Rozdział Drugi
- Mam! – Głos Alfred rozbrzmiał w ciszy jak natrętna mucha.
Francuz otworzył jedno oko i spojrzał nim niezbyt łaskawie w stronę stojącego obok podwyższenia chłopaka. Na widok wyciągniętego, zamalowanego czarną farbą kawałka materiału westchnął teatralnie i zsunął się ze swego piedestału, opadając miękko wylakierowanymi butami na kamienną posadzkę.
- Widzę – zapewnił Alfreda, sięgając po tkaninę.
Chłopak zmrużył oczy i cofnął się o krok, przyciągając ją do siebie.
Mądrze, pomyślał poirytowany Francis. Jego spojrzenie utkwiło w czerni, na której złociły się, czerwieniły i zieleniły cienkie kreski.
- To wejście? – spytał łagodnie, przybierając na twarz uprzejmy uśmiech.
W jednej chwili cała jego odziana w koronki i zapomniane atłasy sylwetka stała się mniej wymagająca i żądająca a bardziej uprzejma i wręcz kokieteryjna. Alfred nie dał się nabrać.
- Część. To dopiero początek. Nie mogłem od niego wyciągnąć nic więcej – zauważył, chowając płótno do kieszeni.
- A gdzie on jest teraz? – spytał Francis, marszcząc brwi i rozglądając się dookoła.
Zewsząd otaczały ich zawieszone miękkie gobeliny o wyszytych wzorach, które niegdyś musiały zdobić ściany najbogatszych brytyjskich rezydencji. Niegdyś czyli w czasach, gdy jeszcze duch Brytanii przenikał ten ląd, a było to… Hm. Dawno temu.
Francis pamiętał.
- Eee, no. Tam gdzie był, nie? – Alfred podrapał się po głowie.
Francuz zesztywniał.
- Zostawiłeś go w Nowym Jorku Nad? – spytał powoli, cedząc słowo za słowem.
Alfred zrobił zakłopotaną minę.
- Przecież nic mu nie będzie, nie? – spytał z nadzieją, podnosząc wzrok na twarz niższego od niego Francisa, która teraz zaczęła odrzucać wszelkie pozory, przybierając wyraz jawnego rozdrażnienia.
- Jasne, że nie! – syknął, robiąc krok w stronę Alfreda i wbijając mu długi, smukły palec w sam środek klatki piersiowej. – Naprawdę zapomniałeś co dzieje się z tymi, którzy weszli z nami w zbyt długi kontakt?
Alfred otworzył i zamknął usta, próbując ubrać w słowa to, co właśnie przeszło mu przez myśl. Doskonale znał odpowiedź na to pytanie.
Tacy ludzie przestawali istnieć.
Arthur obudził się ze zdecydowanie zbyt wielkim bólem głowy jak na ilość alkoholu, którą wcześniej wypił. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia wczorajszej nocy, które zlewały mu się w pozbawioną sensu jedność. Nie pomagał wcale dziwny sen, który wkraczał w granice rzeczywistości i jeszcze bardziej rozmywał obraz poprzedniego wieczoru. Widział więc gadające szczury, obdartych bezdomnych leżących na jego łóżku, wrogie spojrzenia wszystkich ludzi na wystawie… A wszystko to było tak idiotyczne, że nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko ziewnąć potężnie i machnąć na to ręką.
Najpewniej i tak nie było w tym nic istotnego do pamiętania. Znając życie na wystawie nikt jak zawsze nie zwrócił na niego uwagi, wypił za dużo, wrócił do domu, a potem położył się spać, zapominając o zdjęciu wymiętego garnituru wieczorowego.
Była to historia tak oklepana i znana całemu światu, że nawet nie miał siły na podnosić głowy z poduszki, by potwierdzić czy ma rację. Zamiast tego jęknął głucho i obrócił się na bok.
- Jeszcze chwila… - mruknął pod nosem, przymykając ociężałe powieki. – Chwila…
Chwila jednak nie była mu dana. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, wywołując w jego głowie dosłowną symfonię bólu. Arthur poderwał się gwałtownie i spojrzał w stronę drzwi. Jakaś stateczna matrona o latynoskim wyglądzie i grubych, czarnych włosach związanych w kok wpadła do pokoju i, nie zwracając uwagę na obecność Arthura, zaczęła hałaśliwie krzątać się po pokoju, marszcząc brwi z niesmakiem na widok znajdujących się w nim rzeczy Arthura.
- E-ej! Co pani sobie myśli? Co pani właściwie robi?! – krzyknął gwałtownie Arthura, czując, jak jego własny głos wibruje mu w bębenkach. Skrzywił się, ale mimo wszystko rzucił się do ratowania dobytku, który teraz niefortunnie lądował w wielkim niebieskim plastikowym worku.
Latynoska okazała się nieczuła na jego krzyki i z konsekwencją terminatora niszczyła wszystko, co stało jej na drodze. Gdy Arthurowi nareszcie udało się stanąć na nogach, zdążył tylko porwać Orwella z nocnej szafki i tym samym uchronić go przed jej niszczycielskim działaniem.
- Co pani sobie wyobraża! – ryknął oburzony wprost w jej twarz, ale kobieta nawet nie drgnęła i nucąc coś pod nosem zawróciła, kierując się w stronę pozostawionego przy wejściu odkurzacza.
Arthur zamrugał i opuścił wyciągnięte w desperacji ręce.
Nadal śnię, uznał, przełykając ślinę.
- Proszę mnie nie ignorować! – krzyknął jeszcze raz, w ostatnim zrywie nadziei, ale w następnej chwili jego słowa zagłuszył szum odkurzacza.
Latynoska ponownie ruszyła do boju, a Artur, czując się coraz dziwniej, po prostu uciekł na korytarz.
Kiedy Arthur był mały nawiedzało go kilka powtarzających się koszmarów, które spędzały mu sen z powiek. Oczywiście były wśród nich te dotyczące publicznych wystąpień, a także takie, w których spadał z bardzo dużej wysokości, przeszywając błękitne niebo w stronę niekończącej się ciemności, jaką zionęła pustka, której leciał na spotkanie. Wśród nich był także sen, w którym Arthur był po prostu ignorowany. Przez rówieśników, nauczycieli, rodzinę. Był to sen o tyle bolesny, że bardzo realny – Arthur nigdy nie przepadał za rówieśnikami i miał trudności w nawiązywaniu kontaktów. Przez cały czas czuł, że inne dzieci tylko czekają, aż zrobi błąd. Po latach odkrył, że świat nie jest taki prosty i ludzie mają setki o wiele lepszych tematów niż on sam, ale drobny, ukryty głęboko w jego umyśle lęk pozostał.
A teraz był rzeczywistością.
Pierwszą naturalną reakcją Arthura była niewiara. Później winda prawie zatrzasnęła się na nim, gdy do niej wsiadał, a recepcjonista kompletnie nie zauważył, że Anglik macha nad nim rękoma. Arthur zaczął podejrzewać, że mógłby zatańczyć kankana i nie wzbudziłby tym żadnej reakcji u starszego mężczyzny, wertującego pisemko dla panów wetknięte niepozornie za poranną gazetę, ale i tak naiwnie nacisnął dzwonek.
Nacisnął go kilka razy.
Ostry dźwięk przeszył jego uszy. Staruszek także nie pozostał na niego obojętny. Poderwał głowę do góry, a potem jego wzrok przesunął się po Arthurze i wrócił do oglądania barwnych zdjęć roznegliżowanych pań.
- Głupie dzieciaki – mruknął pod nosem.
Arthur przyglądał się tej scenie przerażony. Cofnął się kilka kroków i przywarł plecami do ściany. W tej samej chwili drzwi do hotelu otworzyły się i jakaś stateczna kobieta w średnim wieku o mało co nie staranowała go swoimi walizkami, oczywiście kompletnie nie zwracając przy tym uwagi na przerażonego Anglika, który jeszcze dzień wcześniej był prawowitym członkiem tej społeczności.
A teraz jakby… Nie istniał?
Arthur zaczął się szczypać i dotykać swoje ciało, zdjęty nagłym strachem. Wszystko jednak zdawało się na miejscu. Istniał i wcale nie budził się ze złego snu. Dostrzegł nawet swoje niewyraźne odbicie w okiennej szybie.
Może to był więc po prostu naprawdę zły sen? To brzmiało jak rozsądne wyjaśnienie. Po prostu musi poczekać aż się obudzi. Tak. To był dobry plan.
Arthur zsunął się plecami po zimnej ścianie, kuląc się pod nią.
Nagle poczuł, że ma ochotę płakać.
Oczywiście, że się nie popłakał. Zrobił jedyną rozsądną rzecz, jaką mógł zrobić w tej sytuacji – ruszył na miasto w oczekiwaniu, aż się obudzi.
Dość szybko doszedł do wniosku, że sen jest przeraźliwie realistyczny. Wpadający na niego przechodnie, którzy kompletnie go nie dostrzegali, naprawdę boleli. Podobnie jak jego noga, gdy wpadł w dziurę w chodniku, której nie udało mu się w porę zauważyć.
Był to więc koszmar podwójny. Z jednej strony uparcie nie istniał dla całej wielomilionowej społeczności Nowego Jorku, z drugiej strony jego ciało nadal uparcie istniało i odbierało wszelkie bodźce z zewnątrz w sposób jak najbardziej naturalny.
Doprowadziło to do tego, że prawie potrącił go samochód, gdy próbował przejść przez pasy. Jakiś niedzielny kierowca uznał, że przecież nikt ich nie przekracza, więc czerwone światło jest tylko profilaktycznie.
Po tej przygodzie postanowił korzystać z metra.
Zszedł do niego, próbując nie dać się porwać napierającemu tłumowi osób śpieszących się do pracy. Znalazłszy się na dole, przycupnął w kącie, przyglądając się mijającym go ludziom. Czuł, jak niewidzialna obręcz zaciska się wokół jego żołądka.
A jeśli to nie jest tylko sen?
Pierwsza wątpliwość pojawiła się w jego umyśle, przeszywając go chłodem. Arthur zadrżał mimowolnie. Choć dzień był upalny, poczuł się, jakby nagle temperatura spadła do zera.
To musi być sen, to przecież nie jest normalne. Takie rzeczy się nie zdarzają, próbował się przekonać.
Ale on przecież nie był normalny. Od kiedy tylko pamiętał – nigdy nie był normalny. Tknięty nagłym przeczuciem sięgnął po wciśniętą w kieszeń spodni komórkę, którą udało mu się zachować podczas ucieczki z hotelowego pokoju. Niepewnie wybrał numer z książki adresowej, jakby bał się, że nawet jego własność zapomniała o jego istnieniu.
Komórka jednak zareagowała. Po chwili w ciszy Arthur usłyszał wyraźny sygnał nawiązywanego połączenia. Czekał. Serce praktycznie podeszło mu do gardła.
- Halo? – zniekształcony odległością kobiecy głos rozbrzmiał w słuchawce.
Arthur zamrugał zaskoczony, jakby nie spodziewał się, że jego matka w ogóle odbierze.
- Mamo? Mamo to ja! – powiedział zduszonym głosem, czując, jak coś ciężkiego opada mu na dno żołądka. – Słuchaj, nie uwierzysz, co się dzieje.
- Halo? Słucham? Czy ktoś tam jest? – Głos jego matki stał się niecierpliwy.
Ciężar w środku Arthura zmienił się w lodową górę, zamrażającą go od środka.
- Mamo? To ja, Arthur. Na pewno mnie słyszysz!
- Nie wiem, kto dzwoni, ale proszę nie robić sobie takich żartów!
- Nie, to ja, proszę! Przecież masz mój numer, przestań…
Nie dokończył. Nie słyszał już głosu swojej matki, a tylko dźwięk rozłączonego połączenia. Poczuł dziwną, irracjonalną wściekłość wobec czegoś, co było odpowiedzialne za cały ten idiotyczny sen. Rzucił komórką i w następnej chwili usłyszał wyraźny dźwięk roztrzaskującego się o posadzkę telefonu.
I wtedy do niego dotarło.
Od dłuższej chwili nie słyszał już żadnych innych dźwięków.
Podniósł raptownie głowę. Był sam. Peron nagle opustoszał. Nie było ludzi, nie było metra, mechaniczny głos przestał oznajmiać jakie składy mają zaraz pojawić się na stacji.
To na pewno jest sen, pomyślał Arthur.
I wtedy zobaczył jego.
Stał tam, jak gdyby nigdy nic. Oddalony od skraju peronu, kroczący powoli, jakby leniwie w jego stronę. Byli tylko oni dwaj i roztrzaskana komórka, której części leżały na ziemi. Chłopak pochylił się nad nią, wziął jej pozostałości i obejrzał z dziwnym, prawie że dziecięcym zaciekawieniem. A potem spojrzał na Arthura i Anglika przeszył niewytłumaczalny dreszcz.
Przypomniał sobie.
(Wczorajsza noc. Wystawa. Obrazy. Obdartus. Alfred.)
Krew odpłynęła z jego twarzy. Alfred tymczasem uśmiechnął się szeroko jak gdyby nigdy nic i pomachał mu entuzjastycznie.
- No cześć! Drobne problemy? – spytał retorycznie, drapiąc się po głowie. – Sorry, tak jakoś wyszło, że kompletnie zapomniałem ci o tym wspomnieć. Moja wina! – roześmiał się.
Dźwięk ten wypełnił cały pusty peron, odbijając się od niskich, podziemnych sklepień.
(Szczur. Pokój hotelowy. Obraz. Tak, namalował wtedy obraz. Alfred nazwał go „przejściem". A może „mapą"?)
Arthur tego już nie pamiętał, poczuł za to, jak coś zaczyna wypełniać go od środka. To uczucie było dziwne i ciepłe. W jednej chwili Anglik przestał odczuwać wcześniejszy chłód. Ogień zaczął trawić jego wnętrze, a jego oczy rozpalił gniew.
Był wściekły.
- No ale! Wszystko dobre, co się dobrze kończy, nie? Znalazłem cię, teraz możemy cię zabrać do Żaby i wszystko wyjaśnić. Na spokojnie. Ja jak tak pomyślę, to w sumie nigdy nie byłem dobry w tłumaczeniu… - stwierdził po chwili namysłu Alfred, uśmiechając się niewinnie.
Arthur go nie słuchał. Zamiast tego zaciskał dłonie w pięści tak, że aż pobielały mu knykcie.
(To wszystko jego wina!)
Alfred był co raz bliżej. Nieświadomy, wesoły kretyn. Jego uśmiechnięta twarz wyglądała naprawdę młodo. Ile mógł mieć lat? Dziewiętnaście? Osiemnaście?
(Gdyby wtedy się nie zjawił!)
Był już praktycznie przed nim. W tym swoim dziwnym, nie pasującym ubraniu. Znajdująca się nad nimi jarzeniówka zamigotała i Alfred spojrzał na nią niepewnie, jakby ze strachem.
Ale Arthur tego nie dostrzegł. Zacisnął mocniej prawą pięść.
- Słuchaj, naprawdę powinniśmy już stąd iść. Nie będziesz robić problemów, nie? Ej. Czemu właściwie milczysz? Nie powinieneś mieć setki pytań, czy coś?
Ale Arthur już na to nie odpowiedział.
W następnej chwili w ciszy peronu rozbrzmiał niosący się echem dźwięk łamanej kości nosowej.
- Zug nach Pankow, einsteigen bitte – mechaniczny kobiecy głos rozbrzmiał na przepełnionej podziemnej stacji berlińskiego metra.
Zasapana, młoda kobieta przepychała się wśród tłumu, który zdawał się jej nie dostrzegać i rozstępował się posłusznie pod naporem jej łokci. Tylko raz na jakiś czas ktoś poczuł mocniejsze uderzenie w żebra, ale ledwie krzyknął – już nie pamiętał dlaczego to zrobił. Kobieta tymczasem przedzierała się dalej, czując jak serce kołacze się w jej piersi, a płytki oddech przyspieszał im bliżej była swojego celu..
Zakratowane jarzeniówki zamrugały. Ciemność przeplotła się z jasnością. Na moment stacja nagle opustoszała. Była tylko ona i otwarte drzwi prowadzące do ostatniego wagonu, a za nią – dwie postacie w garniturach idące w jej stronę powoli, niespiesznie jak nieuniknione przeznaczenie.
Światło przygasło ponownie. Stacja znowu zapełniła się ludźmi. Postacie w garniturach znikły. Ostatni wagon wabił szeroko otwartymi drzwiami.
Nikt poza kobietą go nie widział.
Wpadła do środka. Był pusty. Tylko ona i plastikowe siedzenia obite wzorzystym materiałem. Opadła na jedno z nich, chowając twarz w dłonie. Trwała tak przez chwilę, próbując uspokoić oddech i zsynchronizować go z biciem serca, które na jedną, którą chwilę zamarło w jej piersi. A potem się roześmiała. Długo i perliście.
I nagle śmiech przeszedł w przeciągły jęk.
- Zupełnie nie rozumiesz, Łukasiewicz. Kwintesencją tej pracy jest pościg. Jak nie ma pościgu, nie ma zabawy i wcale nie chcę słuchać o tym, że znowu obdarły cię buty. Następnym razem po prostu na nich nie oszczędzaj.
Oczy kobiety rozszerzyły się. Niewidzące spojrzenie utkwiło w wystającym z jej brzucha kawałku zimnego metalu, którego koniec trzymał mówiący albinos. Był ubrany w nienaganny, idealnie skrojony czarny garnitur, który dopełniał czerwony krawat. Zza ciemnych okularów patrzyło na umierającą spojrzenie pełne satysfakcji i zadowolenia, które dać mógł tylko sukces na polowaniu.
- Widzisz, Beilschmidt. Problem polega na tym, że nikt tej twojej brzydkiej gęby nie pytał o zdanie – odparł z westchnięciem drugi mężczyzna, który nagle pojawił na plastikowym krześle tuż obok kobiety. Ubrany podobnie jak jego towarzysz, wyróżniał się tylko zielonym, poluzowanym krawatem. Rozłożony wygodnie (o ile na takim miejscu jest to w ogóle możliwe), drapał się właśnie po nosie, wydając się w ogóle nie przejętym agonią kobiety.
- Zurückbleiben bitte. – Mechaniczny głos wybrzmiał ponownie z zamieszczonych pod sklepieniem wagonu głośników.
Drzwi zaczęły się zamykać.
- Bardzo śmieszne, Łukasiewicz. Jeszcze jedna taka uwaga i buty będą twoim najmniejszym problemem – zapewnił albinos.
Niezrażony jego słowami Łukasiewicz przesunął okulary na czubek nosa i spojrzał ponad nimi na Beilschmidta z błyskiem w zielonych oczach.
- Musiałbyś się naprawdę postarać, żeby pobić problem, którym jest twoja egzystencja, Beilschmidt – odparł zaczepnie i wystawił albinosowi język.
Metro ruszyło, a szyby ostatniego wagonu nagle ochlapała krew.
Na następnej stacji nikt nie zauważył niczego dziwnego.
