Rozdział II

Minął tydzień od spotkania Faya, które to Kurogane próbował wyrzucić z pamięci. Nie zaglądał od tego czasu do gospody, zajęty służbą, a biorąc pod uwagę, że nie widywał maga na ulicach – Biała Grań okazała się jednak nie takim dużym miastem i wielu ludzi już kojarzył – najwidoczniej jego kompan do picia wyniósł się już stąd. Nie, żeby Kurogane na tym zależało.

Dzień, tym razem pochmurny, zapowiadał się spokojnie, tak jak każdy i Kurogane już zaczął się niecierpliwić. Pocieszał się myślą, że listy z Samotni potrzebują trochę czasu na dotarcie, więc pewnie niedługo otrzymają rozkazy. Wdziewał właśnie zbroję i brał do ręki miecz, gdy do koszar wpadł zadyszany chłopak z tutejszej straży i wydyszał im przerażony, że oto przy zachodniej wieży strażniczej niedaleko Białej Grani pojawił się smok.

To było niedorzeczne, smoki były martwe od paru tysięcy lat, nawet dziecko chłopa ze Skały Shora (najwidoczniej ta wioska była uważana za największe zadupie w Skyrim) wiedziało takie rzeczy. Mimo to żołnierze zerwali się na nogi i przywykli do wykonywania rozkazów zebrali się w szyk, gotowi do wyruszenia, po cichu obiecując, że jeśli okaże się to głupim żartem władz, wyrwą dowódcy to i owo.

Ledwo wyszli zza murów, prowadzeni przez Cresciusa, zrzedły im miny, bo na niebie latało coś, co na pewno ptakiem nie było… i właśnie zionęło ogniem na nadgryzioną zębem czasu wieżę.

– Biegiem! – Krzyknął do nich Crescius, samemu ruszając z miejsca. – Tam są strażnicy!

Pobiegli równym szykiem, nie łamiąc rytmu i nie tracąc oddechu. Z każdym przebytym metrem Kurogane oceniał ich sytuację jako coraz bardziej złą: bestia była wielka i nieuchwytna. Dostrzegł spojrzenie dowódcy.

– Łucznicy, atakować, strzelać w skrzydła. Miecze, czekać i nie dać się spopielić. Servatius, sprawdź czy ktoś potrzebuje pomocy.

Kurogane posłusznie przypadł do podniszczonej sterty gruzu, która pewnie w czasach świetności była kamiennym mostkiem łączącym wieżę i fragment muru. Smok kołował nad nimi, czasem siadał na wieży i zionął ogniem, ryczał wściekle, gdy celne strzały uderzały w błony skrzydeł… Nagle opadł nisko, zarył szponiastymi łapami w ziemię, tworząc głębokie bruzdy. Uzbrojeni w miecze żołnierze, a wraz z nimi Kurogane, wyskoczyli z ukrycia, unikając ciosów ogonem i uzębionej paszczy.

Crescius zatopił miecz aż do rękojeść w boku bestii, która zaryczała z bólu. Kurogane wykonał precyzyjne cięcie w okolicy uda bestii, tworząc prostą czerwoną linię między łuskami… i gdy wydawało się, że smok zaraz padnie, nagle skulił się, zwinął jak sprężyna i wyskoczył w górę, zawisł nisko nad ziemią i wionął ogniem we wszystkie strony, zmieniając walkę w piekło.

Kurogane rzucił się w bok, ledwo unikając strumienia ognia. Schował się za murem, zaciskając mocno dłonie na mieczu. Po ostrzu spływała smocza, parująca krew. Powietrze drżało z gorąca, gdy dookoła szalała pożoga, więżąc ich w śmiertelnej pułapce.

Któryś z łuczników zaryzykował, wyskoczył na środek i posłał strzałę w rzygającego ogniem smoka, by zaraz potem zginąć. Kurogane usłyszał wściekły okrzyk Cresciusa… A potem stary mur, pod którym się chronił, zawalił się pod łapami rozwścieczonego smoka.


– Co z nim będzie? – Zapytał dziwnie znajomy głos. Kurogane nie otwierał oczu, woląc pozostać w ciemnym, ciepłym śnie, bo wraz z przebudzeniem wrócił tępy ból czaszki.

– Miał szczęście – odpowiedział melodyjny, kobiecy głos. – Skończyło się na rozbitej głowie i sporych siniakach. Kamienie ochroniły go przed ogniem.

Och. Smok. Kurogane otworzył oczy i ignorując kobietę w szatach – kapłankę, którą czasem widywał w Dzielnicy Wiatru – usiadł na posłaniu, a raczej na kamiennej ławie. Znajdował się w świątyni, która od pewnego czasu pełniła funkcję lazaretu.

– Co z oddziałem? – Spytał ostro, rozglądając się dookoła. Dostrzegł Cresciusa, którego twarz w połowie obwiązana była bandażami. Na jego widok dowódca ciężko podźwignął się z innej ławy, na której siedział.

Obok, a właściwie za nim stało dwóch magów. Jeden z nich, starszy i opryskliwy, był nadwornym magiem Farengarem, a drugi… cóż.

– Niepokoiłem się – odpowiedział cicho Fay na niezadane pytanie. Kurogane prychnął i już miał na końcu języka ripostę, gdy nagle coś do niego dotarło.

Po ataku smoka tylko on i Crescius znajdowali się w lazarecie.

– Nikt inny nie przeżył – powiedział cicho Crescius, stając przed nim.

Kurogane tylko kiwnął głową, przyjmując to do wiadomości. Poczuł dłoń Faya lekko dotykającą jego ramienia i już chciał ją strącić, gdy ręka zareagowała tępym bólem, gdy tylko nią poruszył. Odpuścił.

Nie po raz pierwszy tracił towarzyszy broni. Już dawno zrozumiał, że nie warto się przywiązywać do ludzi, bo to prędzej czy później przyniesie ból. Mimo to czuł się źle. To nie powinno się wydarzyć. Przybyli tu, by tłumić powstanie, a nie po to, by zginąć spaleni żywcem przez kreaturę wyjętą z legend.

– Niniejszym rozwiązuję oddział – Crescius był zmęczony i zrezygnowany. – Możesz wrócić do Cyrodil albo udać się do Samotni po nowe rozkazy. Wybór należy do ciebie.

Kurogane milczał. Crescius, kulejąc, ruszył w stronę wyjścia. Farengar chłodno dopytywał o smoka, ale zbyty w końcu złym spojrzeniem, odszedł. Kurogane obdarzył zirytowanym spojrzeniem Faya, który nie miał nawet tyle przyzwoitości, by zostawić go samego. Nawet kapłanka zniknęła.

– Co to za świątynia? – Zapytał, by przerwać ciszę. Nieszczególnie go to obchodziło.

– Kynareth, bogini nieba i wiatru, natury i czegoś tam jeszcze – uprzejmo obojętna odpowiedź Faya dawała do zrozumienia, że i on nie jest szczególnie religijny.

– Aha – Kurogane odwrócił głowę, by spojrzeć na maga, gdy coś przykuło jego uwagę. – Co ci się stało? – Zapytał ostrzej niż zamierzał, niespodziewanie odczuwając iskierkę niepokoju.

Chociaż szata czarodzieja miała wysoką stójkę, Fay nieświadomie przekręcał głowę, patrząc na rzeźby u sklepienia, dzięki czemu Kurogane mógł dostrzec białe bandaże w okolicach barku i obojczyka.

– Och – Fay spoważniał, dotykając odruchowo tego miejsca. – Powiedzmy, że… się sparzyłem.

– Walczyłeś ze smokiem? – Zapytał Kurogane, marszcząc brwi.

– Byłem u Farengara, gdy przybył goniec do jarla – odpowiedział Fay. – Gdy przybyliśmy… wszystko było w ogniu, a smok siedział na szczycie wieży i … nie mieli szans – dodał ciszej, a Kurogane kiwnął głową, rozumiejąc.

Wyglądało na to, że miał ogromne szczęście. Smok pewnie zapomniał o jego istnieniu, gdy nieświadomie pogrzebał go pod gruzami.

– Odgoniliśmy go czarami. Krwawił, pewnie dlatego nie kontynuował walki – dodał Fay, siadając obok. Ławka była krótka, więc dotykał ramieniem ciała Kurogane, który nawet tego nie zauważył, patrząc w brudną mozaikę na podłodze, przedstawiającą zapewne boginię pośród drzew. – Potem zaczęliśmy szukać ocalałych.

– Ty mnie znalazłeś – domyślił się Kurogane. Wypuścił powietrze z rezygnacją. Wyglądało na to, że ma dług u tego maga. Jakby było mu mało nieszczęść. Zerknął z irytacją na opatrzony bark czarodzieja. – Nie potrafisz się wyleczyć?

– Nie potrafię – odparł spokojnie Fay. – Gdybym potrafił, piłbym bez przerwy i na bieżąco leczył kaca.

Kurogane mimowolnie wygiął wargi w bladym uśmiechu.

– Pieniędzy też nie potrafisz wyczarować, bo nie wychodziłbyś z gospody?

– Dokładnie, czarny.

– Nie nazywaj mnie tak.


Gdy Kurogane kilka dni później wszedł do gospody, spoczęły na nim oczy Huldy i Saadii, wystarczyło jednak jedno groźne spojrzenie, by zajęły się swoimi sprawami. Bez słowa podszedł do jednego ze stolików i usiadł. Gdy podeszła do niego Saadia, zamówił dwa kufle miodu. Bez słowa przyjęła zamówienie.

Kurogane czekał. Nie minęło pięć minut, a z jednego z pokoi wyjrzała jasnowłosa postać. Fay, tym razem w błękitnej szacie, przysiadł się do niego.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział spokojnie mag. Uśmiechał się głupio i sztucznie, ale mimo to Kurogane poczuł, że humor mu się odrobinę poprawia.

Koszary były ponure i puste. Tutejsi strażnicy obserwowali go z współczuciem, które go denerwowało, a stara norska służąca nawet próbowała go litościwie objąć. Uciekł stamtąd tak szybko jak mógł. Mag przynajmniej nie trząsł się nad nim jak nad stłuczonym jajkiem.

– Co teraz zrobisz? – Zapytał Fay, gdy bez słowa stuknęli się kuflami, bardziej automatycznie niż w celu wzniesienia jakiegokolwiek toastu.

– Nie wiem – odparł zgodnie z prawdą Kurogane. Nie lubił niezdecydowania, zwłaszcza u siebie. Z jednej strony mógł wrócić do domu, ale z drugiej strony pomysł kolejnej przeprawy przez góry, tym razem samemu, nie był zachęcający.

– Mieszkam w Samotni – powiedział cicho czarodziej. – Jeśli będziesz chciał iść do siedziby Legionu, masz gdzie się przespać.

– Zamierzasz mnie prześladować? – Zapytał Kurogane, biorąc długi łyk. Bryła lodu zagnieździła mu się w żołądku. Oparł głowę o rękę. – Może – odparł na cichą propozycję maga. – Strasznie tam zimno?

Fay uśmiechnął się szerzej.

– Niewiele gorzej niż tu. Ciesz się, że nie siedzą w Zimowej Twierdzy, Wichrowym Tronie albo Gwieździe Zarannej, tam to można zamarznąć po pijaku w rowie.

– Widzę znawcę lokalnych rowów.

– Do usług.

– Dobra – kolejny długi łyk. Dziś Kurogane miał ochotę się po prostu urżnąć, niezależnie od tego, co o tym myślał czarodziej. – Skąd wiedziałeś o srebrnym smoku?

– Ten był czarny – Fay przekrzywił głowę, nie łapiąc za pierwszym razem.

Kurogane westchnął.

– Mówię o srebrnym i czerwonym. Chociaż możesz nie pamiętać, byłeś schlany jak…

Fay milczał przez chwilę, rozcierając długim palcem kroplę miodu i snując kręte linie na stole. Kurogane w końcu zlitował się nad myślącym magiem i powiedział mu, co usłyszał, gdy odprowadzał go nietrzeźwego do pokoju. Fay wyglądał na zaintrygowanego i Kurogane nie był pewny, czy to gra, czy czarodziej na serio tego nie pamięta.

– Szukałem kiedyś informacji o Akavirczykach – oznajmił wolno Fay, marszcząc brwi. – Dawno temu. Nic praktycznie nie znalazłem, od wieków nikt ich nie spotkał. Ocean Padomaiczny jest ogromny… Wiem, że czerwony smok był ich symbolem. Nie wiem, skąd wziąłem srebrnego smoka.

Fay posłał mu pytające spojrzenie. Kurogane bez słowa sięgnął po swoją broń i lekko wysunął ją z pochwy, pokazując rękojeść zdobioną smoczą głową.

– To jest Srebrny Smok – powiedział, chowając ostrze z powrotem. – Jest w mojej rodzinie od wielu lat. Dostałem go po ojcu.

– Jesteś Akavirczykiem? – Spytał zupełnie serio Fay, jakby każdego dnia spotykał przedstawicieli wymarłych nacji.

– Cesarskim – burknął Kurogane w odpowiedzi. – Jedna kropla sprzed nie wiadomo ilu tysięcy lat i głupie imię nie czyni mnie Akavirczykiem.

– Nie wiem, czemu to powiedziałem, nie pamiętam – Fay przyglądał mu się uważnie, z zastanowieniem ważąc słowa. Wydawał się zaintrygowany, co sprawiło, że Kurogane poczuł się nieswojo. Był zwykłym żołnierzem, nie jakimś niezwykłym okazem. – Ale to ciekawy zbieg okoliczności. A raczej…

– Co? –Kurogane zmarszczył brwi.

– Mądra wiedźma powiedziała mi kiedyś, że nie ma zbiegów okoliczności, jest tylko przeznaczenie – Fay uśmiechnął się uśmiechem pozbawionym wesołości. – Ciekawe, co czarny?

– Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a ukręcę ci kark – zagroził Kurogane, dziwiąc się sobie, że toczy tą absurdalną rozmowę i w ogóle spotyka się z tym magiem po raz kolejny.

Mag wyszczerzył się w głupim uśmiechu. Kurogane oparł czoło o dłoń i nie patrząc w stronę baru pokazał dwa palce. Po chwili kolejne dwa. Saadia, dobra i domyślna kobieta, przyniosła im dwa wielkie dzbany.


Uch. Kurogane uchylił powieki i westchnął ciężko, czując potworną suchość w ustach i ból głowy. Leżał w pokoju czarodzieja, tuż obok łóżka. Mag spał, a raczej zwieszał się ze skraju łóżka, więc Kurogane odsunął się nieco, bo był pewien, że przy najlżejszym ruchu ta magiczna pijaczyna spadnie prosto na niego.

Podźwignął się do pozycji siedzącej, a później usiadł na krześle, pocierając dłonią twarz. Nie często nawiązywał znajomości, a już na pewno każde spotkanie z nową osobą nie kończyło się wspólnym chlaniem, co w przypadku Faya zaczynało być tradycją. Co on tu w ogóle robił?

Kilka minut później Fay stoczył się z łóżka, a zderzenie z ziemią było bezpośrednią przyczyną jego pobudki. Na domiar złego różdżka, która dotąd stała przy ścianie, spadła prosto na niego z brzdękiem metalu i kamieni.

– Magowie – skomentował Kurogane z pewną dozą satysfakcji. Przez chwilę patrzył jak czarodziej próbuje wyplątać się z własnych, niezbyt już świeżych szat i własnego przyrządu magicznego.

Rozczochrany, zaspany i zmizerowany Fay wyglądał, jakby właśnie przeczołgał się przez kanały Cesarskiego Miasta… tam i z powrotem siedemnaście razy. Widząc, że mag ledwo kontaktuje, Kurogane z westchnieniem postanowił się poświęcić i pójść do wodę.

Mimo że fizycznie ledwo egzystował, czuł się całkiem nieźle. Hulda, zamiatająca podłogę, obdarzyła go długim spojrzeniem i bez słowa wskazała beczkę z wodą w kącie za ladą.

– Mam nadzieję, że zapłacisz za nocleg.

Kurogane złapał za pusty dzban i napełnił go, upewniając się, że woda jest czysta, a potem wrócił do pokoju, mrucząc potwierdzenie. Fay przypadł do dzbanka jak … dobra, Kurogane nie był w stanie wymyślać głupich porównań.

– No ile mówiłeś, że kosztuje podróż do Samotni? – Zapytał, gdy już oboje ugasili pragnienie.

– Wozem dwadzieścia septimów od osoby – odpowiedział mag. – Ale… Ja jestem spłukany.

– Nie mów, że mam ci zafundować podróż – prychnął Kurogane.

– Nie trzeba było mnie namawiać na picie.

– Namawiać to chyba zbyt dużo powiedziane – mruknął Kurogane i już chciał zrugać czarodzieja za to, że przepił swoje fundusze na podróż powrotną, gdy coś przyszło mu do głowy. – Po co w ogóle przyjechałeś do Białej Grani?

– Wymienić kilka rzeczy z Farengarem – odpowiedział Fay, zaskoczony nagłą zmianą tematu.

Kurogane nie odpowiedział. W myślach przeliczył sobie cenę za noc w gospodzie, pomnożoną przez dni, których było zdecydowanie za dużo jak na zwykłe załatwienie interesów. Wszystkie znaki na niebie i ziemi – Kurogane musiał przyznać to z niechęcią –wskazywały, że czarodziej pozostał dłużej w Białej Grani ze względu na niego. O mało nie prychnął – nie potrzebował troski przygodnego czarodzieja – ale powstrzymał go nagły wyrzut sumienia, szybko zamaskowany stwierdzeniem, że mag sam sobie jest winny. Mógł nie pić. Mógł zabrać więcej złota na podróż. Mógł zostawić go w spokoju, zamiast dręczyć swoim towarzystwem.

Ech.

– Oddam wszystko co do septima, gdy przybędziemy do Samotni – powiedział cicho Fay, który chyba odgadł matematyczne zagwozdki żołnierza. – Nie jestem żebrakiem.

– Dobra – rzucił Kurogane, mając niejasne wrażenie, że będzie tego żałował. Gdy dotrze do Samotni, rozliczy się z czarodziejem i ich drogi się rozejdą, bo po przestudiowaniu map liczył na służbę w Pękninie, która według podanych informacji miała być pełna złodziei i szumowin. Znakomicie.

Fay uśmiechnął się do niego lekko, a uśmiech zmienił jego zmizerowaną twarz na zaskakująco łagodną i przyjemną dla oczu, co Kurogane skwitował w myślach niezbyt pochlebnym zdaniem o facetach w szatach.