Rozdział 2


Draco obudził się i wcale nie było tak, że zapomniał o wszystkim, a pamięć o minionych

wydarzeniach uderzyła w niego po kilku sekundach wpatrywania się w nieznajomy sufit.

Od razu wiedział. Całkowicie przytomny i świadomy swojej misji, z nieeleganckim jękiem

i skrzywioną twarzą usiadł. Rozejrzał się.

Wszystko wskazywało na to, że znajdował się w sypialni. Świadczyło o tym przede

wszystkim ciasne łóżko, na którym się ocknął, spowity w białą, chłodną pościel. Obok, po

prawej, znajdowała się spora szafa z lustrem, a po lewej — mały stolik z budzikiem. Pokój

nie wyróżniał się absolutnie niczym — prezentował się neutralnie jak twór projektantów

wnętrz dwugwiazdkowych hoteli.

Draco przerzucił nogi przez łóżko. Popatrzył z zaciekawieniem na własne stopy zatopione

w niebieskim pod kolor ścian dywanie. W głowie zahuczały mu słowa sędziego:

„…zobowiązany jest w zmienionej postaci zbliżyć się znacząco…". Stopy nie były

brzydkie, nawet rozmiarem się chyba nie różniły, ale już choćby długością poszczególnych

palców — owszem. Paluch wreszcie był najwyższy w szeregu. Poza tym Draco zawsze

miał odrobinę zbyt okrągłe paznokcie, a te tutaj wyglądały jak idealne prostokąciki.

Dotknął swoich pięt. Okazały się gładkie jak pupka niemowlęcia! Przeraził się na moment,

że faktycznie stał się małym brzdącem, mimo stóp w rozmiarze 40. Mało to anomalii

dookoła? Dziecię z kajakami przyrośniętymi do kostek jawiło się jako całkiem możliwa

opcja w świecie, w którym zmarli powracali do żywych.

Czym prędzej podszedł do szafy i stanął naprzeciwko lustra, całą siłą woli walcząc z

przemożną chęcią zaciśnięcia powiek.

Bał się tego, co ujrzy. Mógł zamienić się w podobiznę Longbottoma albo nawet

Voldemorta. Niezbadana jest złośliwość rzeczy... ludzi martwych.

Ale nie było źle, choć dziwne wrażenie dawało patrzenie w lustro i obserwowanie

nieznanego człowieka. To nie Draco spoglądał ze zwierciadła.

Bladość i piegi powitał jak starych przyjaciół. Wzrost również zdawał się zgadzać,

podobnie budowa ciała, ale włosy nabrały brązowego koloru — tak samo jak tęczówki.

Brwi stały się grubsze i ciemniejsze. Podbródek przestał być spiczasty, szczęka poszerzyła

się, kości policzkowe z kolei w ogóle nie rzucały się w oczy. Nos odrobinkę się wydłużył,

stracił sporo dziecięcego uroku, a zyskał męskości. Co było jednak najważniejsze — nie

zniknął całkowicie.

Draco z zadowoleniem potwierdził brak podobieństwa do Voldemorta i Longbottoma. I

niemowlęcia.

Chyba przestanę golić się codziennie, uznał, patrząc na lekki zarost na twarzy swojego

nowego ciała. Zdecydowanie wyglądał dobrze.

Mimo wszystko nie mógł skarżyć się na nadmiar dobrego humoru. W ciągu ostatnich kilku

godzin — o ile nie stracił poczucia czasu — odczuwał stres porównywalny do tego, jaki

dręczył go na szóstym roku i podczas bitwy o Hogwart.

W dodatku niedługo powinien przystąpić do działania.

Dwa miesiące to mało, by szczerze polubić najgorszego wroga. Albo w ogóle

kogokolwiek. Draco przez dwadzieścia jeden lat nie zdołał nawiązać trwałej przyjaźni z

jednostkami o podobnych zainteresowaniach i poglądach, a teraz musiał bratać się z osobą,

do której pałał nienawiścią od dzieciństwa.

Niech żyje sprawiedliwość.

Otworzył szafę i przejrzał jej zawartość, nie chcąc paradować w białej piżamce. Cudze,

zbyt zadbane jak na mężczyznę dłonie powoli rozdziewały nową postać Draco, który

zastanawiał się, czy w ogóle zdąży przyzwyczaić się do teraźniejszej formy.

Zdecydowanie wolał być sobą. W końcu poprzednie ciało towarzyszyło mu przez całe

życie.

Na chwilę zapomniał o rozterkach, ściągnąwszy spodnie. Wybałuszył oczy i wpatrzył się

w gigantyczny obiekt dyndający między nogami. Nigdy nie narzekał na swój rozmiar, ale

to teraz… Prawie zaczął szukać metra krawieckiego. Przez chwilę pomyślał nawet, by

zgłosić się do „Księgi rekordów Guinnesa", ale przeszło mu, kiedy przypomniał sobie, że

to nie jego penis. Po co chwalić się cudzym ciałem? To tak jakby nie zadowalało go

własne. A zadowalało! Ale mimo to… Oby tylko zdołał się w odpowiedni sposób

nacieszyć tym bonusem w kroczu.

Po ponownym przejrzeniu się w lustrze Draco zauważył także inne drobne zmiany; na

przykład bardziej wystawało mu jabłko Adama, a pępek (hurra!) był wklęsły.

Wziąwszy szybki prysznic w łazience przylegającej do sypialni i przyodziawszy się w

koszulę koloru bladej pomarańczy i ciemne dżinsy, postanowił zbadać resztę mieszkania.

Wyjrzał na korytarz. Po lewej znajdowały się drzwi wyjściowe — a przynajmniej tak

można było wnioskować po ich solidnym wyglądzie i wbudowanym judaszu.

Naprzeciwko ulokowano dwa pomieszczenia, a że Draco był praworęczny, automatycznie

zaczął od drzwi po prawej. Nacisnął klamkę i zamarł.

Ledwo zdał sobie sprawę z tego, że znalazł się w kuchni. Przy stole siedziało dwoje ludzi.

Całkowicie obcych. Kobieta i mężczyzna. Popatrzyli na Draco i mężczyzna zaraz

pośpieszył z wyjaśnieniami:

— To my, Jinks i Wetter. Wpadliśmy na chwilę, bo musimy zapoznać pana z zasadami, z

życiorysem i tak dalej.

Draco odetchnął z ulgą. Już myślał, że to włamywacze. Albo — co gorsza —

współlokatorzy. Nie lubił dzielić się swoją przestrzenią życiową i dlatego do dziś dumą

napawał go fakt przetrwania w Hogwarcie, gdzie nawet sypialnie były wspólne.

Popatrzył jeszcze raz na przybyłych — nic dziwnego, że ich nie poznał. Jinks postarzał się

o kilkanaście lat i przybyło mu trochę piegów, a Wetter znacznie wyładniała. Mieli taki

sam kasztanowy kolor włosów.

— Na początek — w razie czego robimy za pana rodziców. Dlatego też przejdźmy na ty,

żeby się przyzwyczaić.

Aaach. Faktycznie, Draco po dłuższej chwili zauważył, że jego nowa forma przypomina

teraźniejszych Wetter i Jinksa.

— Gdybyś nas potrzebował, bo, powiedzmy, chciałbyś nas komuś przedstawić, to

wystarczy, że zajrzysz do pierwszej lepszej studzienki kanalizacyjnej i nas zawołasz.

— Jasne. — Draco popatrzył na Jinksa sceptycznie, nagle się irytując. — Co to za głupi

sposób? Mam zaglądać do studzienek i wrzeszczeć: „mamooo, tatooo"? Trafiłbym do

psychiatryka w trzy sekundy.

— Specjalnie wybraliśmy coś takiego — odezwała się po raz pierwszy Wetter. — Żebyś

za często nas nie wzywał.

— Nawet przez kominek bym tego nie robił — żachnął się Draco i wykrzywił usta, kiedy

padła odpowiedź:

— Bo nie masz kominka.

— Poza tym komu niby miałbym was przedstawiać? — zapytał.

— Na przykład panu Potterowi – podsunął Jinks.

— Nie martw się, też uważam, że do tego nie dojdzie. — Uśmiechnęła się Wetter. —

Skończysz w piekle.

Draco nagle gotów był przysiąc, że wykona swoje zadanie tylko na złość tej wrednej babie.

Żeby móc spotykać ją w niebie i z pełnym wyższości uśmiechem mówić jej choćby „dzień

dobry", a potem patrzeć, jak skręca ją z wściekłości.

Jinks najwyraźniej poczuł się w obowiązku załagodzenia rodzącego się konfliktu, bowiem

przemówił tonem aż nadto radosnym:

— No to bierzmy się do rzeczy! — I dziarsko klepnął się po udach. — Swoją drogą,

Malfoy, wyglądasz całkiem porządnie.

— Taa — mruknął Draco, siadając do stołu i szykując się do wysłuchania długiej historii

swojego życia. Wbrew jego oczekiwaniom, Jinks pogrzebał w kieszeniach i w końcu wyjął

z jednej z nich pomiętą kartkę w kratkę.

— Masz, przeczytaj sobie.

Draco uniósł brwi, ale posłusznie zabrał się do czytania, wygładzając dłońmi papier na

blacie.

Frank Badman, urodzony…"

Litery zaczęły tańczyć mu przed oczami.

— Jak wyście mnie nazwali! — krzyknął z oburzeniem. — Nazwisko to jedno, ale imię?!

Frank?! Mogę zmienić?

— Na jakie? — spytała Wetter. Wyglądała na ucieszoną.

— Och, nie wiem, na jakiekolwiek… Wszystko będzie lepsze… Może Scorpius, zawsze

mi się podobało. Mówcie mi Scorpius.

— To niemożliwe, Frank. Poza tym Scorpius brzmi idiotycznie.

— Ciekawi mnie, kiedy jeszcze objawi się twoje bezguście, Wetter.

— W sądzie byłeś mniej wygadany.

— A ty bardziej brzydka.

Wetter zamknęła na chwilę oczy, a Draco pogratulował sobie w duchu wspaniałej riposty.

Teraz, kiedy baba nie mogła mu w żaden sposób zagrozić, mógł obrażać ją do woli.

Cudowne uczucie.

Po chwili jednak przypomniało mu się, że nazywa się teraz Frank Badman i mina nieco mu

zrzedła. Mimo że ludzie czasem tłumili śmiech, kiedy się przedstawiał, przyzwyczaił się

do bycia Draconem. Uważał te imię za całkiem ładne i dostojnie brzmiące.

Frank był taki zwykły!

Westchnął ciężko i wrócił do życiorysu.

Frank Badman…" To wciąż bolało. „Frank Badman, urodzony 12.07.1980, syn Dominica

i Barbary, jedynak, charłak…"

Draco wciągnął gwałtownie powietrze i wytrzeszczył oczy. Z piersi wyrwał mu się okrzyk

zdumienia. Serce boleśnie obiło się o żebra.

Jakże to!

Nie mógł w to uwierzyć. Charłak. Charłak. Słowo odbijało się echem po jego czaszce.

Dwadzieścia jeden lat spędził jako czystej krwi czarodziej, wolny od żartów na temat

pochodzenia i zdolności magicznych, a teraz miał przetrwać dwa miesiące w całkowitym

upokorzeniu. Nie zasłużył na to, stanowczo nie!

Czarna rozpacz zdawała się go wchłaniać. Zakręciło mu się w głowie i musiał przytrzymać

się krawędzi stołu, by nie spaść z krzesła.

— Ja… Ja… To jest gorsze… Gorsze niż piekło — wybełkotał. — Nie mogę… Nie

mogę… — Wziął kilka głębokich oddechów. — Zmieńcie to. — Jego głos drżał, choć

próbował nad nim panować.

— Życiorys posiada atest ławy przysięgłych — powiedzieli jednocześnie Jinks i Wetter.

— Kto go pisał? Jaka banda idiotów? Mój ojciec się o tym dowie!

— Już o tym wiem!

— Nie ty, Jinks! Mój ojciec… Nie mam ojca! — odkrył nagle Draco. Ta wiadomość

jeszcze bardziej go przygnębiła. Westchnął ciężko. — Wy nie rozumiecie, całe życie

byłem czarodziejem, nie można mi tego tak po prostu odebrać. Składam apelację.

— Oczywiście, oczywiście. — Wetter aż pokraśniała z radości. — Myślę, że jednak

powinieneś porozmawiać ze swoim ojcem. Może się teleportujesz?

Jinks zaśmiał się mimowolnie, a Draco aż pociemniało w oczach ze złości. Cholerna baba

nadal była na wygranej pozycji.

— Ukończę jakiś przyśpieszony kurs i tyle. Niemożliwe, żeby moja magia całkiem

zniknęła.

— Taaaak. Ukończysz kurs i zakochasz się w Potterze. A to wszystko w dwa miesiące,

panie geniusz. Nie przeceniasz się? — Wetter wstała, podeszła do okna i oparła się o

parapet. — Pogódź się ze swoim losem. Chyba nie spodziewałeś się samych wspaniałości.

Przynajmniej nie zostawili ci starej twarzy, jeśli cię to pocieszy.

— Wetter, nie zaczynaj znowu. Daj mu się przyzwyczaić — zaoponował Jinks.

Draco wciąż odgrzewał w pamięci jego chichot i dlatego nie podziękował za

wstawiennictwo. Miał niejasne przeczucie, że Jinks wcale nie życzy mu tak dobrze, jak się

na początku mogło zdawać. Wybronił go, bo musiał, a teraz jedynie brał udział w

przedstawieniu i najprawdopodobniej całkiem nieźle się bawił.

Draco popatrzył jeszcze raz na pognieciony papier. Automatycznie wyszukał w tekście

słowo „charłak" i próbował samą siłą woli zamienić je na „czarodziej". Zrezygnował

nawet z „czystokrwistego".

Ale treść jego życia wciąż pozostawała taka sama.

— Nie godzę się na bycie charłakiem.

— To tylko dwa miesiące — powiedział Jinks.

— To sześćdziesiąt dwa dni. Wyobrażasz sobie przez tyle czasu być żałosną, nędzną

kreaturą, którą wszyscy gardzą?

— Przez całe życie ci to nie przeszkadzało — mruknęła Wetter.

Draco wstał od stołu, z hukiem przewracając krzesło.

— Nikt nie będzie mnie obrażał w moim domu. Wychodzę!


Nie przemyślał tej decyzji. Zapomniał, że jest pierwszy marca i pogoda wcale nie zachęca

do spacerów w samej koszuli. Poza tym powinien był wyprosić Wetter i Jinksa zamiast

wybiegać z mieszkania.

Dygocząc z zimna, rozglądał się po znajomej ulicy. Pokątna. Przynajmniej nie będzie

problemu z dostępem do świata czarodziejów. Gdyby mieszkał na jakimś odludziu,

musiałby chyba poprosić Ministerstwo o przydzielenie mu Świstoklików transportujących

w najważniejsze miejsca. Czy mógłby używać sieci Fiuu? Może. Tak przypuszczał, ale

prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, jak charłacy radzą sobie ze swoją ułomnością. Nigdy w

życiu żadnego nie znał, a nawet gdyby, to na pewno nie zamieniłby z nim słowa. Co

najwyżej obrzuciłby go kilkoma klątwami.

Jak mogli mu to zrobić! Słysząc słowo „charłak" od razu miał przed oczami starszą osobę,

przygarbioną, z wielkim nosem, rzadkimi włosami i brakami w uzębieniu. Gdyby miał

jeszcze dopasować doń profesję, byłby to woźny w jakiejś żałosnej instytucji. Sam nie

wiedział dlaczego.

A tymczasem… Cóż. Został charłakiem mimo całkiem znośnego wyglądu i… Ach, zaraz!

Co jeśli dali mu pracę sprzątacza? Wtedy zrezygnuje i pójdzie do piekła! Chyba nawet tam

byłoby lepiej.

Wyszedł spomiędzy bloków mieszkalnych i znalazł się pośród sklepów i restauracji. Minął

„Magiczne Dowcipy Weasleyów", obrzucając je pełnym pogardy spojrzeniem. Że też ten

interes ciągle się kręcił. Już dawno powinien upaść ze względu na niezwykłą debilność

sprzedawanych produktów. Choć, to trzeba było przyznać, niektóre z nich bywały

przydatne.

Wsunął ręce do kieszeni i zaszczękał zębami. Szukał wzrokiem małej, przytulnej knajpki,

w której mógłby zatrzymać się i przeczytać resztę życiorysu.

Wreszcie odnalazł „Dziąsło". Fakt, nazwa nie zachęcała potencjalnych klientów do

odwiedzin, ale to tylko lepiej, bo miejsca — z tego co Draco widział przez przestronne,

jedyne okno — nie było zbyt wiele. Raptem trzy okrągłe stoliki. Puste.

Wszedł do środka, kiwnął głową znudzonemu barmanowi i zasiadł przy stoliku w kącie,

tyłem do wejścia. Przed nim rozpościerała się tylko ceglana ściana.

Rozłożył na blacie pogniecioną kartkę i znów zaczął czytać, starając się podejść do sprawy

mniej histerycznie. W końcu to tylko misja. Wykona ją i na powrót stanie się sobą.

Wykona. Łatwo powiedzieć. Sama myśl o bliskości Pottera powodowała nieprzyjemne

akrobacje żołądka, a na to trudno było spojrzeć spokojnie. Jeszcze pewnie powinien być

miły, żeby Potter w ogóle chciał rozmawiać.

Westchnął i zagłębił się w lekturze.

Frank Badman, urodzony 12.07.1980, syn Dominica i Barbary, jedynak, charłak…"

Tylko nie panikuj. Czytaj dalej. „…jedynak, charłak, kształcony w Magicznej Placówce dla

Niemagicznych w Liverpoolu. Całkiem dobry uczeń, nigdy nie sprawiał kłopotów. W czasie

wojny ukrywał się we Francji." Że też nie wpadł na to jako Draco… Hm, no tak, to raczej

było niemożliwe, Voldemort pewnie by go odnalazł. „Po wojnie dokończył edukację,

później pracował jako kelner." Zdecydowanie mogło być gorzej. „Wyrzucono go za… To

sobie pan wymyśli, panie Malfoy… Teraz bezrobotny. A, pieniądze trzyma u Gringotta.

Założyliśmy mu skrytkę. To znaczy panu. Dobra, koniec. Reszta należy do pana. Życzymy

powodzenia. Albo i nie."

Poniżej wypunktowano kilka zasad i informacji:

1. Proszę nie nawiązywać kontaktu z członkami rodziny.

2. Pod żadnym warunkiem nie dać się zabić, ponieważ straci się Ostatnią Szansę.

3. Po upływie dwóch miesięcy znika się z pamięci poznanych ludzi.

4. Nie utyć, ponieważ sztuczne ciało nie jest zbyt rozciągliwe.

5. Po upływie dwóch miesięcy wskoczyć w którąkolwiek studzienkę.

6. Dowód tożsamości Francisa Badmana znajduje się w kieszeni zimowej

kurtki."

Draco wpatrywał się w rozciągniętą przed nosem kartkę, nie widząc liter. Zatopił się w

ponurych myślach.

Może będzie w stanie to znieść. Bądź co bądź, przez ponad rok był Śmierciożercą, a to

wymaga pewnej dozy wytrzymałości psychicznej.

Tylko jak, do diabła, ma naprawdę polubić Pottera? Sędzia mówił coś o lojalności i

oddaniu. Jak to osiągnąć?

Mógł sobie wmawiać, że da radę. I owszem — z pewnością zdoła przeboleć brak

umiejętności magicznych, niezbyt ciekawe imię oraz mało luksusowe mieszkanie. Nie na

darmo trafił do Slytherinu — jego instynkt przetrwania rozwinął się imponująco, więc

instynktownie przetrwałby. Dwa miesiące nędzy i upokorzenia spędziłby jak maszyna;

automatycznie jedząc, śpiąc czy nawet — w przebłyskach świadomości i dobrego humoru

— odrobinę udzielając się towarzysko.

Ale było gorzej. Nie chodziło o samo: „nie umrzyj", dodano do tego: „zawrzyj głęboką i

szczerą przyjaźń". I na domiar złego: „z Potterem".

Chyba jednak to Wetter wygrała. Prosiła przecież o najgorszy wyrok.

Zamawia…?

Draco drgnął. Coś właziło do jego mózgu. Później to samo coś szturchnęło go w ramię i

okazało się być zniecierpliwionym barmanem.

— Pytam, czy coś zamawia!

Draco zamrugał, zdumiony tym naruszeniem jego przestrzeni prywatnej. Ten łysy,

spocony, otyły…

— Nie zamawiam. Siedzę. I proszę mnie nie dotykać.

— To proszę nie ćpać i zacząć kontaktować.

— Jak pan śmie…

— Śmiem, jestem u siebie. — Barman nadal stał przy stoliku i patrzył z góry na Draco. —

A pana tu jeszcze nigdy nie widziałem.

— A widuje pan tu kogokolwiek? — Draco wskazał ruchem dłoni przestrzeń za plecami.

— Widuję… I to nie jest park, żeby przychodzić tu posiedzieć.

— Rozumiem, że muszę coś zamówić?

— Albo po prostu zapłacić za miejsce, mi to bez różnicy.

Draco zdał sobie sprawę, że nie ma przy sobie żadnych pieniędzy. Wyszedł z mieszkania

jak stał, nie bacząc na nic. Dobrze, że choć przywdział buty. Zdecydowanie zbyt wielki

przeżywał stres, skoro działał aż tak nielogicznie i impulsywnie.

Z miną wyrażającą bezbrzeżną pogardę dla wszystkich barmanów, podniósł się z krzesła i

nawet nie zaszczycając rozmówcy spojrzeniem, opuścił lokal.

Na zewnątrz nadal znajdowało się sporo ludzi, co Draco zauważył z ulgą, ponieważ nie

chciał wracać do „Dziąsła", by zapytać o godzinę. Podszedł do jednego z samotnych

przechodniów i dowiedział się, że dochodzi dwunasta. Cóż, zatem nic dziwnego, że

barman nie miał zbyt wielu klientów.

Nie ma co tu stać i marznąć, uznał Draco, skręcając w stronę bloków mieszkalnych.

Drzwi do klatki schodowej ktoś zastawił kamieniem i tym sposobem Draco nie musiał

bezsensownie szarpać za klamkę i wyklinać, na czym świat stoi. Dziarskim krokiem

wspinał się po stopniach, aż wreszcie dotarł na drugie piętro, gdzie pod numerem 16

znajdowało się jego lokum.

Pchnął drzwi, ale ani drgnęły. Załomotał w nie pięścią.

— Jin… Tato! Otwórz!

Zero odzewu.

I co teraz ma zrobić? Gdyby posiadał zdolności magiczne i różdżkę, wystarczyłoby pewnie

kilka zaklęć. Najlepiej zaś byłoby, gdyby wziął ze sobą klucz. Albo gdyby Jinks i Wetter

poczekali na jego powrót.

Zapukał raz jeszcze, licząc na to, że wcześniej zwyczajnie nie został usłyszany. Ale za

drzwiami nie rozległy się kroki ani okrzyk „chwileczkę!".

Jasna cholera, pomyślał. Gwałtownie tarmosił klamkę, łudząc się, że dwa miliony

szarpnięć przyniosą jakieś efekty.

— Potrzebuje pan czegoś? — zapytał nieco zdenerwowany głos dochodzący z dołu.

— Nie. — Draco zerknął mimochodem na półpiętro, gdzie obładowany zakupami stał…

A jakże!

Harry Potter.

Ze zmierzwionym włosem, poplątanym szalikiem i w rozpiętej, przydużej kurtce wyglądał

jak prawdziwy kloszard. Myliły tylko torby pełne produktów spożywczych (Draco

zauważył wystające bagietki), ale można było przyjąć, że to dar od litościwych

przechodniów.

I teraz wielki Harry Potter przyszedł ogrzać się i przespać na klatce schodowej.

Draco przywołał uśmiech na twarz. Mimo że w głowie huczało mu: „nie masz obowiązku

się tłumaczyć", wlał w swój głos odpowiednią ilość uprzejmości i powiedział:

— Musiałem szybko wyjść z domu i zapomniałem… różdżki. — Użycie słowa „klucz"

było równoznaczne z przyznaniem się do charłactwa.

— I myśli pan, że z tego powodu pomogę panu włamać się do cudzego mieszkania?

— Włamać? — Draco natychmiast opuścił kąciki ust i odwrócił się w stronę wciąż

skamieniałego Pottera. Przyjemnie było patrzeć na niego z góry. — A kto powiedział, że

chcę się włamać?

— Cóż, na to wygląda.

— Przykro mi, ale mylisz się, Potter. — Słowa wypłynęły z jego ust zupełnie machinalnie

i mimo że powoli przeciągał samogłoski, nie zdążył ich powstrzymać. Zamarł na moment,

zląkłszy się, że zostanie rozpoznany. Widząc zdziwioną minę Pottera, podrapał się w

popłochu po głowie i dodał szybko, tonem bardziej przyjaznym: — To moje mieszkanie,

wprowadziłem się. Dzisiaj.

Potter nieśpiesznie wszedł po schodach, a podejrzliwość w jego oczach zdawała się znikać,

ustępując miejsca zwykłemu podenerwowaniu. Wreszcie zatrzymał się tuż przy drzwiach i

położył rękę na klamce.

— To ty musiałeś się pomylić, bo to moje mieszkanie.

O, proszę. Już nie powiedział „pan".

— Nie ja tu noszę okulary — Draco pozwolił sobie zapomnieć, że powinien być uprzejmy,

jeśli chce coś osiągnąć. — Mieszkam pod szesnastką, a to jest numer szesnaście.

Potter odłożył torby z zakupami na podłogę, poszperał chwilę w kieszeniach i wydobył

dowód tożsamości. Jednym palcem zasłonił zdjęcie, a drugim postukał w adres

zameldowania.

— Hm. — Draco nienawidził nie mieć racji. — W takim razie co ze mną? — zapytał z

pretensją w głosie.

Potter wzruszył ramionami, machając jednocześnie różdżką przy zamku.

— Z tego co mi wiadomo, ktoś wprowadził się piętro wyżej – mruknął.

— Och. Hej, a co powiesz na kawę…? — Za Potterem trzasnęły drzwi. — Nie to nie!

Draco ruszył w górę po schodach, obrażony na cały świat. Echo przedrzeźniało odgłos

jego donośnych kroków.

W gruncie rzeczy Potter mieszkający w tym samym bloku był sporym ułatwieniem — ani

góra, ani Mahomet nie musieli się fatygować — tylko że Draco inaczej sobie wyobrażał

ich pierwsze spotkanie.

Chciał zrobić jak najlepsze wrażenie, żeby już na samym początku nie wywołać

wzajemnej niechęci. Wolałby zatrzeć się w pamięci Pottera jako seksowny amant, a nie

człowiek, który ładuje się do cudzych domów.

Z trudem przyznał, że nie do końca mu wyszło. Trzeba to poprawić, niezależnie od tego,

jak bardzo będzie to kłopotliwe, żenujące i obrzydliwe.

Zamknął za sobą drzwi do — tym razem — swojego mieszkania i zawołał:

— Jinks? Wetter?

Odpowiedziała mu cisza. Wspaniale, pomyślał. Nareszcie trochę spokoju.

Wkroczył do kuchni i otworzył lodówkę. Odczuwał przerażający wręcz głód, jakiego

nigdy jeszcze nie doświadczył. Może jego ciało posiadało nadzwyczajnie powiększony

żołądek? Zaczął macać się rękami po brzuchu, ale nie wyczuł żadnych anomalii,

zwłaszcza, że w Hogwarcie nie uczono biologii i nawet nie miał pojęcia, jak takie

anomalie miałyby wyglądać. Draco nigdy by się do tego nie przyznał, ale trzy czwarte

życia spędził pewien, że nerki znajdują się z przodu, dopóki nie kopnął skrzata domowego

w dół pleców i ten nie zakwilił: „Auuu! Moje nerki!". Życie to najlepsza szkoła, nie ma co.

Powróciwszy z mentalnej podróży w okres dojrzewania, zamknął prawie pustą lodówkę i

podszedł do stołu, gdzie dostrzegł niewielką kartkę.

Obok narysowanego na niej kwiatka widniały słowa:

Nie mieliśmy z mamą czasu zrobić obiadu, zamów sobie pizzę.

Jinks. TATA."

Draco wzruszył ramionami. Sam sobie jedz pizzę, tatku.

W dworze Malfoyów wyglądało to inaczej; obiad w całości okupiony cudzym wysiłkiem

nagle ukazywał się na stole, nie zamawiany wcześniej i będący jakby oczywistym

elementem codzienności.

Draco spojrzał gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie liczne uczty – zawsze wystawne,

czy to w dzień powszedni, czy od święta. Obficie zastawiony stół… O rozmiarach tak

ogromnych, że zwykła konwersacja okazywała się dla Malfoyów niemożliwa — nawet

krzycząc nie mogli się usłyszeć, ponieważ echo niosło się po całym pomieszczeniu. Mimo

wszystko było to całkiem wygodne. Malfoyowie spędzali ze sobą czas, nie musząc

rozmawiać i wysłuchiwać irytujących odgłosów jedzenia.

Ależ ja się zrobiłem sentymentalny — westchnął w duchu Draco.

Odłożył świstek na miejsce. Zapatrzył się na ceratkę w serduszka zdobiącą stół i skrzywił

się. Och, miłości, czemuż nieosiągalną jest?

Miłość, miłość… Jak tu się do tego zmusić? Zaraz, no tak! Zmusić!

Genialny plan sam ułożył się w jego głowie i uderzyło go to tak mocno, że oczy wyszły

mu na wierzch. Pacnął się otwartą dłonią w czoło.

Że też od razu na to nie wpadł! Cóż to za niesamowita oszczędność czasu!

Accio kurtka…! Cholera.