Obudziła się nagle, nie wiedząc dlaczego. Poczuła jakieś dziwny niepokój. Otworzyła oczy, ale nic nie widziała. Przekręciła się na bok – Dorrien coś wymruczał i przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej. Wyczuwała ciężar obejmujących ją ramion i powinna czuć się spokojnie, ale mimo tego nie potrafiła zasnąć. Położyła się na plecach i wbiła wzrok w sufit.

Za oknem nie robiło się ani trochę jaśniej, a ona mogłaby przysiąc, że minęło parę godzin. Leżała tak w zupełnej ciszy, słysząc jedynie swój własny oddech i głośniejszy, regularny oddech Dorriena.

Coś huknęło. Wyrwała się Dorrienowi i błyskawicznie wyskoczyła z łóżka, przestraszona. Obróciła się – Uzdrowiciel również stał na nogach i patrzył na nią ze zdziwieniem. Razem doskoczyli do okna, nie rozumiejąc, co się właściwie stało.

W oddali, za kilkoma kolejnymi domami było jasno. Do Sonei dopiero po chwili dotarło, co było przyczyną tego światła – pożar. Ogromne, buchające płomienie. Miała okropne wrażenie, że ogień się zbliża. Ludzie biegali i krzyczeli, w wiosce wybuchła niepohamowana panika. Poczuła, że i ją zalewa strach, ale odgoniła od siebie to uczucie.

Ubrała się szybko, Dorrien zrobił to samo co ona. Po chwili oboje biegli w kierunku ognia, aby zobaczyć co się stało. Zewsząd docierały do nich krzyki i piski.

– Ja pójdę zobaczyć, co się stało, a ty spróbuj opanować tę panikę – powiedział do niej i zniknął w dymie.

Rozejrzała się dookoła, nie wiedząc, od czego powinna zacząć. Niedaleko niej stała jakaś kobieta i głośno płakała. Sonea pobiegła do niej, chwytając ją pod ramię i odciągając od buchającego ognia.

– Co się stało?! – krzyknęła, starając się wygrać z wszechobecnym hałasem. – Musisz się odsunąć!

– Tam jest moje dziecko! – Kobieta usiłowała się wyrwać. Sonea popatrzyła na dom z paniką. Zacisnęła usta i podjęła decyzję.

– Odsuń się, a ja je wyciągnę – powiedziała.

Pobiegła w kierunku wejścia, tworząc wokół siebie tarczę. Ochłodziła powietrze w niej, bo było strasznie gorąco od ognia. Szła ciasnym korytarzem domku, po jej bokach trzaskał wściekle ogień, ale ona czuła się całkiem bezpieczna pod swoją magią. Rozszerzyła tarczę, a wraz z nią wypchnęła trochę ognia. Usłyszała płacz dziecka i zobaczyła drzwi do kolejnego pokoju. Nie palił się. Ruszyła w tamtym kierunku.

Po chwili, cała spocona i ubrudzona, stała na zewnątrz i podawała córkę matce. Dziewczynka miała mnóstwo szczęścia, nie była nawet poparzona. Spróbowała jeszcze raz dowiedzieć się, jak taki ogień mógł wybuchnąć w środku nocy.

– Co się zapaliło? – Pociągnęła kobietę do tyłu, gdzieś, gdzie było ciszej.

– Ja... słyszałam to z drugiej czy trzeciej ręki... – zaczęła mówić, ale Sonea nie miała czasu. Musiała wiedzieć.

– No? – Pogoniła ją.

– Podobno jacyś Sachakanie uderzyli i wybuchł pierwszy dom od przełęczy... – Sonea uświadomiła sobie z bólem, że była tam wczoraj i leczyła staruszkę.

– Jak to uderzyli? – Otrząsnęła się i zapytała o to, czego się najbardziej bała.

Kobieta rzuciła jej przestraszone spojrzenie.

– No, magią...

Sonea poczuła, jakby świat uciekał jej spod nóg. Sachakańscy magowie w Kyralii.

Ichani.

Serce przyspieszyło jej przerażone, a w płucach zabrakło powietrza, przez co musiała szybciej oddychać. Była także pewna, że zbladła, o ile to jeszcze w ogóle możliwe.

Potrzebowała Akkarina.

Na drugim końcu wioski byli Ichani. A tam pobiegł przecież Dorrien. Dorrien! Był w ogromnym niebezpieczeństwie, musiała mu pomóc. Nie miał nawet pojęcia, z czym przyszło mu walczyć. Nie, nie mógł z nimi walczyć. Muszą uciekać. Natychmiast uciekać. I powiadomić Gildię.

– Niech wszyscy uciekają do lasu – powiedziała twardo i wyraźnie do kobiety, aby mieć pewność, że ta zrozumiała. – Idźcie do następnej wioski, najlepiej poruszajcie się tylko nocą. To jest kilka dni stąd, rozumiesz? – Nieznajoma pokiwała głową. – A gdy tam dojdziecie, wyślijcie kogoś wstecz na przeszpiegi, aby się upewnić, że Sachakanie nie ruszyli za wami, tylko poszli w innym kierunku. Idź!

Kobieta odwróciła się i pobiegła. Sonea każdego, kogo spotykała, wysyłała w tamtym kierunku. Po chwili zaczęły dobiegać do niej krzyki, że wszyscy mają uciekać do lasu. Rzuciła się biegiem w kierunku Ichanich. Musiała znaleźć Dorriena.

Wpadła na niego mniej więcej w połowie drogi. Przytulił ją z ulgą, gdy tylko ją zobaczył. Upewniła się, że nic mu nie jest i spojrzała na jego twarz – był przerażony. Zapewne już wiedział, że przyszło im walczyć nie tylko ze zwykłym pożarem, ale z magami. Wrogo nastawionymi magami.

– Wysłałam wszystkich do lasu w kierunku sąsiedniej wioski. Idź z nimi, Dorrien – powiedziała do niego, odsuwając się i robiąc kilka kroków do tyłu.

– Bez ciebie nie idę – powiedział.

– Ja ruszę w drugim kierunku. Tam są ranni, potrzebują twojej pomocy. Ja muszę się porozumieć z Gildią, a Sachakanie się zorientują, gdzie poszliście. Poza tym, sama będę się poruszać szybciej niż wy. Dorrien, zaufaj mi. Muszę skontaktować się z Akkarinem.

– Dlaczego akurat z... – zaczął, ale przerwała mu. Położyła mu dłoń na ustach, a gdy zamilkł, zabrała ją. Podeszła do niego, a on nachylił się i ją pocałował.

– Zaufaj mi – szepnęła. Odwróciła się i pobiegła w przeciwnym kierunku niż mieszkańcy.

Pozwoliła sobie na jedno, krótkie spojrzenie do tyłu. Dorrien popędzał ostatnich ludzi i za chwilę wszyscy zniknęli w ciemnym lesie. Sonea podziękowała losowi za to, że jest noc – czekała ją droga przez pola, na których była zupełnie odsłonięta i widoczna. Musiała jak najszybciej pokonać tę część drogi. Dostać się do wioski i...

Właśnie. I co dalej? Walczyć z Ichanimi? Wrócić do Dorriena? A może do Gildii? Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Wiedziała na pewno, że musi kogoś o tym powiadomić. Nie miała siły nawet na kurtuazję i po prostu darowała sobie tytuły.

Znajdowała się już w całkiem bezpiecznej odległości od domu. Wiedziała, że Ichani usłyszą wszystko, co powie, ale nie miała wyboru. Musiała zaryzykować. Wyostrzyła zmysły i wysłała zawołanie:

~ Akkarin!