Krajobraz po bitwie

Potrzebował chwili, by się obudzić, zesztywniały od spania w dziwnej pozycji. Siedział w wykrocie, gdzie jakiś korzeń wbijał mu się w plecy. Wsunął się tu koło Maglora na resztę nocy, gdy już pomógł Amrasowi przemyć rany. Śpiewak co przysypiał, to budził się zaraz na granicy paniki, aż w końcu Maedhros przesunął się tak, by oprzeć go sobie o pierś. Dopiero wtedy młodszy brat zapadł w niespokojną drzemkę, tym samym unieruchamiając najstarszego syna Feanora. Wyglądało na to, że Maglor nie zmienił pozycji od tamtego czasu.

Maedhros zamarł, gdy dotarło do niego, co się nie zgadza. Maglor był cicho... Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, a dreszcz nie miał nic wspólnego z mokrym od rosy porankiem. Kano...

Niemal zakręciło mu się w głowie z ulgi, kiedy po chwili otępiałego wpatrywania zorientował się, że pierś młodszego brata unosi się płytkimi ruchami. To tylko świst ustał, oddech brzmiał spokojniej.

– Nie wstawaj jeszcze – odezwał się Celegorm. – Niech śpi.

Maedhros uniósł wzrok, mile zaskoczony, widząc go na nogach. Brat kręcił się ostrożnie po obozowisku, ale choć ruchy miał oszczędne, trzymał się nieźle. Amras z paroma sprawnymi elfami krzątał się przy koniach, szykując nosze do transportu rannych.

– Nie mogę dobudzić Morya – mruknął ponuro Celegorm. – Dam mu jeszcze chwilę.

Maedhros zerknął na Caranthira, potem napotkał przymglone spojrzenie Curufina. Czyli nadal byli w komplecie, chociaż oni.

– Nelyo? Co jeszcze się stało? – Ciche pytanie Maglora wzięło go z zaskoczenia. – Czego nie wiem? Twoja fea aż krzyczy z rozpaczy – skrzywił się.

No tak. Maedhros pozwolił sobie na chwilę opuścić wszelkie zasłony, gdy odetchnął, widząc, że wszyscy bracia przeżyli noc. Zapomniał, jak czuły był Maglor na takie echa.

Wyjaśnił bez wahania; jakaś jego część była nawet wdzięczna, że może pomówić o tym z bratem, o którego życie obawiał się całą noc. Obecność umysłu Maglora, tak jak i realny ciężar ciała wspartego na jego piersi, w jakiś sposób przypominały, że jeszcze nie stracił wszystkich bliskich.

Maglor jęknął cicho, podparł się i usiadł z trudem. Zdrową ręką wymacał nóż przy pasku brata.

– Co ty robisz? – Maedhros zmarszczył brwi, patrząc na niepewne ruchy rannego.

– Dość razy widziałem, jak to robisz. – Śpiewak przełożył potargany warkocz przez ramię, chwycił koniec zębami i dopiero wtedy Maedhros zorientował się, co zamierza.

– Mam zwykle więcej siły niż ty w tej chwili – zauważył, bez trudu wyłuskując nóż z jego ręki.

Młodszy brat spróbował chwycić go za dłoń, ale gwałtowniejszy ruch kosztował go utratę oddechu. Przez dłuższą chwilę walczył kaszlem szarpiącym płuca, ale gdy w końcu się uspokoił, utkwił w bracie spojrzenie pełne nalegania.

– Nelyo – poprosił szeptem. – Nie broń mi choć tego, gdy nawet mój głos zawodzi.

Maedhros nie umiał mu odmówić; pewnym ruchem ściął czarny warkocz tuż przy skórze.

xxx

– Są niedaleko – odezwał się cicho Maglor. Oczy miał przymknięte, komunikował się z Alcarino co jakiś czas i prowadził Maedhrosa.

Pierworodny Feanora był mu za to wdzięczny. On sam nie pomyślał nawet, by próbować szukać myślą uzdrowiciela; ta droga kontaktu była dla niego niemal całkowicie zamknięta, nawet po tylu latach nie umiał zaufać na tyle, by otwierać umysł. Ale Maglor, czujny, choć słaby, miał dość przytomności, by sprawdzić, czy ktokolwiek z ich tyłów ocalał. Nawiązał kontakt z Alcarino, który również uciekał przed zniszczeniem na wschód, prowadząc to, co udało mu się ocalić z taborów zaopatrzenia. Cokolwiek by to nie było, niedobitki armii synów Feanora wyczekiwały z nadzieją spotkania obu oddziałów; nawet, gdyby jedynym pożytkiem okazała się obecność jeszcze kilku znajomych twarzy. Oraz uzdrowiciela, rozpaczliwie potrzebowali uzdrowiciela, a Alcarino cieszył się powszechnym szacunkiem.

Maglor prowadził bezbłędnie. Na widok wozów pieszo idący elfowie przyspieszyli kroku, rozglądali się w napięciu, szukając wzrokiem znajomych twarzy.

Maedhros wyłapał charakterystyczną sylwetkę uzdrowiciela krzątającą się po obozowisku. Alcarino prześlizgnął się po nich ponurym wzrokiem, gdy resztki oddziału zatrzymały się bez żadnego ładu, a dowódca z niepokojem zauważył jego przerwany, pokrwawiony rękaw.

– Nigdy nie twierdziłem, że jestem w tym dobry – odezwał się spokojnie Alcarino, wskazując nieznacznym gestem na miecz u pasa rudego elfa. Nie wiadomo skąd wygrzebał uśmiech, oszczędny, ale pokrzepiający, gdy witał Maedhrosa krótkim uściskiem dłoni.

– Nawet nie wiesz, jak mnie cieszy wasz widok. I dobrze widzieć, że nie jesteś całkiem bezbronny.

– Nalegali – wzruszył ramionami Alcarino. U pasa kołysał się jeden z jego długich, precyzyjnych noży. – Choć raczej nie zrobię z niego użytku.

Oddział nie czekał na rozkazy, elfowie rozchodzili się, szukając sobie miejsca do odpoczynku. Niektórzy dosłownie padali na ziemię tam, gdzie się zatrzymali, inni pomagali najciężej rannym, część przekazywała zwierzęta pod opiekę mniej zmęczonych towarzyszy.

– Trzymaj się, Kano, zsiadam – uprzedził Celegorm i, upewniwszy się, że brat chwycił się siodła zdrową ręką, zsunął się ostrożnie na ziemię. Maedhros zresztą już był obok i asekurował śpiewaka.

– Nie musisz mnie nieść. Sam pójdę – szepnął Maglor, zaciskając mocniej palce, by utrzymać się w pionie.

– Przecież widzę, że nie pójdziesz – wytknął Maedhros, wyciągając ręce do góry, by objąć brata.

– Zaczekaj, Nelyafinwe – powstrzymał go Alcarino. – Nie chcę cię widzieć noszącego nic cięższego od miski, póki nie pokażesz mi ręki.

Maedhros wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale westchnął tylko i skinął głową na zgodę. Amras podszedł prędko, by zająć się Maglorem, a pierworodny Feanora poszedł z uzdrowicielem przekazać mu pod opiekę najciężej rannych.

– Nie słyszałeś Alcarino? – prychnął Maglor z naganą, najwyraźniej zarejestrowawszy jedynie rude włosy brata.

– Patrz, do kogo mówisz – odciął się Amras ze znużeniem i ostrożnie ściągnął go z siodła.

xxx

Alcarino nie miał czasu przeliczyć, ilu elfów Maedhros zdołał wyprowadzić z rzezi. Pod jego opieką nagle znalazło się wielu rannych, wśród których spora część wymagała pilnej uwagi. Nawet z pomocą drugiego uzdrowiciela i swojej młodej uczennicy musiał decydować szybko i mieć nadzieję, że nie popełni jakiejś fatalnej pomyłki. Dziękował w duchu zwiadowcom, którzy zbierali zioła, gdy tylko na jakieś trafili. Rozpaczliwie potrzebowali leków, bo nawet ci, którzy nie byli ciężko ranni, wyglądali na chorych i rozgorączkowanych, a w mało których oczach błyszczała choć iskierka; większość Noldorów i Sindarów obdarzała uzdrowiciela pustym spojrzeniem, rzadko który zdobywał się na cień uśmiechu w podziękowaniu. Alcarino nie zważał na to, skupiając się na odkażaniu, szyciu prowizorycznie opatrzonych ran i nastawianiu złamań.

Spośród ocalałych Maedhros należał do kilku nielicznych, którzy nie siedli czy położyli się zaraz po zatrzymaniu. Krążył z Alcarino, wskazując mu najciężej rannych, równolegle żądając informacji od elfów pozostałych przed bitwą z taborami zaopatrzenia. Nie wyrażał dezaprobaty ani nie rugał, choć raportujący o stratach Noldo miał minę, jakby się tego spodziewał. Dopiero później Maedhros przysiadł przy Curufinie i Celegormie, pozwalając bratu rozpiąć karwasz na ranionym ramieniu.

Do Maglora Alcarino dotarł, gdy Amras bezskutecznie próbował namówić go do wypicia bulionu. Gorąca strawa, choć było jej niewiele, części elfów przynajmniej trochę poprawiła nastrój; jak Alcarino dowiedział się od któregoś opiekuna rannych, od bitwy nie jedli nic ponad skromne porcje lembasów znalezione w jukach ocalonych koni. Bulion przewidziano dla ciężej rannych, lecz Alcarino kazał nie odmawiać nikomu. Maglor jednak należał do tych rannych, którzy odwracali wzrok od jedzenia, zbyt wyczerpany i obolały, by wziąć więcej niż kilka łyków.

Na widok uzdrowiciela Amras zabrał kubek i odsunął się na bok. Alcarino zajął się rannym, wymuszając odpowiedzi na pytania, by Maglor nie zasnął w trakcie. Stan elfa sugerował wewnętrzne obrażenia, ale ranny nie reagował zbytnio na zabiegi, odmrukując tylko czasami na kolejne pytania. Dopiero nastawianie źle opatrzonej ręki przełamało apatię śpiewaka, ale co zwróciło uwagę uzdrowiciela, to fakt, że Amras nawet się nie ruszył, słysząc jęki brata.

– Amrasie? Co jest nie tak? – zagadnął uzdrowiciel, a po tym, jak młodszy elf podskoczył, zorientował się, że rudzielec musiał przysypiać.

– Nic, Alcarino – westchnął Amras i podniósł na niego wzrok. – Nic poważnego, parę skaleczeń.

Niezbyt przekonany takim zapewnieniem, Alcarino sięgnął dłonią do zapuchniętego policzka, ale Amras uciekł z jego zasięgu, nim zdołał go dotknąć.

– Pityo?

Najmłodszy syn Feanora potrząsnął głową i skrzywił się boleśnie. Westchnął z rezygnacją.

– Nic, Alcarino – powtórzył. – Jestem tylko głodny. Nie mogę jeść. – Czubkami brudnych palców musnął policzek.

Alcarino nie pozwolił mu umknąć drugi raz. Upewnił się, że kości nie były połamane, głuchy na posykiwania Amrasa; nie mógł sobie pozwolić na dbanie o komfort rannych, gdy stawką mogło być czyjeś życie. Posmarował ostrożnie krwiak pachnącą maścią, a potem zerknął na kubek, który najmłodszy syn Feanora wciąż ściskał w dłoni.

– Wypij.

– To dla Kano... – Amras obejrzał się na brata, który siedział oparty o koło wozu.

– Pij – szepnął Maglor, nie trudząc się otwieraniem oczu. – Nie chcę...

– Nie sądzę, by Makalaure przełknął więcej – zauważył spokojnie Alcarino, ze wszystkich sił starając się stłumić własną desperację. Potrzebował leków i schronienia, by uratować niektórych, ale wojownicy potrzebowali uzdrowiciela, który wiedział co robi i nie poddawał sie rozpaczy. – Wypij, Pityo. To przejdzie. – O Amrasa na szczęście nie musiał się zbytnio martwić, ale byłby wdzięczny za jego pomoc, a do tego najmłodszy syn Feanora musiał być w pełni sił. Wielu rannych wciąż czekało na pomoc; uzdrowiciel nie miał czasu na znużenie.