat widział już to jabłko i jego samobójcze próby, a dłoń była inna, choć równie blada. Szczegóły te nie wpływają na sens i cel całości.
Jabłko opada na dłoń Morgany, a Morgana budzi się, wyrwana ze świadomości i rzucona z powrotem w niewiedzę, nie przestraszona, ale nie do końca przytomna. Zagubiona. Zawsze i boleśnie zagubiona, przesunięta o milimetr czy dwa w złą stronę. Morgana zaciska dłoń wokół pustki i zamyka oczy.
Na stoliku obok jabłka pysznią się tym samym szkarłatem, co słońce wschodzące za oknem.
*/*/*/*/*/*/*
Gdy Merlin oddał swoje życie za życie Artura, podpisując cyrograf i wchodząc w pakt z magią i diablicą, mniej lub bardziej świadomie oczekiwał od świata jakiegoś znaku. Roztrzaskujących się powierzchni, rozdzieranych kotar, piorunów przeszywających przestrzeń, może nawet płomieni. W zakamarkach pamięci przechowywał skrawki starych baśni i przypadkowych opowieści, w których gniew bóstw objawiał się głośno i wyraźnie. Podświadomie Merlin spodziewał się, że i jego czynom wszechświat podaruje złowróżbne towarzystwo. Jakiś głośny huk czy równie drastyczny błysk — potwierdzenie, że coś się w ogóle stało, że to nie iluzja, a rzecz może i niezwykła, ale jednak realna. Taka, na znak której wszystko inne powinno stanąć, zatrzymać się i zamilknąć. Poświęcić uwagę i może nawet złożyć hołd.
(To, co Merlin właśnie zrobił, to głupie poświęcenie w imię przeznaczenia, którego nie jest do końca w stanie sobie wyobrazić, to wszystko jest wielkie i ogromne, i wzbudza w Merlinie na przemian niedowierzanie i dumę. To jest jego, całe i mityczne, heroiczne w sposób, w jaki heroiczne są czyny rycerzy w pieśniach bardów, w jaki czasem, tylko czasem, bywa Artur, w sposób, który wydaje się nie pasować zupełnie do Merlina, który urodził się na krańcu świata, w miejscu, na które mapom żal było kropek, i który był mały i czuł się często jeszcze mniejszy, i niewiele przecież znaczył. Ten czyn, ten głupi, heroiczny, wspaniały czyn to było sięgnięcie ponad poziom. Wyjście za wysoko, osiągnięcie ponad miarę. Jakaś część Merlina, ta młoda i chłopięca, ta sama, która ignorowała tę część z umieraniem, bo inne części historii wydawały jej się bardziej błyszczące i godne uwagi, chciała być za to osiągnięcie pochwalona. Dostać jakieś oklaski i gratulacje. Czyjąś dłoń na ramieniu, przyjazne klepnięcie oznaczające, że dobrze się spisał, czyjąś wdzięczność, w słowie czy spojrzeniu, matczyną dumę. Chciał wszystkiego i niczego. Niesprecyzowanej nagrody. Nie dla niej to robił, ale nie oznaczało to od razu, że jej nie pragnął.)
Nie stało się nic niezwykłego. Nimue odpędziła deszcz tak, jak go przywołała, chmury rozeszły się posłusznie na wszystkie strony świata i Merlin został sam ze swoim wyborem i z tą kobietą, której celów i pragnień nie rozumiał, a która w dłoniach trzymała wszystkie jego nadzieje. Kąciki ust drgnęły lekko i Nimue zaśmiała się z jego niedowierzającego wzroku i naiwnego wyczekiwania na fajerwerki. Najpotężniejsza magia jest bardzo niepozorna, powiedziała mu głosem zabarwionym drwiną.
Wziął od niej naczynie pełne życiodajnej wody i dopiero wtedy, na sekundę, nie dłużej, na ten moment, gdy ich ręce spotkały się połączone powierzchnią naczynia wypełnionego magią po brzegi, dopiero wtedy Merlin poczuł, że czymkolwiek jest ten czar, oszustwem czy może jednak dokładnie tym, co mu obiecano, jest z pewnością potęgą ponad miarę. Dotknął powierzchni naczynia, dotknął dzieła Nimue i na sekundę, na jeden zdradliwy milimetr poczuł w sercu tęsknotę za tą siłą, za taką wiedzą, która pozwala przywołać do siebie magię czystą jak kryształ i powietrze w zimowy dzień, zatęsknił, głupio i nieskrępowanie, za przeszłością, której nie znał i której nie było, za pełną jabłoni Wyspą Błogosławionych, za kapłankami uczącymi go jak słuchać i jak błagać, jak spełniać prośby i kiedy odmawiać, jak sięgać dookoła siebie po to, co najbardziej pierwotne. Zatęsknił za zapachem jabłek nieustannie walczącym z magią o władanie nad każdą wolną przestrzenią.
Nimue gwałtownie oderwała dłoń od jego dłoni i Merlin zrozumiał, że wspomnienie i tęsknota nigdy nie należały do niego. Stojąca przed nim czarownica zmarszczyła brwi, ubierając twarz we wrogi wyraz.
Jeden łyk wystarczy by przywrócić życie, powtórzyła, patrząc na niego wyczekująco, jakby rzucała mu właśnie wyzwanie. Merlin, na wpół zanurzony jeszcze w tym nieswoim śnie pełnym magii i jabłoni, zobaczył w niej coś znajomego i to mgliste powinowactwo z zatartym wspomnieniem stępiło na chwilę jego myśli i ich agresywne przesłanie. A potem przypomniał sobie, że ta kobieta chciała zabić Artura i jego współczucie zginęło w obliczu silniejszej siły.
Nie podziękował, skinął tylko głową i odwrócił się, zwracając z powrotem w stronę stałego lądu i Camelotu.
Gdy odchodził, omijając powalone ściany i kolumny, czuł na sobie jej wzrok. Nie przypomniała mu o cenie. Nie było takiej potrzeby.
Merlin był gotowy na zapłatę. Zapłata nie była jednak najwyraźniej gotowa na niego.
Gdyby ktoś go zapytał, jak wyobraża sobie ofiarowywanie swojego życia w ofierze, wykrztusiłby pewnie jakiś mętny opis zawierający ołtarze, kamienne kręgi i może nawet sztylety. Z pewnością wspomniałby coś o padaniu na ziemię i wydawaniu ostatniego oddechu. O tym, że najpierw jest krew, a potem zaklęcie, że najpierw niknie życie, a potem staje się cud.
Nie wspomniałby ani słowa o Nimue obserwującej jego powrót do Camelotu, o dłoni zaciśniętej mocno na naczyniu, którego cena przerastała wagę jego życia, o galopie wycieńczonego konia, któremu nie zamierzał dać chwili odpoczynku. Nie wymyśliłby nóg zmieniających się w watę od tak długiej i prędkiej podróży i tego, że gdy zszedł już na ziemię, świat dookoła niego zakręcił się lekko, a umysł stracił orientację w przestrzeni. Nie wymyśliłby biegu po schodach, zbyt powolnych ruchów, przerażenia, które ścisnęło nim, potrząsnęło i rozbiło, gdy zobaczył, jak Artur jest blady, jak chłodny, prawie marmurowy. Nie wymyśliłby też paniki na widok króla stającego w drzwiach i myśli, że może nie dane mu będzie nawet spróbować podać Arturowi lekarstwa. Nigdy nie byłby w stanie wyobrazić sobie tego, co czuł przez te klika okropnie długich sekund pomiędzy przechyleniem czary nad ustami Artura a pierwszym drgnieniem jego powiek.
Nigdy, przenigdy nie wyobraziłby sobie, że można czuć tyle głupiej radości na raz, że można patrzeć na dzieło swoich rąk, na życie, które jest dzięki tobie, a prawie zupełnie go nie było, patrzeć na tę zawróconą tragedię i mieć w sobie coś tak jasnego i piorunującego, że gdyby wydostało się na zewnątrz, to spalić by mogło ich wszystkich na wiór.
I nagle wszystko było jasne. To dlatego nie było rozdzieranych kotar, pękającej ziemi, piorunów, grzmotów i magicznego blasku.
Dlatego.
Merlin uśmiechnął się, głupio i zbyt szeroko, i wybiegł z komnaty, przebiegł przez korytarze, krużganki i schody, aż dobiegł na szczyt najwyższej wieży i stanął w miejscu, opierając dłonie na kolanach i dysząc ciężko pomiędzy atakami niepohamowanego śmiechu.
Był. Żył.
On. Artur. Wszechświat.
Radość rozpierała go od środka. Jak piorun i miecz, jak dźwięk bijących dzwonów przeszywający powietrze, jak grzmot obwołujący chmurny nieboskłon swoją domeną, jak gwiazda rozbłyskująca na niebie, by za chwilę zniknąć w ciemności.
Opadł na podłogę.
Nad jego głową niebo było błękitne i pozbawione najmniejszej skazy.
Samotny ptak zatoczył koło i zawrócił do domu.
*/*/*/*/*/*/*
To nie był łatwy proces. Nie było w nim nic prostego ani oczywistego, ale gdy minęła odpowiednia ilość czasu, gdy osiągnęli już poziom, na którym mówić można było o sukcesie, gdy wszystko zaczęło się już układać i klęski stały się co najwyżej mglistym wspomnieniem, wtedy, nagle i niespodziewanie, cała rzecz stała się łatwa.
We wspomnieniach ludzi, którzy tak naprawdę niewiele pamiętali, a mimo to opowiadali swoje wersje z wielkim przekonaniem.
W historiach opowiadanych dzieciom na dobranoc czy sobie nawzajem przy ognisku.
W skrótach myślowych, uproszczeniach i niedopowiedzeniach, bo przecież wszyscy wiedzą jak było i nie trzeba nam kolejnej powtórki ze znajomych prawd.
W wybielonych wizerunkach tych, którym zawdzięczamy tak wiele, a którzy nigdy nie byli aż tak doskonali jakbyśmy tego chcieli.
Gdy sytuacja się ustabilizowała, gdy dobrobyt zagościł w ich domach, a magia, okiełznana i oswojona na tyle, na ile oswoić i okiełznać się ją dało, spowszedniała i wrosła w ich życie. Gdy pierwsze pokolenie zniknęło w mrokach niepamięci swych praprawnuków, wtedy na gruzach tego, co faktyczne, zaczęto budować wizję od faktów ładniejszą i przyjemniejszą.
Zapomniano o niekończących się zimach, gniewie żywiołów i bezradności, o potężnych stworach, przed którymi nie było dokąd uciekać, o tym, jak obca była im ta magia, jak mozolnie trzeba ją było wyrywać z objęć natury, jak ciężko było ją kontrolować, jak wiele krwi upłynęło, jak wiele kości połamano, jak zależne to wszystko było od nieludzkiej dobroci paru stworzeń, które nie miały w ogóle obowiązku pomagać gatunkowi, który miał z nimi tak mało wspólnego.
Ale to już zapomniane, zagmatwane i wytarte, przykryte nową wersją, tą milszą dla oka.
A gdy wszystko jest już przyjemne, estetyczne i szczęśliwe, gdy wszyscy rozleniwiają się w poczuciu, że udało się i jest dobrze, wtedy, właśnie wtedy, niektórzy zaczynają śnić o przyszłości. Na początku o rzeczach małych, nieistotnych, czasem nawet nieprzydatnych, ale z biegiem czasu coraz wyraźniejszych, coraz odleglejszych. Przyszłość jest coraz bardziej przejrzysta, horyzont coraz rozleglejszy.
Arianrod ma pięćdziesiąt dwa lata, gdy Arten zaczyna śnić o przyszłości. Arten ma lat dziewięć i w jej śnie jej matka rodzi dwoje dzieci zamiast jednego, którego wszyscy się spodziewają. Sen sprawdza się sześć miesięcy później, a gdy pojawia się następny, kolejny i jeszcze jeden, dziewięcioletnia Arten trafia na Wyspę Jabłoni.
Gdy Arianrod po raz pierwszy spotyka swoją nową uczennicę, ta wita ją po imieniu.
Arianrod ma lat sześćdziesiąt, gdy Arten kończy lat siedemnaście i zaczyna śnić dalej niż jakakolwiek inna ludzka istota przed nią i po niej.
Trzy dni przed sześćdziesiątymi pierwszymi urodzinami Arianrod, Arten zjawia się u niej o świcie z oczami pełnymi łez i słowami zwiastującymi koniec.
Poprzedniej nocy Aerten wyśniła kres wszystkiego, co stworzyli — nieuchronną i drwiącą klęskę ich mozolnie wypracowanej cywilizacji.
Arianrod wzywa Brenwen i pozwala Arten wyszlochać się do końca.
A potem siadają na podłodze, wokół wielkiej misy z wodą, i zaczynają snuć zaklęcie. Wizja Aerten pojawia się w końcu na powierzchni, półprzeźroczysta i niewyraźna. Muszą ją obejrzeć kilka razy, by dostrzec wszystkie detale.
To samo robią klika dni później, gdy sen powraca do Aerten bogatszy w szczegóły. I tak upływa im kilka następnych poranków.
Gdy wizja wreszcie układa się w logiczną całość, a sny o przyszłej klęsce ustępują miejsca innym, Arianrod prosi Affalacha o zwołanie rady i przedkłada sprawę do jej osądu.
Decyzja jest taka, jakiej się spodziewa. Nie mogą nic zrobić. Nie powinni nic robić.
Każde życie kończy się śmiercią, mówi jej Affalach.
Każde przedsięwzięcie prędzej czy później kończy się klęską, mówi Arianrod Arten. Możemy ją tylko odsuwać.
Dźwięk zatrzaskiwanych przez Arten drzwi i dezaprobata w oczach Brenwen wyraźnie wskazują, że sprawa nie jest jednak skończona.
*/*/*/*/*/*/*
Euforia ustąpiła w końcu, jak to zwykle z euforią bywa, ale zostało po niej wystarczająco dużo lekkości myśli i ducha, by Merlin mógł skutecznie omijać wszelkie co bardziej przykrewątki i tropy. Odwracał po prostu głowę od smutnego ciężaru gajuszowego wzroku i robił swoje, czekając, cały czas czekając na moment, gdy magia zażąda od niego zapłaty za swój cud. Czekanie zaczęło się gdzieś w tym momencie, gdy Nimue podała mu naczynie z wodą, ale z początku było zbyt ciche i niewyraźne, by konkurować mogło z lękiem czy nawet tą głupią radością, która przyszła po jego zniknięciu. Ale gdy w końcu radość zbladła, prawie ustąpiła, wtedy Merlin skupił się na czekaniu i zaczął wypatrywać spadającego ostrza zwiastującego jego koniec.
Pierwszego dnia nie stało się praktycznie nic. Artur obudził się, osłabiony i głodny, ale żywy i nawet rozmowny, i Merlin spędził cały dzień doglądając jego potrzeb i spełniając jego zachcianki. Gdy w końcu wrócił do siebie, wyczerpany emocjami dnia i bieganiem w tę i we w tę po zamku, zasnął praktycznie od razu i nie poczuł nawet, jak jego magia pręży się niespokojnie, atakowana przez siły, z którymi nie umie sobie radzić.
Następny dzień był podobny, kolejny również, a Merlin zrzucił nadwymiarową ilość potknięć na zmęczenie. Niesiony dobrym samopoczuciem, którego nie umniejszała w żaden sposób zrzędliwość nieprzyzwyczajonego do leżenia w łóżku Artura, nie myślał wcale o tym, czemu wszystko idzie mu coraz wolniej, a jego mięśnie wydają się być coraz słabsze. Gdy myślał o zapłacie za magiczne uzdrowienie Artura, myślał o czymś spektakularnym i jednorazowym. Nie przyszło mu do głowy, że śmierć, gdy już go znajdzie, będzie powolna i rozwlekła. Że uparta i cierpliwa nie zabierze mu wszystkiego od razu, lecz postawi na opcję trudniej zauważalną i cięższą do zniesienia.
Nie myślał nawet, że taka opcja jest możliwa i gdy Gajusz z coraz większym niepokojem obserwował jego niknącą w oczach siłę, gdy przeglądał księgę za księgą w poszukiwaniu lekarstwa, w którego istnienie nie wierzył, gdy milczał wymownie i ujmował Merlinowi zadań, sam Merlin trwał w nieświadomości, karmiąc się nadzieją, że jeśli kara jeszcze nie nastąpiła, jeśli nie doczekał się jeszcze tego ostrza i krańca, to znaczy może, że magia zrobiła dla niego wyjątek. Może pakt był kłamstwem, a woda tylko wodą, może Artur wrócił do życia, bo tak miało być, a czas i moment to tylko kwestia przypadku. Drobiazg i złudzenie. Może Merlin wcale nie zdziałał cudu, więc nie było za co płacić. A może cuda chodzą parami?
Minął tydzień nim Merlin zauważył w końcu, co się z nim dzieje, i nadzieje, te małe kiełkujące roślinki, których nie zapraszał, a które i tak zawsze wkradały się jakimś sposobem do jego myśli, zginęły zgniecione ciężarem rzeczywistości.
Moment otrzeźwienia odnalazł Merlina na schodach. Niósł pranie z dołu w kierunku komnat Artura i gdzieś w połowie drogi znów się potknął, tak, że prawie spadł ze schodów, i ratować się musiał kosztem bieli koszul. I wtedy dotarło do niego, że potyka się częściej niż zwykle, że zdarza mu się to teraz praktycznie co chwilę, że dostał zadyszki na trasie, którą tydzień temu był w stanie bez problemu przebiec, i że niesie z dołu raptem trzy koszule i jest mu z tym bardzo ciężko, a przecież normalnie pokonuje tę trasę nie tylko z pełnym naręczem prania, ale też często z tacą pełną jedzenia i picia, a niekiedy nawet całą arturową zbroją.
I od tej jednej myśli, jednego podsumowania faktów, które układały się w szereg już od dłuższego czasu, Merlin porzucić musiał swoje fantazje i na wpół ukształtowane złudzenia.
Usiadł na schodku i schował twarz w materiale koszul, nie bacząc w ogóle na to, że właśnie gniecie je i pewnie rujnuje doszczętnie.
Umierał.
Poczuł atak nieskrępowanego, niemożliwego do opanowania strachu.
UMIERAŁ.
Świadomość ta wymagała jakichś większych liter.
— Wszystko w porządku?
Merlin uniósł głowę, zrównując linię wzroku z wysokością kolan Gwen. Zamrugał parę razy, potrząsnął głową i zacisnął palce na powierzchni trzymanej na kolanach koszuli.
— W porządku — powiedział. Głos miał chropowaty, popękany. Spomiędzy pęknięć wystawała prawda i emocje.
Gwen westchnęła i usiadła obok, oddalona może na centymetr czy dwa, i położyła mu dłoń na ramieniu.
— Co się stało? Czy… To znaczy… — zamilkła, zabrała dłoń i odsunęła się trochę dalej, jakby właśnie dopiero przemyślała sprawę tego, co wypada, a co nie. — Czy mogę ci jakoś pomóc? Coś zrobić?
Merlin zerknął w bok na jej zaniepokojoną twarz i oderwał się na sekundę od przerażającej czarnej myśli o własnym końcu i pomyślał o tym, co to znaczy w sposób bardziej szczegółowy. Już niedługo zniknie i go nie będzie i więcej nie zobaczy ani Gwen, ani nikogo innego.
Przerażenie czy rozpacz, czymkolwiek było to bezduszne ciemne coś, odbierało mu oddech bez wysiłku i zostawiało po sobie zimne dreszcze. Marna wymiana.
— Merlinie?
Głos Gwen rósł w siłę i niepokój, a Merlin wiedział, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to później tłumaczyć się będzie musiał jeszcze bardziej. Zaczął więc, jak wszyscy ci, którzy nie mają prawa lub szansy by wyznawać rzeczy wprost, od jednego z małych skrawków prawdy, które zaplątały się w sieć jego kłamstw.
— Artur prawie umarł — powiedział w końcu i zabrzmiało to, jakby dopiero teraz to do niego dotarło. Jakby dopiero teraz wyobraził sobie świat bez Artura. Zabrzmiało echem świadomości, że życie jest ze swej natury skończone.
— Och… — Twarz Gwen zmiękła od współczucia, a Merlin pomyślał, na marginesie i nie na temat, a z pewnością nie w odpowiednim momencie, że to jej zauroczenie nim, które ledwo zauważył, a potem na wszelki wypadek skrzętnie ignorował, musiało jej już przejść. Bo patrzyła na niego tak jak patrzyła czasem na puchate króliki i młode kurczęta, które mijali na targu, jak na rzecz bezbronną i rozczulającą, puszyste, na wpół jeszcze ślepe kocię. Oznaczało to chyba koniec zakochania. Merlin nie znał się na kobietach jakoś szczególnie, ale nawet on wiedział, że w momencie, gdy zaczynają cię postrzegać na poziomie małych futrzanych stworzeń, wtedy przynajmniej pewien rodzaj romansu przestaje wchodzić w grę. Był za to nawet wdzięczny, bo dużo to ułatwiało. I pozwalało mu bez wyrzutów sumienia sięgnąć po jej dłoń.
Gwen ścisnęła ją w odpowiedzi. Od splecionych palców nie przybyło mu jednak ani odwagi, ani spokoju. Gwen przygryzła dolną wargę i zerknęła na niego kątem oka.
— Artur ma się dobrze — zaoferowała trochę niepewnie. Zabrzmiało to prawie jak pytanie. Reszta wypowiedzi miała w sobie jednak więcej stanowczości. — I mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj narzekałeś na to, jakim jest niewychowanym, rozpuszczonym paniczykiem. Jestem pewna, że to jest jakiś dowód na jego żywotność. — Uśmiechnęła się do niego, krótko i odrobinę nerwowo. — Nie złościłbyś się przecież na niego aż tak bardzo, gdyby istniało jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że stoi na progu śmierci, prawda?
Merlin westchnął teatralnie, trochę dlatego, że taka była jego rola w tym dialogu, a trochę dlatego, że wydało mu się to naturalne.
— Artur znajdzie sposób, by móc mnie irytować i po śmierci — powiedział. — On mnie zawsze irytuje.
Gwen posłała mu pełen niedowierzania uśmiech.
— A to, to już nieprawda.
— Może — przyznał, odwracając wzrok.
Przez chwilę przyglądał się podłodze, błądząc myślami w rejonach mało radosnych.
— Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Że ludzie umierają. To znaczy wiem, że umierają, zawsze wiedziałem, że u…
Zatrzymał się, bo jego skołowany umysł doszedł wreszcie do konkluzji zawierającej słowa „Gwen", „ojciec" i „nie wypada".
— Bogowie, Gwen, przepraszam. Nie chciałem… Jestem okro…
— W porządku — przerwała mu. — Nie wszyscy muszą wszystkich pamiętać. Nawet go nie znałeś.
To było dobre wyjście z sytuacji. Takie małe okno z widokiem na brak poczucia winy. Ale Merlin nie miał już czasu na robienie czegokolwiek na pół gwizdka. Spojrzał jej prosto w oczy.
— Wystarczy, że znam ciebie.
Gwen uśmiechnęła się krzywo i zamrugała parokrotnie, gwałtownie i nienaturalnie, odpędzając łzy. Ścisnęła mocniej jego dłoń.
— To okropne. Że ludzie umierają. Ale wszyscy kiedyś umrzemy i… Ja… Wierzę, że to jest w porządku, póki coś po nas zostaje. Odchodzimy, ale ktoś nas pamięta. Nasze słowa, wspomnienie o nas, emocje, uczucia, które wzbudzaliśmy. Jakiś cień, ale taki nie straszny, tylko... pomocny? Kojący? Nie wiem, czy ja dobrze to ujmuję, ale…
Spojrzała na niego, na wpół zagubiona, na wpół przepraszająca. Merlin pomyślał o tej chwili, gdy widział Gwen w lochach, pogodzoną z losem i oczekującą na egzekucję. O tym, jak prosiła go, by obiecał jej, że o niej nie zapomni. Pomyślał o sobie i o tym ciężkim, przejmującym pragnieniu bycia rozpoznanym, nazwanym i zapamiętanym. O tym głupim marzeniu, w którym Artur wspomina go z nostalgią. Tęskni.
— Nie, chyba rozumiem — powiedział. — Jesteś tym, co zostało z twojego ojca.
Gwen przytaknęła.
— Dlatego muszę się starać. Żeby być czymś wartym umierania.
Merlin zawahał się, bo to, co cisnęło mu się na usta, brzmiało zbyt trywialnie i zbyt słodko, jak linijka z romansu, fraza rzuca przez rycerza u stóp damy, a on niedobrze się czuł ze zbyt gładkimi słowami i nie chciał też wracać w rejony romantyczne. A potem i tak powiedział, co powiedzieć zamierzał, bo trywialność nigdy nie powinna być przeszkodą do wypowiedzenia rzeczy, na których usłyszenie inni zasługują.
— Już jesteś warta umierania.
Gwen spuściła wzrok i zaśmiała się nerwowo.
— Sypiesz dziś komplementami — rzuciła, a w głosie miała prześmiewczą nutę. Mechanizm obronny dodawał do wszystkiego cudzysłów i sugerował ironię i dystans.
Tylko, że Merlin zabrnął już za daleko, a jego myśli były zbyt pełne spraw ciężkich i ostatecznych, by pochwycić miał taką szansę i zamienić wszystko w niezobowiązujący żart.
— Gdybym umarł…
Gwen przerwała mu natychmiast, gubiąc gdzieś swoją niepewność i stoicką naturę.
— Nie mów takich rzeczy.
— Gdybym umarł, pamiętałabyś o mnie? — zapytał jeszcze raz Merlin, bo nie było dla niego nic ważniejszego niż usłyszeć potwierdzenie.
— Nie umrzesz — Gwen podarowała mu nie tę odpowiedź co trzeba. — Nie ma więc o czym rozmawiać.
— Ale gdyby? — brnął dalej, bo to nie było przecież przypadkowe pytanie. — Czy będziesz o mnie pamiętać?
Coś z tego chaosu myśli musiało uzewnętrznić się na jego twarzy, bo Gwen przechyliła głowę, przyjrzała mu się uważnie i złagodniała, by wypowiedzieć na końcu zdanie, na które czekał od początku.
— Oczywiście, że będę.
— Na pewno? — zapytał, boleśnie świadomy, że jego głos jest młody i słaby.
Gwen przez kilka sekund patrzyła mu prosto w oczy.
— Ja nigdy nie kłamię — powiedziała, przerywając w końcu ciszę. — Wszyscy będziemy pamiętać. I ja, i Lady Morgana, i Gajusz. I Artur.
— W to ostatnie powątpiewam — odpowiedział Merlin z udawaną nonszalancją. Niczego bardziej nie pragnął niż pewności. Ułamka tego, co miała w oczach Gwen, gdy mówiła mu, że nie zostanie zapomniany. Chciał owinąć się tym w kokon i wierzyć, że wszystko przetrwa.
— Będzie pamiętał — powiedziała Gwen. Stanowczo i z emfazą. Jakby dokładnie wiedziała, jak bardzo jest to dla niego ważne. A potem uśmiechnęła się, bo napięcie zabrnęło odrobinę zbyt wysoko. — A jak nawet zapomni, to się mu przypomni. Lady Morgana jest znakomita w przypominaniu.
Merlin nie miał wyboru. Musiał skwitować to hasło uśmiechem.
Drzwi od kuchni otworzyły się i służąca ruszyła w górę schodów z pustym koszem u boku. Mijając Gwen i Merlina zerknęła niezbyt dyskretnie na ich złączone dłonie i dzielącą ich odległość, która była zbyt mała jak na przyjęte standardy. Poczekali aż dziewczyna zniknie za zakrętem, a potem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nim minie godzina, zamek znów będzie huczał od plotek. Nie miało to wielkiego znaczenia.
Merlin rozprostował wreszcie zbyt konwulsyjnie do tej pory zaciśnięte palce i rozluźnił mięśnie pleców. Zerknął na doszczętnie zmięte koszule. Artur z pewnością nie będzie zachwycony. Gwen potrząsnęła głową i zabrała mu je z kolan. Zajmę się tym, powiedziała, i tak idę w stronę pralni.
Światło letniego poranka wpadało przez okna, rzucając złociste plamy na powierzchnię schodów i włosów. Na korytarzu ktoś śmiał się z jakiegoś dowcipu, a dwóch znudzonych strażników opierało się o ściany i dyskutowało zawzięcie o jakichś drobiazgach. Zapach pieczonego mięsa wdzierał się nieproszony przez niedomknięte kuchenne drzwi, szybując powoli coraz wyżej i rozchodząc się na coraz większy obszar. Za chwilę dosięgnąć miał strażników i przypomnieć im o tym, że koniec ich warty jest o wiele za daleko.
Dzień był spokojny.
Merlin umierał.
Było to bardzo dziwne uczucie.
*/*/*/*/*/*/*
c.d.n.
