Część 2: Początek Drogi
Do drogi gotowi byliśmy w pięć minut.
Choć nie obyło się bez komplikacji - zwierzęta spłoszone zapachem śmierci unoszącej się w stodole stawiały opór, ale w końcu i je przezwyciężyliśmy. Ostatnich prac nie było dużo, zaledwie odcięcie dopływu prądu, gazu, sentymentu. Odjeżdżając, widziałem we wstecznym lusterku krowy w ich wyjściu na nowy świat - świat bez jarzma człowieka, bez pór karmienia, bez noży rzeźnickich.
Widziałem mój dom, stary dom z resztkami sprzętu RTV na werandzie, dom mojego ojca, dziadka, nawet jeszcze dalej. Nie miałem siły, ani ochoty na sentymenty, pozwalałem im obijać się o mnie jak fale o klif, jednak wiedziałem, że tak jak fale one podniszczają mnie u podstaw. Że w końcu nie wytrwam, runę.
Oderwałem wzrok od lusterka. Nie chciałem już tego widzieć. Spojrzałem jednak na prawo, przelotnie. Obok mnie w szoferce siedział, a raczej spał, człowiek, który przed kilkoma godzinami ocalił mi życie. Człowiek-enigma. Asasyn. "Obiekt dziewiętnasty". Allen.
I chyba najważniejsze, Daniel Key.
Bo tak się nazywał, tak miał na imię.
To było tuż po tym, jak zakończył życie Napoleona, Templariusza, ratując przy tym mnie, i siebie. Widziałem zajadłość godną wilka w tym człowieku, żądze, nienawiść. Więc chyba dobrze, że zginął. Przedstawił mi Allena jako zagrożenie, jako mordercę, złodzieja, co prawda był nimi, ale inaczej jest mówić o tym, a inaczej doświadczyć tego. Ale gdy pytał mnie o niego, zadając mi ból, ja się wypierałem. Nie zdradziłem Allena.
Ufałem mu? Tak. Był moim przyjacielem.
Wtedy spełniłem ultimatum i gdy było już po wszystkim, poznałem jego prawdziwe imię. Wspomniałem wtedy jego zwierzecą szarżę na pięciu uzbrojonych przeciwników, jego lekkość w posługiwaniu się ukrytym ostrzem - tak nazywała się ta przedziwna broń - jego pewność i koncentrację. Wtedy właśnie do końca mu uwierzyłem, wtedy i kiedy ujrzałem krzyż na klapie marynarki Napoleona.
Że Asasyni istnieją i że właśnie wiozę jednego z nich w pickupie.
Że Templariusze istnieją i znałem ich jako Abstergo.
Że weszłem w ruchome piaski i każdy mój następny ruch wciągnie mnie głebiej, coraz głebiej w ich Sprawę i że nie mogę się już wydostać i że na pewno skończę w niej życie.
Popatrzyłem na lśniący metal ostrza Allena cętkowany matowymi plamami brunatnej, zaschniętej krwi i pomyślałem: "Jak wielka jest to Sprawa, skoro tylu za nią ginie?" Większa, niż mi się wtedy wydawało.
Allen obruszył się, ziewnął przeciągle i rozjerzał po wnętrzu samochodu z senną obojętnością.
- Ile już jedziemy? - spytał. Nawet on nie zauważył, że zasnął.
- Za dziesięć minut będziemy w mieście - odparłem - Allen…
- Daniel.
- Allen, przez całą drogę nie dawała mi spokoju jedna rzecz.
- Hm?
- Dlaczego Napoleon nazwał cię "obiektem dziewiętnatym"? Dlaczego wymienił inne liczby? Siedemnaście? Osiemnaście? Co one znaczą?
Gdy przed odjazdem wspomniałem mu, że niskiego agenta Abstergo ochrzciłem mianem francuskiego wodza, wybuchnął śmiechem. Pierwszy raz. Teraz jednak siedział ze wzrokiem daleko za szybą, z wypisanym na twarzy znużeniem; może zawsze tak miał po zabiciu kogoś.
- Nie będę nawet próbował ci mówić, że to niebezpieczna wiedza, bo ty i tak chcesz wiedzieć wszystko - odrzekł patetycznie - Tu chodzi o badania Abstergo, badania nad pamięcią genetyczną. Możesz nie widzieć w tym nic okrutnego, lecz zmieniłbyś zdanie, gdybyś pobył przez tydzień bez jedzenia w Animusie, maszynie do odtwarzania pamięci przodków jak filmu, jak gry. Templariuszom chodzi o jeden element z całego seansu, zazwyczaj wydarzenie, albo przedmiot. Zmuszają cię do drążenia tej pamięci niczym kronik, nie mówiąc już o efektach ubocznych: napadów lęku, rozdwojenia jaźni, koszmarów, depresji, i oczywiście efekcie krwawienia. Niektórzy "pacjenci" oszaleli od tego; jednym z nich był mój daleki kuzyn i dobry przyjaciel, Clay Kaczmarek. Obiekt szesnasty. - przerwał nagle, jakby coś w nim nadal nie mogło się pozbierać, tylko leżało stłuczone i raniło go ostrymi krawędziami - Popełnił samobójstwo. W akcie szału pociął się, a na ścianach własną krwią narysował liczne symbole, którymi wiódł następny obiekt, siedemnastkę, Desmonda Milesa. Też koniec końców rodzina, tylko o wiele, wiele dalsza. Jak Clay, on również dostał się w ręce Vidica, ale miał to szczęście, że uratowała mała grupka Asasynów, z tą Stillman na czele. Skończył rok temu, nikt nie wie jak i gdzie, wiadomo tylko, że nie z rąk Abstergo. Potem przyszła kolej na osiemnastkę, Jessicę Davidson - znałem ją przez moment, niezwykle miła osoba, ale powiem jedno - nie nadawała się do Animusa. Była słaba. Nawet nie była Asasynem, inaczej niż większość nas, obiektów. Widzisz, Templariusze nie mają ciekawych rodowów, wieki temu ginęli zabijani przez nas dziesiątkami. Dlatego nie gardzą porwaniami, aby wycinać z nas sobie kawałki układanki, jaką sobie piszą. To chore. Nie wiedziałem, co się z nią stało, tylko że musieli sobie wtedy znaleźć nową zabawkę, no i znaleźli. Idealną. Spokrewnioną zarówno z Milesem, jak i Kaczmarkiem, czyli mnie. Byłem wtedy w Bractwie, byłem w nim od urodzenia - i nie umiliłem im tego porwania, ja, ani moja grupa. Wrócili ze mną, ale kosztem dwóch.
- Jak więc uciekłeś? - Spytałem, zaintrygowany tą opowieścią, także tym, że Allen postanowił wreszcie coś mi powiedzieć na swój temat, więcej niż tylko zdawkowe wyjaśnienia.
- Przez zwarcie, a potem przez drzwi frontowe. Ktoś wysadził im całą sieć elektryczną. - zaśmiał się pod nosem.
- Czego tak naprawdę oni szukają? Tam, w waszych wspomnieniach?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, przesiedziałem w tej piekielnej maszynie zaledwie tydzień i nic specjalnego się nie wydarzyło. Choć Monica, Asasynka z mojej grupy, mówiła mi często o "fragmentach edenu", narzędziach władzy i o tym, jak bardzo mam utrudnić Templariuszom ich poszukiwanie.
- Więc tego pragną? Władzy?
- Według nich władza jest niezbędna do zaprowadzenia porządku i pokoju. Ale my też tego pragniemy i to jest nasz, nasz i ich, oststeczny cel.
- To czemu próbujcie się pozabijać nawzajem? - Czułem, że coraz mniej z tego rozumiem i że to za dużo jak na prostego farmera. Allen wydawał się oburzony moją ignorancją.
- Różnią nas środki, to ci powiem. Templariusze chcą utrzymać ten pokój w żelaznych ryzach, Asasyni - pragną, aby był on naturalnym wynikiem ewolucji społecznej. Ot, cała różnica.
Musiałem się mu wydawać zdezorientowany.
- Nie możecie więc wyprowadzić kompromisu?
- Myślałeś że przez wieki nie próbowano? Było niewielu po obu stronach, którzy chcieli nas pogodzić, ale nigdy im się to nie udało. To dwie zupełnie różne ideologie, jak rozumiesz..
Ucichł i ja zrobiłem to samo. Im więcej mi mówił, im więcej się dowiadywałem, tym miałem wrażenie, że coraz mniej rozumiem. To było przytłaczające uczucie. Żeby zająć go mniej rozległym tematem i spróbować trochę odetchnąć i poukładać sobie fakty w głowie, spytałem go:
- Dlaczego kazałeś mi jechać do miasta? Łypnął na mnie wzrokiem spod kaptura, po czym zza poły bluzy wyjął kartkę, którą uprzednio zabrał Napoleonowi.
- Muszę znaleźć tego człowieka. - pokazał mi coś w rodzaju listy kontaktów - Koordynatora Wilkinsa, tego twojego francuza. Jest także łącznikiem, więc musimy dotrzeć do niego szybciej niż wieści o stracie tamtych ludzi i uciszyć go, zanim powiadomi o tym Abstergo. To da nam kilka dni na opuszczenie tego miejsca w spokoju.
Za każdym razem, gdy mówił o "uciszaniu", czy "eliminacji", lub po prostu o "pozbyciu się kogoś", zimny dreszcz przeszywał mi plecy, jakby oblewała je zamarzająca woda. Ale teraz wiedziałem że to walka o przeżycie - i nie powinno mnie to dziwić. Przecież widziałem to na własne oczy.
Polna szosa przemieniła się w trakt o wzburzonej kamienistej nawierzchni, gdy wjechaliśmy do miasta. Przyjeżdżałem tu często i szczerze lubiłem to miejsce, wybrukowane gołębiami na kocich łbach, z nachylającymi się czujnie nad przechodniami rzędami niskich budynków. Zewsząd otoczone polami, to kilkutysięczne miasteczko stanowiło ostoję cywilizacji i główny węzeł handlowy dla wszystkich farmerów, w tym dla mnie. To stąd płynęły do nas jak towary wieści że świata.
Słońce zamierzało coraz pewniej ku linii horyzontu, gdy zaparkowałem pickupa na jednej z nielicznych asfaltowych ulic. Allen wysiadł szybko i równie gwałtownie zatrząsnął drzwiami, jak w czołgu - widać było że nie lubił jazdy samochodem. Teraz musiał robić co trzeba, więc postanowiłem usunąć mu się z drogi.
- Pójdę kupić jeszcze kilka rzeczy - powiedziałem - możemy spotkać się potem na głównym placu, pod wieżą zegarową.
Asasyn przytaknął z uznaniem.
- Dobrze. O ósmej, równo o ósmej. Potem odjeżdzamy stąd jak najszybciej - już chciał odejść, kiedy odwrócił się i dodał, ciszej - gdy oplecie cię spanikowany tłum, ty nie panikuj. Stój pod tą cholerną wieżą i ani drgnij, jasne?
Kiwnąłem głową. Allen zasłonił mechanizm ukrytego ostrza luźnym rękawem bluzy, który dotychczas nosił podwinięty; poprawił kaptur i rzucił, odchodząc:
- Peace and safety.
Wiodłem za nim wzrokiem, aż zniknął za rogiem budynku nieopodal.
…
Moje plecy oparły się o wieżę zegarową dziesięć przed ósmą. Ciężkie, gorące powietrze płynęło leniwie nad małym placem, gęstym od ludzi i gęstym od dźwięków - wesołych rozmów, brzdęków szkła i porcelany dochodzących z licznych kawiarni, szczeknięciami psów i drażniącym warkotem skuterów. Tak jak cisza w moim gospodarstwie, ten łagodny harmider miał zostać wytrącony z równowagi, przeszyty paniką i przerażeniem. Ludzie niedługo mieli stać się bydłem.
Przebiegałem wzrokiem po tłoczących się na skwerze ludziach szukając białego kaptura z wycięciem przypominającym ptasi dziób, ale wszystko co widziałem, to włosy. Wśród nich włosy Templariusza, a może również włosy Asasyna, jeżeli zdjął kaptur. Oparłem się wygodniej o cegły i zamknąłem oczy, aby wczuć się w błogą nieświadomość tłumu.
Lecz gdy je otworzyłem, niczym iskra w ciemności przemknęła mi przed oczami biel, którą zaraz pochłonął gesty tłum. Serce zabiło mi szybciej, ale ani drgnąłem.
Mówił mi później, że zrobił to szybko.
Sunąc wśród ludzi, swoim orlim wzrokiem odszukał cel, korpulentnego człowieczka, który właśnie wychodził z kawiarni. Poczekał, aż wciągnie go tłum i wtedy ruszył za nim w cichy pościg; jak ciecz przelewał się między ludźmi, nie tracąc go z oczu i starał się wybrać odpowiedni moment. W końcu nadszedł ten, który uznał za najodpowiedzniejszy. Kilkoma krokami zbliżył się do Templariusza, chwycił go za bark, a gdy ten próbował się odwrócić, w ułamku sekundy wysunął ostrze i wbił mu je w plecy. Wyjął je i schował równie szybko. Nikt nic nie widział. Odszedł stamtąd ze stoickim spokojem, delikatnie odpychając innych ze swojej drogi.
Był tylko przechodniem.
Mężczyzna pchnięty przez Allena chwycił się za pierś i zakaszlał agonalnie, wypluwając krew na zakurzony bruk; zachwiał się i upadł bez życia.
Nagle wszystko zamarło, albo to ja widziałem to w zwolnionym tempie - wokół Templariusza powstała nagle pusta przestrzeń, jakby niewidzialna bariera odepchnęła wszystkich wokół od ciała. Ktoś krzyknął przeraźliwie, jakąś kobieta zwymiotowała i tląca się panika nagle zyskała pewny grunt, aby eksplodować.
Kilku nagle zaczęło uciekać w popłochu, krzycząc "morderca!", co tylko podsycało płonącą żagiew i w szybkim tempie kto mógł, opuszczał plac jak opentany, mając pewność, że będzie następnym celem zabójcy.
Nie mieli pojęcia, kto to jest i że biegnie razem z nimi. Dostrzegłem biały kaptur, gdy wmieszał się w tłum włosów podążających w stronę wieży i ani się obejrzałem, a stanął przy mnie.
- Co tam się stało? - Spytałem profilaktycznie.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami - Chyba kogoś zabili.
W tym momencie rozległ się przenikliwy dźwięk syren - widocznie mieszkańcy miasta nie omieszkali wezwać odpowiednich służb mundurowych, zamiast tylko uciekać.
- Hmm. - Mruknąłem. - Policja chyba się tym zajmie, prawda? Możemy już wracać do samochodu?
Przytaknął, po czym oboje pospiesznym krokiem wróciliśmy na parking. Przyznaję, spociłem się wtedy ze strachu - za każdym razem, gdy mijaliśmy róg budynku, czy skrzyżowanie, miałem przeczucie, że wyskoczy na nas jakiś nieszczęsny mundurowy i zacznie zadawać niewygodne pytania, aż w końcu zwróci uwagę na ostrze Allena.
Sam Allen zdawał się nie podzielać mojego strachu - wręcz przeciwnie, szedł pewnie, ale także rozglądał się na boki i skręcał w mniejsze uliczki, gdy tylko ujrzał w tłumie niebieski mundur.
Takim sposobem dotarcie do samochodu zajęło nam dwa razy dłużej niż przewidywałem, ale w końcu odpaliłem silnik i ruszyliśmy na północ.
Formalne granice miasta rozciągały się piętnaście kilometrów od głównych zabudowań ze względu na pola, więc drogi były puste - w zupełnych ciemnościach, tylko z nikłymi światłami rozpraszanymi przez mgłę miałem wrażenie, że jesteśmy jedynymi ludźmi na Ziemi. Allen, pogrążony w zamyśleniu spoglądał przez okno i nic nie mówiąc, ogarniał wzrokiem okolice. Przebierał palcami, od czasu do czasu zerkał na swoje przedramię. Był rozdrażniony, chyba nawet zdenerwowany.
- Co się tam stało? - Spytałem, brzmiąc jak dzwon w ciszy - Tam, na placu?
Opowiedział mi beznamiętnie całą historię, jakby to było zupełnie rutynowe działanie. Jednak gdy skończył, uśmiechnął się pod nosem na swój irytujący sposób, wysunął ostrze spod nienagannie czystego rękawa bluzy i pociągnął palcami po jego okraszonym zaschniętą krwią końcu, jakby było łasym ciągłego głaskania kotem.
- To było czyste - powiedział. - Nie jak u Napoleona. Szybkie przecięcie aorty sercowej, zgon w ciągu kilku sekund. Takie są najlepsze.
- Jesteś bezlitosny.
- Gdybyś wiedział, co oni robią agentom, którzy ich zawiedli, uznałbyś, że szybka śmierć to dla niego najlepsze rozwiązanie.
- Myślałem, że masz inne motywy...
- A świat jest czarno-biały, prawda? Nic nie jest prawdziwe, pamiętaj. To, że jego śmierć nam się przysłużyła, to osobna sprawa. W większości przypadków nawet... Współczuję Templariuszom takim jak on. Nic nie zrobili, a poniosą taką odpowiedzialność, jakby własnymi rękami zabili całą swoją grupę. Wtedy to, co ja robię, nazywam litością.
Prychnąłem.
- Więc mówisz, że zabijąc ich, litujesz się nad nimi? Wątpię, żeby to, co robiło Abstergo swoim pracownikom, było gorsze od śmierci.
- Ty nic nie wiesz. Więc nie tobie mnie oceniać.
Tym dobitnym akcentem skończył naszą rozmowę, zostawiając mnie lekko poirytowanego. Ale nie tylko to denerwowało mnie w jego zachowaniu - także to, że mówił ogólnikowo, nie podawał żadnych szczegółów, chyba za bardzo zdawał sobie sprawę z mojej ignorancji.
To mnie ugodziło, poczułem się trochę... Bezwartościowy. Ale pojąłem, że ingerować w jego moralność to zupełnie jak wtykać kij w mrowisko. Allen wrócił do czesania okolicy wzrokiem i znów milczał.
Po pewnym czasie jednak wyjął z kieszeni mały kawałek szmaty, w którym rozpoznałem strzępek niedawno utraconej koszulki; nasączył ją wodą z butelki, po czym znów wysunął ostrze i delikatnie, z pewnym namaszczeniem zaczął czyścić je z zakrzpłej krwi.
Przyglądałem się temu.
- Obchodzisz się z nim jak z jajem Fabergé - oznajmiłem. - Czemu? Nie wygląda na cenne.
- A powinno, bo dwa razy uratowało ci dupsko - powiedział po chwili milczenia, z przekąsem - To broń noszona przez Asasynów od czasów Imperium Rzymskiego.
Współcześnie tylko aktywni je posiadają, za łatwo może wpaść w ręce wroga, ale wątpię, żeby rozgryźli mechanizm działania.
Uśmiechnął się pod nosem i starannie wytarł ostatnią plamę. Ostrze zalśniło złowrogo w świetle wpadającego przez okna księżyca.
- Samo ich stworzenie wymaga wiele wysiłku i doświadczenia - ciągnął - a także specjalnych materiałów. Zwykła stal nierdzewna nie przebiłaby ci kręgosłupa, trzeba więc było znaleźć lepszy metal i to zrobiono, dla ciekawości, z grubsza osiemset lat temu.
- Nie przerzucicie się na broń palną, prawda?
Allen zaśmiał się.
- Te ich pukawki to śmieszna rzecz. Tutaj liczy się finezja i skuteczność, a nie robienie hałasu.
Odetchnął i wyrzucił wspomnienie po mojej koszulce przez otwarte okno. Wsunął ostrze z powrotem.
Nie mówił po tym nic, ale zdawał się być bardziej niż przedtem rozluźniony, chyba nawet odczuwał ulgę - oparł się głebiej o fotel i nadal wodził wzrokiem po polach. Przyjechaliśmy tak kilka kilometrów.
Wtem coś mignęło mi we wstecznym lusterku, niebieski błysk w ciemnościach niczym błędny ognik. Zaalarmowało to czujność Allena, który również go zauważył i obróciwszy się, spojrzał za tylną szybę. Niebieskie światło zbliżyło się i zrozumiałem, że to syrena policyjna, jednak było za późno na ucieczkę.
- Nieoznakowany?
- Zjedź na bok.
Łagodnie odbiłem kierownicą i zjechałem na wąskie pobocze. Radiowóz minął nas i stanął przed pickupem, odcinając nas od drogi; drzwi otworzyły się i ze środka wypezło dwóch policjantów, o posturze zawyżającej amerykańską średnią masy ciała. Posłusznie otworzyłem okno. Allen zdjął kaptur.
Po krótkiej chwili stanąłem oko w oko z opatrzonym obfitym wąsem przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości. Oparł się o drzwi.
- W czym problem, panie wladzo? - Spytałem potulnie.
Policjant o morsich wąsach przeczesał wzrokiem wnętrze samochodu.
- Rewizja - powiedział. - Wysiadać, obaj.
Skinąłem Allenowi - równocześnie wysiedliśmy, trzaskając drzwiami i stanęliśmy przed Morsem oraz jego współkomendnym. Trudno mi było powstrzymać nerwowy śmiech, gdy zobaczyłem, że przewyższamy ich o głowę.
- Tak ci do śmiechu? - Spytał gniewnie Mors. - Zobaczymy, czy będziesz się śmiał, gdy was przeszukamy. John - rzucił do drugiego - sprawdź ich wóz.
John, nie chcąc się sprzeczać, albo mając już tego dosyć, wziął latarkę i poszedł przetrząsać mojego pickupa. Z tym nie miałem problemów, wiedziałem, że nic tam nie znajdzie, chociażby szukał do końca świata, albo do śmierci z odwodnienia. Martwiłem się jednak o ukryte ostrze na ręku Allena - był to dosyć niepodważalny dowód, jeżeli chodzi o zabójstwo na placu.
Mors zmierzył nas wzrokiem spod krzaczastych brwi.
- Gdzie panowie się kierują o tej porze?
Już szykowałem się do jąkania jakichś podwórkowych wymówek, gdy skórę jak zwykle ocalił mi Allen:
- Jedziemy na festiwal w Chicago. To spory kawałek drogi, a my chcemy zająć dobre miejsca... - Odparł, a w jego głosie nie zabrzmiała ani nuta stresu. Tylko zniecierpliwienie.
Mors zebrał myśli w swojej krzaczastej głowie.
- Na jaki, można by wiedzieć?
Asasyn machnął mu przed oczami jakąś nieznaną mi nazwą, a on pokiwał głową. I jeżeli drugi nie przyjdzie z czymś, co można uznać za dowód śledczy, zaczynałem wierzyć, chyba nas wypuszczą. Przez cały czas tylko uśmiechałem się nerwowo, aż rozbolały mnie wargi.
Zza maski pickupa wynurzył się John.
- Nic nie ma, szefie - ostatnie słowo prawie że wypluł. - Tylko cholerne warzywa, mnóstwo warzyw. I suszone mięso.
Na twarzy Morsa było widać, że poziom jego podejrzliwości się miarowo podnosi.
- Po co wam warzywa na festiwal?
Już miałem wypalić, że niektórzy ludzie je jedzą, gdy w słowo wbił mi się Allen:
- A po co ta cała rewizja? Coś się stało?
Mors obruszył się dumnie, jak na morsa przystało i powiedział:
- Zatrzymujemy każdego. W okolicach godziny ósmej na placu w Hampton doszło do morderstwa na turyście.
- I w ten sposób szukacie sprawców? - Zarzuciłem, kierując na siebie gniewny wzrok mojego towarzysza.
- Szukaniem sprawców zajmuje się kto inny - odparł policjant, troche z żalem, trochę z gniewem. - John, zacznij od niego.
John podszedł do mnie, pod nosem sypiąc gromami na swojego szefa, ale gdy do mnie doszły, włos mi się zmierzwił. Poczułem jego krępe łapska najpierw na torsie, potem u krocza i na nogach, a wreszcie na butach. Nic nie miałem, ale tętno natychmiast mi skoczyło, jakbym dostał impulsem elektrycznym. Nie wiem, tak to działa.
Po chwili John zabrał się za Allena, który irytalnie przekręcił oczami i dał się przeszukać, jakby to był jego obowiązek. Dłonie policjanta szybko przesunęły się po kieszeniach, jednak zatrzymały się na płaskim wybrzuszeniu pod prawym rekawem.
Pomyślałem wtedy
"Kurwa."
Allen podwinął rękaw, ukazując oplatający przedramię skórzany pas, całkowicie ukrywający ostrze i jego mechanizm.
- Co to jest? - Warknął John.
- Usztywnienie. - Odparł Asasyn. - Dwa miesiące temu miałem wypadek, złamanie otwarte. Wolno się zrastało.
John jescze raz przesunął wzrokiem po broni, połykając kłamstwa kolejno niczym kura ziarno, dokończył rewizję i zwrócił się do Morsa:
- Fałszywy alarm, szefie.
Odetchnąłem niezauwżalnie, ale jednak. Tegi policjant wydawał się niezdecydowany - nie chciał chyba wypuszczać na wolność świeżo złowionych ryb, ale w końcu odetchnął, czy raczej spuścił z siebie powietrze, i kazał nam się wylegitymować. Usłusznie pokazałem dowód i - co mnie najbardziej zdziwiło - kątem oka zauważyłem, że Allen robi to samo.
- Zabrałem go komuś na placu - mówił później.
Teraz jednak wreszcie pozbyliśmy się natrętnych policjantów i w końcu miałem wrażenie, że wszystko zaczyna się powoli układać po naszej myśli...
... gdyby nie to, co powiedział Mors.
-Usztywnienie? Jakie usztywnienie? - mówił do Johna, podczas gdy my szliśmy do samochodu. - Co miał? Co?! Ty idioto! Nadaj im sto pięćdziesiąty siódmy, teraz...
W tym momencie Allen wystrzelił do tyłu niczym bełt z kuszy. W kilku krokach znalazł się przy Morsie, chwycił go od tyłu i przycisnął wysunięte w biegu ostrze do gardła. Zwrócił się do Johna, który już był w drodze do radiowozu.
- Jeszcze jeden krok i twój kolega do końca życia będzie się posługiwał Morse'm.
Gdyby nie nerwy, wybuchnąłbym śmiechem niczym psychopata.
Po chwili jednak domyśliłem się, że chodziło mu o język; John, zawrócony wpół kroku zerknął na Allena, potem na Morsa - jakby rozważając tę opcję. Najwyraźniej nie miał nic przeciwko ostatecznym zamilknięciu swojego szefa.
- John, rób co mówi - rzucił policjant - nie ruszaj się.
Ujrzałem, jak jego ręka sięga do pasa i w ostatniej chwili uprzedziłem go. Jednym ruchem odtrąciłem mu pałkę z wolnej ręki. Allen zacisnął chwyt i po obszernej brodzie Morsa popały się strużki krwi.
- Nie było żadnego kodu sto pięćdziesiątego siódmego - wysyczał - nie my zrobiliśmy to, o czym mówisz i nie my poniesiemy za to odpowiedzialność. Teraz daruję ci, ale gdy usłyszymy na waszym kanale ten kod, przyrzekam, że szybko znajdziecie zabójcę...
Mors przełknął ślinę. Asasyn zwrócił się do mnie, stojącego z pałką i mierzącego wzrokiem Johna.
- Nastaw radio na policyjną częstotliwość. Spisz numery i przekarz je Natalie w bazie, niech mają ich na oku.
Puścił policjanta, z którego momentalnie uszła cała pewność siebie, wytarł i schował ostrze. Mors chrypiąc, chwycił się za ranione gardło i potruchtał ku Johnowi, który nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Nie macie pojęcia, z kim chcecie zadrzeć - rzucił jescze Allen na odchodne. - Nie jesteśmy sami i myślę, że doskonale o tym wiecie. Nadajcie im sto pięćdziesiąty siódmy, jasne, jeżeli chcecie wcześniej przejść na emeryturę.
Policjanci zapakowali się do radiowozu i czym prędzej odjechali, a ja wiodłem za nimi wzrokiem, aż ciemność pochłonęła dwie maleńkie czerwone lampki.
- Założę się z tobą o moje ostrze - usłyszałem zza pleców - że zżera cię ciekawość, co stoi za numerami sto pięćdziesiąt siedem.
- Trafiłeś.
Allen uśmiechnął się, gdy zamierzałem w stronę samochodu.
- To jest numer, który musisz sobie wyryć w pamięci, bo oznacza się nim właśnie Asasynów. Ale nie traktuje się go poważnie, jesteśmy dla nich tym, czym jest dla dzieci święty mikołaj. Wiedzą, co wiedzą, ale wątpią w nasze istnienie. Dlatego numer jest, ale bez mocy.
- Jest jeszcze rzecz, która mnie zastanawia...
- Co?
- Dlaczego dałeś im odjechać, ot tak?
- Bo wiem, że nikogo nie zawiadomią.
- Co...?
- Pomyśl: gruby nie wyglądał na takiego, co by mu się spieszyło do rozwiązywania śledztw, walki i obezwładniania. Sam wyczułem, jak się spocił, gdy go trzymałem. A że pamiętał kod i rozpoznał ukryte ostrze, to znaczy, że miał już z nami do czynienia...
- ... i nie chce tego powtarzać.
- Dokładnie. Tacy jak oni wolą zachować status quo i jeść pączki, wystarczyło ich tylko postraszyć.
- Kim jest Natalie?
- Stara znajoma. Wiedziałem, że o to zapytasz.
Wsiedliśmy, a z jego strony usłyszałem głośne trzaśnięcie drzwiami; westchnąłem i włączyłem dotychczas uśpione radio, żeby skierować je na policyjną częstotliwość.
Do świtu nie słyszeliśmy o kodzie sto pięćdziesiątym siódmym.
- Dokąd właściwie jedziemy? - Spytałem go pół godziny po tym jak mineliśmy tabliczkę z uprzejmie informującym nas napisem mówiącym, że przód samochodu znalazł się właśnie w innym mieście. Allen, jak na Allena przystało, nic w tym czasie nie mówił, pogrążony we własnych myślach. Nie próbowałem nawet zgadywać, o czym są.
Wsparł się na łokciu i odparł:
- Myślałem, że wiesz.
- Hm, na razie tylko jadę na północ. Za kilka godzin wjedziemy do Missouri.
- Czyli wiesz.
- Nie, nie wiem.
- Jedziemy do Chicago.
- Chicago jest w Illinois, to dwa stany stąd. Wszystko dla festiwalu?
Zaśmiał się. Śmiech miał nawet przyjemny dla ucha, ale rzadki.
- Tam pewnie będzie ukrywać się moja grupa, poza tym mam tam sprawę nie cierpiącą zwłoki. Ale będziesz mógł wtedy pójść na festiwal, nie martw się.
- Oby - mruknąłem.
Świt malował pola kukurydzy na pomarańczowo i odsłaniał przed nami kolejne połacie nowego dnia. Jechaliśmy przez kilka godzin i minęliśmy już wysokościowo Little Rock, ale nie wjeżdżaliśmy tam - Allen kategorycznie zabronił mi wjeżdżania do większych miast.
Zmęczenie powoli przejmowało moje ruchy i zmysły - czułem pulsujący, tępy ból w głowie i w plecach, a dłonie trzymające kierownicę rozluźniały się. Poza tym byłem głodny, a patrząc na wskaźnik paliwa - samochód również.
- Allen - rzuciłem, nie odwracając wzroku od drogi.
- No co? - Odparł, wyrywając się z szarpnięciem z objęć morfeusza.
- Musimy zjechać. Nie wiem, czy to samochód pierwszy stanie z braku paliwa, czy ja z braku snu.
Rozejrzał się. W oddali majaczyły jakieś budynki, co dawało mi nadzieję, a on chyba też miał dosyć jazdy. Nie odpowiedział.
- Poszukam jakiejś stacji.
Odszukałem jakąś stację kilka kilometrów dalej, na obrzeżach niewielkiego miasta, wyglądającego jak grzyb pokrywający wielką, betonową płytę. Na zegarze czerwone kreski formowały spiralę przypominającą liczbę sześć, choć byłem zbyt zmęczony, żeby to oceniać. Skręciłem we wjazd.
...
Bar przy stacji okazał się kwintesencją uporu i niespełnionych ambicji właściciela, co stwierdziłem, siorbiąc gęstą kawę przy pokrytym ceratą stole. Cały lokal był stylizowany na lata pięćdziesiąte, nawet personel i tak jak personel wnętrze było wiekowe i brudne.
Nawet Allen rozglądał się z obrzydzeniem. Wokół nas nie było wielu ludzi.
- W mieście znajdziemy jakiś motel - usłyszałem zza kaptura - tam prześpisz dzień; wyjedziemy wieczorem, a jutro powinniśmy być już w Missouri.
Przytaknąłem nieprzytomnie, połykając gorącą ciecz o smaku kleju.
- Założę się, że zarówno policja, jak i Abstergo rozstawiły patrole aż do St. Louis - odparłem.
Asasyn uciszył mnie gestem i dałbym słowo, że usłyszałem, jak warknął.
- Tak, mów o tym głośniej - rzucił, z sarkazmem przeszywającym głos.
Usłyszałem z tyłu szum i głos właściciela:
- Betty-skarbeńko, zrób głośniej - powiedział do jednej z kelnerek, która, rozchichotana, przekręciła gałkę przy przedpotopowyn telewizorku stojącym w kącie. Lejący się z głośników dźwięk przeciął rozkruszony obraz:
-"... Nie znaleziono sprawców wczorajszego zamachu w Hampton, Arkansas. Policja po kilkugodzinnym przeszukiwaniu okolicznych obszarów nie zatrzymała żadnych podejrzanych. Do zabójstwa doszło wczoraj, około godziny dwudziestej na placu w Hampton, ofiarą padł czterdziestoletni mężczyzna, którego tożsamość potwierdziły dokumenty znalezione przy zwłokach. Nie wiadomo, co mogło być motywem zabójcy, śledczy podejrzewają..."
Nie słuchałem ich dalej. Przewinęło się kilka obrazów przedstawiających reporterkę, dalej - plac, sławetne miejsce zbrodni, kilku oficerów policji, jakiegoś polityka... Spojrzałem na Allena, który ukrył twarz w dłoniach.
Nigdy nie zastanawiałem się, co on odczuwał po każdym takim zabójstwie. Może niesłusznie uznawałem go za człowieka pozbawionego sumienia.
W końcu spojrzał na mnie.
- Wychodzimy.
Przytaknąłem, rzuciłem garść drobnych na kontuar baru i chcąc nie chcąc, podążyłem za nim.
Znalazłszy się już w jadącym wgłąb miasta samochodzie Allen wpatrywał się w ludzi, aż w końcu dostrzegł policjantów i odwrócił twarz od szyby.
Gołym okiem widać było jego rozdrażnienie, sposób, w jaki rozglądał się na boki i to ciągłe przebieranie palcami.
- Jeżeli jeszcze raz usłyszę wzmiankę o tym zabójstwie, to masz moje słowo, że wyrżnę całą tę wioskę w pień - rzucił - ale na razie zjedź tutaj.
Zjechałem i pokrótce obaj znaleźliśmy się w dwuosobowym pokoju motelowym, ze ścianami z kartonu i dwoma łóżkami z dykty przykrytymi papierem ściernym.
Niemal rzuciłem się na pierwsze z brzegu i wtopiłem twarz w pościel, podczas gdy Allen podejrzliwie przebiegł wzrokiem po ścianach pokoju, aż odetchnął i usiadł na łóżku naprzeciwko, z łokciami na kolanach, podpierając czoło na dłoni. Nie dawał po sobie tego poznać, ale był o wiele bardziej zmęczony niż ja - nie tylko fizycznie.
Również usiadłem.
- Allen - zacząłem.
- Czego? - odparł, nie podnosząc wzroku z podłogi.
- Dlaczego jedziemy do Chicago? Co to za sprawa nie cierpiąca zwłoki?
Wtedy spojrzał na mnie, a oczy miał podkrążone.
- Tylko jeden z powodów, dla którego wszyscy chcą mnie dopaść. I zabiliby mnie za to, gdybym nie był im potrzebny - Rzekł sucho. - Tutaj chodzi o coś, co może skończyłoby tę całą wojnę. Dialog. Może sojusz.
- Pomiędzy wami a Abstergo?
- Błąd. Pomiędzy nami a Templariuszami.
- Co... Co więc chcesz zrobić?
Rozjerzał się, jakby chcąc na siłę znaleźć kogoś, kto by nas podsłuchiwał i tym samym uwolnił go od wyjaśniania mi czegokolwiek.
- W Chicago znajduje się pewien Templariusz - powiedział w końcu, lecz nadal cicho. - Ale nie żywi nienawiści do Asasynów, nawet nie jest pracownikiem Abstergo - jest natomiast ważny, choć inni przyjmują jego zwierzchnictwo z niechęcią. Nazywa się George Holt, jest Wielkim Mistrzem rytu amerykańskiego i to on pierwszy wyciągnął do nas rękę, którą niestety za pierwszym razem lekkomyślnie odrzuciliśmy. Bo to Templariusz, prawda? A jego stanowisko nie jest już tak poważane jak, powiedzmy, osiemdziesiąt lat temu. Gdy byłem w Chicago ostatnim razem, ukrywając się przed tymi psami, to on wyciągnął mnie w ostatniej chwili i uchował przed pościgiem. Powiedział mi wtedy o swoich planach. Rozejmu.
- Hm, i co, przystałeś na to?
- Heh, zawsze było ryzyko, że zrobi ze mnie zakładnika. Dlatego, gdy mnie już puścił, zacząłem spieprzać na południe ile Bóg dał sił w nogach. Dopiero teraz obejrzałem się jednak, że on mógł mieć rację i możemy znowu spróbować. My i oni. Ale teraz może nam się udać.
- Znowu...?
Popatrzył na mnie, marszcząc czoło. Rozluźnił palce.
- To nie pierwszy przypadek naszej współpracy - powiedział, lżej, jakby rozmowa na ten temat, jakikolwiek inny prócz krwi na jego ostrzu, była dla niego odprężeniem. - Przykłady? Brutus i Juliusz Cezar. Wiktor Emanuel i Garibaldi. Haytham i Connor Kenwayowie. Praktycznie każda wojna, Rosja i Ententa, a potem Alianci. Jednak za każdym razem coś się sypało, ktoś nie dotrzymał umowy, ktoś kogoś obwiniał.
- Więc skąd wiesz, że teraz będzie inaczej? - Wciąłem mu się w słowo.
- Bo znam Holta osobiście i jestem mu pokrótce winien wiele. Mogę za niego ręczyć, to pacyfista.
Przetarł dłońmi twarz, po czym wstał.
- Teraz będzie inaczej. My to zaczniemy.
Uznałem, że jego upór jest nie do kwestionowania i że zignoruje wszystko, co mu teraz powiem. Więc nic nie mówiłem. Allen rozjerzał się po pokoju pewnym wzrokiem lecz widziałem, że nie może powstrzymać lekkigo drżenia rąk.
- Połóż się lepiej - powiedziałem - i tak nic nie zrobimy, póki ja nie wstane i noc nie zapadnie. Dłonie ci chodzą ze zmęczenia jak dzwonki budzika.
Włożył je w kieszenie.
- To nie zmęczenie - westchnął - to... To co innego.
- Więc co? - Dociekałem, wścibskość równując z ciekawością. Czy kiedyś pomyślałem, że on może nie chcieć odpowiadać na moje pytania?
A może chciał, bym je zadawał?
Ciężko, bardzo ciężko mi było to wtedy stwierdzić. Ale teraz usłyszałem odpowiedź i, Bóg mi świadkiem, nigdy nie był ze mną bardziej szczery. Wydawało mi się później, że dusił w sobie to odczucie i w końcu chciał o tym komuś powiedzieć, wywlec to na światło dzienne.
- Dość ciężko w to uwierzyć - zaczął, rozmasowując sobie nadgarstki - ale ja, Asasyn, mam pewne... uprzedzenie do zabijania. Oczywiście każdy tak ma, nie? Ale nie każdy MUSI to robić. Nie chcę czuć krwi niewinnych osób na palcach...
- Przecież gdy jechaliśmy, szczyciłeś się tym.
Spiorunował mnie wzrokiem jak rodzic karcący dziecko za słowa, które wymsknęły mu się z ust mimo usilnych starań, aby je zatrzymać.
- To było doskonałe zabójstwo - rzekł, opuszczając wzrok na zapięcia ostrza, które zaczął poprawiać. - Ale nie w tym rzecz. W tym, tak naprawdę, że ja nie miałem nic przeciwko niemu, zrobiłem to... Trochę dla bezpieczeństwa, trochę dla zasady.
Opadł na łóżko.
- Wiesz, jestem Asasynem od urodzenia, a czynnym - od sześciu lat. Myślisz pewnie, że powienienem się przyzwyczaić, ale to nigdy nie nastąpiło. Przez to, co musiałem przejść przy moim pierwszym zabójstwie.
Zdjął kaptur, przeczusując dłońmi jasnobrązowe włosy. Mówił mi to po kolei, fragment za fragmentem, nie chcąc mierzyć się z tym za jednym razem.
Słyszałem jego oddech. Płytki, szybki, równy.
- Miałem osiemnaście lat. Tak, osiemnascie. Inne dzieciaki idą do collegu, ja przechodzę inicjację i staję się zabójcą... Byłem pojęntym uczniem i dowództwo wiązało ze mną nie lada nadzieje, wysłali mnie więc do Włoch, do siedziby Abstergo Industries. Z czym ci się kojarzy totalitaryzm? Spróbuj zdefiniować go jako budynek. Szkło i bezduszny beton na stalowych ramach, wszystko takie same i tak samo pozbawione wyrazu. Chciałem zrobić to szybko, ukradłem mundur ochrony i wszedłem do środka, bez przeszkód aż do celu. Cel był problemem. Była młoda, nie wiele starsza ode mnie. Pracowała przy Animusach, które jeszcze wtedy nie były zagrożeniem. Podeszłem do niej w małym korytarzu, już miałem wysunąć ostrze... I wtedy coś mnie tknęło. Ja po prostu... Zaczepiłem ją. Powiedziałem jej, kim jestem i że nie zabiję jej, jeżeli ona odejdzie i nie powie nikomu o mnie. Myślałem, że zrozumie, że dostrzeże we nnie takiego samego człowieka, jakim ona była, ale to było naiwne myślenie. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem i wstrętem, już otworzyła usta, aby krzyknąć na ochronę, gdy ja w panicznym odruchu wbiłem jej ostrze między żebra. Nie trafiłem w serce. Kobieta zatoczyła się, powstrzymując dłonią krwawienie i wtedy naszła mnie druga naiwna myśl: pomogę jej. Ale gdy podszedłem do niej, uderzyła mnie w szczękę. Wezwała ochronę. Zanim oni przybiegli, posłała mi jedno, palące spojrzenie pełne nienawiści i obrzydzenia. Tak niszczącej nienawiści. Do dziś nie mogę go wymazać z pamięci. Usłyszałem, jak razem z agonalnymi wydechami wypluwa jedno zdanie: " Obyś zdechł w cierpieniu, asasyński psie." Uciekłem, zanim zjawiła się ochrona i zanim padła na podłogę martwa. Powstrzymując drżenie wyszedłem z budynku, a za rogiem - ległem na chodnik i szczerze mówiąc, pozwoliłem żołądkowi odreagować. Wiele tygodni dochodziłem do siebie. Może uznasz, że to przerysowane i wyolbrzymione, ale pomyśl - miałem wtedy osiemnaście lat. I inaczej postrzegałem rzeczy. Po tym dowództwo nie wysyłało już tak młodych ludzi - ale dla mnie już było za późno. Teraz, z perspektywy czasu dziwię się, dlaczego zostałem w tym fachu. Myślałem, że mi kiedyś przejdzie, ale nadal to mam. To jest jak nowotwór, wiesz? Kiedy świętujesz jego zniknięcie, on wraca ze zdwojoną siłą.
Mówił, przebierając palcami, a ja słuchałem, bo do tego zostałem stworzony. Dziwnie trudno mi było zrozumieć jego odczucia - w końcu jestem tylko prostym farmerem, nie mam nikogo na sumieniu; ale koniec końców wylądowałem z jednym koszu z Asasynem i już nigdy nie wyciągnę się z tego bagna.
Oddech Allena uspokoił się. Był zmęczony.
- Nazywaj to traumą - powiedział ospale. - Nie będę zaprzeczać.
- Idź już spać - odparłem, zerkając na okno, przez które wlewało się światło południa, gdy Allen popatrzył na mnie z mieszanką zniecierpliwienia i gniewu w oczach.
Za późno zorientowałem się w swojej bezduszności.
Legł na łóżku i bez słowa owinął się kocem, twarzą do ściany, a ja zrobiłem to samo.
I, dwadzieścia minut później:
Nie spał, wiedziałem, bo nie przewracał się we śnie ani nie budził z krzykiem, zalany potem, jak to robił na farmie - również nie mamrotał przez sen. Leżał na boku ze wzrokiem wbitym w kartonową ścianę i żałował, że mi o czymkolwiek powiedział.
W końcu rozdarłem ciszę wpół.
- Allen.
Odpowiedziało mi mruknięcie.
- Rozumiem. - Powiedziałem ni to szeptem, ni głosem, nie licząc na odpowiedź, która i tak nie przyszła.
Ale za takową posłużył mi fakt, że gdy zasnął, już nic go nie męczyło.
