A/N: Dzięki za słowa zachęty! Doceniam, Madi!

Skoro potrzebujesz chusteczek, znaczy, że dobrze zaczęłam. Cieszę się i mam nadzieję, że i reszta sie spodoba.

Pozdrawiam! ;-)


II

„MEA CULPA?"

Nie przyszedł.

Najważniejszy dzień mojego życia, a on nie przyszedł, nie dzielił go ze mną. Do końca myślałam, że się pojawi, nawet w chwili, gdy stanęłam u boku narzeczonego. Mój wzrok przebiegł po zebranych, ale jego wśród nich nie było.

Dlaczego mi to zrobił? Przecież był moim przyjacielem. Tyle razem przeszliśmy…

Było mi trochę smutno, gdy ślubowałam Pete'owi, ale liczyłam, że może Jack pojawi się choć na moim weselu.

Nic z tego.

Nie chciałam, by ktoś wiedział, jak mnie ubodła jego nieobecność, więc przykleiłam na twarz uśmiech i skupiłam się na swoich gościach oraz mężu, unikając współczujących spojrzeń Daniela i reszty.

Jakoś przebrnęłam przez przyjęcie i z ulgą dałam się porwać swojemu wybrankowi do hotelu, w którym mieliśmy spędzić noc przed podróżą poślubną do Meksyku.

Kiedy kochałam się z mężem, przez długi czas nie mogłam pozbyć się tego dziwacznego, ściskającego uczucia w żołądku i ostatecznie musiałam udać orgazm, bo nie chciałam rozczarować Pete'a.

Nie zauważył.

Może to i lepiej, że tak szybko zasnął. Przynajmniej nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Miałam też wyrzuty sumienia, że tej nocy nie potrafiłam z siebie wykrzesać więcej, choć wcześniej nigdy nie miałam podobnego problemu. Jack jednak sprawił, że mój nastrój prysł i prawdę mówiąc, byłam na niego zła.

Długo wierciłam się z boku na bok zastanawiając się, dlaczego tak się czuję. W końcu zmęczona i poirytowana obwiniłam za wszystko JEGO przysięgając sobie, że po powrocie dowiem się, dlaczego mnie zawiódł, a do tego czasu skupię się na sobie, na mężu i na naszym miodowym miesiącu. Było nie było, dziś zaczynałam nowe, ekscytujące życie z mężczyzną, który mnie kochał i którego ja kochałam. Prawda?

Gdy zasnęłam, było dobrze po północy, a już następnego ranka byłam w drodze do Cancún, gdzie spędziłam błogie dwa tygodnie nad Morzem Karaibskim, ciesząc się słońcem, nurkowaniem i innym przyjemnościami.

Pete był wspaniały. Czuły, opiekuńczy, namiętny… Wypełniał mój czas i sprawiał, że zapominałam o wszystkim innym. Od dawna nie byłam tak wypoczęta i zrelaksowana jak wtedy, gdy siedzieliśmy razem na plaży, popijając drinki z parasolką. Nie przypuszczałam, że tak tego potrzebuję.

Cieszyła mnie ta podróż. Dzięki wycieczce mogłam naładować swoje baterie, abym po powrocie do pracy skupiła się na obowiązkach z nową energią. W końcu, miałam tyle pomysłów do zrealizowania, tyle projektów do zbadania, o wyprawach przez Wrota nie wspominając.

Janet zawsze mawiała, że o siebie nie dbam, że zbyt mało jem i odpoczywam. Dziś byłaby ze mnie dumna. Byłaby, gdyby żyła…

Brakuje mi jej. Brakowało mi zwłaszcza w dniu ślubu i choć miałam przy sobie Cassie, to już nie było to samo. Moja najlepsza przyjaciółka odeszła i nic nie mogło tego zmienić. Pozostały mi jednak wspomnienia i wiara, że Jan patrzy teraz na mnie z góry, ciesząc się moim szczęściem.

- Sam, dziecino! Pospiesz się, bo ominie nas pokaz sztucznych ogni!- usłyszałam głos mojego męża

Westchnęłam ciężko.

Na litość boską! Ile razy mam mu powtarzać, żeby nie nazywał mnie dzieciną? Widać minie trochę czasu, zanim go tego oduczę.

No nic, czas się zbierać. Pete obiecał mi spacer pod gwiazdami, gdy już skończy się pokaz.

Gwiazdy…Są ich miliardy, a każda inna. Fascynują mnie tak samo jak pułkownika.

Pułkownik… Jack…

Nie, nie będę o nim teraz myśleć! Nadal jestem na niego zła i nie chcę dodatkowo psuć sobie nastroju. Jedna kiepska noc udawanego seksu mi wystarczy.

Przynajmniej Pete się nie zorientował…

W sumie nie zauważyłam wcześniej, ale w łóżku bywa dość…jakby to ująć…naiwny? Nie, nie jest złym kochankiem. Po prostu czasem brak mu wyobraźni no i zdarza mu się nie dostrzegać pewnych rzeczy, co bez wątpienia bardzo pomogło mi wtedy w hotelu. Nie chciałabym mu tłumaczyć, dlaczego nie miałam większej „ochoty", bo w końcu jak wyjaśnić mężowi (i to w noc poślubną), że jego żona nie może dojść, bo jej dowódca popsuł jej humor nie zjawiając się na ślubie?

Do licha! Znów o nim myślę! Muszę przestać, zanim zrujnuję sobie następną noc…

- Idę!- zawołałam i wyszłam z łazienki, by dołączyć do męża w salonie naszego apartamentu dla nowożeńców.

Dziś już nie będę myśleć o niczym innym poza Pete'em…

x-o-x

Nasze dwa tygodnie błogiego lenistwa dobiegły końca i oboje wracamy do Springs.

Pete kupił dla nas dom niedaleko Góry Cheyenne, z żółtą kuchnią i w ogóle… Już się nie mogę doczekać, by tam zamieszkać. Nie wprowadziłam się przed ślubem, bo chciałam przekroczyć próg już jako pani Shanahan. Tata i Marc mieli przenieść tam moje rzeczy pod naszą nieobecność, więc jedziemy wprost do nowego lokum.

Ciekawe, czy już coś rozpakowali?

Prawdę mówiąc, wizja rozpakowywania nie bardzo mnie ekscytuje. Z chęcią pojechałabym wprost do bazy i sprawdziła, jak się rzeczy mają. Pewnie moje laboratorium jest już pełne nowych artefaktów do zbadania, że o raportach laborantów nie wspomnę. Jak znam Felgera, pewnie znowu zaprojektował coś absurdalnego i będzie chciał mojej opinii.

Poza tym, stęskniłam się za chłopakami, za Dannym i Teal'ciem, za generałem i choć nadal mi złość nie przeszła, nawet za Jackiem, znaczy… za pułkownikiem.

- To jak? Wprost do domu, dziecino?- spytał mój mąż, gdy już wysiedliśmy z samolotu i załadowaliśmy rzeczy do naszego auta pozostawionego na lotniskowym parkingu.

- A możemy na chwilę wpaść do bazy? Muszę się przywitać i sprawdzić, co i jak.- odparłam, patrząc na niego spod rzęs.

- Ale, Sam!- zajęczał.- Dopiero wróciliśmy, a ty już chcesz do pracy? Mam nadzieję, że niedługo skrócisz godziny, skoro będziemy się starać o dziecko.- wymruczał niezbyt zadowolony z pomysłu.

- Słucham? Chyba nie mówisz poważnie, Pete?- powiedziałam zdumiona.- Przecież wiesz, że trwa wojna! Na razie muszę się skupić na tym, na obowiązkach. Na dziecko przyjdzie czas, gdy już będzie bezpiecznie.- dokończyłam i spojrzałam na niego stanowczo.

Wiem, że chciał coś powiedzieć. Nie byłby to pierwszy raz, gdy sugeruje, bym zmieniła zawód i zajęła się rodziną. Tym razem jednak się powstrzymał i z rezygnacją się zgodził.

- Ale nie zamierzasz tam spędzać reszty dnia?- zapytał, robiąc szczenięce oczy.

- Nie, kochanie. To mi zajmie tylko chwilę.- zapewniłam ciesząc się w duszy, że nie doszło do kłótni.

- OK.- wyszczerzył się i odpalił silnik.

W drodze do bazy opuściłam szybę i wdychałam czyste powietrze Colorado. Jakkolwiek Meksyk był cudowny i kolorowy, w głębi serca tęskniłam za tymi górami i lasami, w których znalazłam nowy dom.

Jako córka generała, większość życia spędziłam na walizkach, podróżując z rodzicami od bazy do bazy, od kraju do kraju, nigdzie na dłużej nie zagrzewając miejsca. Dopiero przydział do programu i przyjazd do Colorado Springs to zmienił. Najdłuższy i najlepszy przydział jaki dostałam.

Kto by pomyślał, że istnieje coś lepszego niż NASA? Na pewno nie ja, zanim nie wciągnięto mnie do programu Gwiezdne Wrota. Pod tą potężną górą znalazłam swoje przeznaczenie i miejsce na Ziemi.

Jakby powiedział pułkownik: SŁODKO!

Mimo że Pete miał częściowe zezwolenie na wejście do bazy, został w samochodzie argumentując, że skorzysta z okazji i zadzwoni do kolegów z policji, by poinformować ich o swoim powrocie. Nawet mi to odpowiadało, bo wiem, że nie wszyscy tutaj go lubili. Widziałam, jak niektórzy na niego patrzą i on chyba też czuł tę niechęć, bo rzadko korzystał ze swojej przepustki.

Tak czy owak, wzięłam ze sobą pamiątki, które kupiłam dla przyjaciół w bazie oraz swój identyfikator i już niedługo potem zjeżdżałam pod ziemię, gdzie mieściła się kwatera główna.

Krew w moich żyłach buzowała na samą myśl, że wróciłam. Byłam zwarta i gotowa do działania, no i oczywiście konfrontacji z pewnym oficerem…

Najpierw postanowiłam rozmówić się z pułkownikiem, by mieć to z głowy i wyrzucić z siebie swoje żale i zakonczyć sprawę, ale jego biuro było zamknięte.

Dziwne…

Potem poszłam do Daniela, ale i jego nie było. Wreszcie pofatygowałam się do Teal'ca, lecz i tu pocałowałam klamkę, więc ostatecznie ruszyłam do najlepiej poinformowanej osoby w bazie.

- Walter!

- Major Carter! Znaczy… eee… Shanahan!

- Carter.- poprawiłam go automatycznie i spytałam, gdzie są moi koledzy z zespołu.

Zrobił dziwną minę i odparł niepewnie:

- Członkowie SG-1 są aktualnie w biurze generała Hammonda, ma'am.

- To tajne spotkanie, czy mogę dołączyć?- zapytałam na wszelki wypadek. W końcu nikt mnie tu dziś nie oczekiwał i może rozmawiali o jakiejś nowej misji…

- Ummm… Nie, z tego co mi wiadomo, to zwykła rozmowa.- powiedział sierżant.- Mam panią zaanonsować, pani major?

- To nie będzie konieczne.- uśmiechnęłam się.- Dziękuję, poradzę sobie, Walter.- zapewniłam i ruszyłam do gabinetu szefa.

Z biciem serca zapukałam i weszłam do środka. Byli tam wszyscy oprócz pułkownika i choć zdziwili się moim wcześniejszym przyjazdem do bazy, to powitali mnie ciepło, odbierając ode mnie swoje prezenty.

- A gdzie pułkownik O'Neill?- zapytałam wreszcie, czując znajomy uścisk w żołądku.

Po ich minach od razu wywnioskowałam, że coś jest nie tak…

- Proszę usiąść, major Carter.- odezwał się generał, spoglądając na mnie niepewnie.

- Z całym szacunkiem, sir, ale postoję. Chciałabym jak najszybciej przywitać się z pułkownikiem, jak tylko dowiem się gdzie jest, oczywiście…- dodałam.

- Ummm… Sam… To raczej nie będzie możliwe.- wymamrotał równie zakłopotany Daniel.

- Dlaczego? Pułkownika nie ma w bazie? Jest na misji? Ma wolne?- dopytywałam się, próbując ignorować owo nieprzyjemne uczucie w środku.

Gdy żaden z nich nie odpowiedział, spytałam raz jeszcze:

- Gdzie jest pułkownik O'Neill?

- Zrezygnował, major Carter. O'Neill nie jest już członkiem Sił Powietrznych ani programu Gwiezdne Wrota.- powiedział wreszcie Teal'c.

- Słucham?- zawołałam zaszokowana, nie wierząc w to, co słyszę.

- To prawda.- potwierdził w końcu generał.- Dwa tygodnie temu Jack zrezygnował ze służby i przeszedł do cywila. Spakował się, przekazał dom i auto Cassie Fraiser, i zniknął z Colorado. Od tego czasu nikt o nim nie słyszał…

- Dlaczego?- wyszeptałam, czując zdradzieckie łzy pod powiekami.

- Możemy się tylko domyślać, Sam.- powiedział Daniel, patrząc na mnie znacząco. Nie był to oskarżycielski wzrok, ale jego spojrzenie było jednoznaczne i bardzo wymowne.

Czy… Czy to możliwe, że odszedł przeze mnie? Czy to chciał mi powiedzieć Daniel?

O Boże? Czy to naprawdę ja to sprawiłam?

- Próbowaliście go odnaleźć?- spytałam drżącym głosem.

- Tak. Bez skutku.- przytaknął Hammond.- Nie dziwi mnie to, bo Jack to spec . Jeśli nie chce, by go znaleziono, to nie zostanie znaleziony.

- A chip w jego łydce? Ten, który i nam wszczepiono?- pytałam desperacko.

- Nieaktywny. Zapewne Jack go usunął i zniszczył.- stwierdził rzeczowo generał.- Jak powiedziałem, jest specjalistą. Nie znajdziemy go, chyba że sam tego zechce, w co zresztą wątpię.

- Więc, co teraz? Co z nami? Co z SG-1?- wymamrotałam zdruzgotana.

- Dołączy do was Jonas Quinn, który wraca jutro z Kelowna.- odparł.

- Jonas?- zdziwiłam się.- A kto zastąpi pułkownika?

- Gratulacje, majorze. Ty obejmiesz dowództwo SG-1.- powiedział.- Jack polecił cię w swoim liście, a ja się z nim zgadzam. Będziesz dobrym dowódcą, Sam.- uśmiechnął się lekko Hammond i nogi się pode mną ugięły.

- Pułkownik? Pułkownik mnie rekomendował?- wymamrotałam, wreszcie siadając.- To niemożliwe.- powiedziałam słabo.

- Ale takie są fakty. Ceremonia promocji odbędzie się za trzy dni.- usłyszałam.

- Słucham?

- Awansowałaś, Sam.- wtrącił się Daniel.

- Istotnie. Gratulacje, podpułkownik Carter.- odezwał się Jaffa i to było dla mnie za wiele.

Zanim dodali coś jeszcze, poczułam falę mdłości i wiedziałam, że muszę stamtąd wyjść, zanim zwymiotuję. Wybiegłam więc z biura generała i wpadłam do najbliższej łazienki, gdzie bezceremonialnie pozbyłam się zawartości żołądka.

Daniel i Teal'c chcieli ze mną pogadać, ale ja nie mogłam. Musiałam teraz być sama, by to wszystko przemyśleć, przetrawić, więc jakoś dobrnęłam do swojego laboratorium, zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam przed komputerem, jak to zawsze miałam w zwyczaju. Wtedy zobaczyłam kartkę i już nic nie mogło powstrzymać moich łez.

Jego krótkie, pozbawione emocji parę słów powiedziało mi wszystko, co musiałam wiedzieć. Jack odszedł i to była moja wina…

tbc